Wolni z wolnymi, równi z równymi i zacni z zacnymi.

Rex regnat et non gubernat

  • Thomas Jefferson

    Kiedy obywatele obawiają się swojego rządu, jest to tyrania. Gdy to rząd obawia się obywateli, mamy do czynienia z wolnością.
  • Margaret Thatcher

    Unia Europejska jest skazana na niepowodzenie, gdyż jest czymś szalonym, utopijnym projektem, pomnikiem pychy lewicowych intelektualistów.
  • Włodzimierz Lenin

    Socjalizm to nic innego jak państwowy monopol kapitalistyczny stworzony dla korzyści wszystkich ludzi.
  • Ralph Waldo Emmerson

    Religia jednego wieku staje się literacką rozrywką następnych.
  • Soren Kierkegaard

    Są dwa sposoby w jakie człowiek może dać się ogłupić. Pierwszy to uwierzyć w rzeczy nieprawdziwe. Drugi, to nie wierzyć w prawdziwe.
  • Ayn Rand

    Jako że nie istnieje taki byt, jak “społeczeństwo”, ponieważ społeczeństwo to pewna liczba indywidualnych jednostek, zatem idea, że “społeczny interes” jest ważniejszy od interesu jednostek, oznacza jedno: że interes i prawa niektórych jednostek zyskuje przewagę nad interesem i prawami pozostałych.
  • Terence McKenna

    Skoro już w XIX wieku zgodziliśmy się przyznać, że człowiek pochodzi od małpy, najwyższy czas pogodzić się z faktem, że były to naćpane małpy.
  • Aleister Crowley

    Czyn wole swą, niechaj będzie całym Prawem.

    Nie masz żadnego prawa prócz czynienia twej woli. Czyn ja i nikt inny nie powie nie.

    Każdy mężczyzna i każda kobieta jest gwiazdą.

    Nie ma boga prócz człowieka.

    Człowiek ma prawo żyć wedle swych własnych praw
    żyć tak jak tego chce
    pracować tak jak chce
    bawić się tak jak chce
    odpoczywać tak jak chce
    umrzeć kiedy i jak chce

    Człowiek ma prawo jeść to co chce: pić to co chce: mieszkać tam gdzie chce: podróżować po powierzchni Ziemi tam gdzie tylko chce.

    Człowiek ma prawo myśleć co chce
    mówić co chce: pisać co chce: rysować, malować, rzeźbić, ryć, odlewać, budować co chce: ubierać się jak chce

    Człowiek ma prawo kochać jak chce

    Człowiek ma prawo zabijać tych, którzy uniemożliwiają mu korzystanie z tych praw

    niewolnicy będą służyć

    Miłość jest prawem, miłość podług woli.
  • Anarchizm metodologiczny

    Anarchizm metodologiczny - jest programem (a właciwie antyprogramem), zgodnie z którym należy z wielką ostrożnością podchodzić do każdej dyrektywy metodologicznej, (w tym do samego anarchizmu) bowiem zaistnieć może sytuacja, w której lepiej jest z anarchizmu zrezygnować (aby nie hamować rozwoju wiedzy) niż go utrzymywać.
    Paul Feyerabend
  • Strony

Archive for the ‘teizm’ Category

O pochodzeniu naszego Boga

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 6 marca 2014

Uczeni przyrodnicy, którzy badają zjawiska natury i ze zjawisk tych wysnuwają prawa rządzące światem, byli przekonani, że skoro ludzkość pozna naukę o tworzeniu się skorupy ziemi czyli geologję, dalej naukę o ciałach niebieskich czyli astronomję, następnie naukę o powietrzu czyli meteorologię i inne podobne nauki, to tem samem pozbędzie się wszelakiego przesądu. Tymczasem omylili się.

 Obok uniwersytetów, które uczą, jak powstaje deszcz, istnieją w dalszym ciągu kościoły, które biorą od wiernych pieniądze za odprawianie mszy błagalnej o pogodę, a wraz z ajentem ubezpieczeń od gradobicia zjawia się ksiądz, który obowiązuje się zażegnać chmurę gradową. Ajent organizuje samopomoc społeczną bez oglądania się na niebo; uczony przyrodnik objaśnia, w jakich warunkach powstają groźne dla człowieka zjawiska, przyczem popiera każde swoje twierdzenie dowodem. Gdy spadnie grad i zniszczy pole, towarzystwo ubezpieczeniowe płaci umówione odszkodowanie a jeżeli nie płaci, to można je zaskarżyć do sądu. Przyrodnik uczy budować przyrząd zwany piorunochronem a zabezpieczający od uderzenia gromu; choć grom spadnie, dom się nie spali a jeżeli się spali, to przyrodnik wykaże, że przyrząd był źle zbudowany i człowiek sam sobie przypisać musi winę klęski.

Jednem słowem uczony, inżynier, ajent — wszyscy chętnie biorą na siebie odpowiedzialność za swoje nauki, rady i czyny. Jeden ksiądz postępuje inaczej. On uczy z ramienia nieomylnego papieża, będącego rzekomo natchnionym przez Ducha Świętego. Nauk jego niewolno sprawdzać, trzeba mu wierzyć na słowo a jeśli się nie wierzy, czeka człowieka klątwa. Czegóż to uczy nieomylny papież, albo ksiądz jego imieniem? Uczy, że wszystko jest tajemnicą i niezbadaną wolą bożą, że Opatrzność rządzi światem i że drogi Opatrzności są niezbadane. Można najwyżej Boga ubłagać, aby postanowił coś mniej szkodliwego dla człowieka, jak grad, piorun, posucha, lub ulewa. Na nic tedy wszelka nauka, badająca warunki, które sprowadzają zmienność stanu pogody; trzeba się modlić a jeżeli modły nie pomogą, to widocznie Bóg nie dał się zmiękczyć.

Ksiądz tedy nie zwraca pieniędzy za mszę odprawioną nadaremnie, także nie oddaje wynagrodzenia, jakie otrzymał za nieudane zażegnanie chmury gradowej. A więc on jeden zrzuca z siebie wszelką odpowiedzialność za rady i nauki, jakich udziela. Dlaczegóż tedy ludzie nie idą za głosem uczonych, aczkolwiek ci tyle usług namacalnych oddali społeczeństwu człowieczemu? Dlaczego wreszcie, korzystając z usług przydatnych przyrodników, korzystają w dalszym ciągu z usług nieprzydatnych księży? Dlatego, ponieważ przyrodnicy nie odpowiedzieli na jedno pytanie wielkiej wagi: skąd wziął się nasz Bóg? Prawda, powiada człowiek „ubogi duchem”, wy, panowie przyrodnicy, umieliście piorun zaprządz do tramwaju elektrycznego, że wiezie nas lepiej, niż koń rasy arabskiej; ale nie umieliście nas objaśnić, jakim sposobem chrześcijaństwo trzymało się tyle wieków, skoro było oparte na błędnej zasadzie? Pytanie całkiem słuszne.

Otóż odpowiedź na pytanie, skąd się wziął nasz Bóg, istnieje. Przyrodnicy dać tej odpowiedzi nie mogli, albowiem nie zajmowali się podobnemi zagadnieniami. Dali ją inni uczeni a mianowicie tak zwani orjentaliści, czyli badacze dziejów Wschodu (Orjentu), skąd przyszła do nas religja chrześcijańska a w szczególności katolicka. Ludzie, pozostający pod wpływem nieomylnego papieża, mawiali: „O Panu Bogu największy filozof tak samo nie umie nic powiedzieć, jak najprostszy chłop.” Otóż obecnie orjentalista umie bardzo dużo powiedzieć, niemal już wszystko, co się tylko powiedzieć da. Albowiem wraz ze swoimi kolegami rozkopał wzgórza starożytnych ruin, znalazł pomniki dawnego piśmiennictwa, posągi i świątynie, poznał całą cywilizację, która niegdyć bujnie kwitła na ziemiach starożytnego Wschodu, a opierając się na tych rzeczowych dowodach, objaśnił nas, skąd wziął się nasz Bóg, skąd się wzięło Pismo Święte Starego i Nowego Zakonu i skąd się wzięły wszystkie nasze wyobrażenia religijne. Z tą chwilą rzekoma „tajemnica”, którą zasłaniał się przez tyle wieków nieomylny a rzekomo przez Ducha Świętego natchniony papież, została na wskroś przejrzana. Jeżeli tylko wyniki badań nad starożytnym Wschodem dojdą rzeczywiście do wiadomości ogółu, to niezawodnie ludzie więcej będą wierzyli przyrodnikom, niż księżom a zamiast posyłać pieniądze na świętopietrze, będą woleli obracać je na budowę szkół, uniwersytetów i zakładów doświadczalnych, powaga zaś nieomylnego papieża i skubiącego ciemny lud księdza tak zostanie zachwiana, jak obecnie we Francji.

Skąd wziął się nasz Bóg?

Nim na to pytanie odpowiemy, musimy przedewszystkiem zastanowić się nad tem, skąd wzięło się słowo Bóg i jakie jest znaczenie tego słowa.

Otóż wyraz „Bóg” nie jest „imieniem własnem”, jak Jehowa albo Jezus, ale wedle pojęć gramatycznych, czyli nauki o właściwościach danego języka w mówie i piśmie, „imieniem pospolitem”, jak naprzykład „król” albo „sędzia”. Że tak jest, dowodzi sama Biblja a mianowicie tak zwana druga księga Mojżeszowa, w której czytamy: „Rzekł Mojżesz do Boga: Oto przyjdę do Synów Izraela i powiem im: Bóg ojców waszych posłał mnie do was; a gdy powiedzą mi: jakie imię jego? Cóż odpowiem im?” (Mojż. III). Widzimy przeto wyraźnie i to opierając się na księdze, uważanej przez nieomylnego papieża za świętą, że wyraz „Bóg” nie jest „imieniem własnem”, lecz tak zwanem „imieniem pospolitem”.

Inne miejsce Biblji, powszechnie znane a powtarzane codziennie przez prostaczków w pacierzu, potwierdza to i wykazuje, że Bogowie wedle wyobrażeń ludzkich stanowili pewien „rodzaj istot”, mianowicie słynne miejsce: „Jam jest Pan, Bóg twój, nie będziesz miał cudzych Bogów przedemną” (Mojż. XX). Spotykamy się tu tedy z odróżnieniem Boga „swojego” i Bogów „cudzych”, podobnie jak z sędzią swojego okręgu i nieswojego.

Moglibyśmy przytoczyć wiele innych miejsc z Biblji na poparcie twierdzenia, że wyraz „Bóg” jest „imieniem pospolitem” a nie „imieniem własnem”, ale sądzimy, że w zupełności wystarcza to, co przytoczyliśmy wyżej. Nasuwa się tedy pytanie, czy Bóg nasz posiada jakie imię własne, czy też go nie posiada? Otóż posiada i mamy na to dowód znowu w Biblji. Kiedy Mojżesz zapytał Boga, co ma odpowiedzieć ludowi, jeśli go zagadnie: „jakie imię jego”, Bóg waha się i odpowiada aż trzy razy. Pierwszy raz daje odpowiedź wymijającą: „Będę, który będę” ( Mojż. III, ; dosłownie po hebrajsku: „eje aszer eje”). Drugi raz powiada już wyraźniej: „Tak powiedz Synom Izraela: Wieczny (eheihi) posyła mnie do was.” Dopiero trzecim razem stawia rzecz całkiem jasno i mówi: „Tak powiedz Synom Izraela: Jehowa, Bóg ojców waszych, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakóba posłał mnie do was. Oto imię moje” ( Mojż. III, ). Mamy więc tu najwyraźniejszy z wyraźnych dowodów, że imię naszego Boga katolickiego brzmi: Jehowa. Kościół katolicki opiera się bowiem na objawieniu Mojżeszowem. Ale tu musimy zaznaczyć, że wszystkie przekłady Biblji, używane w różnych kościołach, zarówno katolickich jak niekatolickich, są nieścisłe i tendencyjne. Tłómaczę katoliccy i protestanccy zamiast pisać „Jehowa” (uczeni obecnie czytają ten wyraz „Jahwe”), piszą „Pan” a żydowscy piszą „Wiekuisty”, albowiem „Jahwe” znaczy „Będący”. Podobnież i polskie imiona własne oraz nazwiska mają pewną treść, jak np. „Bożydar”, „Władysław”, „Zofja” (mądrość, mądra), „Grochowski”, „Świętochowski”, „Chmielowski” i t. p. Dlaczego tłomaczę w ten sposób sfałszowali wyraźny tekst Pisma Świętego? Pochodzi to stąd, że Żydom nie było wolno i niewolno dotąd wymawiać imienia bożego. Żydzi opierali się na treści trzeciego przykazania, które brzmi: „Nie będziesz używał imienia Pana (Jahwy), Boga twego nadaremno” ( Mojż. V, ). Wynikało to jednak nietyle z treści przykazania powyższego, które zakazuje tylko używać „nadaremno” imienia Bożego, ile z zabobonnego przesądu. Uczony Jan Karłowicz w swej znakomitej pracy „O człowieku pierwotnym” (Lwów , stron ) a w szczególności w rozdziale „Cudowna moc słowa” pisze, co następuje: „Nomen omen” {P:* To łacińskie przysłowie moglibyśmy spolszczyć tak: „imienisko — czartowisko.”} mówili dawni Rzymianie, to też u wszystkich ludów pierwotnych nadanie imienia ludziom i miejscom miało ważne praktyczne znaczenie. Dla młodzieńców wybierano przedewszystkiem imiona, zawierające w sobie grozę, wróżbę, postrach; nie mówiąc o obcych, wspomnijmy nasze: Zbigniew, Kazimierz, Niemira, Strachota i t.p. Miejscowe zmieniano, jeśli się zdawało, że w brzmieniu ich kryje się jakaś zła wróżba. Zdaje się, że nasza Bogorja znalazła się zamiast Czartorji. Grecy dawną nazwę Morza Czarnego „Pontos akseinos” (Morze Niegościnne) zmienili na „Pontos eukseinos” (Morze Gościnne). Z tą wiarą w czarodziejską siłę imienia wiąże się rozpostarta po całym świecie obawa używania jakiegoś wyrazu, lub zastępowania go innym. Obawa ta polega, mówiąc poprostu, na znanym przepisie „niewywoływania wilka z lasu.” Wiadomo powszechnie, jak lud nasz unika nazywania djabła po imieniu, zastępując je słowami: „Djacheł”‚ „Zły”, „Tamten”. Wiadomo, że żydzi podczas cholery boją się wymawiać nazwy tej zarazy i mówią: „Ta choroba,” albo „Zła choroba”, a imienia Boga od wieków nie wolno im wymawiać, skutkiem czego zginęła nawet tradycja wymawiania” (str. i ). Dziś żydzi zamiast wyrazu „Bóg” przy czytaniu pisma wymawiają albo: „imię”, albo: „Adonaj” (Pan), albo: „El Szadaj” (Bóg Wszechmocny). Chrześcijanie, którzy przecież z Żydów wyszli, przejęli się tą ich zasadą. Dzięki temu tłomacze religijni imię własne „Jahwe” zastąpili w Biblji albo wyrazem „Pan”, albo wyrazem „Wiekuisty”. Tylko w przekładach naukowych Biblji znajdujemy obecnie „imię” Boga naszego należycie wypisane a mianowicie „Jahwe”.

