Wolni z wolnymi, równi z równymi i zacni z zacnymi.

Rex regnat et non gubernat

  • Thomas Jefferson

    Kiedy obywatele obawiają się swojego rządu, jest to tyrania. Gdy to rząd obawia się obywateli, mamy do czynienia z wolnością.
  • Margaret Thatcher

    Unia Europejska jest skazana na niepowodzenie, gdyż jest czymś szalonym, utopijnym projektem, pomnikiem pychy lewicowych intelektualistów.
  • Włodzimierz Lenin

    Socjalizm to nic innego jak państwowy monopol kapitalistyczny stworzony dla korzyści wszystkich ludzi.
  • Ralph Waldo Emmerson

    Religia jednego wieku staje się literacką rozrywką następnych.
  • Soren Kierkegaard

    Są dwa sposoby w jakie człowiek może dać się ogłupić. Pierwszy to uwierzyć w rzeczy nieprawdziwe. Drugi, to nie wierzyć w prawdziwe.
  • Ayn Rand

    Jako że nie istnieje taki byt, jak “społeczeństwo”, ponieważ społeczeństwo to pewna liczba indywidualnych jednostek, zatem idea, że “społeczny interes” jest ważniejszy od interesu jednostek, oznacza jedno: że interes i prawa niektórych jednostek zyskuje przewagę nad interesem i prawami pozostałych.
  • Terence McKenna

    Skoro już w XIX wieku zgodziliśmy się przyznać, że człowiek pochodzi od małpy, najwyższy czas pogodzić się z faktem, że były to naćpane małpy.
  • Aleister Crowley

    Czyn wole swą, niechaj będzie całym Prawem.

    Nie masz żadnego prawa prócz czynienia twej woli. Czyn ja i nikt inny nie powie nie.

    Każdy mężczyzna i każda kobieta jest gwiazdą.

    Nie ma boga prócz człowieka.

    Człowiek ma prawo żyć wedle swych własnych praw
    żyć tak jak tego chce
    pracować tak jak chce
    bawić się tak jak chce
    odpoczywać tak jak chce
    umrzeć kiedy i jak chce

    Człowiek ma prawo jeść to co chce: pić to co chce: mieszkać tam gdzie chce: podróżować po powierzchni Ziemi tam gdzie tylko chce.

    Człowiek ma prawo myśleć co chce
    mówić co chce: pisać co chce: rysować, malować, rzeźbić, ryć, odlewać, budować co chce: ubierać się jak chce

    Człowiek ma prawo kochać jak chce

    Człowiek ma prawo zabijać tych, którzy uniemożliwiają mu korzystanie z tych praw

    niewolnicy będą służyć

    Miłość jest prawem, miłość podług woli.
  • Anarchizm metodologiczny

    Anarchizm metodologiczny - jest programem (a właciwie antyprogramem), zgodnie z którym należy z wielką ostrożnością podchodzić do każdej dyrektywy metodologicznej, (w tym do samego anarchizmu) bowiem zaistnieć może sytuacja, w której lepiej jest z anarchizmu zrezygnować (aby nie hamować rozwoju wiedzy) niż go utrzymywać.
    Paul Feyerabend
  • Strony

Archive for the ‘anarchokapitalizm’ Category

Anarchokapitalizm – doktryna społeczno-polityczna, nawiązująca do myśli głównie amerykańskich anarchoindywidualistów oraz klasycznej myśli liberalnej, zakładająca zastąpienie wszystkich niezbędnych funkcji społecznych spełnianych do tej pory przez państwo przez takie, które będą oparte na dobrowolnych umowach rynkowych. Jego zwolennicy uważają, że takie rozwiązanie będzie zarówno dla jednostki jak i społeczeństwa zdecydowanie lepsze i skuteczniejsze.

Siedem kłamstw o wolnym rynku

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 5 Maj 2014

Niektóre prawdy są ciągle powtarzane. Czasem miewamy też jednak do czynienia z wiecznymi kłamstwami. Zamieszczam tutaj kilka spośród ostatnio zasłyszanych kłamstw na temat wolnego rynku, choć jest ich oczywiście znacznie więcej.

1) Wolny rynek powoduje niedostatek i wzrost cen. W każdym systemie gospodarczym — socjalistycznym, interwencjonistycznym, wolnorynkowym — ilość danego dobra zwykle będzie niewystarczająca, żeby zaspokoić popyt przy cenie równej zero. Na wolnym rynku, gdzie ludzie wymieniają się prawami do tych dóbr, ceny będą spadania wzrastać lub spadać do poziomu, przy którym wysokość popytu jest równa wysokości podaży, i tym sposobem ceny pomogą radzić sobie z niedostatkiem. Co więcej, wolny rynek, poprzez system zysków i strat, daje przedsiębiorcom zachętę zarówno do dostarczania większej ilości dóbr rzadkich, jak też do odkrywania alternatyw. (Nie cały „handel” przebiega jednak w ten sposób, patrz punkt 4) poniżej).

2) Na wolnym rynku biznes jest uprzywilejowany. Jest to bardzo powszechne mniemanie oparte na myleniu prorynkowości z probiznesowością. Wolny rynek jest jednak wolny dokładnie dlatego, że nie przyjmuje żadnych specjalnych przywilejów dla jakichkolwiek osób czy grup. Takie przewagi z pewnością dzisiaj istnieją i mogłyby istnieć na wolnym rynku — można się wrodzić w bogatą rodzinę, być wytrwalszym czy zasobniejszym — ale są one konsekwencją braku przywilejów w sensie libertariańskim tak długo, jak tylko są one zdobyte bez użycia oszustw i fizycznej przemocy wobec ludzi lub cudzej własności.

3) Przed Obamacare, służba zdrowia [w USA — przyp. tłum.] działała na zasadach wolnorynkowych. W rzeczywistości był to wielce interwencjonistyczny rynek. Podobnie, porażki rynków mieszkaniowych i finansowych nie były wcale rezultatem „polityki wolnorynkowej”, a to samo można powiedzieć w zasadzie o każdym sektorze amerykańskiej gospodarki. Wolny rynek jest wolny od prawnych przywilejów i dyskryminacji, jest tym wszystkim, co dzieje się pod nieobecność agresji i w ramach ściśle określonych „zasad gry” — takich jak, na przykład, prywatna własność, wolność stowarzyszania, rządy prawa. Ponownie, to nie jest probiznesowe, prokonsumenckie, ani projakiekolwiek, jeśli ma to oznaczać używanie siły politycznej do rozmyślnego pomagania jednym kosztem drugich.

4) Wolny rynek wymaga, aby wszystkie wartościowe zasoby były w prywatnym posiadaniu i aby handlowano nimi na rynkach. Nawet, gdyby to było możliwe, a nie jestem co do tego przekonany, to niekoniecznie byłaby to najlepsza droga to poradzenia sobie z tragedią wspólnego pastwiska. Niekiedy alternatywy prywatnej własności zwyczajnie działają lepiej. W rzeczy samej, Elinor Ostrom, która została laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii za badanie na temat użytkowania wspólnych zasobów, znalazła stosowane przez ludzi na całym świecie od zarania dziejów sposoby na unikanie konfliktów dotyczących np. użytkowania wody i wycinania lasów pozarynkowymi metodami współpracy (a często także bez rządu). Istotnie, często „wymieniamy” przysługi z rodziną, znajomymi, a nawet z obcymi bez potrzeby formalnych rynków i cen rynkowych. I bardzo dobrze.

5) Wolny rynek wzmaga rasizm, homofobię i inne rodzaje bigoterii. Cóż, to prawda że można być rasistą i homofobem na wolnym rynku, można nie życzyć sobie mieszkania w pobliżu jednopłciowej lub międzyrasowej pary, czy też odmawiać komuś zatrudnienia za wygląd, jeśli wyda się on w jakiś sposób odrzucający. Jednak w konsekwencji takich zachowań będzie pewnie trzeba zapłacić więcej za dom, albo wypłacać wyższe pensje pracownikiem, bo jest to rozmyślne zawężenie własnego pola manewru.