Następuje tedy pytanie, skąd się wzięło u nas to „imię pospolite” (Bóg) i jaka jego treść, nim zajmiemy się zbadaniem, skąd się wzięło „imię własne” Boga Jahwe , którego treść jest nam już znana i oznacza „Będący” (Wiekuisty, stąd znany zwrot: „Ten, który jest”).

Wedle nauki o powstawaniu języków czyli lingwistyki wszystkie języki, wchodzące w skład tak zwanych języków indoeuropejskich, albo lepiej aryjskich, posiadają wspólne źródło w starożytnym języku sanskryckim, używanym ongi w Indjach Przednich, gdyż za pomocą tego języka możemy jedynie wyjaśnić pochodzenie naszego słownictwa. Otóż w sanskrycie mamy wyraz „badż”, który znaczy „dzielić”, stąd „bhaga”, co znaczy „pomyślność”, „szczęście”, „pan”, „bóg”. Po zendzku (który to język tworzy najstarszą odnogę gałęzi irańskiej, czyli perskiej, języków indoeuropejskich) wyraz „ bagna” znaczy „część”, „udział”, „bóg”. Profesor Jan Karłowicz powiada: „od tego pnia i słowiańska nazwa boga pochodzi” (O człowieku pierwotnym, str. ). A więc treść wyrazu „Bóg” oznacza właściwie to, co człowiekowi przypada w udziale, czyli „Los” (starożytne: Fatum). Tu pokazuje się, że wyobrażenia słowiańskie a więc i polskie sięgają bardzo odległych czasów, albowiem w hebrajskim języku Starego Testamentu wyrazowi „Bóg” odpowiada wyraz „Elohim”, albo „El”, ten zaś pochodzi od wyrazu babilońskiego „El”, który znaczy „Cel”, więc „Los” (Fatum). Od tego wyrażenia „El” pochodzi też arabski wyraz „Allach”, co znaczy „Bóg” a wiadomo powszechnie, jak Muzułmanie wierzą w „fatalizm” czyli „losowość”. Dodać wypada, że nawet chrzczeni Arabowie „Boga” nazywają „Allachem”, gdyż nie posiadają w swoim języku innego „imienia pospolitego”, który odpowiadałby tej treści.

Dzięki temu wywodowi, który jest oparty nie na fantazji orjentalistów. ale na dokumentach pierwszorzędnej wartości historycznej, możemy teraz zrozumieć starożytność różnych wyrażeń Polskiego Ludu, jak naprzykład: „Bóg dał piękne łatko”, „Bóg dał piękne żytko”, „niech Bóg prowadzi”, „niech Bóg opatrzy”, co dosłownie znaczy: „Baga dał piękne łatko”, „Baga dał piękne żytko”, „niech Baga prowadzi”, „niech Baga opatrzy”, a co w dalszym ciągu znaczy: „Los dał piękne łatko”, „Los dał piękne żytko”, „niech Los prowadzi”, „niech Los opatrzy.” Tak mówił Polak w czasach pogańskich i zupełnie tak samo wyraża się jako chrześcijanin i prawowierny katolik. Wierzył i właściwie jeszcze wierzy w „Los” (Fatum greckie), czyli w jakąś niezbadaną Siłę, która układa stosunki na świecie. Niekiedy pod tą siłą rozumiał poprostu Przyrodę. Żyjący w pierwszym wieku naszej ery geograf Strabo twierdził, iż żydzi właściwie Bogiem nazywali Naturę. Rozumie się, iż miał na myśli uczonych żydów. Ślady wpływu tych żydów uczonych na nieuczonych znaleźć można w niektórych żydowskich modlitwach, jak naprzykład w końcowej modlitwie Dnia Sądnego, w której początek każdej zwrotki (a jest tych zwrotek ogółem pięć) daje szczególną całość a mianowicie: „Ojciec wiernych, który się zowie Bóg Natura” (patrz „Myśl Niepodległa” Nr , str. i ). Ma to nawet pewien sens, gdy się mówi: „Natura dała piękne łatko”, „Natura dała piękne żytko”, „Niech Natura prowadzi”, „niech Natura opatrzy.” To znaczy: biedny człowieku, nie mogę nic dla ciebie uczynić, ale niechaj warunki twego istnienia ułożą się jak najpomyślniej… Ale przyszło chrześcijaństwo z nieomylnym papieżem do Polski i w ten starożytny wyraz „Bóg” (Bagha, Los, Natura) wlało inną treść, niby w gotowe ramki wstawiło inny obraz Boga, czy Losu, czy Natury, o ludzkiej postaci, BogaStarca, z brodą, z rękami, nogami, ustami, palcami („Palec Boży”), oczami („Oko Boga”), który może się gniewać jak człowiek, radować jak człowiek, karać jak człowiek, i którego można grzecznie przeprosić jak człowieka. Bóg ten ma nawet niektóre brzydkie przywary człowieka, jak zawiść i zemsta, sięgająca nieraz do trzeciego i czwartego pokolenia ( Mojż. XX, ; Mojż. V, ), wreszcie niebywałą okrutność, gdyż umie skazywać na karę wiecznego palenia się w piekle. Tak pojęty Bóg jest gorszym potworem od Natury, albowiem Natura daje śmierć i z nią koniec wszelkich mąk; natomiast Bóg przez wieki wieków pastwi się nad grzesznikiem. Obliczono nawet, ile ofiar od rzekomego początku świata płonie do dnia dzisiejszego w piekielnym ogniu „miłosiernego” katolickiego Boga. Cyfra ta jest rzeczywiście „piekielna”, gdyż wynosi sto siedmdziesiąt miljardów grzeszników (patrz „Myśl Niepodległa” Nr , str. i ). Rzeczywiście ładnie w tej potwornej cyfrze wygląda SERCE JEZUSOWE.

 Ale idźmy dalej.

Bóg nasz ma imę. Imię jego jest Jehowa (Jahwe) a dowiadujemy się o tem z drugiej Księgi Mojżeszowej, na której wszystkie kościoły oparły całą swoją naukę o „Objawieniu się Boga Mojżeszowi.” Bóg nasz nie jest zatem jakimś Bogiem nieokreślonym, nienazwanym, ale ściśle określonym i znanym nam z imienia, które brzmi: Jehowa.

Z tego wynikałoby, że w czasach przed Mojżeszem imię Boga Jehowa nie było ludzkości wcale znane i nie mogło być znane, bo jeszcze nie było „objawienia Mojżeszowego.” Tymczasem ta „nieomylna” nauka kościelna dziwnie wygląda, gdy zaczniemy bliżej badać tekst Pisma Swiętego a w szczególności imiona różnych żydów, którzy żyli na świecie przed Mojżeszem. Przed Mojżeszem żył bezwarunkowo patryarcha Jakób a tymczasem imię jego jest złożone z imienia Jehowa (Jahakow). Wedle zgodnego uczonych twierdzenia Mojżesz żył na wieków przed naszą erą, albo, jak żydzi ściśle obliczają, — , czyli okrągłe lat; tymczasem znaleziono wielki napis z czasów babilońskiego króla Sargona I, żyjącego na lat przed naszą erą, w której nazwa króla Hamatu brzmi: „Jaubidi”, w. którem jest również składową częścią imię Jehowa. Schrader, wielki badacz starożytnego Wschodu, mniema, że Jehowa był jednym z bogów Hamatensów (Die Keilinschr. str. , , ). W wielkim komentarzu Baentscha do drugiej Księgi Mojżeszowej, wychodzącym pod kierunkiem Dr. Nowacka (Handkommentar zum Alten Testament, str. ) czytamy słowa następujące: „Nie ulega wątpliwości, że Jahwe nim stał się Bogiem Izraela, na długo przedtem był już Bogiem koczowniczych plemion, żyjących około Synaju. ” Do reszty jednak cała nauka papieska okazała się mylną, gdy znaleziono i odczytano tabliczki gliniane, pochodzące z czasów, kiedy jeszcze narodu żydowskiego jako takiego wcale nie było a mianowicie z czasów babilońskiego króla Hammurabi’ego i ojca jego imieniem SinMubalit, to jest na lat przed naszą erą, na których to tabliczkach jest wyraźnie wypisane: „Jehowa jest Bogiem” (Jaaveilu, Javeilu, Jaumilu). A ponieważ wiemy, jakie bogi zajmowały w Babilonji i Assyrji, oraz starożytnym Egipcie, miejsca naczelne, więc z jednej strony: Marduk, Bel, Astarte, Tammuz, Sin, z drugiej strony: Ozyrys, Amon, Anubis, Izyda, Hator — przeto wynika stąd, że w rzędzie tych potężnych „cudzych” bogów Jahwe, bożek pasterski, zajmował bardzo poślednie stanowisko, mniej więcej takie, jak np. Św. Stanisław w Krakowie w stosunku do Pana Jezusa. Pomijamy dalsze wywody, dotyczące imienia Jehowy, który w drugiej Księdze Mojżeszowej ma wszelkie cechy piorunowe „Boga pogody” i „Boga wróżby” nazwiskiem „Ramman”, że „I’hw” znaczy po egipsku „duch” i t. d. Wystarcza więc w zupełności to, co było powiedziane wyżej a mianowicie: wyraz „Bóg” nie jest imieniem własnem, ale pospolitem; imieniem własnem Boga jest wyraz „Jehowa” [ 2 ], które to imię istniało na wiele wieków przed objawieniem Mojżeszowem, a zatem „nieomylna” nauka papieża okazała się na podstawie mozolnych badań orjentalistów „mylną”. Tak samo mylną okazała się nauka protestancka i mozaistyczna. Wobec tego możemy iść dalej.

Znowu też wypada nam zwrócić uwagę na nieścisłość przekładów Biblji i błędność wynikającej stąd nauki. Uczono nas „Dziesięciorga Bożego przykazania”, zaczynającego się od słów: „Jam jest Pan, Bóg twój, nie będziesz miał cudzych Bogów przedemną” ( Mojż. XX. i ). Zmienia to cały sens „Dziesięciorga Bożego przykazania” na „Dziesięcioro przykazań Jahwy”. Były różne bogi. Żydzi to w zupełności uznawali. Ale z jednym z nich zawarli „przymierze”, czyli kontrakt; na jednej tablicy zostały spisane trzy prawa Jahwy a na drugiej tablicy siedm praw ludzkich. Stąd też w dalszym ciągu mamy księgi „Starego” i „Nowego” przymierza z Bogiem Jehową. Otóż Bóg Jehowa zawiera z żydami umowę, będzie ich bronił, pomoże im tępić inne ludy, wprowadzi ich do Ziemi Obiecanej, ale pod warunkiem, że nie będą już z żadnymi innymi bogami umów zawierali. Jest to coś w rodzaju konstytucji monarchicznej i stąd pochodzi żydowska „teokracja”, czyli „rządy boga”; dlatego też u żydów „świątynia” wraz z „kapłanami” wzięła górę nad „dworem” i „królami” a ponieważ kapłani rządzą zawsze gorzej od królów i w ogóle łudzi świeckich, przeto państwo żydowskie tak upadło, jak w kilkanaście wieków potem państwo kościelne papieży, gdy Włochy wyzwoliły się z pod ich jarzma i utworzyły świeckie państwo konstytucyjne z królem na czele, przedtem zaś materjalnie i moralnie upadały pod absolutnemi rządami papieża. – W piątej księdze Mojżeszowej mamy to, co się w niektórych religjach chrześcijańskich codzień jeszcze odmawia, a mianowicie groźbę Boga Jahwy: „Nie będziesz się im (t. j. „cudzym bogom”) kłaniał, ani im służył; bom ja jest Jehowa. Bóg twój, Bóg zawistny, oddający nieprawość ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia, tym, którzy mnie nienawidzą”, to znaczy: dotrzymaj mi umowy, bo jestem zawistny i mścić się będę nietylko na tobie, ale na twoich dzieciach, wnukach i prawnukach ( Mojż. V, — ). Był to więc BógKról, Bóg Władca, Bóg Narodowy żydów a zarazem wróg innych narodów, z któremi nawet nie pozwala się żydom wdawać, aby ich „nie przywiodły o grzech”, które wyniszczy a ziemie ich odda żydom na wyłączne posiadanie ( Mojż. XXIII): „Stracił mój puszczę przed tobą i pobiję wszystek lud, do którego wnijdziesz” (), „Pomału je wypędzę z oczu twych, aż się rozmnożysz i posiędziesz ziemię” (), „nie postanowisz z nimi przymierza, ani z bogami ich” (), „niechaj nie mieszkają w ziemi twojej, by cię snadź nie przyprawili o grzech przeciwko mnie” (). To już nie „Los”, „Fatum”, „Natura”. To „Król”, „Wódz”, „Gospodarz”, niekiedy nawet „dyplomata”, który przez Mojżesza traktuje z Faraonem o wypuszczenie „ludu swego” z Egiptu a nawet nie tak bardzo mocny, skoro zapuszcza się w „pertraktacje.” Swoją drogą dziś wiemy, że to „wyjście z Egiptu” wyglądało zupełnie inaczej.

Wykopaliska w ElAmarna w Środkowym Egipcie dały nam ciekawy materjał dowodowy, pochodzący z roku przed naszą erą. Z tego okazuje się, że żydzi mieszkali w Egipcie przed wyjściem i po wyjściu z Egiptu, że także mieszkali w Jerozolimie przed wyjściem i po wyjściu z Egiptu. Jerozolima zwała się wtedy „Urusalim”, mieszkali w niej „Habiri”, czyli Hebrajczycy, rządził nimi „uwehu” czyli wojenny generałgubernator egipski. Natomiast rzekome „wyjście z Egiptu, domu niewoli” było ostatnią Wojną Secesyjną, czyli wojną o odłączenie się Hyksosów (ludów pasterskich), zamieszkałych w ziemi Goszen. Ludy pasterskie „Amu” (co właściwie znaczy „ludy”), śród których znajdowali się także Synowie Izraela, tworzyli „wielką gromadę” (po hebrajsku „erew raw”, Mojż. XII, ), albo, jak Cylkow tłomaczy „różnoplemiennego ludu mnóstwo.” Ciekawa to zresztą rzecz, gdy Bóg wraz ze swoim ludem musi się „wynosić” w pustynię na tułaczkę, trwającą czterdzieści lat! A potem ów Bóg tak pięknie dochował umowy, że żydzi dostają się znowu na siedmdziesiąt lat do niewoli babilońskiej; jeżeli zawinili, mógł był ich sam pokarać, nie, nieprzyjaciele jego ludu niszczą mu i rabują świątynię…

Ale bądź co bądź był to dla niego awans. Wedle tradycji kościoła Mojżesz żył na lat przed naszą erą. Całe „prawo Jahwy” spisane było na dwóch tabliczkach niedużych i składało się z dziesięciu paragrafów. Tymczasem rozkopaliska babilońskie pokazały nam, że już o lat wcześniej, bo około roku przed naszą erą, istniało potężne państwo babilońskie z królem imieniem Hammurabi na czele, który dał ludowi swemu olbrzymi kodeks, złożony ze wstępu, paragrafów i zakończenia, wyryty na ogromnym kamieniu diorytowym, wysokości metrów i centymetrów, szerokości zaś u góry m. cm. u dołu m. cm. Ten kamienny dokument znajduje się obecnie w Paryżu w Luwrze. Jeżeli tedy porównamy potężne państwo babilońskie z koczowniczemi szczepami, z których potem powstał naród żydowski, to owe szczepy podobne będą do dzisiejszych obozów cygańskich w porównaniu naprzykład z potężną Anglją. Taki sam stosunek będzie pomiędzy piśmiennictwem a w szczególności prawem jednych i drugich.

 Ale koczownicze plemiona osiedliły się, zdobyły sobie własny kraj, założyły własne państewko. Awans narodu był zarazem awansem jego Boga. Otóż Jehowa z bożka nędznych plemion koczowniczych stał się prawdziwym Bogiem Narodowym, Bogiem ludu, który miał własną ojczyznę, złożoną z trzech prowincji a mianowicie: Judei, Samarji i Galilei, własną stolicę Jerozolimę, nawet własny rząd. Jehowa otrzymał pod Jerozolimą na górze Morija własną świątynię z własnym arcykapłanem i licznym zastępem kapłanów, własne księgi święte, jednem słowem stanowisko w świecie. Nic też dziwnego, że w zamian robił żydom różne obietnice nawet bardzo dalako idące a więc „poniżenia” ich nieprzyjaciół, „utrapienia” tych, którzy ich trapili i „pobicia” wszystkich narodów, które śmiałyby wejść w drogę żydom. Ale nie tu koniec jego nadzwyczajnego szczęścia. Niebawem miał się doczekać jeszcze większego awansu i zostać Bogiem Międzynarodowym, Bogiem Wszechludzkim, mającym setki tysięcy świątyń, setki tysięcy kapłanów i arcykapłana papieża tak potężnego, że królowie z rąk jego brali korony na skronie. Żaden Napoleon z prostego porucznika nie doczekał się takiego awansu, choć został cesarzem. A stało się to wbrew okolicznościom najmniej sprzyjającym jego awansowi, albowiem w roku naszej ery Rzymianie pod wodzą cezara Tytusa zburzyli mu świątynię, w perzynę obrócili mu Jerozolimę, lud „jego” częścią wyrżnęli, częścią wzięli w niewolę, zostały tylko resztki rozproszone po rozległym świecie i oto naród żydowski przestał poprostu istnieć… Zdawałoby się, że z takiego pogromu Jehowa nie zdoła się podźwignąć. Rzymskie bogi z Jowiszem na czele odniosły wielki tryumf nad „Ludem Pana” a więc i nad samym „Panem”, który miał lud opieką osłaniać. Nie dotrzymał zobowiązania. Mimo to on, Bóg narodu rozgromionego i rozpędzonego, właśnie w tym czasie awansuje na Boga Powszechnego. Stało się to dzięki tajemniczym zdarzeniom, jakie się rozegrały w ziemi palestyńskiej, która posiadała szczególny przywilej obdarzania ludzkości bogami w ciągu dwóch ostatnich tysiącoleci.

Na ziemi tej ludzie ciągle zajmowali się zagadnieniami religijnemi. Między innemi wyczekiwano ciągle przyjścia Mesjasza (Meszjacha), czyli Zbawcy. Wyobrażano sobie, że będzie to jakiś potężny wódz, który strząśnie z narodu żydowskiego jarzmo rzymskie. Ale tak sądzili tylko zamożniejsi. Ubodzy (Ebionim) wytworzyli sobie inny ideał. Mesjasz przyjdzie jako „Syn Boleści” i zajmie się przedewszystkiem losem ubogich. Ebjonici, czyli Ubodzy, którym rządy bogatych dały się we znaki, zaczęli filozofować o Bogu Jehowie całkiem inaczej. To nie może być Bóg „zawistny”, „mściwy”, Bóg potężnych patryarchów jak Abraham, który miał trzystu kilkudziesięciu „namiestników”. To w ogóle nie „Pan”, ale „Ojciec”. Człowiek nie może być „niewolnikiem” Boga; powinien być jego „Synem”. Stosunek pomiędzy Bogiem a człowiekiem powinien być ojcowskosynowski. Była to zatem wielka rewolucja myśli, która zaczęła się mniej więcej już na lat przed nową erą i trwała drugie lat w erze nowej. A zatem owa idea kształtowała się blisko cztery wieki. Prorocy zawsze występowali w obronie „Uciśnionego”. Teraz „Syn człowieczy”, co u nas znaczy poprostu „człowiek”, zaczyna siebie nazywać „Synem Bożym”. W tym a nie w innym sensie używał tego wyrażenia niejaki Jezus, syn cieśli nazaretańskiego, o którym historycy pierwszego wieku nic nie wiedzą a który w sto lat po swojej śmierci nagle zaczyna być bardzo głośnym.

Ebjonici, żydzi, wyznawcy Jehowy, jak proletarjat każdego kraju czuli słaby związek z możnymi, którzy tworzyli dwie partje, jedną „Saduceuszów”, arystokratów, rzymskich ugodowców, drugą „Faryzeuszów”, partję niejako mieszczańską, dającą się porównać z naszą Narodową Demo

kracją. I oni czekali przyjścia Mesjasza. Ale przedewszystkiem czekali go Ubodzy. Śród nich zasłynął też ów Jezus. Nie miał się za Boga, co nawet potwierdza Ewangielja wedle Mateusza. Gdy jeden z uczniów nazywa go „dobrym”, Jezus strofuje go i mówi: „Czemu mnie zowiesz dobrym? Jeden jest tylko dobry, to jest Bóg” (Mat. XIX, ). Gdyby Jezus był siebie nazwał Bogiem, właśni jego wielbiciele byliby go natychmiast ukamienowali za bluźnierstwo. Zdaje się, że dopiero po śmierci zaczęli go nazywać „Pośrednikiem” nowego stosunku do Boga, „nowego przymierza”, co potwierdza list św. Pawła do Żydów: „Dlatego jest nowego testamentu pośrednidnikiem” (IX, ). Dziwnie tajemnicze są jednak początki nowej sekty. Historyk Józef Flawjusz, żyd, kapłan, który opisując w roku wojnę żydów z Rzymianami wie wszystko o najdrobniejszych sektach, nawet go nie wspomina; natomiast w „Starożytnościach”, pisanych znacznie później, tekst, gdzie rzekomo mówi o Jezusie, jest sfałszowany, jak się na to dziś godzą wszyscy uczeni. Rzymski historyk Tacyt, żyjący — , w „Rocznikach” (XV, ) tyle tylko wspomina, że za czasów Nerona miało miejsce prześladowanie Chrześcijan, których gmin tak nazywał a „początkiem imienia tego Chrystus, który za panowania Tyberjusza od prokuratora Piłata Pontskiego na śmierć skazany. Przytłumiony na on czas zabobon znowu wybuchnął, nietylko w żydowskiej ziemi, kędy się to złe wylęgło, ale w Rzymie samym, gdzie wszystkie zewsząd szkarady i sromoty cenę i przytułek mają.” A więc Tacyt zaświadcza tylko, iż za jego czasów już w Rzymie istniała sekta, która się wyprowadzała od Chrystusa z żydowskiej ziemi. Cóż to znaczy Chrystus? Inny historyk rzymski a mianowicie Swetonjusz nazywa go „Chrestosem” (Życie Kaliguli XXV). Mieszano „i” z „e” w ówczesnych gwarach tak, jak u nas „ę” z „ą” (rząd, rzęd). Otóż „Christos” po grecku znaczyło „Pomazaniec” a „Chrestos” znaczyło „Dobry”; wszelako przydomek „Chrystus”, nadawany Jezusowi, był tylko przetłomaczeniem na język grecki słowa hebrajskiego „Meszjach” (Mesjasz, Zbawca). Jak ostatecznie ubiegło życie owemu Jezusowi, na to pewnych historycznych dowodów nie mamy wcale, dopiero w wiekach późniejszych wypływa na powierzchnię duża ilość pism, przeważnie apokryficznych, to znaczy: niewiadomych autorów. Do czasów zburzenia Jerozolimy istniały maleńkie organizacje zwolenników nauki Jezusa w siedmiu miastach azjatyckich: Efez, Smyrna, Pergamum, Tiateira, Sardo, Filadelfja, Laodicea – rzecz charakterystyczna, że same miasta greckie na ziemi azjatyckiej! Organizacje te zwały się „związkami” (zborami, po grecku „ekklesia”, stąd łacińska nazwa „kościoła”). Świadczy o tem Apokalipsa św. Jana (I, ). Dopiero po śmierci Jezusa zaczęły tworzyć się o nim różne legendy, jak o zmartwychwstaniu i później o wniebowstąpieniu, albowiem w dwóch ewangieljach niema o wniebowstąpieniu nawet najmniejszej wzmianki a mianowicie niema w „najważniejszej”, bo ewangelji wedle Mateusza, i w „najlepiej opracowanej”, bo wedle Jana. Z początku też nikomu nie przyszło do głowy zwać go Bogiem. Dopiero na soborze nicejskim w roku zapytano, czy Jezus jest „podobny” (homojuzios) Bogu, czy też „równy” (homouzios) Bogu? Odpowiedziano, że jest „równy Bogu” i w ten sposób do „Boga Jahwy Ojca” przybył „Bóg Jezus Syn”. Jezus umierając miał powiedzieć uczniom, że przyśle im swego „Ducha” i wedle mniemania Apostołów Duch ten na nich spłynął (Dzieje Apostolskie II, — ). W ten sposób powstała Trójca: Bóg Ojciec, Bóg Syn i Duch Święty — rzekoma tajemnica, ale widzimy już teraz, jak ona powstała. Otóż na wymienionym wyżej soborze nicejskim ułożono dopiero znany Skład Wiary Apostolskiej z uznaniem Trójcy Świętej. Nie był to pomysł nowy, albowiem w starożytnych religjach plątała się idea Trójcy jako szczytu doskonałości a żydzi bardzo się oddawali kabalistyce liczbowej. Liczba trzy wedle starożytnego zabobonu jest najdoskonalsza, albowiem ma „środek, koniec i początek.” Taką Trójcę mieli Egipcjanie: Oziris, Izis, Horus. Także mieli znacznie od religji chrześcijańskiej starsi Indusowie: Trimutri (trójkształt) bogów Brama, Wisznu i Sziwa. Te idee przyplątały się do religji chrześcijańskiej a działo się to w ten sposób, że przypisywano Bogu Jahwie różne „cnoty”, potem „cnoty” te pojmowano jako istnienia odrębne, wyrobiło się pojęcie „Metatronos” (coś w rodzaju „Sekretarza Pana Boga”). Duch Święty zwał się „Paraklet”, co znaczy „Zarządca”. Gdy Jezus odszedł, „rządziła” jego „idea”, jego „duch”, jego „Paraklet”; z tego „ducha”, z tej „idei”, zrobiono z czasem „istotę”. A ponieważ „syn” musiał mieć „matkę”, więc zwolna zamiast jednego Boga Jahwy powstała „Przenajświętsza Rodzina”, czyli wielobóstwo chrześcijańskie a specjalnie katolickie, które jednak samo siebie uważa za wyznające „jednobóstwo”. Nie mogąc się jednak wytłomaczyć z owego „jednego Boga w trzech osobach”, powiada, że jest to — tajemnica. Otóż ową tajemnicę obecnie przejrzeliśmy już w zupełności. Żydzi też powiadają, że oni jedni wyznają jednobóstwo ze względu na to, iż wierzą tylko w jednego Jehowę; zarzucają natomiast chrześcijanom „wielobóstwo”; ale zdaniem naszem wielkiej różnicy niema, Żydzi bowiem wyobrażają sobie Boga jako kawalera, czyli pojedynaka, zaś chrześcijaniekatolicy jako osobnika rodzinnego. Zupełnie tak samo wyobrażali to sobie Babilończycy, Assyryjczycy, Egipcjanie, Grecy, Rzymianie i wszyscy ci, których kościół pogardliwie obdarza mianem „pogan” a niczem się właściwie od nich nie różni. Tak samo w innych religjach „matkaziemianka” zostaje zapłodniona przez boga, jak wedle ewangielji Marja przez Ojca za pośrednictwem „Ducha Świętego” (Mat. I, ). Zupełnie tak samo w innych religjach, jak np. w religji Babilończyków, Bóg umiera, schodzi do piekieł, zmartwychwstaje. U Babilończyków czynił to Tammuz a u nas czyni to Jezus. Widzimy więc, że bożek pasterski Jahwe, nie mający w starożytności żadnego znaczenia, z bożka koczowników zaawansował na Boga Narodowego Żydów, następnie z Boga Narodowego na Boga Powszechnego, że dostał Syna, następnie Parakleta (Zarządcę) i w ten sposób utworzyła się Trójca chrześcijańskókatolicka. A stało się to wskutek tego, że religja Jahwy przestała być wyłączną własnością żydów i że żydzi narzucili ją innym ludom.

Gdyby ta religja była tylko krzewiła się śród żydów, byłby ją ten sam los czekał, co obecną religję żydowską. Wyznawcy Jezusa bowiem kłócili się między sobą, jak świadczą o tem różne „listy” Nowego Przymierza (List pierwszy Pawła do Koryntów I, — ). Także w „Dziejach Apostolskich” znajdujemy liczne ślady sporów (XV, i nast.). Ale ideami temi przejął się proletarjat grecki i rzymski. Zwolna wytworzyła się prawdziwa „religja proletarjatu”, religja „uciemiężonych”, „maluczkich”. Następnie jednak religja ta zjednała sobie kobiety możnych, zajmujące w świecie starożytnym stanowisko podrzędne. Wszyscy godzą się na to, że zapał kobietagitatorek uczynił niesłychanie wiele. Gdy przez kobiety chrześcijaństwo wtargnęło do domów bogatych, zwolna zaczęło opanowywać głowy także mężczyzn. Ale też i teraz poczyna się samo chrześcijaństwo zmieniać. Chrześcijanami już nie są tylko „Ebionim” (Ubodzy), ale także bogaci. Zbawieni będą nietylko nędzarze, ale wszyscy, którzy „uwierzyli”. Zmienia się przeto „moralność” chrześcijańska. Krążyły z rąk do rąk różne „mowy” Jezusa, różne jego „życiorysy”; pod wpływem nowego świata treść tych tekstów poczęła się zmieniać, aż doszło do całego szeregu sprzeczności

(porównaj „Myśl Niepodległa” Nr , str. i nast. „Kontradykcje (Sprzeczności) ewangieliczne”).. Ostatecznie ewangelji tych było tak wiele, tyle zawierały sprzeczności i nieprawdopodobienstw, że trzeba było cały materjał uporządkować i wybrać cztery, co się stało dopiero pod koniec IVgo wieku. Z tego też czasu, tak późnego, pochodzą najstarsze odpisy ewangielji, które zresztą w wielu miejscach są z sobą niezgodne. Wogóle w całym Nowym Testamencie jest z górą , warjantów czyli różnic w tekstach rękopiśmiennych. Możnaby się zapytać, dlaczego z pomiędzy kilkudziesięciu ewangelji wybrano właśnie cztery a nie trzy lub pięć? Na to pytanie niechaj odpowie najstarszy i najbardziej poważany Ojciec Kościoła Ireneusz: „Ewangelji nie może być ani więcej, ani mniej, tylko cztery. Świat bowiem, na którym żyjemy, ma cztery rogi, a ponieważ są cztery katolickie duchy (wiatry), kościół zaś jest rozproszony po całym świecie, ewagielje zaś i żywy duch (wiatr) są filarami kościoła, przeto porządek wymaga, aby ten kościół miał cztery filary… Cheruby miały także cztery oblicza.”