Część krytyków wolnego rynku wyśmieje takie tłumaczenie, mówiąc, że te mechanizmy nie zwalczają podszycia rasizmem lub seksizmem. Wiele można na to odpowiedzieć, ale ograniczę się tylko do dwóch kwestii. Po pierwsze, płacenie za uprzedzenia może ich nie wyeliminować, ale będzie je ograniczać (popyt spada ze wzrostem ceny, także popyt na uprzedzenia). Poddawanie się im oznacza zaś straty względem rodzin bardziej tolerancyjnych lub wyrzeczenie się bardziej kompetentnych pracowników. Po drugie, próba zmienienia czyjegoś nastawienia wobec homoseksualizmu i rasizmu przemocą albo groźbą jej użycia jest metodą nieefektywną, która zwykle przynosi więcej szkody niż pożytku, a z czasem prowadzi do narastania komplikacji. Wolny rynek daje powody do korzystania na zawiązywaniu interakcji z innymi, na uczeniu się od innych, którzy mogą bardzo się różnić, mogą działać poza zwykłymi siatkami społecznymi. Legalistyczne rozwiązania powodują namnażanie resentymentów i pogoni za rentą, które podkopują tolerancję niezbędną do wiązania ze sobą różnych ludzi.

6) Wolny rynek popiera wojnę. To prawda, że poza byciem „zdrowiem państwa” i wrogiem wolności, wojna jest korzyścią dla niektórych grup interesu jak choćby firmy produkujące broń. Wojna niszczy jednak wolny rynek w ogólności. Wojna i rządowa interwencja, która tej pierwszej zawsze towarzyszy, ograniczają wolny rynek (wewnętrzny i w kraju, z którym toczy się wojna) i wolne stowarzyszanie, czynią kupno i sprzedaż bardziej kosztownymi, redukują siłę nabywczą, szkodzą gospodarstwom domowym i biznesom, wreszcie naruszają pokój, który jest niezbędny dla rozkwitu wolnego rynku.

7) Wolny rynek jest zawsze wydajny. Prawdziwy świat zamieszkują prawdziwi ludzie, którzy nie mają pełnej informacji, mogą mieć błędne informacje lub mogą po prostu popełniać błędy. „Idealny” system gospodarczy to nie ten, w którym nikt nigdy nie popełnia błędów, ale ten, w którym popełniane przez ludzi pomyłki są naprawiane najefektywniej, jak to tylko możliwe. Konkurencja na wolnym rynku pozwala ocenić, czy koszty są zbyt duże, czy zbyt małe, wypatrywać okazji do obniżenia cen lub zwiększenia zysków, a także zrezygnować z nowej metody konsumpcji lub produkcji. Wolny rynek nie jest idealny, dlatego że zawsze działa perfekcyjnie, ale dlatego, że lepiej niż jakikolwiek znany system koryguje popełniane błędy.

Autor: Sandy Ikeda
Źródło: fee.org
Tłumaczenie: Paweł Bieliński

Reklamy

Posted in anarchokapitalizm, Ekonomia, Libertarianizm, wolny rynek (kapitalizm) | Otagowane: | Leave a Comment »

Wywiad z Hansem-Hermannem Hoppe

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 1 marca 2014

Prezentujemy przekład z języka angielskiego wywiadu z profesorem Hoppe, który w oryginale ukazał się po niemiecku w „Wirtschafstwoche”, wiodącym niemieckim tygodniku o tematyce biznesowej.

 

 

Hans-Hermann Hoppe, anarcho-libertariański ekonomista, opowiada się za społeczeństwem bezpaństwowym. W społeczeństwie takim państwo, przykładowo, nie ma prawa zmuszać swoich hans-hermann-hoppeobywateli do płacenia podatków w celu finansowania wojska.

WW: Profesorze Hoppe, ponownie obserwujemy znaczącą interwencję państwa zarówno w sferze gospodarczej, jak i w sferze wolności osobistych. Wielu obywateli opowiada się za zwiększaniem roli państwa oraz jednoczesnym zmniejszaniem roli rynku. Jak Pan to wytłumaczy?

HHH: Historia pokazuje, że kryzysy są katalizatorem rozrostu państwa. Szczególnie dobrze widoczne jest to w przypadku wojen i ataków terrorystycznych. Takie wydarzenia dostarczają okazji do przedstawienia siebie jako podmiotu rozwiązującego dany problem. Ta obserwacja pozostaje prawdziwą także w stosunku do kryzysu finansowego. Dostarczył on państwom oraz bankom centralnym okazję do zwiększenia zakresu swojej interwencji w gospodarkę oraz w społeczeństwo. Przedstawicielom państwa winą za kryzys udało się obarczyć kapitalizm, rynki i chciwość.

Ale czy bez interwencji banków centralnych oraz państw, w postaci wstrzykiwania płynności oraz programów stymulacyjnych, świat nie popadłby w głęboką recesję tak, jak w latach trzydziestych ubiegłego wieku?

Panuje mylne przeświadczenie, że banki centralne oraz państwa są w stanie dopomóc podźwignąć się gospodarce poprzez swoje programy stymulacyjne. Nawet we wspomnianych latach trzydziestych przeprowadzano programy stymulacyjne. Jednak Wielka Depresja nie zakończyła się aż do zakończenia Drugiej Wojny Światowej. Przez większość tego okresu stopa bezrobocia nie spadała poniżej 15%. Banki, zamiast wykorzystywać nadmiarową płynność do udzielania kredytów, wolały trzymać te pieniądze w swoich skarbcach.

Dzisiejszy świat wygląda podobnie. Pieniądze nie trafiają na rynek towarowy i wobec tego ceny dóbr prawie nie rosną. To oczywiście nie znaczy, że inflacja nie istnieje. Aby ją dostrzec wystarczy spojrzeć na rynek akcji, dokąd pieniądze płyną szerokim strumieniem. Inflacja uwidacznia się na rynku aktywów.

Boom na rynku akcji jest także konsekwencją ujemnych realnych stóp procentowych, co sprawia, że oszczędzanie w banku staje się nieatrakcyjne…

…oraz zagraża naszemu dobrobytowi. Gospodarka może rosnąć tylko wtedy, kiedy ludzie oszczędzają i mniej konsumują. Bez oszczędności nie może być mowy o inwestycjach.

Dlaczego?

Podam prosty przykład. Proszę sobie wyobrazić bezludną wyspę z Robinsonem Crusoe oraz Piętaszkiem. Jeżeli Robinson nałapie ryb i zje tylko część z nich, to resztę może użyczyć Piętaszkowi, który z kolei może się nimi żywić przez kilka dni i zaoszczędzony w ten sposób czas przeznaczyć na skonstruowanie własnej sieci rybackiej. Teraz Piętaszek tak wyposażony może nałapać tyle ryb, że nie dość, że będzie się w stanie samodzielnie wyżywić, to jeszcze będzie mógł oddać Robinsonowi dług z nawiązką. W oczywisty sposób sytuacja obu poprawi się. Co się jednak stanie, jeżeli Robinson nie będzie potrafił zaoszczędzić ryb i zamiast tego skonsumuje je wszystkie, a Piętaszkowi wręczy jedynie certyfikat, który może być na ryby wymieniony? Jeżeli Piętaszek chciałby taki certyfikat zrealizować to odkryje, że Robinson wcale ryb nie posiada. W tej sytuacji Piętaszek będzie musiał pilnie poszukać jakiegoś pokarmu zastępczego dla siebie i nie będzie miał czasu na ukończenie sieci. Pozostanie ona jako inwestycja niedokończona. Standard życia Robinsona, jak i Piętaszka, obniży się.

Jaki to ma związek z naszą obecną sytuacją?

Podobnie dzieje się we współczesnych gospodarkach. Kreacja kredytu z niczego obniża sztucznie stopy procentowe i skłania przedsiębiorców do rozpoczynania inwestycji, dla których nie ma realnego pokrycia w oszczędnościach. Z powodu niskich stóp niemal nikt nie oszczędza, wręcz przeciwnie — konsumpcja się powieksza. Dokładnie tak, jak u Robinsona, który zamiast ryby oszczędzać, po prostu je zjadał. Zwiększona konsumpcja pochłania zasoby niezbędne do podtrzymania inwestycji. W tej sytuacji inwestycje te nie mogą zostać dokończone, banki wycofują kredyty, projekty są likwidowane, a gospodarka popada w kryzys.

Czy to oznacza, że następny kryzys jest już tuż za rogiem?

Banki centralne starają się zwalczyć kryzys poprzez zalew rynku jeszcze większą ilością kredytu i pustego pieniądza, nawet pomimo tego, że to właśnie zbyt duża ilość kredytu i pieniądza fiducjarnego spowodowały ten kryzys. Z tego też powodu następny kryzys będzie jeszcze gorszy niż obecny.