Gdy to, co się nie może pogodzić z naszym rozumem, odrzucamy, zrobiliśmy połowę; ale gdy znaleźliśmy dowody na odrzucenie rzeczy, z którą rozum nie może się pogodzić, uczyniliśmy wszystko.

Tu wykazaliśmy, w jaki sposób w umyśle ludzkim powstało wyobrażenie Boga naszego. Osobnej pracy wymaga przedstawienie, w jaki sposób powstało Pismo Święte Starego i Nowego Zakonu. Zadowolnimy się tedy tutaj tylko krótkiem streszczeniem wiadomości najważniejszych.

Jeżeli istnieje jakaś drukowana książka, to musi przedewszystkiem istnieć jej rękopis. Otóż istnieją całe zbiory rękopisów Starego i Nowego Testamentu, ale wszystkie są bardzo późnego pochodzenia. Rzecz wielce znamienna, iż zachowały się różne dokumenty, pisane palcem ludzkim a ani jeden, pisany „palcem bożym” Jehowy ( Mojż. XXXI, ). A także jest rzeczą znamienną, że Jezus pisał „palcem na ziemi” (ewang. Jana VIII, ) a nauk swoich nie spisał na pergaminie, czyli oślej skórze. Zauważono, że jeżeli Bóg zszedł na ziemię, aby ludziom swoją wolę objawić, to powinien był co najmniej uczynić to tak wyraźnie, aby słów jego nikt już nie potrzebował wyjaśniać. Tymczasem jesteśmy w tem szczególnem położeniu, że właśnie Pismo Święte najwięcej w nas budzi różnych wątpliwości. Kościoł katolicki postąpił bardzo dla siebie wygodnie, gdyż zabronił wiernym czytać Biblję. Ale uczeni nie troszczą się o zakazy papieża, badają zaś nietylko rzeczy drukowane, ale przedewszystkiem stare rękopisy. Otóż najstarsze rękopisy ewangelji pochodzą z czwartego wieku naszej ery i pod niejednym względem stanowią sprzeczność z wiadomościami, jakich nam dostarczają inni pisarze, uznani nawet przez kościół katolicki. I tak żyjący w połowie drugiego wieku biskup Papias donosi nam, że uczeń Jezusa Mateusz spisał mowy jego a uczeń Marek nakreślił jego życiorys, obaj zaś uczynili to w „mowie ojczystej” Jezusa. Panował wtedy na ziemi palestyńskiej język aramejski, tym językiem Jezus mówił, zostały nawet ślady tego w ewangeljach, jak np. „Eli, Eli, lama sabachtani” (Boże, Boże, czemuś mnie opuścił). Wszelako obecnie ewangielja Mateteusza zawiera zarówno mowy Jezusa, jak i jego życie, tak samo ewangelją Marka, obie zaś są pisane po grecku a nawet kościół katolicki nie nazywa ich „ewangeljami Mateusza, Marka”, tylko „wedle Mateusza” i „wedle Marka”, to znaczy, że sam uznaje je za przeróbki. Tak samo dziś uczeni nie uważają ksiąg Starego Zakonu za dzieła oryginalne, tylko za przeróbki, albowiem wszystkie opowieści o stworzeniu świata, zwierząt, pierwszych łudzi, o grzechu pierworodnym, o potopie i t. d. są tylko hebrajskiemi odmianami starszych podań babilońskich, które dziś dokładnie znamy dzięki rozkopaliskom, dokonanym w Mezopotamji, czyli Międzyrzeczu Tygrysu i Eufratu. Wyobrażenia te od Babilończyków przeszły do Żydów a od Żydów do nas. Natomiast wyobrażenia o Jezusie, jego życiu, działalności, naukach, cudach i t. p. powstały na podłożu całej ówczesnej azjatyckiej kultury; do „nowego” chrześcijaństwa zostały wprowadzone wszytkie pojęcia wcale „nie nowe.” Glorja nad głową Jezusa i różnych świętych jest zabytkiem czci, oddawanej słońcu. W religji buddyjskiej robiono wizerunek słońca w kształcie monstrancji; tak samo nasza monstrancja jest wyobrażeniem słońca. Krzyż był znany i czczony na wiele tysięcy lat przed śmiercią Jezusa na Golgocie. Cześć krzyża powstała stąd, iż taki kształt miało narzędzie, za pomocą którego drogą tarcia dobywano ogień. Cześć krzyża spotykamy u starożytnych Indów, Assyryjczyków, Egipcjan, Fenicjan, Rzymian. Rzymskie Westalki (kapłanki, które strzegły ognia świętego) nosiły na szyi małe krzyżyki. Różne bogi i boginie starożytnego świata dzierżą krzyż. Dopiero po tem wszystkiem stał się on „symbolem męki Pańskiej”. Tak samo dzień narodzin Jezusa a mianowicie grudzień nie jest pomysłem oryginalnym. Dnia tego wedle wyobrażeń rzymskich narodził się bożek Bachus. Bóg Mitras (bożek słońca) także narodził się grudnia. Dlaczego dzień ten był tak ważny? Bo jest to właściwie początek „nowego słońca”, jak mówili Rzymianie, odtąd dzień staje się dłuższym, a noc coraz krótszą. Nawet modlitwy nie są oryginalne. Forma „litanji” przeszła do świata chrześcijańskiego z Assyrji; dzieje zachowały nam ułamek takiej assyryjskiej litanji z czasów na , lat przed Chr. a zaczyna się od słów:

Duchu nieba Pamiętaj o tem.

Duchu ziemi Pamiętaj o tem.

Duchy, panowie ziemi Pamiętajcie o tem

Duchy, panowie gwiazd Pamiętajcie o tem

Duchy, wrogi złego Pamiętajcie o tem

Dychy światła i życia Pamiętajcie o tem

Stąd bierze początek nasze: „Naczynie szczególnego nabożeństwa, módl się za nami”, „naczynie poważne, módl się za nami” i t. p. Także nie jest oryginalny „Ojcze nasz”. Już blisko lat przedtem, bo w czasach niewoli babilońskiej znany był żydom jako „Kaddisz”, znajduje się też w Talmudzie [ 3 ].

Cała nauka Jezusa jest pochodzenia dawniejszego. Oto przykłady:

Jezus: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy pracujecie i jesteście obciążeni a ja was ochłodzę” (Mat. XI,).

Jeremjasz: „Bom upoił duszę spracowaną i każdą duszę łaknącą nakarmiłem” (XXXI, ).

Jezus: „Ktoby się wywyższał, będzie uniżon; a ktoby się uniżał, będzie wywyższon” (Mat. XXIII, ).

Przysłowia Salomonowe: „Za pysznym chodzi uniżenie; a pokornego duchem ogarnie chwała” (XXIX, ).

Jezus: „Będziesz miłował bliźniego twego jako samego siebie” (Mat. XXII, ).

Mojżesz: „Będziesz miłował bliźniego twego jako samego siebie” ( Mojż. XIX, ; Wujek tłomaczy źle „przyjaciela”, Cylkow dobrze „bliźniego”).

Przykazanie: „Cokolwiek chcecie, aby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie” (Mat. VII, ) znajduje się w Talmudzie, u Pittakosa ( przed Chr. ), u Konfucjusza ( przed Chr. ), u Talesa ( przed Chr. ), u Arystotelesa ( przed Chr. ) i tak dalej. Jednem słowem chrześcijaństwo w stare beczki wlało nowe wino i w stare ramki wstawiło nowe obrazy. Zmieniły się tylko nazwy. A ponieważ chrześcijaństwo zburzyło starożytną cywilizację grecką i jej naukę a nową naukę kościół prześladował zapamiętale, prowadząc nieraz na stos jej krzewicieli i bojowników, przeto wobec wielkiej ciemnoty mas błędne wyobrażenia, zabobony i przesądy mogły były utrzymać się przez całe epoki i upadają dopiero z chwilą, gdy nauka staje się wolną, kiedy nauką zajmuje się wolny człowiek i kiedy rozporządza on wolną myślą.

I oto dziś wszystkie rzekome „tajemnice” nauk nieomylnego papieża i jego księży zostały przejrzane na wylot. Dziś już wiemy, że nie Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje, ale że człowiek stworzył Boga na obraz i podobieństwo swoje, swoich wyobrażeń, swoich dobrych i złych instynktów a nawet swoich urządzeń społecznych. Gdy człowiek był „zawistny” i „mściwy”, dał Bogu swojemu „zawiść” i „mściwość”. Wedle prawa koczowniczych ludów istniał „krwawy odwet” z pokolenia na pokolenie; to też Bóg stworzony przez człowieka ściga ludzkie plemię za swoje urazy „do trzeciego i czwartego pokolenia.” Jeżeli Boga tworzył potężny patrjarcha, to Bóg był groźny, nieugięty; jeżeli tworzył go prostaczek, to Bóg jego był miłosierny i łagodny. Wojownik tworzył Boga wojującego, jak rzymski Mars; prześladowany nędzarz tworzył sobie Boga prześladowanego a nawet skazywanego na męczeńską śmierć. Zabobonny filozof tworzył sobie „mądrość bożą”; zabobonny prostaczek wielbił „ubogich duchem.” Stąd też wyobrażenia o niebie i raju oraz piekle były takie, jakiemi były ludzkie urządzenia społeczne. Zakonnik wyobrażał sobie niebo w kształcie wielkiego refektarza, czego dowodzą np. liczne obrazy „ Rajów” w Wenecji w Akademji Sztuk Pięknych. Szlachcic polski wyobrażał sobie piekło jako Rzeczpospolitą z królem Belzebubem na czele, jak dowodzi tego stara polska książeczka pod tytułem: „Postępek prawa czartowskiego przeciw narodowi ludzkiemu”, wydana w r. . Chłop polski zaś wyobraża sobie Pana Boga jako bogatego dziedzica i to z czasów pańszczyźnianych, który nie lubi wdawać się z ludem i pokazywać mu się a wszystkie sprawy załatwia przez ekonoma… w czarnej sutannie. Natomiast kościół katolicki wyobraża sobie Boga jako władcę absolutnego, despotycznego, od którego „niezbadanej łaski” człowiek jest zupełnie zależny. Bóg ten może skazać człowieka na wieczne męki w piekle, z których nikt go nie wyprosi. W dodatku Bóg stworzył człowieka a stworzył go z ułomną wolą i za tę stworzoną przez siebie ułomną wolę karze go potem ogniem piekielnym… Takie wyobrażenia nieomylny papież narzucił ciemnym tłumom, gdyż za pomocą takiego zaciemnienia umysłu jest mu wygodnie rządzić. Widzimy więc, że i papież stworzył Boga na obraz i podobieństwo swoje a także na obraz i podobieństwo swojej przewrotności, bo jeśli Bóg jest i jeśli Bóg jest Doskonałością i jeśli prócz tego jest Mądrością, to przecież największemu grzesznikowi powiedziałby na sądzie ostatecznym: ułomnym cię uczyniłem, więc musiałeś grzeszyć…

Wykazaliśmy szczegółowo, jak się tworzyły pojęcia o naszym Bogu. Z tego jasno wynika, że takiego Boga, o jakim uczy nieomylny papież, niema i że istniał on tylko w wyobrażeniu ludzi nieukształconych a zabobonnych. Czy jest natomiast inny Bóg? Na to pytanie nikt dotąd właściwie nie odpowiedział, gdyż przedewszystkiem nie określił, co chce rozumieć przez wyraz Bóg. Jakąś najwyższą Doskonałość? A więc Ideał? Ależ wiemy, że ideały nasze zmieniają się z wieku na wiek. Najwyższą Mądrość? Ależ wiemy, że z wieku na wiek zmienia się pojęcie tego, co jest rozumne a co nierozumne. Najwyższą jakąś Siłę, rządzącą światem? Ależ z każdym wiekiem poznajemy nowe siły. Więc taką siłę, która jest nieznaną? Dobrze, ale gdy siłę tę poznamy, to już jej nie będziemy nazywali Bogiem?

 Wszystko jedno. Jest to już zagadnienie inne. W każdym razie człowiek, który jest zdolny tak rozumować, już wyszedł z ciemnoty i nie da się za nos wodzić.

Jeszcze jedno pytanie. jeżeli runie nasz Bóg obecny, czy nie runie razem z nim nasza moralność? Otóż moralność cała jest wytworem stosunków społecznych a nie jakiegoś nakazu boskiego. Bada to osobna nauka, zwana Etyką. Pokazało się, że to, co jest etyczne u jednych narodów, jest nieetyczne u narodów drugich. Samo pojęcie Boga jako absolutnego Pana i człowieka, tak od niego zależnego, że tylko „łaska” boża może się nad nim zmiłować, jest pojęciem niemoralnem. Bóg, który skazuje grzesznika na wieczne męki w ogniu piekielnym, jest wyobrażeniem niemoralnem. My, ludzie pragnący światła, musimy opierać się na badawczej nauce. Bóg, gdyby był, miałby obowiązek objawić swoją wolę każdemu człowiekowi. Ale i wtedy jeszcze byłoby to okrutne, gdyż wola boska ciągle przygniatałaby człowieka i odejmowałaby mu wszelką samodzielność. Naszym zaś ideałem jest człowiek prawdziwie niezależny, umiejący sam sobie radzić, rozporządzający sam swoim rozumem, dochodzący drogą doświadczenia do tego, co jest dobre a co złe. Musimy tedy moralność naszą zamienić z religijnej na społeczną. Kościołowi naszemu to nie w smak. Oświata wyrabia krytycyzm, czyli zdolność odróżniania jednego od drugiego. Dlatego kościół chce swoją rękę położyć na oświacie. Ale gdy jeden uczony nie zgadza się z drugim, to następuje między nimi wymiana zdań, aż dojdą do jakiegoś wyniku ostatecznego, a kontrolują ich spory uczeni całego świata. Kościół postępuje inaczej. On nie wdaje się w żadne spory, tylko — wyklina. Papież Pius IX ogłosił w swoim Syllabusie: „Przekleństwo temu, który sądzi, że należy wszystkiego dochodzić rozumem. Przekleństwo temu, który powiada, że każdy człowiek może sam obrać sobie religję! Przekleństwo temu, który utrzymuje, że rzymski papież powinien się pogodzić z postępem, liberalizmem i cywilizacją współczesną!”

 

Andrzej Niemojewski

Żył w latach 1864-1921, pseudonimy: Lambro, Lubieniec A., Rokita — poeta modernistyczny, prozaik, dramaturg, publicysta, społecznik i „postępowiec”, pionier ruchu wolnomyślicielskiego na ziemiach polskich, pionier wolnomularstwa na ziemiach polskich w XX w, jeden z głównych twórców polskiego religioznawstwa. Wydawał Myśl Niepodległą. Znany jest także z klasycznej powieści ‚Listy człowieka szalonego’ (1899), oznaczającej się humorem i dystansem w odzwierciedleniu środowiska cyganerii literackiej ówczesnego Krakowa oraz społecznego wyobcowania artysty. Twórczość pisarza oscylowała między naturalizmem a prozą poetycką.

 

 

http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,9587/k,5

Posted in teizm | Otagowane: , , , | Leave a Comment »

Kościół katolicki a libertarianizm

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 9 września 2013

Nawet jeśli Kościół katolicki rzeczywiście jest jednym, świętym i apostolskim, a to, co podaje ludziom do wierzenia i codziennego praktykowania w świecie całkowicie słusznym w oczach Boga, stwórcy wszechrzeczy, to gdyby praprzyczyna wszelkiej istności była zgoła inna aniżeli Boska, ludzkość i tak nie wymyśliła idei bardziej logicznej i spójnej od anarchokapitalizmu (czy szerzej libertarianizmu). Zresztą jakiekolwiek bądź przejawiamy zapatrywania ontologiczne, nie sposób bez odwołania się do twierdzeń, bo Deus lo volt, naturalny proces wynikający z obawy przed napaścią lub umowa społeczna i basta, bronić pojęcia państwa oraz władzy świeckiej (publicznej).

Problem konfliktu między katolicyzmem a libertarianizmem z jednej strony wypływa z nieco odmiennego rozumienia niektórych pojęć, ale przede wszystkim z tego, iż żaden święty, Doktor, papież, synod lub sobór Kościoła nie zdecydował się rozpatrzyć kwestii genezy państwa à rebours.

Co należy w tym miejscu dobitnie podkreślić – Magisterium nigdy wprost nie próbowało obalać tej ideologii świeckiej, możemy za to na ten użytek co najwyżej próbować ekstrapolować już podane do wiadomości ludu wiernych oceny, opinie i wskazówki o nowożytnym liberalizmie, czy też wybranych elementach składających się na tzw. proces społeczny. I tak np. w „Małym katechizmie o Syllabusie” wydanym za pontyfikatu Piusa X czytamy: „Liberalizm nowożytny jest sektą, która ducha współczesnego pragnie pogodzić z duchem Kościoła”, zaś „duch nowożytny pragnie zasady niewzruszone Kościoła nagiąć tak, aby dały się zastosować do wymagań zmiennych i źle ugruntowanych opinii ludzkich”. Z kolei korzystając z pewnych przesłanek zawartych w tekstach encyklik, alokucji, wykładni Pisma Świętego, kazań, świeccy katoliccy usiłują poprzez zasklepianie tej luki w nauczaniu rozprawiać się z rosnącą wciąż grupą wolnościowców w Kościele.

Przez „genezę państwa à rebours” rozumiem tutaj wolę zastanowienia się nad tym, jak też Pan Bóg miał ugruntować w dziele stworzenia władzę na ziemi. Zakłada się tutaj jakieś działanie mistycznej siły i potęgi, która zlała na kontynenty „prawo miecza”.

Wydaje się, że katolicyzm zwalczający „sektę” bezpaństwowców nie przyjmuje do wiadomości realności scenariusza zastosowania przemocy, a więc złamania aksjomatu o nieagresji, czyli zdeptania przez silniejszych prawa własności i samoposiadania należnych słabszym (bądź niechętnym do podboju) u progu pierwszych Lewiatanów. Stąd właśnie bierze się to uporczywe dążenie do współdziałania Kościoła z władzą świecką z jednoczesnym usprawiedliwianiem podatków jako nie-kradzieży. Jaskrawo etatystycznych wypowiedzi wybitnych postaci w teologii katolickiej można podawać na pęczki, jak chociażby fragment encykliki „Casti connubi” Piusa XI: „Dlatego wszystkich, którzy naczelną władzę w państwie sprawują, usilnie w Panu do zawierania i utwierdzania zgody i przyjaźni z tym Kościołem Chrystusa napominamy, aby złączony dwojakiej władzy wysiłek i starania oddaliły straszne szkody, zagrażające tak Kościołowi jak Państwu z powodu zuchwałej swawoli, wdzierającej się do małżeństwa i rodziny”.

Środowisko wolnościowców od dawna narzeka na nieprzezwyciężalne u ogółu społeczeństwa schematy myślowe, w których godzi się ono powszechnie na zastane warunki, rezygnując zupełnie z poszukiwania alternatywy w postaci wolnej przedsiębiorczości połączonej z działalnością charytatywną. Nie inaczej bywa w przypadku duchowieństwa – wszak wciąż mamy do czynienia z jednostkami przesiąkłymi na wskroś mentalnością mas. Oddajmy więc raz jeszcze głos Piusowi XI: „kierownicy państwa i ci, którym dobro ogółu powierzono(…) w ustawodawstwie i przy układaniu budżetu pamiętać powinni o ulżeniu doli biednych rodzin, uważając to za jedno z najpilniejszych zadań swej władzy”. Wydźwięk tego zdania to rzecz jasna skrajna statolatria, jednakże pamiętać należy, że wyraz „powinno” nie oznacza jeszcze „musi”, natomiast zamiast promowania zasiłków albo silnego ruchu syndykalistycznego jako właściwych urządzeń politycznych, mających za zadanie zaprzężenie państwa do stania na straży godziwej płacy za pracę robotnika, ojca i matki w rodzinie, właściwą drogą do ziszczenia lepszej „doli biednych” będzie raczej redukowanie fiskalizmu wraz z obciążeniami dla kapitału. Zakłada się z góry, bez dowodzenia konsekwentną logiką, że spiritus movens małego państwa lub anarchii będzie nienasycona chciwość, brak miłosierdzia, a „zbrodnie” bezbożności, zakały w obyczajach i stosunkach, rozplenią się na dobre.

Msza Trydencka (ryt rzymski)

Msza Trydencka (ryt rzymski)

Głównym wyrzutem wobec frakcji libertariańskiej w Kościele, podobnym zresztą do wielu znanych z historii wykluczeń heretyków z pastwiska Oblubienicy Pańskiej, jest domniemane manipulowanie niewzruszoną jego doktryną na użytek doczesnych wymagań, wybieranie z niej tylko tego, co jako tako libertarianom pasuje, kierowanie się zasadą pars pro toto. Solenne, ex cathedra, potępienie tej ideologii (jak w przypadku rzeczonego nowoczesnego liberalizmu, nazizmu, naturalizmu czy komunizmu), co wymagałoby tak oczekiwanego zmierzenia się z poglądami głoszonymi przez czołowe figury ruchu, wreszcie oficjalne wezwanie do otwartego porzucenia aksjomatów, konsekwentnego leseferyzmu, austriackiej teorii marginalistycznej w ekonomii, aby ratować swoje zbawienie, dopóki doń nie dojdzie do skutku, dopóty wciąż będzie to monolog jednej strony. Za próżne bowiem należy uważać aktualne wysiłki protagonistów „spontanicznego ładu” do zwrócenia uwagi władz kościelnych na ich stanowisko. Zamiast tego mamy co jakiś czas takie perełki łechcące serca rozmaitych pobożnych socjalistów, jak chociażby tegoroczny list polskich biskupów na sierpień, miesiąc trzeźwości: „trzeba tworzyć warunki prawne i społeczne sprzyjające ochronie trzeźwości, sprzyjające rozwojowi zdrowej rodziny i nowoczesnego społeczeństwa, w oparciu o wskazania współczesnych badań naukowych. Konieczny jest więc zakaz reklamy i promocji alkoholu”.

Niestety w posoborowym stopniowym samopodważaniu autorytetu papiestwa, a także w zagubieniu ważkiej esencji eucharystii na skutek powołania instytucji Novus Ordo Missae w miejsce tzw. Tridentiny, Kościół katolicki posuwa się coraz dalej ze szkodą dla swoich wyznawców. Nie słychać dziś praktycznie w ogóle o ekskomunikach konkretnych grup i osób, czy też zerwaniach stosunków dyplomatycznych przez Watykan z państwami prowadzącymi legislację jawnie sprzeczną z jego doktryną, dla przykładu ludu chrystusowego mogącego pobłądzić na ścieżkach wiary. Trudno więc liczyć (zwłaszcza z racji niewielkiej popularności libertarianizmu) na szybkie nawiązanie dyskusji, a ostatecznie na umożliwienie ewentualnego zrzucenia z siebie tej okropnej katorgi odbijania się od dwóch ścian, by wybrać, któremu panu służyć.

Czy można więc połączyć jedno i drugie? Do pewnego stopnia niewątpliwie tak i dlatego często podkreśla się, że jakkolwiek etyka wolności jest prawonaturalna, etyka chrześcijańska jest zaś prawoboska, to mimo to obie one pokrywają się, jeśli chodzi o zakres gospodarczy, zostawiając moralność stronie kościelnej. Rozbieżność kryje się w fakcie niechęci tej ostatniej strony do spojrzenia odwrotnego na sprawy, które otacza ona nadzwyczajną swoją troską. Nie widzi się, że państwo to ustawiczny grasant, a wszelkie zabiegi w zachowaniu przez „prawowitą władzę” porządku nadprzyrodzonego na ziemi w zgodzie z przykazaniami opierają się na zaburzeniu rynkowej alokacji m.in. wartości materialnych.

Przykładowo, częściowe, ale nieodzowne rozwiązanie zagadnień demograficznych (aborcja i eutanazja, polityka prorodzinna), przypisuje się zakazom i nakazom zawartym w przepisach prawnych, tak jakby miało znaczenie czy Birmańczyków albo Włochów miałoby być po 60 milionów albo po 100 tysięcy. Takich rzeczy nie da się ustalić obiektywnie ludzkim, ograniczonym przecież rozumem, lecz stanowią one implikację stopnia interwencjonizmu państwa w życie obywateli (poddanych). Tym częściej dochodzić będzie do egoistycznego, wyłącznie hedonistycznego traktowania seksu oraz pogardy dla egzystencji osób starszych, schorowanych, upośledzonych, im po prostu mniej pozostanie w kieszeniach z pracy danej nacji. Na tej samej zasadzie opiera się wolnorynkowy argument o neutralności zarówno inflacji jak i deflacji, będących w pewnym uproszczeniu procesami dostosowawczymi cen do adekwatnego w danych okolicznościach poziomu.

Trzeba na sam koniec uświadomić sobie, że w Magisterium nie pojawia się też żadne pouczenie o ilości państw na świecie, a to oznacza milczącą akceptację powolnego kolapsu zbankrutowanych États, w miejsce których mogłyby powstać tysiące nowych, nie mających tak wielkiej siły do prowadzenia wojen, powiększania terytorium, narzucania innym swoich praw, jak np. rozbite polityczne monarchie Italii. Fundamentem „nie na próżno [noszących] miecz” jest przeto militaryzm, który bez wątpienia (poza przypadkiem prawej obrony przed najeźdźcą) musi zostać zanegowany. Mniejsze państwo oznacza silniejsze więzi łączące jego mieszkańców, bardziej efektywne pielęgnowanie zachowywanego i przekazywanego dziedzictwa pokoleń. Z tego zwłaszcza powodu winniśmy odrzucić rozliczne nacjonalistyczne miazmaty, bowiem, jak pisał św. Paweł Apostoł, „A tu już nie ma Greka, ani Żyda, obrzezania, ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich [jest] Chrystus”.

Autor: Marcin S. Cokot
Nadesłano dla libertarianin.org

Posted in Libertarianizm, Religioznawstwo, teizm | Otagowane: | Leave a Comment »

Metafizyka zła i doświadczenie zła

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 17 lipca 2009

Przegląd ludzkich rozmyślań na temat zła byłby tym samym, co przegląd całych dziejów teologii, filozofii, religii i literatury ? od Rigwedy przez Platona, przez Dostojewskiego do Jana Pawła II. Przegląd zaś faktycznych działań zła w życiu ludzkim byłby tym samym, co przegląd całej historii ludzkości, od plemion paleolitycznych do tej właśnie chwili.

Znane są dwa sposoby – każdy z licznymi odmianami – w jakie filozofowie, teologowie, uczeni i zresztą zwyczajni ludzie usiłowali w ciągu stuleci uporać się z tak zwanym problemem zła. Nie inaczej niż w przypadku wszystkich wielkich spraw ludzkich możemy albo próbować rozwiązać „problem”, albo pozbyć się go, oświadczając, że jest on źle postawiony i że po prostu nie istnieje. Wśród tych, co starali się zagadkę zła zgłębić, znajdujemy wyznawców dwóch przeciwstawnych (przynajmniej tak się zdaje) opcji metafizycznych: manichejczyków i chrześcijan. Wśród tych, co unieważniali pytanie (z powodów rozmaitych), są niektórzy mistycy, niektórzy panteiści, wszyscy marksiści i komuniści, większość innych utopistów, większość głosicieli naturalistycznego poglądu na świat, jak wyznawcy Nietzschego, naziści i darwiniści filozofujący.

Jest prawdą trywialną, że pojęcie zła jako czystej negatywności jest zwyczajną dedukcją z wiary w jedynego Stwórcę, który poza tym, że jest jedyny, jest zarazem nieskończenie dobry. Jest to, powtarzam, dedukcja, nie zaś sprawa doświadczenia. Teodycea chrześcijańska podejmowała ogromny, heroiczny wysiłek, by dać odpowiedź na najpospolitsze doświadczenie zwykłych ludzi, doświadczenie zła. Kiedy święty Augustyn powiada, że sama obecność zła musi być dobra, inaczej bowiem Bóg nie pozwoliłby złu się pojawić, mówi coś, co w kategoriach chrześcijańskich jest oczywiste: cokolwiek jest, jest dobre, istnienie jako takie jest dobre. Jest to wydedukowane z idei Boga; zakłada, że Bóg mógł był zła nie dopuścić, ale z powodów, które On zna lepiej, wolał na nie zezwolić. Leibniz wyjaśnia te powody bliżej, także w drodze dedukcji. Dowiódłszy koniecznego istnienia Boga i osobno Jego najwyższej dobroci, wnosi stąd, że Bóg musiał był stworzyć najlepszy świat, jaki jest logicznie pojmowalny, i to jest świat, który zamieszkujemy; każdy inny byłby gorszy. Sławne szyderstwa Woltera w tej sprawie są zbyt łatwe. Leibniz był świadom okropności życia. Mimo to wiara w najwyższą dobroć stworzenia jest nieodparta przy założeniu takiej idei Boga. Bóg w swojej wszechogarniającej mądrości rozwiązał nieskończenie zawiłe równanie wariacyjne, za pomocą którego obliczył, jaki świat wytworzyłby maksimum dobra. Chrześcijańska tradycja podkreślała zawsze, za Platonem, odróżnienie między złem moralnym i cierpieniem. Zło moralne, malum culpae, jest nieuchronnym skutkiem obecności wolnej woli ludzkiej (albo i anielskiej) i stwórca wykalkulował, że świat zaludniony stworzeniami rozumnymi i obdarzonymi wolną wolą, a więc zdolnymi do czynienia zła, wyprodukuje więcej dobra aniżeli świat, którego mieszkańcy byliby faktycznie automatami, tak zaprogramowanymi, że nigdy by zła nie czynili (zapewne, chociaż Leibniz nie mówi tego explicite, nie mogliby też dobra czynić, bo dobrymi nazywamy na ogół uczynki z wyboru, nie zaś pod przymusem spełniane). Co do cierpień, które nie są przez ludzi sprawione (malum poenae, w chrześcijańskiej mowie), mamy dwie możliwe odpowiedzi. Jedna powiada, że jest to dzieło złośliwych duchów, które Bóg dopuszcza, by nas pokarać, poprawić, ostrzec itd. Inna, w duchu Leibnizjańskim, wyjaśnia, że cierpienia takie są wynikiem działań praw natury, Bóg zaś nie jest w tym sensie wszechmocny, by mógł wszystko ze wszystkim w dowolnych układach połączyć i nałożyć na świat fizyczny porządek, gdzie rzeczy nie poruszałyby się wedle regularności ścisłych i nie zderzały ze sobą. Ci myśliciele chrześcijańscy, którzy, jak późni nominaliści, a wśród naszych współczesnych Szestow, wierzyli, że Bóg jest wszechmocny w sensie absolutnym, że może, na przykład, zmieniać przeszłość albo ustanawiać dekretem prawa matematyki i przykazania moralne, byli bardziej wystawieni na tradycyjne oskarżenie epikurejskie: skoro jest zło, to Bóg albo jest zły, albo bezsilny, albo zły i bezsilny zarazem. Krytyka ta jednak nie godzi w teodyceę Leibnizjańską, wedle której Bóg nie może zmieniać reguł logiki i matematyki, co nie jest bynajmniej ograniczeniem Jego wszechmocy; reguły te są prawomocne same w sobie, nie są Bogu narzucone jak obce jakieś prawodawstwo, ale są z nim identyczne. Nie powinniśmy przeto się uskarżać i Boga pytać, czemu to nie wyprodukował rajskiego świata bez cierpień. Bóg zresztą nie obiecał nam nigdy, że będzie nieustannie zawieszał prawa natury dla naszej przyjemności i czynił cuda, aby nie dopuścić do tego, by ludzie sobie wzajem szkodzili, tak że nie byłoby wojen, tortur, nie byłoby Oświęcimia ani Gułagu.