Władze banków centralnych obiecują, że wycofają z rynku nadmiar płynności na czas, zanim sytuacja stanie się groźna.

Teoretycznie banki dysponują środkami, aby coś takiego przeprowadzić. W celu zmniejszenia podaży pieniądza mogą sprzedawać państwowe obligacje. Praktyka jednak pokazuje coś innego — działania takie przeciwdziałałyby staraniom banków, aby utrzymywać stopy procentowe tak nisko, jak to tylko możliwe.

…i w ten sposób wywoływać inflację?

Banki centralne starają się za wszelką cenę uratować system pieniądza fiducjarnego. Obawiam się, że następnym krokiem może być likwidacja konkurencji walutowej poprzez centralizację systemu bankowego i monetarnego. Celem ostatecznym byłoby stworzenie globalnego banku centralnego i zastąpienie walut takich jak dolar, euro czy jen pojedynczą walutą światową. Nie musząc się obawiać konkurencji ze strony innych walut, taki globalny bank centralny miałby dużo większe możliwości inflacyjne. To oczywiście nie zakończyłoby kryzysu. Wręcz przeciwnie, wróciłby on ze zdwojoną siłą i objął cały świat.

Niektórzy ekonomiści nawołują do przywrócenia standardu złota, aby związać ręce bankom centralnym.

Państwa i banki centralne będą się temu opierać. Jako centralny element państwowego systemu monetarnego, banki centralne nie mają żadnego interesu, aby pozbywać się swojej władzy. Dobrowolny powrót do standardu złota oceniam jako scenariusz nieprawdopodobny.

A co z Chinami? Chcą ustanowić juan światową walutą rezerwową.

Wsparcie juana złotem byłoby ze strony Chin sprytnym posunięciem. Z pewnością pomogłoby to zdetronizować dolara. Złoty juan oznaczałby koniec amerykańskiej dominacji w gospodarce światowej oraz dolara jako waluty rezerwowej. Można się więc spodziewać, że Zachód zrobi wszystko, aby do takiej sytuacji nie dopuścić.

Podczas ratowania euro europejskie banki centralne ignorowały przepisy i działały ponad prawem. Nie zauważono jednak, żeby z tego powodu społeczeństwo Niemiec wyraziło swoje niezadowolenie.

Niemcy są dość uległe dyktatowi Ameryki, jeżeli chodzi o to, co mogą oraz co muszą zrobić. Ameryka ma żywotny interes w tym, aby euro przetrwało, ponieważ dolarowi łatwiej jest konkurować z jedną walutą niż z niezależnymi siedemnastoma. Wystarczy wtedy wywrzeć presję polityczną na jeden bank (EBC), zamiast na wszystkie siedemnaście.

Bailout państw europejskich oraz centralizacja władzy w Brukseli wywołują wśród społeczeństw Europy liczne niepokoje. Czy nie jest tak, że elity polityczne przeceniły gotowość tych społeczeństw do dalszej integracji?

Państwa mają tendencję do centralizowania swojej władzy. W Europie zauważamy transfer władzy do Brukseli w celu wyeliminowania konkurencji ze strony niezależnych państw. Marzeniem etatystów jest świat ze zunifikowanymi podatkami i regulacjami, który to uniemożliwia wyzyskiwanemu obywatelowi poprawę swojego bytu poprzez ucieczkę do państwa, w którym panuje mniejszy ucisk. Obywatele zauważają, że w gruncie rzeczy Unia Europejska to jeden wielki aparat redystrybucji. To wzmaga niezadowolenie oraz zazdrość narodów jednych o drugie.

Co możemy z tym zrobić?

Dla wolności najlepszym wyjściem byłby rozpad Europy na tak wiele mikropaństw, jak to tylko możliwe. To tyczy się również Niemiec. Im państwo ma mniejsze terytorium, tym łatwiej jest z niego emigrować do państwa bardziej przyjaznego. To zmusza państwa do dbania o swoich najbardziej produktywnych obywateli.

Chce Pan powrócić do „Kleinstaaterei”, systemu minipaństw końca XIX wieku?

Proszę spojrzeć na rozwój kulturalny i ekonomiczny. W XIX wieku region zajmowany przez dzisiejsze państwo niemieckie był krajem wiodącym w całej Europie. Największe osiągnięcia kulturalne dokonały się w okresie, w którym duży aparat państwowy po prostu nie istniał. Małe obszary ścierały się intensywnie we wzajemnej konkurencji. Każdy chciał mieć najlepsze biblioteki, teatry i uniwersytety. Region ten był znacznie bardziej rozwinięty kulturalnie i intelektualnie niż Francja, w której w tamtym okresie centralizacja się już dokonała. Cała kultura Francji skupia się w Paryżu, a cała reszta kraju popadła w zapomnienie.

Jednakże wolny handel byłby niemożliwy w sytuacji silnego rozdrobnienia państw.

Wręcz przeciwnie. Małe państwa muszą handlować. Ich rynek nie jest na tyle duży oraz na tyle zróżnicowany, żeby mógł istnieć niezależnie. Jeżeli nie zezwolą na wolny handel to po tygodniu będą bankrutem. Dokładnie odwrotnie jest w przypadku dużych państw. Weźmy na przykład USA. Państwo to może być w dużym stopniu samowystarczalne i wobec tego mniej zależne od wolnego handlu z innymi państwami. W dodatku małe, niezależne państwa nie mogą wiecznie zrzucać winy za swoje niepowodzenia na innych. W Unii Europejskiej Bruksela jest bardzo często obwiniana o różne zła, natomiast rządy małych państw muszą brać odpowiedzialność za czyny przeciw ich własnemu krajowi. To ma z kolei pozytywny wpływ na poprawne relacje między państwami.

Jeżeli każde państwo miałoby niezależną walutę to byłby to koniec rynków finansowych.

Małe państwa nie mogłyby sobie pozwolić na własną walutę z powodu wysokich kosztów transakcyjnych. Wobec tego rozwiązania szukałyby w walucie wspólnej, niezależnej od działań poszczególnych rządów. Jest wielce prawdopodobne, że wypracowałyby one wspólny pieniądz towarowy, taki jak na przykład złoto czy srebro, którego wartość byłaby determinowana przez rynek. Kleinstaaterei prowadzi do zwiększania wpływu rynku, a zmniejszania wpływu państwowych interwencji w system monetarny.

Jeżeli Europa byłaby zbiorem małych państw to w starciu z wielkim państwem nie dysponowałaby ona wystarczająco mocną ekonomiczną pozycją przetargową.

Jak to się dzieje w takim razie, że Szwajcaria, Liechtenstein, Monako i Singapur zajmują najwyższe pozycje w ekonomicznym wyścigu? Odnoszę wrażenie, że państwa te są bogatsze niż Niemcy, a jednocześnie Niemcy zdobyły swoje bogactwo zanim przystąpiły do Strefy Euro. Musimy pozbyć się mylnego przeświadczenia, że interesy zachodzą między państwami. Interesy zachodzą między poszczególnymi ludźmi i firmami, które wytwarzają w różnych częściach kontynentu. Gospodarki nie składają się z państw konkurujących ze sobą, ale z firm. To nie rozległość terytorialna państwa decyduje o tym, czy w państwie panuje dobrobyt, ale raczej działania jego obywateli.

Abstrahując od tego, jak wiele państw powinno istnieć, pozostaje pytanie, jak duży powinien być aparat danego państwa. Liberałowie klasyczni sugerują, że państwo powinno ograniczyć się do roli stróża nocnego strzegącego wolności, własności i pokoju. Pan uważa, że państwo nie powinno istnieć w ogóle.

Liberałowie klasyczni nie doceniają siły wewnętrznego parcia państw do ekspansji. Kto ma decydować o tym, ilu policjantów, sędziów czy żołnierzy potrzeba w takim stróżu nocnym? W systemie rynkowym opartym o dobrowolne opłaty za dobra i usługi odpowiedź jest prosta: produkuje się tyle mleka i sprzedaje się je po takiej cenie, jaką konsumenci są gotowi zapłacić. Natomiast państwa na pytanie „ile pieniędzy potrzebujecie?” zawsze odpowiedzą: „im więcej pieniędzy będziemy mieli, tym więcej będziemy mogli zdziałać”. Oczywiście państwa dysponują środkami, aby takie „więcej” uzyskać, ponieważ zawsze mogą zmusić swoich obywateli do płacenia coraz wyższych podatków w zamian oferując usługi coraz niższej jakości. Idea państwa minimum ma wadę wrodzoną już na poziomie koncepcyjnym. Małe aparaty państwowe nigdy nie pozostają małe na długo.