//

Wszystko to są sprawy wiadome i trywialne. Trudno jednakowoż dziwić się temu, że wielu ludzi nie umiało znaleźć w tym schemacie teologicznym zadowalającej odpowiedzi na pytanie o zło, którego doświadczają, z którym zmierzyć się muszą i które czynią. Nie brzmi to przekonująco dla zwykłego zdrowego rozsądku, że zło jest czystą nieobecnością, zjawiskiem negatywnym, że i diabeł jest dobry w akcie istnienia swojego i że ludzkie cierpienia i ból są cząstkami najdoskonalszego urządzenia, jakie Bóg mógł dla świata wymyślić. Umysł zwyczajny byłby raczej skłonny powtórzyć sławne pytanie, jakie Wolter zadawał po trzęsieniu ziemi w Lizbonie: a więc świat byłby gorszy, gdyby tej katastrofy nie było? My też możemy, jak się zdaje, zapytać: a więc świat byłby gorszy, niż jest gdyby nie było Oświęcimia ani Gułagu, a także gdybym ja się nie skaleczył w palec, krojąc pomidory?

Znowu: źle postawione pytanie wedle mądrości Leibniza i zresztą każdego teologa chrześcijańskiego. Nikt z nich nie powiada przecież, że potrafi owym algorytmem boskim się posłużyć i okazać, że taki czy inny poszczególny fakt zła i cierpienia, jakkolwiek byłby straszliwy, jest przy bliższym wejrzeniu dobry w nieskończonym globalnym bilansie, bo każdy taki fakt albo większe zło uniemożliwia, albo umożliwia większe dobro. Bilans tylko Bogu jest znany, my nie możemy starać się – beznadziejnie – o jego odtworzenie. Nie mamy zresztą pojęcia, jak można by mierzyć i ilościowo porównywać poszczególne rodzaje zła i dobra w ich rozmaitości nieskończonej. Właściwa nasza postawa polegać ma na tym, by planom boskim ufać z góry, bez kalkulacji i skarg, przyjąć te plany z całą ludzką masą nieszczęścia i obojętnym niszczycielstwem natury. Co do pomysłu, jaki zarówno od św. Augustyna, jak od Hegla jest nam znany, wedle którego zło jest potrzebne z racji estetycznych, jako że przyozdabia świat kontrastami i rozmaitością, jaką tworzy, brzmi on chyba jeszcze bardziej odpychająco.Zrozumiałe jest, że w obliczu tylu męczących zagadek umysł ludzki pokusił się o inne rozwiązanie, które zwykle zwiemy, słusznie czy nie, manichejskim. Rozwiązanie to odsyła nas do starej mitologii irańskiej; jest przekonujące i wydaje się zgodne z doświadczeniem codziennym. Powiada ono, że są dwie moce albo dwaj bliźniacy-bogowie, walczący ze sobą, i że zło, jakie z doświadczenia znamy, tj. cierpienie, jest zwyczajnie dziełem złego władcy. Teologia manichejska, w odróżnieniu od swoich zoroastriańskich źródeł, a w zgodzie ze swymi krewnymi gnostykami (niektórymi przynajmniej) i w niezgodzie z doktryną chrześcijańską, widziała w materii dzieło złej mocy. Manichejski obraz świata jest nieustającą pokusą chrześcijańskiego, w ogólności europejskiego umysłu. Że moce szatańskie, jakiekolwiek ich pochodzenie, próbują niestrudzenie, i nieraz skutecznie, zrujnować dobroczynne plany Boga, jest to myśl, która może się nam wydawać zgodna ze zdrowym rozsądkiem. Manicheizm daje się zaabsorbować przez umysł nasz z niewielkim oporem. Nawet judaizm, który ma reputację religii jednego Boga par excellence, modelu myślenia monoteistycznego, nie jest wolny od tej pokusy. Gershom Scholem, niezrównany znawca Kabały i mistyki żydowskiej, powiada nam, że księga Zohar często ukazuje zło jako coś realnego i pozytywnego, nie po prostu negację. Moce Boga stanowią całość harmonijną, sądy jego są dobre, o ile jednak jego prawa ręka rozdziela miłość i miłosierdzie, to lewa ręka jest organem jego gniewu, a kiedy działa niezależnie od prawej, ukazuje się zło radykalne, królestwo Szatana. Nie wiemy, czy Jakub Boehme znał pisma kabalistyczne, ale jego teozofia wyraża podobną intuicję: zło jest negatywną zasadą boskiego gniewu; jest od woli ludzkiej niezawisłe i niejako założone w budowie świata.

Niektórzy platonicy starożytni (np. Plutarch z Cheronei, Numenius) również poddali się wierze w dwie moce niezależne, złą i dobrą. Dla Plotyna jednakże zło jest po prostu nieuchronnym najniższym szczeblem drabiny Bytu; absolutna dobroć Jednego nie mogła zapobiec naturalnemu spadkowi rzeczywistości w materię, chociaż ohydna jest doktryna gnostyków, wedle której sam Stwórca świata jest zły.Nawet w dogmatach Kościoła rzymskiego odnajdujemy pozostałości tej „dualistycznej” teologii. Materia, oczywiście, nie może być zła. Kościół jednak potępił w 1347 r. teorię Mikołaja Autrecourt, który twierdził, że świat jest absolutnie doskonały zarówno w całości, jak we wszystkich swoich częściach (universum est perfectissimum secundum se et secundum omnes partes suas), zapewne dlatego, że twierdzenie tak śmiałe może sugerować, że zła po prostu nie ma, nie ma grzesznej woli skażonych stworzeń, ludzkich czy diabelskich. Ale katolicka wiara w wieczność piekła i w nieodwracalny upadek złych aniołów zakładać się zdaje, że pewne – w rzeczy samej ogromne – połacie zła są niezniszczalne, nieuleczalne, nie do odkupienia, że świat na zawsze będzie podzielony na dwa obszary, moralnie sobie przeciwstawne. Jakoż niektórzy ojcowie wschodni i niektórzy późniejsi teologowie nie mogli tych dogmatów strawić ani ich pogodzić z obrazem absolutnie dobrego, miłującego Stwórcy.

Dogmatyczne orzeczenia Kościoła uczyły nas nieraz, że zło moralne, choć Bóg je dopuszcza, nigdy nie jest przez Niego sprawione. Nieszczęścia i boleści ludzkie, jeśli nie można ich przypisywać złej woli innych, służą jednak dobrym celom. Kapłani i teologowie zwykli nieraz wyjaśniać różne cierpienia ludzi, poszczególne katastrofy i nieszczęścia jako cząstki przemyślnego planu boskiego, Kościół wszakże unikał oficjalnych komentarzy tego rodzaju; radził nam raczej poprzestawać na globalnym, bezwarunkowym zaufaniu.

Każdy wie, rzecz jasna, że cierpienia i katastrofy, wedle zwykłej miary oceniane, rozdzielane są przypadkowo i niepodobna ich tłumaczyć w kategoriach ludzkich nagród i przewinień, nagród i kar. Hiob to wiedział. Nie próbował konstruować teodycei. Całe swe życie był zacnym człowiekiem, a Bóg wiedział o tym. Jego nieszczęścia nie są odpłatą za jakieś jego występki. Hiob cierpi strasznie bez racji żadnej, ale potrafi powiedzieć „choćby mnie zabił wszechmocny ? ufam” (Hi, 13:15); godzi się z tym, iż Bóg tylko jest źródłem mądrości i że drogi Jego są niepojęte. Bóg sam zagniewany jest na doradców Hioba, teologów, zapewne dlatego, że ich zdaniem cierpienia Hioba są należytą odpłatą za jego grzechy. Cała księga Hioba wydaje się obalać teorię cierpienia jako sprawiedliwej kary.

Oto co mówi Bóg Hiobowi i żonie jego po wielu wiekach w sztuce Roberta Frosta A Masque of Reason:

Przez lat tysiące miałem cię w pamięci
Chciałem za pomoc twą ci podziękować;
Tyś mi pozwolił zbudować zasadę
Iż nie ma związku, który człowiek mógłby
Pojąć pomiędzy tym, na co zasłużył
A tym, co za to dostaje. Zło nieraz
Odnosi tryumf, a cnota jest na nic.
Zbyt długo-m zwlekał, by ci wytłumaczyć
Boleści twoje – bez sensu na pozór –
Które cię kiedyś tak srodze gnębiły.
Ale też było to w naturze samej
Tej próby, byś tych rzeczy nie rozumiał;

Bez sensu wydać się musiałem po to,
By sens utrwalić… Dziękuję ci przeto,

//

Żeś mnie uwolnił z tych moralnych pętów
Co mnie z rodzajem ludzkim powiązały…
Z początku tylko człowiek z wolnej woli
Mógł dobro albo zło wybierać sobie.
Ja zaś wyboru nie miałem. Musiałem
Za nim podążać, nagrody mu dawać
Lub kary tak, by to potrafił pojąć…
Musiałem rządzić tak, by dobro kwitło
A to, co złe, doznało pokarania.
A tyś to zmienił, tyś mi dał swobodę.
Wybawicielem jesteś twego Boga.

(tłum. L. Kołakowski)

Widzimy zgrozę tej historii: najwyższa dobroć nie daje się pogodzić z wolną wolą, jak ją pojmujemy; w każdej sytuacji ta dobroć nie ma innej opcji, jak dobro maksymalizować. Historia Hioba to zmieniła: Bóg jest wolny, może wspierać nikczemnych i zamęczać zacnych, wedle swego życzenia czy kaprysu. Jeśli tak, to teodycea jest niewykonalna i zbędna. Być może konsekwentna teodycea nigdy nie została napisana?

W różnych mitologiach zło daje się wyjaśnić; bogowie często dzielą dwuznacznie złe i dobre jakości. Nie odważam się tu zapuszczać w nadzwyczaj zawiłe losy hinduistycznych i buddyjskich teorii zła. Nietzsche powiada, że buddyzm jest poza dobrem i złem. Może tak być w niektórych odmianach buddyzmu, oczyszczonych z później narosłych mitów. Dla mędrców buddyjskich i zapewne dla samego Gautamy świat, jaki z doświadczenia znamy, jest tylko nieszczęściem i bólem, wyzwolenie czy zbawienie na tym jeno polega, by go porzucić. Myśl ta nie jest obca różnym myślicielom europejskim. Pamiętamy wszyscy nieśmiertelne słowa umierającego Sokratesa: Krytonie, winien jestem koguta Asklepiosowi. Znaczy to chyba tyle: tu oto kończy się choroba zwana życiem.

Nie jest to jednak wierzenie powszechne. Niektórzy panteiści i niektórzy mistycy tak byli zanurzeni w boskiej przestrzeni, że zło stało się niezauważalne. Boskie światło przenika wszystko, nie ma powodu się skarżyć, świat jest pełen radości, a „co z Boga jest, jest Bogiem”, jak Eckhart powiada. Albo też, słowami XVII-wiecznego mistyka francuskiego, Louisa Chardon: „Bóg na niebie bardziej jest niebem moim niż niebo samo; w słońcu bardziej jest moim światłem niż słońce, w powietrzu bardziej jest powietrzem niż to powietrze, którym oddycham”.Może się w rzeczy samej wydawać niezrozumiałe, dlaczego to samo słowo ma być używane dla nazwania cierpienia i zła moralnego. Niektórzy myśliciele, zarówno chrześcijańscy, jak pogańscy, utożsamiali zło ze złem moralnym. Powiada Epiktet, że nie ma zła ani dobra w rzeczach, które od woli naszej nie zależą, że ciosy losu, których uniknąć nie sposób, nie mogą być złem i że w samych sobie tylko szukać mamy dobra i zła; mędrzec może wszystko w dobro przemienić ? chorobę, śmierć, nieszczęścia. Jedyną rzeczą w świecie, która jest Bogu przeciwna, jest grzech, powiada platonik z Cambridge, Benjamin Cudworts, a grzech jest nie-bytem, niczym. A i Bóg sam powiedział Katarzynie ze Sieny, że żadne cierpienie nie może odkupić winy naszej, tylko pokuta może to uczynić; dodał także, że najgorszy grzech to odmowa lub brak ufności w boskie miłosierdzie; rozpacz Judasza była większym grzechem i gorszą zniewagą Boga, aniżeli zdradzenie Jezusa.

Wyjaśnienia takie podpowiadają, że cierpienie samo jest moralnie obojętne; nasza wola, nasze intencje, nasze czyny mogą być osądzane moralnie; innym ludziom ze złości ból zadawać jest złem, znosić ból złem nie jest.

Jeśli jednak postanawiam, że słowa „zło” używać mam, by opisać własne intencje, ale nie własne cierpienie, sugeruję jakby, że to, co inni czynią, mnie nie obchodzi. Gdy mi cierpieć każą, nie jest to, rzecz jasna, moje zło, ale zło przez nich sprawione. Czy mam powiedzieć, że moja sprawa to tylko moja własna świętość, nie zaś zło w świecie, nie pytanie, jak świat uczynić lepszym? Może to być w zgodzie z doktryną moralną stoików, lecz nie ze zdrowym rozsądkiem, który pouczać się zdaje, że powinienem nie tylko własne moje zło potępiać, ale całe zło w świecie ludzkim.

Tu jednak jest miejsce na inną restrykcję. Jeśli ograniczamy słowo „zło” do tego, co wola ludzka sprawia, nie możemy jego sensu tak rozciągać, by obejmowało cierpienie sprawione przez siły natury albo nawet przez ludzkie działania, jeśli ich bolesne czy szkodliwe skutki nie były zamierzone, lecz z przypadku wynikły. Skoro słowo „zło” ma najoczywiściej skojarzenia moralne, to stosowanie go do trzęsienia ziemi, zarazy czy śmierci od pioruna zdaje się zakładać, że i takie wydarzenia pochodzą z zamiaru, że nic się nie dzieje skutkiem ślepych operacji praw przyrody, lecz wszystko z intencji. Jest to, rzecz jasna, sposób religijnego odczytywania świata i nie musi być ono sprzeczne z uznaniem praw przyrody. Wedle wielu teologów Bóg we wszechwiedzy swojej włączył wydarzenia naturalne w moralny porządek kosmosu; zachodzą one mocą konieczności przyrody, ale mają zarazem cel moralny; nie postrzegamy ich jako cudów, które przerywają porządek przyczyn i skutków. Takie czytanie jest bliższe Leibnizjańskiego świata. A nawet przy założeniu, że wszystkie wydarzenia naturalne są bezpośrednio przez Boga sprawione, tak iż świat jest nieskończonym szeregiem cudów, regularność w porządku natury może działać bez zakłóceń, jak nam Malebranche tłumaczy.

Ci, którzy z racji religijnych unieważniają – explicite czy implicite – „pytanie o zło”, wierzą, rzecz jasna, w dobro, a dobro przenika cały materialny i duchowy wszechświat. Na przeciwnym krańcu teologicznego czy antyteologicznego widma znajdujemy tych, którzy twierdzą, że zarówno „dobro”, jak „zło” są to figmenty mitologiczne. Istnieje, oczywiście, przyjemność i ból, można je wytłumaczyć w granicach porządku przyrodzonego; doświadczenia te same w sobie nie niosą żadnych jakości moralnych. Nic nie jest złe czy dobre samo w sobie, coś może być przyjemne lub przykre, korzystne lub szkodliwe ? z dodatkiem „dla mnie, dla ciebie, dla niego”, a bez tego dodatku nawet słowa „przyjemny” i „nieprzyjemny”, nie mówiąc już o „dobrym” czy „złym”, są beztreściwe. Tak w przybliżeniu wierzyli Hobbes, Hume, a nawet Spinoza (choć ten ostatni przypadek jest bardziej zawiły). Nie potrzebujemy słowa „zło” (das Böse), sądzi Nietzsche, słowo „niedobre” (das Schlechte) wystarcza. Ale cóż jest „niedobre”? Chyba to, co przynosi niepożądane skutki albo mija się z celem, jaki mamy na uwadze. Tę samą doktrynę sugeruje sam tytuł sławnego dzieła Konrada Lorenza o agresji: Das sogenannte Böse.W granicach naturalistycznego czy materialistycznego obrazu rzeczywistości tradycyjne jakości „zły” i „dobry” są już to nie do przyjęcia, już to bezużyteczne i mylące, podpowiadają bowiem, że coś może unosić te jakości bezwarunkowo, nie zaś zależnie od okoliczności, a taki sens może być łatwo podejrzany o pochodzenie religijne.

Widzimy to, między innymi, w poglądzie na świat marksistowskim i komunistycznym. Oto przykład z literatury.

Bohater powieści Sołżenicyna Oddział chorych na raka odwiedza zoo i widzi tam pustą klatkę z przyczepioną do niej kartką; czyta tam, że małpka, która w tej klatce mieszkała, została oślepiona przez czyjeś bezmyślne okrucieństwo. Jakiś zły człowiek cisnął jej tytoń w oczy.Turysta doznaje prawdziwego szoku, gdy czyta tę notatkę. Jakże to? Zły człowiek? Nie agent amerykańskiego imperializmu, ale po prostu zły człowiek? Cóż to za określenie?

Zdumienie i szok turysty są prawdziwe i zrozumiałe. Przymiotnik „zły” (podobnie i rzeczownik) jako nazwa jakości moralnej był nieobecny w ideologicznym żargonie totalitarnego świata sowieckiego. Bywali, oczywiście, zbrodniarze, potwory, zdrajcy, obcy agenci, ale nie po prostu źli ludzie. Nie tylko o to chodziło, że słowo mogło sugerować tradycję religijną. Sugerowało nadto jakąś trwałą, inherentną własność pewnej osoby, niezależną od kontekstu politycznego. Dla tego, kto dialektycznie myśli, jasne jest tymczasem, że pewne pozornie takie same czyny mogą być słuszne lub niesłuszne zależnie od okoliczności, a ściślej – zależnie od tego, w czyim imieniu są dokonane, komu służą. Trocki i Lenin mieli w tej sprawie wyraźne zdanie. Czy, na przykład, jest coś inherentnie niesłusznego w mordowaniu dzieci? Nie. Było wszak słuszne, Trocki powiada, zabić dzieci rosyjskiego cara, bo było to politycznie potrzebne (zapewne nie było słuszne – choć Trocki, o ile mogę powiedzieć, nie mówił o tym wprost – zabicie synów Trockiego, bo Stalin nie reprezentował historycznych interesów proletariatu, inaczej niż Lenin). Jeśli odrzucamy zasadę, iż cel uświęca środki, musimy odwołać się do jakichś wyższych, politycznie nieokreślonych kryteriów moralnych, a to uznać to tyle, co w Boga uwierzyć, powiada Trocki.

Nie jest to, ściśle mówiąc, doktryna relatywistyczna, zwykle bowiem zastrzegamy to nazwanie dla wierzenia, że ten sam czyn może być zły lub dobry zależnie od okoliczności. Ale myślący dialektycznie właściwie co innego twierdzi. Chodzi o to, że nie jest to ten sam czy taki sam czyn, podobieństwo jest pozorne i powierzchowne. W jednym wypadku podejmujemy czyn politycznie słuszny, eliminując potencjalnych wrogów proletariatu, w innym zaś popełniamy zbrodnię przeciwko historycznej misji proletariatu. Tak samo nie wolno nam nazywać „inwazją” wyzwolenia innego kraju od kapitalistycznego ucisku, choćby „powierzchownie” działanie było podobne. Tak samo nie wolno porównywać hitlerowskich obozów koncentracyjnych z systemem wychowawczym państwa socjalistycznego itp. Myślący dialektycznie ma naukową znajomość ruchu dziejów i wie, że gdy wszystko (włączając ludzi) stanie się własnością państwa, drzwi są otwarte dla powszechnego wesela. Wie też, co jest słuszne lub niesłuszne, politycznie poprawne czy niepoprawne i żadne zabobonne określenia jak „zły” i „dobry” nie są mu potrzebne. Nie warto zresztą rozwodzić się nad tą prymitywną „dialektyką” i jej kłamliwym językiem, sprawy są dobrze znane.

I gdzież jesteśmy z naszym pytaniem? Czy nie trzeba się odwoływać do idei Zła? Czy nie możemy poprzestać na odróżnieniu tego, co przyjemne i przykre (zawsze z odniesieniem do osoby, miejsca i czasu)? Ale któż jest tak śmiały i tak dogmatycznie usztywniony, by twierdzić, że „zły” i „dobry” nie są to jakości empiryczne, że nie ma czegoś takiego, jak percepcja jakości moralnych, w tym także intuicji zła, że wielowiekowe doświadczenia ludzkości, od nieopisanych okrucieństw starożytnego Rzymu do potworności XX stulecia, nie mają odniesienia do „pytania o zło”, a są zwyczajnie mnóstwem nieprzyjemnych wrażeń, a nikt przecież nie przeczy temu, że różne nieprzyjemne rzeczy zdarzają się ludziom? Kończę, przywołując uwagę francuskiego teologa, którego nazwisko wypadło mi z pamięci (możliwe, że już to kiedyś gdzieś cytowałem); powiada on, że potrafi zrozumieć ludzi, którzy nie wierzą w Boga, ale że są ludzie, którzy w diabła nie wierzą, to przechodzi jego pojętność.

* Wykład na uniwersytecie w Tilburgu, w czerwcu 2002 r., na sympozjum zorganizowanym przez Nexus Institute na temat „Zło”. Przekład autora.

Posted in Ateizm, teizm | Leave a Comment »

Instrukcja Obsługi Życia

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 3 kwietnia 2009

Posted in teizm | Otagowane: | Leave a Comment »

Dlaczego ludzie wierzą w dziwne rzeczy?

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 18 stycznia 2009

Założyciel Stowarzyszenia Sceptyków Michael Shermer poświecił swoje życie na demaskowanie wszelkiego rodzaju mitów, guseł, zabobonów i przesądów. Dlaczego ludzie widza Maryję Dziewice na kanapce z serem albo słyszą diabelskie przesłania w utworach muzycznych? Używając muzyki i nagrań video Michael Shermer pokazuje jak przekonujemy samych siebie aby wierzyć w coś pomimo naukowych faktów.

Posted in Ateizm, teizm | Otagowane: , , , | Leave a Comment »

Religulous

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 17 stycznia 2009

Bill Maher o filmie ‚Religulous’

Znany komik Bill Maher wziął się za religie. I bardzo dobrze 🙂 Istotą filmu jest to, że Maher – w przeciwieństwie do wszelkiej maści religiantów – nie wie. Dlatego pyta. I stawia niewygodne pytania przedstawicielom różnych religii.


Mamy więc chrześcijan którzy za wszelką cenę próbują udowodnić, że dinozaury żyły razem z ludźmi. Bo jeśli się udowodni prawdziwość mitów z Księgi Rodzaju, to cała reszta także zostanie udowodniona.

Mamy rozmowę z muzułmanami którzy twierdzą, że terroryzm nie ma nic wspólnego z islamem. Dlaczego? Bo to „polityka” a islam to religia pokoju. I cięcie – jakiś imam wzywający do wymordowania wszystkich Żydów. Mamy również muzułmankę która twierdzi, że wolność słowa jest po obu stronach. Na co Maher dopowiada – to dlaczego tymi którzy zabijają w ramach walki z wolnością słowa są muzułmanie? (HINT: na skutek sprawy z duńskimi karykaturami na całym świecie zginęło 50 osób!).

W Watykanie Mahler rozmawia z jakimś księdzem. Pokazuje mu ogromny watykański pałac i pyta czy Jezus mieszkałby w czymś takim w dzisiejszych czasach?. Na co ksiądz - szczerze się śmiejąc - odpowiada, że Jezus zapewne zamieszkałby gdzieś na biednych przedmieściach. Poznajemy również jakiegoś latynosa, który ma 100,000 wyznawców i uważa się za potomka Jezusa Chrystusa. Skąd o tym wie? A bo pewnego razu spotkał dwa anioły wysłane przez samego Boga. Mahler dopytuje - czy to nie dziwne, że Bóg zawsze mówi "na ucho" swoim prorokom? Przecież mógłby od ręki obwieścić wszystkim ludziom, że ten i ten jest prorokiem Pana!

Obrywają mormoni (wg. nich Bóg - w postaci absolutnie realnej - zapłodnił Maryję, a pośmiertnie ochrzczono np. Buddę i Adolfa Hitlera) i scientolodzy (musimy się pozbyć siedzących w nas Thetan, przedstawicieli obcej cywilizacji). Mahler przedstawia gejów-muzułmanów i odwiedza Cannabis Ministry. Co ciekawe na tle przedstawicieli wszystkich religii lekko zmulony koleś z kościoła pod wezwaniem błogosławionej marihuany wypada całkiem dobrze ;) Przynajmniej nie chce nikogo mordować, nawracać, tylko palić boskie zioło.

Bill Mahler jedzie do Meggido, miejsca gdzie wg. chrześcijan ma dojść do końca świata. I boli go to, że przepowiednie końca świata - obecne we wszystkich religiach - mogą się spełnić dzięki ludziom którzy dążą do ich samospełnienia. Jego największym zarzutem wobec religii jest to, że z niemyślenia uczyniła cnotę. I już całkowicie poważnie Mahler stawia sprawę: albo dorośniemy, albo czeka nas śmierć (z rąk fanatyków dążących do spełnienia pradawnych proroctw).

http://religiapokoju.blox.pl/2009/01/Religulous-odtrutka-na-niemyslenie.html

Posted in Ateizm, teizm | Otagowane: , , | Leave a Comment »

Cała prawda o religii

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 15 stycznia 2009

https://i0.wp.com/data.tumblr.com/eAjcQX6AD55ib5ssajhrpRJa_400.jpg

Posted in teizm | Leave a Comment »

Narkotyki a Biblia.

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 6 stycznia 2009

Analizując wszystkie kultury i religie świata, zauważamy, że posiadały one jedną wspólną cechę:

w dawnej prehistorii swych dziejów każda i bez wyjątku, kultura używała halucynogenów, czyli roślin wywołujących halucynacje.

A dr. Richard Evans Schultes, profesor nauk przyrodniczych i kierownik Muzeum Botanicznego na Uniwersytecie w Harvardzie, zasugerował nawet wniosek, że rośliny wywołujące halucynacje, mogą być współodpowiedzialne za powstanie pojęcia ‘bóg’.
Opisy, jakie kultury jakich roślin używały znajdziecie tutaj:
http://www.aztekium.pl/_shared/goldenguide/index.html

Jednak wydaje się, że istnieją dwie kultury i tym samym dwie religie – święte, których historia jest wolna od jakichkolwiek halucynogenów !!

Chociaż obydwie surowo zakazują używania narkotyków lub substancji halucynogennych, to same jasno nie definiują jakie to substancje. Chodzi oczywiście o judaizm i chrześcijaństwo.

Te dwa ludy wydają się być wyjątkowe i dziewicze. A Biblia, częściowo wspólna księga tych religii, nie wymienia takiego słowa jak „narkotyk”.

Czyżby naród wybrany, i pokolenie Jezusa, faktycznie nie natknęli się przez kilka tysięcy lat historii na rośliny halucynogenne ? Przyjrzyjmy się temu bliżej.

Znamy wszyscy historię Izraelitów. Błąkali się latami, aby dotrzeć do Ziemi Obiecanej. Przemierzali pustynie przymierając głodem. Dziś wszyscy dobrze wiemy, że na tych pustyniach znakomicie ma się mocno halucynogenna roślina Peganum harmala (inaczej Ruta stepowa lub Ruta syryjska).

Roślina ta zawiera harminę – β-karbolinowy alkaloid (z jądrem indolowym), dokładnie ten sam, który występuje w drzewie Banisteriopsis caapi, z którego indianie dorzecza Amazonki wykonują słynny napój: ayahuasca – posiadający te same właściwości.

Biblia jakoś nie wspomina aby roślina tam rosła …

Żydowski profesor Benny Shanon z uniwersytetu w Jerozolimie, twierdzi, że Izraelici wcale nie spotkali się z bogiem, i że Mojżesz nie dostał na górze Synaj żadnych 10 przykazań.
Uważa, że to wszystko było efektem mocno halucynogennej Ruty, która jest również odpowiedzialna za takie zjawiska jak głosy, huki, grzmoty, o czym biblia wspomina niejednokrotnie.

Reszta izraelitów i czołowi rabini Jerozolimy, oczywiście mocno skrytykowała profesora.

Jednak faktem jest że halucynogenna ruta tam rośnie, a Izrael nie miał co jeść.
http://henrykp53.pardon.pl/dyskusja/697564/narkotyczna_wizja_mojzesza/wszystkie
http://www.wprost.pl/ar/125792/Wencel-gordyjski-Ziemia-odjechana/?I=1317
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,4992077.html

Mało kto wie, że pierwsza wzmianka o mocno halucynogennej roślinie, wręcz trującej: Mandragora officinarum, czyli po prostu Mandragora, pochodzi właśnie z Biblii. Fragment ten znajdziemy w Ks. Rodzaju 30.14. i Pieśni nad Pieśniami 7.14.