Jeżeli nie państwo to kto w takim razie miałby bronić własności oraz wymierzać sprawiedliwość?

Ochrona własności przez państwową policję wymaga istnienia podatków. Jednakże podatki to grabież. Wobec tego mamy do czynienia z obrońcą własności, który jest jednocześnie grabieżcą. Państwo, które chce utrzymać prawo i ład, a jednocześnie samo jest źródłem tego prawa, musi je łamać, czyniąc siebie łamiącym prawo obrońcą prawa.

Komu wobec tego chciałby Pan powierzyć zadanie ochrony prawa i własności?

Te zadania powinny być realizowane przez firmy, które dowiodą swojej wartości na wolnym rynku. Dokładnie tak, jak ma to miejsce w przypadku wszystkich innych dóbr i usług. Każde społeczeństwo ma swój udział konfliktów na tle prawa własności. Jednakże nie jest prawdą, że to właśnie państwo musi występować w roli arbitra. Proszę sobie wyobrazić społeczeństwo bezpaństwowe. W takim ładzie naturalnym, każda osoba jest przede wszystkim postrzegana jako właściciel dóbr przez nią kontrolowanych. Ubranie, które nosi, jest wobec tego jej własnością. Jeżeli ktoś by twierdził inaczej to ciężar dowodu spoczywa na oskarżającym. Konflikty będą rozwiązywane przez naturalnie powstające autorytety. W społecznościach wiejskich będą to osoby cieszące się powszechnym zaufaniem — będą działać tak, jak sędziowie. Jeżeli powstanie dysputa między mieszkańcami różnych wiosek to zostanie ona przekazana do instancji wyższej. Istotne jest, żeby żaden sędzia nie miał monopolu na tworzenie prawa.

Nie brzmi to zbyt realistycznie…

…ale takie jest! Proszę tylko spojrzeć na to, jak dzisiaj rozwiązuje się dysputy między obywatelami różnych państw. Na poziomie międzynarodowym mamy do czynienia ze swoistą anarchią, ponieważ nie istnieje rząd światowy będący ostateczną wykładnią. Co robią, na przykład, Niemcy, Francuzi i Szwajcarzy, kiedy nastaje potrzeba rozwiązania konfliktu między nimi? Każdy z nich może skierować swoją skargę zgodnie z jego lokalną jurysdykcją. Jeżeli porozumienie nie zostanie osiągnięte, wzywa się niezależnych arbitrów, aby to oni rozsądzili spór. Czy wobec tego więcej jest takich dysput niż między mieszkańcami Kolonii i Dusseldorfu? Nic mi o tym nie wiadomo. To pokazuje, że możliwe jest pokojowe rozwiązywanie konfliktów międzyludzkich bez istnienia państwa posiadającego monopol na stanowienie prawa.

System prawny bez państwa wykracza zapewne poza wyobraźnię większości ludzi.

Dlaczego? To są w gruncie rzeczy bardzo proste zagadnienia, tylko że na przestrzeni wieków zostały one nam bardzo skutecznie wyperswadowane przez zwolenników władzy państwowej. Zastąpienie wolności ludzi do wyboru własnego prawodawcy scentralizowanym państwowym monopolistą było błędem historycznym. Ten stan doprowadził do sytuacji w której często różni łupieżcy wykorzystują powszechne wybory, aby dzięki zdobytej władzy legislacyjnej wzbogacić się kosztem innych, którzy posiadają od nich więcej. Z drugiej strony lokalny przywódca wioski, wybrany dobrowolnie na arbitra, zazwyczaj sam jest dość zamożny i wobec tego nie pożąda majątku innych. W przeciwnym razie nie zostałby wybrany na arbitra.

W jaki sposób, w świecie bez państwowego porządku, zapewniłby Pan ochronę podstawowych wolności obywatelskich, takich jak, przykładowo, prawo do nietykalności cielesnej?

Odpowiem pytaniem na pytanie. Czy naruszenia tej wolności są całkowicie wyeliminowane dzięki istnieniu współczesnych państw? Tak długo, jak ludzie pozostaną ludźmi, zawsze będzie dochodziło do morderstw i zabójstw. Czy istnienie państw poprawiło coś w tej kwestii? Mam co do tego wątpliwości. Państwa także rządzone są przez ludzi, tyle tylko, że w przeciwieństwie do społeczności bezpaństwowej, ich przywódcy posiadają, niekiedy tymczasowo, pozycję monopolisty, jeżeli chodzi o władzę.

Czy taka pozycja nie popycha ich do działań jeszcze gorszych niż byliby skłonni czynić w innym przypadku? Ludzie z pewnością nie są aniołami, raczej czynią zło i szkodę. Dlatego też najlepszą ochroną wolności i własności jest nie pozwolenie na to, aby ktokolwiek mógł sformować taki monopol. Jak tylko pojawi się taki monopol, możemy być pewni, że to wcale nie aniołowie wespną się na szczyty władzy.

Załóżmy, że przekazaliśmy funkcje tradycyjnie przypisywane państwu, jak ochrona własności i tworzenie prawa, prywatnym organizacjom. Pojawia się wówczas następujący problem: źli ludzie przejmują kontrolę nad tymi organizacjami tworząc kartele kosztem społeczności. Co wtedy?

Ryzyko wystąpienia takiej sytuacji jest niskie. Kartele mogą przetrwać w dłuższym okresie wyłącznie wtedy, gdy stoi za nimi państwo. Firmy tworzą kartele, aby podzielić między siebie rynek. To sprzyja zwłaszcza słabszym jego członkom. Silniejsi członkowie kartelu mogą osiągnąć większe korzyści poza tym kartelem. Kiedy tylko to sobie uświadomią, kartel jest złamany.

Ale do tego czasu kartele wykorzystują ludność.

No więc teraz popełnia Pan samobójstwo z obawy o swoje życie. Jeżeli przekaże Pan te zadania państwu, to już na starcie skazuje siebie na monopol, który może wykorzystywać swoją pozycję, aby ograniczać wolności obywatelskie.

W jaki sposób chciałby Pan rozwiązać w systemie prawa prywatnego problem efektów zewnętrznych? Kto, przykładowo, dbałby o to, żeby to ten, kto niszczy środowisko naturalne, ponosił tego koszt?

Problem jest łatwy do rozwiązania. Należy dać stronie poszkodowanej prawo do działania. Może ona pozwać sprawcę, aby ten zrekompensował wyrządzone szkody. W XIX wieku powszechną praktyką było pozywanie firm, kiedy te ostatnie zanieczyszczeniami naruszały własność osób trzecich. Z biegiem czasu państwo ograniczyło taką możliwość, aby chronić pewne gałęzie przemysłu. Kluczowe jest to, żeby prawa własności było poprawnie przypisane. Podstawową zasadą winno być „kto pierwszy ten lepszy” — kto pierwszy zawłaszczy niczyje dobro, ten staje się jego właścicielem. Przykładowo, jeżeli firma postawi fabrykę emitującą znaczne ilości zanieczyszczeń w stronę wcześniej istniejącej zabudowy mieszkalnej, mieszkańcy tej zabudowy mają prawo pozwać właściciela tej fabryki o odszkodowanie. Ta zasada jest tak prosta, że nawet dzieci się do niej stosują. W czasach gorączki złota w USA, górnicy samodzielnie, bez pośrednictwa państwa, potrafili ustalać granice swojej własności. Istniały podmioty oferujące usługę rejestracji własności. To pokazuje, że problemy związane z prawem własności mogą być z powodzeniem rozwiązane bez konieczności odwoływania się do instytucji państwa.

Nie można jednak zorganizować wojska bez pośrednictwa państwa, a jednocześnie nikt nie może się wyłączyć spod ochrony, jakiej wojsko dostarcza. Wobec tego, potrzebne jest państwo, które zmusi wszystkich obywateli, poprzez podatki, do finansowania tego wojska.

A kto mówi, że wszyscy mieszkańcy chcą być chronieni? Żyjemy w świecie dóbr rzadkich. Pieniądze wydane na ochronę nie mogą być wydane na coś innego. Niektórzy ludzie być może zamiast ochrony wybraliby wakacje na Hawajach. W przypadku wojny zapewne opuściliby dane państwo i wobec tego nie potrzebowali by ochrony, jaką ono zapewnia.