Mandragora nie jest tam wymieniana jako nic złego, Lea poprosiła swego syna Rubena, aby nazbierał jej dla Jakuba, gdyż ten miał słabą potencję. Jak wiemy, z tego seksu pod wpływem narkotyku urodził się kolejny syn Jakuba Issachar. Tylko, że mandragora nie jest tutaj wspomniana jako śmiertelnie trujący narkotyk, lecz jako coś normalnego. Jest to kolejnym dowodem na to, że Izraelitom nie były obce narkotyki.

Mandragora w większych dawkach potrafi wywoływać nawet letarg podobny do śmierci, z którego można wybudzić się po kilku dniach. Niektórzy uważają nawet, że Jezus był właśnie pod wpływem tej rośliny, i to właśnie ten wywar był mu podawany na gąbce. Ale to troszkę daleko idące wnioski.
http://www.paranormalium.pl/335,14,artykul.html
http://www.nieznane.pl/jezus-i-mandragora,295.html

Wszyscy wiemy, jakie są halucynogenne rośliny w smaku. Po prostu gorzkie, jak każdy chyba narkotyk halucynogenny. Biblia wspomina niejednokrotnie „gorzkie zioła” !
Bóg wręcz nakazuje je jeść. Niestety nie wiemy o jakie gorzkie zioła chodzi.

Jak widzimy halucynogeny nie były obce również, religii żydowskiej, która stała się również kolebką religii chrześcijańskich.

Możemy odnieść wrażenie, że halucynogeny, czyli rośliny o gorzkim smaku wywołujące halucynacje, odpowiedzialne były również za niektóre objawienia maryjne.

Ale zanim przejdziemy do objawień maryjnych w katolicyzmie, przyjrzyjmy się jak wygląda to na drugiej półkuli…

W Meksyku nie jest to niczym niezwykłym. Objawienia ma każdy i na porządku dziennym.
Meksykańscy indianie spożywają jako ciało Pana Jezusa grzyby zawierające psylocybinę, Czyli zazwyczaj grzyby Psilocybe mexicana, i inne gatunki rodzaju Psilocybe, których nazw nie będę wymieniał.

Grzyby traktowane są jako efekt spadającej krwi Pana Jezusa na ziemię. W miejscu gdzie upadają krople krwi, wyrastają święte grzyby. Grzyby są podawane przez kapłana na surowo jako sakrament święty… no i jak tutaj nie być wierzącym.

Podobne zastosowanie wśród indian, ma znany kaktus Lophophora williamsii, legendarny Peyotl, lub Pejotl, który również jest podawany przez kapłana jako ciało Pana Jezusa. American Native Church, zdołał nawet zalegalizować ten obrzęd w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

Podobnie jest z kaktusami kolumnowymi rodzaju Trichocereus. Mam tutaj na myśli T. pachanoi, T. peruvianus, czy T. bridgesii. Czy nie bez powodu nazwa jednego z nich to kaktus San Pedro, co znaczy po hiszpańsku „Święty Piotr” ? Nie muszę chyba dodawać, że są to kaktusy zawierające w 30 procentach meskalinę, silny i legendarny halucynogen.

Jeżeli wpiszemy w wyszukiwarce grafik google, imię Matki Boskiej w języku hiszpańskim lub języku indian Mazatec: maria pastora, ska maria, ska maria pastora, herba maria, to wcale nie ukaże się nam Matka Boska, lecz obraz legendarnej rośliny Salvii divinorum, Czyli Szałwi wieszczej lub proroczej, cieszącej się ogromną popularnością na całym świecie.

Bo to ona właśnie wywołuje objawienia maryjne wśród indian. Więc zawsze to powtarzam:
„Jeżeli jakaś osoba mówi Wam, że ktoś w Meksyku miał objawienie, to Wy zapytajcie się jej wcześniej – co ten ktoś brał ?” .

Czyli widzimy, że objawienia i halucynogeny idą w parze.

Przyjrzyjmy się teraz historii św. Bernadetty z Lourdes, z Francji.

Matka Boska nakazuje jej jeść gorzkie zioła, lub gorzką trawę. Oczywiście nikt nie wie ile, po co, czy dlaczego. No ale dziewczyna jadła – co miała zrobić

Również objawy i jej zachowanie nie było normalne, zachowywała się jak wariatka, paprała się w błocie, piła wodę z kałuży, jadła tą trawę, wiła jak obłąkana po ziemi. Wiele osób, będących świadkami tego zjawiska, uważało, że dziewczyna jest obłąkana, że to wariatka. Nawet rodzona siostra, uważała że jej odbiło.

Powszechnie wiadomo, że podobnie jak na zbożu pasożytuje grzyb sporyszu (źródło LSD), to podobnie na trawach pasożytują grzyby, które są źródłem LSA, również mocnego halucynogenu, tego samego który występuje w ziarnach powojów.

Znane takie trawy to chociażby Phalaris aquatica, ale gdyby poszukać więcej to znajdziemy taki gatunek jak Claviceps gigantea de Lourdes… no właśnie…, de Lourdes….

A w jakiej miejscowości były objawienia ?

Na zakończenie dodam jeszcze, że każdy, kto chodzi do kościoła, jest poddawany działaniu substancji psychoaktywnej, choć nie halucynogennej, lecz raczej odpowiada rodzajowi bardzo słabego „Głupiego Jasia”.

Mowa oczywiście o kadzidle !
http://www.eioba.pl/a82119/psychoaktywne_wlasciwosci_kadzidla
http://www.racjonalista.pl/index.php/s,38/t,14831

Bardzo wiele kultur stosuje kadzidła. Źródłem są różne rośliny. Po niektórych kadzeniach ma się niezłego chaja.

W kulturze chrześcijańskiej przetrwało kadzidło, żywiczne, które działa odprężająco i rozluźniająco.

Fakt, dziś kościoły są potężne i przestronne, kadzidełko najwyżej delikatnie zapachnie, poczujemy się fajnie, i OK.

Jednak kilkaset lat do tył, kościółki były malutkie a kadzidła te same albo i większe, i nikt nie wie jak długo kadzono.

Katolik po wyjściu z takiego kadzenia musiał być naprawdę przyjazny dla otoczenia. Przynajmniej czuł wyraźnie tą przemianę eucharystyczną, której niektórzy nie mogą dostrzec.

Oczywiście nie mam nic do tych religii, i bardzo szanuję katolików i żydów.
Jednak, tytułem zakończenia i podsumowania, chciałbym obalić mit, jakoby historia judaizmu i chrześcijaństwa, wolna była od substancji halucynogennych i psychoaktywnych. 🙂

http://www.aztekium.pl/?link=oszustwo_religia_halucynogeny

Posted in cannabis, teizm, środki psychoaktywne | Otagowane: , | 2 komentarze »

Islam, 72 dziewice, nieziemski seks i wieczna erekcja

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 30 grudnia 2008


Przykładowa hurysa: dziewica z czarnymi oczyma 🙂

Dziewice w Koranie

Yusuf Ali (muzułmanin) przetłumaczył arabskie słowo „Abkarun” jako dziewice. Tak samo uczynili Marmaduke Pickthall, NJ Dawood, M.H. Shakir oraz team Hilali & Khan (wszyscy muzułmanie). Słowo „hur” (hurysy) pojawia się w Koranie czterokrotnie i zwyczajowo tłumaczone jest jako „dziewice z czarnymi oczyma”.

Mimo to zdarzają się nieliczni muzułmanie, którzy utrzymują, że nie chodzi o dziewice tylko o anioły. Nie jest to prawdą, bo o tym, że chodzi o dziewice świadczy także kontekst Koranu. Koran 55:72-74 „Hurysy strzeżone w namiotach… Nie dotknął ich przed nimi ani żaden człowiek, ani dżin”. Koran 56:22-24 „Będą tam hurysy o wielkich oczach, podobne do perły ukrytej – w nagrodę za to, co czynili”. I Koran 56:35-38 „Zaprawdę, stworzyliśmy je w sposób doskonały i uczyniliśmy je dziewicami, kochającymi, jednakowego wieku – dla tych po prawicy” (tłum. Bielawskiego).

Liczba dziewic

Koran nie podaje dokładnej liczby dziewic, jednak czyni to tradycja islamska, a dokładniej hadis odnotowany przez imama at-Tirmidhi (zm. 892 n.e.) w „Book of Sunan” (vol IV, rozdziały „The Features of Heaven as described by the Messenger of Allah” i 21 „About the Smallest Reward for the People of Heaven”, hadis 2687).
Do tego hadisu odwołuje się także Ibn Kathir, w swoim tafsirze (komentarzu koranicznym) do sury 55, ajatu 72:

„Zostało wspomniane przez Daraj Ibn Abi Hatim, że Abu al-Haytham ‚Adullah Ibn Wahb opowiedział od Abu Sa’id al-Khudri, który słyszał Proroka Muhammada mówiącego „Najmniejsza nagroda dla ludzi w Raju jest miejscem, gdzie znajduje się 80.000 służących oraz 72 żony, nad którymi jest gmach udekorowany perłami, akwamarynem, rubinami, i jest tak duży jak od al-Jabiyyah do Sana”.

Czy 72 dziewice dostępne są tylko dla męczenników?

Nie. Owe panie (po 72 na osobę) usługują wszystkim którym udało się wejść do Raju, jednak męczeństwo jest najszybszą, ekspresową drogą żeby tam się dostać.

Męczeństwo jako najszybsza metoda na dostanie 72 dziewic

Koran 2:207 Spośród ludzi jest taki, który sprzedaje swoje życie, poszukując zadowolenia Boga. A Bóg jest dobrotliwy dla Swoich poddanych.

Koran 9:111 Zaprawdę, Bóg kupił u wiernych ich życie i ich majątki, w zamian za co otrzymają Ogród. Oni walczą na drodze Boga i zabijają, i są zabijani.

Prorok Muhammad powiedział „Ktokolwiek wejdzie do Raju nie będzie chciał wrócić do tego świata, nawet jeśli wszystko zostanie mu zaoferowane.

Wyjątkiem jest męczennik którego wolą będzie powrócenie do tego świata i zostanie zabitym 10 razy, ze względu na wielki honor jakim został otoczony” (Sahih Muslim, chapters 781, 782, The Merit of Jihad and the Merit of Martyrdom).
Ktoś zapytał „O Apostole Allaha! Kto jest najlepszy z ludzi?” Apostoł Allaha odpowiedział „Wierzący który walczy na drodze Allaha swoim życiem i dobytkiem” (Sahih Bukhari 4, 52, 45) .
Prorok powiedział „Przez tego w którego rękach jest moje życie! Kochałbym zostanie męczennikiem na drodze Allaha, zostanie wskrzeszonym, ponownie zostanie męczennikiem i ponownie zostanie wskrzeszonym, i znowu zostanie męczennikiem i znowu zostanie wskrzeszonym i znowu zostanie męczennikiem” (Sahih Bukhari 4, 52, 54).
Święty Prorok powiedział „Istnieje dobroć ponad wszystkie dobrocie dopiero wtedy, kiedy wierząca osoba zostaje zabita na drodze Allaha, Wszechmocnego i Chwalebnego, i nie ma większej dobroci ponad to” Bihar-ul-Anwar (vol10,str.100).

Nieziemski seks w Raju

Nawet tacy ortodoksyjni teologowie islamscy jak al Ghazali (zm. 1111 n.e.) i Al-Ash’ari (zm. 935 n.e.) przyznawali, że w Raju dostępne będą przyjemności cielesne. Komentator koraniczny, Al-Suyuti (zm. 1505), napisał:

„Za każdym razem śpiąc z hurysą odnajdujemy jej dziewictwo. Poza tym penis Wybranego nigdy nie mięknie. Erekcja jest wieczna. Uczucie kiedy za każdym razem się kochasz jest absolutnie wyśmienite i spoza tego świat. I nawet gdybyś chciał zrobić to samo na ziemi, to byłbyś na to za słaby. Każdy Wybrany [tzn muzułmanin] ożeni się z 70 hurysami, poza kobietami ożenionymi na ziemi, i wszystkie będą miały smakowite waginy”.

Posted in teizm | Otagowane: , , | Leave a Comment »

In the Name of God

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 26 grudnia 2008

Pregnant Teenager Crucified in front of Cathedral

On 1st December, international AIDS day a 5 metre high crucifix in copper with a pregnant teenager will be set up in front of the Cathedral of Copen-hagen. The crucifixion is a global sculptural outcry from the controversial Danish sculptor Jens Galschiot against Bible fundamentalists’ allegation that God allows nothing else than chastity and unprotected sex.
At the inauguration on Friday at 12 there will be speeches by Jens Galschiot and Dean Anders Gadegaard.
The sculpture is titled In the Name of God. There will be cast various copies to be displayed Kenya, Rome and the US. The project is an artistic comment to the extreme Bible fundamentalists – with President Bush and the Pope in the lead – who preach sexual abstinence until marriage as the only method to avoid HIV contamination and unwanted pregnancy.
They will bomb back sexual education and ban information on contraception that they see as an invitation to voluptuousness. In the same token the Roman Catholic church asserts that contraption is impermissible according to the biblical doctrines, so they advocate the absurd allegation that only ‘unprotected sex’ is admissible. The consequences may be disastrous for the proliferation of AIDS an STD’s and so the result will be increased suffering, Jens Galschiot says and continues: The sculpture is not a comment on the issue of abortion or stem cells, but should be seen as an artistic advocacy for the right to contraception and unprejudiced sexual education.

A copper sculpture of a crucified pregnant teenage girl stands 01 December 2006 in front of Our Lady Cathedral Friday in Copenhagen. The crucifix has been set up, with the permission of the church, by the controversial Danish artist Jens Galschiot to mark the World Aids Day. Galschiot said that the sculpture is a global proclamation against bible fundamentalists' assertion, that God only allows chastity and unprotected sex. AFP PHOTO/SCANPIX/PETER ELMHOLT   ***DENMARK OUT***  (Photo credit should read PETER ELMHOLT/AFP/Getty Images) From Getty Images by AFP/Getty Images.
Przed katedrą w Kopenhadze ustawiono rzeźbę, przedstawiającą ukrzyżowaną ciężarną nastolatkę. Kontrowersyjna rzeźba pod nazwą: „W imię Boga” jest dziełem duńskiego artysty, Jensa Galschiota, który przygotował ją z okazji Światowego Dnia Walki z AIDS. Artysta celowo ustawił rzeźbę przed kościołem, aby „zaprotestować przeciwko religijnym fundamentalistom i ich spojrzeniu na seks”.

Autor jest oburzony, że „biblijni fundamentaliści”, z prezydentem Bushem i z papieżem Benedyktem XVI na czele, głoszą, że Bóg pozwala jedynie na seks po ślubie i bez prezerwatywy, będącej jedynym środkiem ochrony przed wirusem HIV.

A statue of a pregnant teenager being crucified is seen Friday outside Copenhagen's Lutheran cathedral.
'Pregnant Teenager', Dressed Version of 'In the Name of God', Jens Galschiøt 2006 by hanneorla.

‚Pregnant Teenager’ is another version of ‚In the Name of God’ by Danish Sculptor Jens Galschiøt 2006.

Posted in teizm | Otagowane: | Leave a Comment »