Państwo nie ma prawa zmuszać ich przy pomocy podatków do finansowania wojska. W społeczeństwie bezpaństwowym ludzie mogą samodzielnie, o ile tak sobie życzą, utworzyć mniejsze jednostki, takie jak wspólnoty wiejskie, i bronić siebie na wzajem lub też wynająć prywatną agencję ochrony. Mieliby prawo wyboru tego, w jaki sposób chcą spożytkować własne pieniądze.

Źródło: Po angielskuPo niemiecku

Wywiad przeprowadził: Malte Fischer

Tłumaczenie z niemieckiego na angielski: Curt Doolittle, Aaron Kahlan i Robert Groezinger

Tłumaczenie z angielskiego na polski: Zbigniew Malec

http://libertarianin.org/wywiad-z-hans-hermannem-hoppe/

Posted in anarchokapitalizm | Otagowane: | Leave a Comment »

Naturalny porządek

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 10 stycznia 2013

„Naturalny porządek kształtuje się bez udziału państwa. Liderzy społeczności wyłaniają się samoistnie. Sołtysem zostaje największy posiadacz ziemski lub najbardziej przedsiębiorczy z gospodarzy. Ale sołtys nie jest jedynym autorytetem na wsi. Wielu mieszkańców poddaje się wpływom proboszcza. Dla jednych największym autorytetem jest nauczyciel, dla innych – lekarz. Owe „ośrodki władzy” współdziałają ze sobą i kontrolują się nawzajem. Stają się rozjemcami, doradcami. Nikt z wymienionych nie ma monopolu decyzyjnego, który jest nieusprawiedliwiony. Gdy pojawia się monopol, rodzą się konflikty. Monopol władzy jest największym złem, tak jak monarchia absolutna była złem absolutnym”.

Hans-Hermann Hoppe (w wywiadzie dla Tomasza Teluka).

Hans-Hermann Hoppe jest filozofem i ekonomistą niemieckiego pochodzenia, przedstawicielem austriackiej szkoły ekonomii, anarchokonserwatystą, sympatykiem anarchokapitalizmu.

Posted in anarchokapitalizm | Otagowane: , | Leave a Comment »

Mechanizm wolności

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 8 stycznia 2013

Wykład Davida Friedmana na temat bezpaństwowego ładu, kształtującego się dzięki mechanizmom rynkowym.

Posted in anarchokapitalizm, Libertarianizm | Otagowane: | Leave a Comment »

Korporacjonizm to nie kapitalizm

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 25 listopada 2012

Mówiąc kategoriami politycznymi, kapitalizm to system proporcjonalnego przedstawicielstwa. Każdy może glosować na kolor ulubionego krawata i otrzyma go. Nie musi sprawdzać, jakiego koloru pragnie większość, a gdy jest w mniejszości – podporządkowywać się jej. Kapitalizm likwiduje konflikt między mniejszością a większością, nie znając w ogóle takich pojęć. Dzieje się tak dlatego, bo opiera się on na wolności mechanizmów rynkowych, a wolny rynek toleruje wszelką różnorodność.
Milton Friedman

7 faktów o monolitycznych, drapieżnych korporacjach, które dominują w naszej gospodarce i o których każdy obywatel powinien wiedzieć.

Właśnie dzisiaj, bardzo dużo mówi się o tym, jakim złem jest „kapitalizm”. Ale nikt nie zwraca uwagi na to, że my wcale nie żyjemy w systemie kapitalistycznym. Raczej, system który mamy dziś w Stanach Zjednoczonych, i który dominuje w większej części świata, powinno się opisywać jako „korporacjonizm”. Korporacjonizm to system, w którym największe bogactwo oraz władza są skoncentrowane w rękach gigantycznych korporacji, i w którym funkcjonuje rozrośnięty rząd, służący jako narzędzie w rękach tych korporacji, do jeszcze większej konsolidacji bogactwa i władzy. W systemie korporacyjnym, bogactwo i wpływy indywidualnych i małych przedsiębiorstw są obniżane przez zdecydowaną dominację korporacji. Ostatecznych celem jest dojście do sytuacji, w której niemal wszystkie dobra są posiadane przez korporacje i w której kontrolują one niemal każdy aspekt życia społecznego. Jak zobaczycie dalej, jest to bardzo dokładny opis dzisiejszej Ameryki. Korporacjonizm zabija ten kraj i nie jest tym, czego chcieli nasi ojcowie założyciele.

Zaczerpnijmy definicje korporacjonizmu ze słownika Merriam-Webster:

„organizacja społeczeństwa przez przemysłowe i profesjonalne korporacje, służące jako organy reprezentacji politycznych i sprawujące kontrolę na ludźmi i działaniami, będącymi pod ich jurysdykcją”.

Korporacjonizm tak naprawdę niewiele różni się od socjalizmu i komunizmu. Wszystkie one to „kolektywistyczne” systemy gospodarcze. W korporacjonizmie, bogactwo i władza mogą być jeszcze bardziej skoncentrowane niż w socjalizmie i komunizmie, i tak naprawdę, jest on systemem równie egalitarnym. W ramach wszystkich systemów kolektywistycznych, niemal zawsze większość zysków czerpie wąska elita, podczas gdy reszta populacji cierpi.

Protestujący z Occupy Wall Street zdają sobie sprawę, że nasz system ekonomiczny jest na wiele sposobów niesprawiedliwy, ale większość z nich nie rozumie problemu i jedyne czego chce, to zamienić jeden system kolektywistyczny na inny (np. wprowadzając rozrośnięte państwo opiekuńcze – przyp. tł.).

Nasi ojcowie założyciele nigdy nie zaakceptowali żadnego systemu kolektywistycznego. Zamiast tego, przeznaczyli dla nas, abyśmy cieszyli się z systemu kapitalistycznego, gdzie prawdziwa konkurencja i wolna przedsiębiorczość pozwoliłaby na rozwój indywidualnych i małych firm.

W artykule opublikowanym na początku roku w Addicting Info, Stephen D Foster Jr. szczegółowo opisał, co nasi ojcowie założyciele rzeczywiście myśleli o korporacjach:

„East India Company była największą korporacją w tamtych dniach, a jej dominacja w handlu rozgniewała kolonistów tak bardzo, że pozbyli się ładunku herbaty ze statku w porcie Boston, co dziś jest powszechnie znane jako Boston Tea Party. W tym czasie, wiele korporacje szczodrze finansowały wybory w Wielkiej Brytanii i sprawowały kontrolę nad niemal całym parlamentem. Ojcowie założyciele nie myśleli zbyt dobrze o tych korporacjach, które miały wielkie bogactwo i istotne wpływy w rządzie. I właśnie dlatego narzucili na nie ograniczenia, kiedy rząd został zorganizowany w wyniku podpisania Konstytucji.

Po stworzeniu republiki konstytucjonalnej, korporacje uzyskały czartery od państwa, funkcjonujące do dzisiaj. Jednak w przeciwieństwie do dzisiejszej sytuacji, istnienie korporacji było kontrolowane w okresach 20 lub 30 letnich i mogły się one zajmować tylko jednym rodzajem towaru, nie mogły posiadać akcji w innych spółkach, a ich gospodarstwa własności zostały ograniczone do tego, co było potrzebne do osiągnięcia celów biznesowych. A najważniejsze w tym wszystkim było to, że większość stanów, w pierwszych dniach funkcjonowania narodu, miało zapisane w ustawach prawnych, że jakiekolwiek finansowanie polityków przez korporacje jest przestępstwem”.

Nasi ojcowie założyciele, nigdy nie zaakceptowaliby żadnej formy kolektywizmu. Zdawali sobie sprawę, że wszelkie wielkie stężenie bogactwa i władzy stanowi poważne zagrożenie dla wolności i swobody zwykłych obywateli.

Czy nie jesteś teraz przekonany, że żyjemy w systemie korporacyjnym?

Oto siedem faktów o monolitycznych, drapieżnych korporacjach, które dominują w naszej gospodarce, o czym każdy Amerykanin (i nie tylko – przyp. tł.) powinien wiedzieć.

1. Korporacje nie tylko całkowicie zdominowały amerykańską gospodarkę, ale również światową gospodarkę. W świeżo opublikowanym raporcie z Zurychu, zbadano ponad 43 000 głównych międzynarodowych korporacji. Studium odkryło ogromną sieć zazębiających się powiązań, których rdzeń jest kontrolowany przez 1318 największych korporacji.

Ale ten rdzeń sam w sobie jest kontrolowany przez „super-bossów”, z 147 monolitycznych korporacji, które są bardzo ściśle związane ze sobą. Niedawny artykuł w NewScientist wykazał, że te 147 korporacji kontroluje około 40 procent całego bogactwa.

„Kiedy prześledzimy sieć własności stworzoną przez taki zespół, to widzimy, że całość sprowadza się do „super-jednostki”, złożonej ze 147 jeszcze bardziej zwartych przedsiębiorstw – cała ich własność jest kontrolowana w pewnym stopniu przez ową „jednostkę” – oni kontrolują 40 procent całkowitego bogactwa w obiegu. „W efekcie, mniej niż 1 procent firm jest w stanie kontrolować 40 procent całej sieci” – mówi Glattfelder. Najczęściej były to instytucje finansowe. Na samym szczycie znajdują się Barclays Bank, JPMorgan, Chase & Co, czy Goldman Sachs Grupa”.

Nie jest zaskoczeniem, że owa „super-jednostka” 147 korporacji to głównie międzynarodowe banki i duże instytucje finansowe. Na przykład, JP Morgan Chase, Goldman Sachs, Morgan Stanley i Bank of America są wszystkie w top 25 największych korporacji.

2. Zdominowanie globalnej gospodarki przez korporację pozwoliło na skoncentrowanie globalnego bogactwa w bardzo przerażającym stopniu.

Według Credit Suisse, wymienione korporacje kontroluję ponad 38.5% całego bogactwa na świecie. Rok wcześniej, było to 35.6%. Jak widać, trend gwałtownie podąża w złym kierunku. Dominacja korporacji jest również jednym z głównych powodów, przez które jesteśmy świadkami szybko rosnących nierówności w dochodach w Stanach Zjednoczonych. Poniższy cytat pochodzi z artykułu z Los Angeles Times:

„Ekonomiczna migawka z Instytutu Polityki Gospodarczej pokazuje, że po uwzględnieniu inflacji, dochody 1% przedsiębiorstw (z top listy) wzrosły o 224% od 1979 do 2007, podczas gdy dochody 90% przedsiębiorstw figurujących niżej, wzrosły tylko o 5% w tym samym okresie. Jeśli weźmiemy tylko te ze ścisłej czołówki (0.1%) rozbieżność jest jeszcze większa – ich dochody wzrosły o 390% w tym okresie”.

Wykres, który pokazuje te liczby, możesz zobaczyć poniżej (za Economic Policy Institute):

3. Skoncentrowanie całego bogactwa w rękach nielicznych ludzi oznacza, że istnieje poza nimi mnóstwo biednych ludzi.

W czasach, kiedy technologia powinno umożliwiać podnoszenie standardów życia na całym świecie, cały czas rozprzestrzenia się bieda. Według tych samym badań Credit Suisse, najbiedniejsze 2/3 światowej populacji, kontroluje tylko 3.3% wszystkich bogactw.

Do tego, więcej niż 3 miliardy ludzi żyje obecnie za mniej niż 2 dolary dziennie.

Choć ultra-bogaci prowadzą życie ponad stan, niewyobrażalne tragedie rozgrywają się na całym świecie każdego dnia. Co 3.6 sekund ktoś umiera z głodu, a 3/4 z tych ludzi to dzieci do 5 roku życia.

4. Gigantyczne korporacje stały się tak dominującą siłą, że konkurowanie i przetrwanie mniejszych firm stało się bardzo trudne w Stanach Zjednoczonych.

Dzisiaj, chociaż populacja wzrasta, ilość małych firm cały czas maleje.

Według Biura Statystyk Pracy, w 2006 liczba samozatrudnionych Amerykanów wynosiła 16.6 mln. Dzisiaj ta liczba spadła do 14.5 mln.

Jest to dokładnie przeciwieństwem tego, co powinno dziać się w systemie kapitalistycznym.

5. Wielkie korporacje całkowicie zdominowały media. Prawie wszystkie wiadomości, które możesz dostać i prawie wszystkie rozrywki, które lubisz, są podawane przez gigantyczne korporacje.

Wróćmy do 1983 roku, gdzie około 50 korporacji kontrolowało zdecydowaną większość wszystkich mediów w Stanach Zjednoczonych.

Dzisiaj, kontrola mediów informacyjnych jest skoncentrowana w rękach zaledwie sześciu niezwykle potężnych korporacji medialnych.

6. Wielkie korporacje kompletnie zdominowały nasz system finansowy. Owszem, istnieją setki wyborów w świecie finansów, ale tylko garstka kontroluje większość aktywów.

Wróćmy do 2002; największe 10 banków kontroluje wszystkie 55% amerykańskich aktywów. Dziś te 10 banków kontroluje 77% wszystkich aktywów bankowych.

„Zbyt duże by upaść”, banki są coraz bardziej wydajne. Na przykład, „wielka szóstka” amerykańskich banków (Goldman Sachs, Morgan Stanley, JP Morgan Chase, Citigroup, Bank of America i Well Fargo) obecnie posiada około 60 procent amerykańskiego produktu krajowego brutto.

7. Duże korporacje całkowicie zdominowały nasz system polityczny. Ponieważ mają tyle pieniędzy i władzy, korporacje mogą wywierać przytłaczający wpływ na nasze wybory. Badanie wykazały, że w wyborach federalnych, kandydat który wydaje najwięcej pieniędzy, wygrywa w 90% przypadków.

Politykom w Ameryce nie chodzi o to, aby pociągnąć za sobą serca i umysły ludzi. O wiele istotniejsze jest zgromadzenie jak największej ilości gotówki.

Czasami zdarza się, że niewygodne fakty wyciekną w mediach głównego nurtu. Na przykład, podczas niedawnego show na MSNBC, Dylan Ratigan złożył następujące oświadczenie:

„Największy udział w kampanii prezydenckiej Baracka Obamy miał Goldman Sachs. Podstawowym zadaniem tego prezydenta, w stosunku do banków, jest ochrona lukratywnych aspektów ich działalności, taki jak ciemny rynek wymiany ryzyka kredytowego i tym podobnych. Był to precyzyjny program działanie jego sekretarza skarbu. To prezydent jest zwolennikiem umów handlowych, które umożliwiają większą tajemnicę bankową w Panamie, mordowanie na szeroką skalę związkowców w Kolumbii, czy refundację północnokoreańskich niewolników”.

Następnie, Ratigan kontynuować oskarżenia, w których stwierdził, że obie partie są na usługach złych ludzi:

„Sądzę, że problemem jest fakt, że nasz prezydent pracuje dla złych ludzi. Demokraci pracują dla złych ludzi. Tak samo Republikanie. Demokraci odżegnuję się od tego mówiąc: „Zobacz, jak szalone są pomysły Republikanów; głosuj na Demokratów, bo to my dbamy o ludzi”. Ale prawda jest taka, że nasz system dwupartyjny to totalna fikcja”.

Zadziwiające – nikt nie powinien tak naprawdę mieć możliwość powiedzenia czegoś takiego w telewizji.

Dzisiaj, większość z naszych polityków jest przez kogoś przekupiona, i większość z nich aktywnie pomaga monolitycznym korporacjom w gromadzeniu jeszcze większego bogactwo i jeszcze większej władzy.

W rzeczywistości, wielkie banki z Wall Street już dawno próbują kupić sobie wybory w 2012.

Na szczęście, wygląda na to, że Amerykanie zaczynają się budzić. Według jednego z ostatnich sondaży, tylko 23 procent wszystkich Amerykanów ma zaufanie do obecnego systemu finansowego, a 60 procent Amerykanów uważa, że nasz obecny system gospodarczy jest „zły” lub „bardzo zły”.

Niestety, wielu z nich przyłącza się do oburzonych ruchów protestacyjnych pokroju Occupy Wall Street, które nie rozumieją obecnej sytuacji gospodarczej, i chcą zamienić jeden system kolektywistyczny na inny.

Amerykanie są cały czas faszerowani fałszywymi alternatywami. My wcale nie musimy wybierać między korporacjonizmem a socjalizmem. Wcale nie musimy wybierać między wielkimi korporacjami a wielkim rządem. Celem naszych ojców założycieli było stworzyć system, w którym zarówno władza korporacji, jak i władza rządu, jest maksymalnie ograniczona. Podążając na słynnym cytatem Thomasa Jeffersona:

„Mam nadzieję, że w chwili naszych narodzin, skruszymy arystokrację monolitycznych korporacji, które odważyły się już namówić nasz rząd do użycia siły i działaniu wbrew prawom obowiązującym w naszym kraju”.

Niestety, nic nie wyszło tak jak chciał Jefferson. Zamiast naszej kontroli nad korporacjami, to one kontrolują nas. Kolejny cytat jest z Johna Adamsa:

„Banki wyrządziły więcej szkody dla religii, moralności, spokoju, dobrobytu, a nawet bogactwa narodowego, niż mógł zrobic to ktokolwiek inny”.

Kto teraz dominuje naszą gospodarką? Wielkie banki. Bankowość centralna. Może powinnyśmy dalej słuchać ojców założycieli, takich jak John Adams. Wreszcie, mamy kolejny cytat z Thomasa Jeffersona:

„Jeśli Amerykanie pozwolą kiedykolwiek kontrolować prywatnym bankom podaż pieniądza, najpierw przez inflację, a następnie przez deflację, banki i korporacji wokół nich wykorzystają to, pozbawiając ludzi ich własności, aż ich dzieci obudzą się bezdomne na kontynencie, który podbili ich ojcowie”.

Jak bardzo proroczy był ten cytat? Ostatniego roku, ponad milion amerykańskich rodzin zostało wyrzuconych ze swoich domów przez wielkie banki. Instytucje finansowe posiadają w tej chwili tak naprawdę więcej kapitału w naszych domach niż my sami.

Bezrobocie rośnie, a mimo to zyski korporacyjne również rosną. Liczba Amerykanów korzystających z bonów żywnościowych wzrosła o ponad 70 procent od 2007 roku! Mimo to, dochody tych na górze łańcucha pokarmowego cały czas wzrastały.

Potrzebujemy systemu, który pozwoli wszystkich Amerykanom na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej, stworzy uczciwą konkurencję, i pozwoli czerpać owoce z własnej pracy. Zamiast tego, mamy korporacyjny system, w którym wielkie korporacje trzymają większość bogactw, większość władzy i większość wpływów. Amerykanie muszą zrozumieć, że korporacjonizm to nie jest kapitalizm. Korporacjonizm to kolektywistyczny system, który pozwala gromadzić elicie gigantyczne zasoby bogactwa i władzy. Odpowiedzią na taki system, nie może być inny kolektywistyczny system. Musimy oddać tak wiele wolności i swobody jak to tylko możliwe, dla indywidualnych i niezależnych przedsiębiorców.

Nasi ojcowie założycie przeznaczyli dla nas życie w kraju, w którym władza jest maksymalnie zdecentralizowana. Dlaczego nie chcemy ich słuchać?

źródło: PrisonPlanet
źródło polskie: Libertarianin.org
tłumaczenie: Wojciech Mazurkiewicz

Tekst wolno rozpowszechniać do celów niekomercyjnych. W przeciwnym razie potrzebna jest zgoda strony prisonplanet.com

Posted in anarchokapitalizm, Ekonomia, Libertarianizm | Otagowane: , , | Leave a Comment »

Pieniądze a wolność

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 4 października 2012

Standard złota jest historycznym ucieleśnieniem wolności monetarnej. Nieprzypadkowo erą jego największego rozkwitu był wiek XIX, w którym dominowała ideologia klasycznego liberalizmu, wiek niespotykanego rozwoju i pokojowych stosunków pomiędzy narodami. Niestety wolność pieniądza reprezentowana przez standard złota, wraz z innymi wolnościami ery liberalnej, skończyła swój żywot w przededniu I wojny światowej.

Wojna ta stała się „wojną o światowy pokój i masową demokrację” — polityczny system, którego po dzień dzisiejszy jesteśmy świadkami i który jest nieprzejednanym wrogiem wolności we wszystkich jej społecznych i gospodarczych przejawach.

Jest prawdą, że standard złota nie zniknął z dnia na dzień, lecz zanikał stopniowo do początku lat 30. Jednak nie był to już ten klasyczny standard złota sprzed 1914 r., w którym o podaży i wartości pieniądza decydowały działania obywateli operujących na wolnym rynku, a nie rządy.

W takim systemie monetarnym, jeśli ludzie w jednym państwie potrzebowaliby więcej pieniędzy, by wykonać więcej transakcji, bądź z powodu większej niepewności co do swojej przyszłości, to zwiększyliby eksport dóbr oraz aktywów finansowych, zmniejszając przy tym import. W rezultacie dodatkowa ilość złota wpłynęłaby w postaci nadwyżki w bilansie płatności, zwiększając tym samym wewnętrzną podaż pieniądza.

Czasami banki próbowały zwiększyć podaż pieniądza poprzez dodatkowy dodruk tzw. pieniądza fiducjarnego, obiecując zapłatę złotem, które w rzeczywistości nie zabezpieczało tej nowo wydrukowanej gotówki. Taki pieniądz banki pożyczały przedsiębiorcom lub rządowi. Jednak, jak tylko pożyczkobiorcy jęli wydawać ten dodatkowy pieniądz, dochody oraz ceny zaczynały piąć się w górę.

W rezultacie obywatele innych państw redukowali swój import, natomiast obywatele kraju, w którym dodrukowywano pieniądz, zwiększali wydatki na relatywnie tanie dobra z zagranicy. Złoto wypływało wtedy z banków w celu sfinansowania deficytu handlowego, a nadwyżka banknotów w obiegu wracała do banków.

W celu kontroli odpływu rezerw złota, który powodował niepokój wśród deponentów, banki zmniejszały podaż pieniądza fiducjarnego, doprowadzając do deflacji i recesji.

Przejęte tymczasowo zaistniałą sytuacją banki wycofywały się z ponownej ekspansji kredytowej na jakiś czas. Jeśli skarb państwa spróbowałby emitować częściowo wymienialne na złoto papiery dłużne, co czasami czynił, również on, podzielając los banków, zostałby zmuszony do ograniczenia emisji pieniędzy w formie not rządowych.

Zatem rządy i banki komercyjne przy obowiązującym standardzie złota nie miały tak znaczącego wpływu na podaż pieniądza w długim okresie. Jedynymi znaczącymi inflacjami pojawiającymi się w XIX wieku były te występujące podczas wojen, kiedy to prawie wszystkie wojownicze nacje rezygnowały ze standardu złota. Czyniły tak, by ukryć przed obywatelami swoich państw olbrzymie koszty prowadzonych wojen. Wolały wtedy dodrukować pieniądze zamiast podnosić podatki w celu opłacenia działań wojennych.

Przykładem jest Wielka Brytania, która doświadczyła znacznej inflacji na początku XIX wieku w wyniku wojen napoleońskich. Zawieszono wtedy wymianę brytyjskiego funta na złoto. Podobnie uczyniły rząd federalny i rząd konfederatów z południa podczas wojny secesyjnej, wywołując druzgocącą hiperinflację. Wydrukowały one wtedy niewymienialne na złoto obligacje skarbowe w celu sfinansowania deficytu. Działo się tak, gdyż politycy oraz uprzywilejowane przez nich banki były niezdolne manipulować pieniądzem zabezpieczonym złotem, dzięki czemu ceny w Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii pozostały pod koniec XIX wieku na poziomie podobnym do tego z początku stulecia.

W ciągu kilku tygodni od wybuchu I wojny światowej wszystkie w nią uwikłane kraje odstąpiły od standardu złota. Nie trzeba dodawać, że pod koniec wojny waluty oparte na pieniądzu fiducjarnym wszystkich narodów biorących udział w wojnie, doświadczyły inflacji o zróżnicowanym stopniu zaawansowania. Niemiecka hiperinflacja, która osiągnęła punkt kulminacyjny w 1923 roku, okazała się najpoważniejsza. By przywrócić stabilność walutową oraz odzyskać zaufanie opinii publicznej, wszystkie kraje, jeden po drugim, przywróciły w latach 20. standard złota.

Niestety, nowy standard złota znacznie różnił się od tego sprzed wojny. W nowo obowiązującej wersji złote monety nie były już używane w codziennych transakcjach. Na przykład w Wielkiej Brytanii Bank Anglii wymieniał funty jedynie na ogromne ilości złota w sztabach. Złoto w sztabach było zaś przeznaczone tylko do finansowania międzynarodowych transakcji.

Inne kraje, tj. Niemcy oraz mniejsze kraje Europy Centralnej i Wschodniej, zamiast złota zaczęły używać zagranicznych walut wymienialnych na złoto — amerykańskiego dolara bądź funta brytyjskiego jako zabezpieczenia dla swoich własnych walut. Był to tzw. system waluty sztabowo-złotej.

Chociaż dolar amerykański był w zasadzie wymienialny na złoto, to banki zaprzestały utrzymywać swoje rezerwy w złocie na rzecz pieniądza papierowego, emitowanego przez Fed. Wszystkie rezerwy złota zostały ustawowo scentralizowane w rękach Fedu, a banki były zachęcane do wprowadzania banknotów do obiegu w codziennych transakcjach. Znaczyło to tyle, że w latach 20. w obiegu znajdowała się bardzo mała ilość złotych monet, a papierowy pieniądz emitowany przez banki centralne stał się ostatecznie głównym środkiem płatniczym dla obywateli, którzy zaczęli postrzegać pieniądz drukowany za ucieleśnienie dolara, franka, funta itd.

Taki obrót spraw dał rządom oraz ich bankom centralnym zdecydowanie większą swobodę działania w zakresie manipulacji wewnętrzną podażą pieniądza. Przykładowo Bank Anglii mógł zwiększyć ilość emitowanego pieniądza niezabezpieczonego złotem poprzez system bankowy, nie obawiając się przy tym utraty złota. Wynikało to z dwóch przyczyn.

Po pierwsze, zagraniczne kraje z chęcią gromadziły funty (mogąc je wymienić na brytyjskie złoto), które wypływały z rynku brytyjskiego, powodując deficyt w bilansie płatniczym. Emitując swoją własną walutę dla turystów i eksporterów, którzy zamieniali na nią coraz większą ilość funtów, zagraniczne banki centralne w rezultacie zwiększały podaż swoich walut według tempa narzuconego przez Bank Anglii. Takie działanie prowadziło do wzrostu cen w ich własnych krajach do poziomu brytyjskich cen, dzięki czemu deficyt Wielkiej Brytanii zostawał zniwelowany.

W efekcie system ten umożliwił krajom takim jak Wielka Brytania i Stany Zjednoczone eksport inflacji za granicę, nie przejmując się wysokością deficytu — ujemne saldo w bilansie płatniczym nie wpływało już bowiem na ilość złota składowanego w banku centralnym.

Po drugie, nawet w sytuacji, kiedy skarbce Banku Anglii oraz Fedu zostałyby opróżnione z rezerw złota na rzecz innych krajów, brytyjscy i amerykański obywatele nie byliby w stanie — ani wedle prawa, ani na żądanie — zobligować swoje banki centralne, by zaprzestały inflacji — nawet pod groźbą natychmiastowego wycofania ich własnego złota z tychże banków.

Niestety współcześni ekonomiści oraz historycy gospodarki nie potrafią wychwycić fundamentalnej różnicy pomiędzy stabilnym standardem złota wieku XIX, a tym fałszywym, inflacjogennym z lat 20. XX w.

Wielu z nich przyznaje, co prawda niechętnie, że standard złota funkcjonował nadzwyczaj poprawnie w XIX wieku. Jednocześnie utrzymują, że standard złota załamał się nagle w latach 20. i 30., co doprowadziło do wielkiego kryzysu. Wolność systemu pieniężnego została na zawsze zdyskredytowana w ich oczach poprzez tragiczne zdarzenia lat 30. Standard złota — bez względu na jego zasługi we wcześniejszych latach — jest przez nich postrzegany jako nadzwyczaj osobliwy i przestarzały system monetarny, który pokazał, że nie jest w stanie przetrwać trudów współczesnej gospodarki.

Tych, którzy wskazują standard złota jako głównego winowajcę wydarzeń z lat 30., można podzielić na dwie grupy. Jedna grupa twierdzi, że była to wrodzona skaza standardu złota, która doprowadziła do załamania się systemu finansowego, wpędzając gospodarkę w depresję. Druga grupa utrzymuje, że rządy, z powodów społecznych i politycznych, zaniechały trzymania się zasad standardu złota, co zainicjowało staczanie się systemu gospodarczego w kierunku otchłani wielkiego kryzysu.

Każda z tych dwóch teorii prowadzi do wniosku, że standard złota nie może ponownie stać się podstawą systemu monetarnego na świecie. Z jednej strony, jeśli jest prawdą, że standard złota posiadał wrodzoną skazę, to fakt ten sam w sobie jest miażdżącym argumentem przeciwko zasadzie wolności monetarnej. Z drugiej strony, jeśli standard złota jest tworem regulacji stworzonych przez rządy, przy czym jest dla nich niemożliwym przestrzeganie tychże reguł, to wolność monetarna nie miała żadnego sensu od samego początku.

Pierwszy argument przeciwko standardowi złota wypłynął z ust keynesowskich, drugi natomiast był skutkiem spostrzeżeń monetarystów.

Dwie niedawne książki szczegółowo przedstawiły oba głosy przeciwko standardowi złota. Historyk gospodarczy Barry Eichengreen opublikował w 1992 r. książkę zatytułowaną Golden Fetters: The Gold Standard and the Great Depression. Eichengreen podsumował tezy tej książki w następujących słowach:

 

Standard złota w latach 20. przygotował grunt pod wielki kryzys lat 30. poprzez spotęgowanie kruchości międzynarodowego systemu finansowego. Standard złota stał się mechanizmem niosącym ze Stanów Zjednoczonych destabilizujący impuls dla reszty świata. Standard złota wzmógł początkowy szok. Był on główną przeszkodą niepozwalającą ustabilizować sytuacji. Był on wiążącym przymusem uniemożliwiającym politykom zapobiec upadkom banków. Był także przyczyną szybko szerzącej się paniki. Z tychże powodów międzynarodowy standard złota stał się centralnym czynnikiem światowej depresji. Ożywienie było możliwe tylko dzięki porzuceniu regulacji utrzymujących standard złota.

 

Według Eichengreena standard złota nie tylko był odpowiedzialny za wielki kryzys na całym świecie, ale stanowił także główną przyczynę tego, że proces naprawczy nastąpił tak późno.

Dopiero po tym, jak rządy, jeden za drugim, poluzowały w latach 30. obowiązujący standard złota, gospodarki zaczęły w końcu zdrowieć. Stało się tak, gdyż niezwiązane dłużej zasadami standardu złota, rządy miały możliwość subwencjonować system bankowy i tworzyć deficyt finansowany inflacjogennym kredytem przy całkowitym braku obaw o utratę rezerw złota.

Fraza „złote kajdany” w tytule książki Eichengreena odnosiła sie do stanowiska Keynesa z 1931 r., że „znalazłoby się niewielu Anglików nieradujących się z powodu zerwania złotych kajdan”.

Oczywiście Keynes i Eichengreen nie byli w stanie pojąć, że koniec ery klasycznego liberalizmu nastał z rokiem 1914. To wtedy zdjęto „złote kajdany” centralnym bankom. Gdyby owe „złote kajdany” były na swoim miejscu w latach 20., banki centralne byłyby ograniczone w możliwości zwiększania podaży pieniądza, a cykl koniunkturalny mający swoje apogeum w okresie wielkiego kryzysu, nie miałby prawa się wydarzyć.

Druga książka, która uważa standard złota za główny powód wielkiego kryzysu, została opublikowana w 1998 r. i nosi tytuł: The Great Depression: An International Disaster of Perverse Economic Policies. Według jej autorów, Thomasa E. Halla i J. Davida Fergusona, jedna z najbardziej przewrotnych i destabilizujących zasad polityki gospodarczej lat 20. wciągnęła do działania Fed, który naruszył regulacje narzucone przez standard złota poprzez rzekomą „sterylizację” napływu złota z Wielkiej Brytanii.

Oznacza to, że Fed zrezygnował z możliwości wprowadzenia większej ilości dolara na rynek w oparciu o nowo pozyskane złoto z Wielkiej Brytanii, tak by zrównać ceny amerykańskich produktów z cenami tych brytyjskich. Taki obrót spraw spowodowałby wzrost cen amerykańskich produktów na światowym rynku w porównaniu do cen brytyjskich, co by jednocześnie złagodziło odpływ złota z Wielkiej Brytanii spowodowany deficytem w bilansie płatniczym.

Deficyty te wynikały z faktu, że Wielka Brytania zaraz po wojnie zdominowanej przez inflację, powróciła do standardu złota na przedwojennych zasadach. Biorąc pod uwagę zawyżony poziom wewnętrznych cen, brytyjski funt w relacji do dolara był przewartościowany.

Deficytów tych można było uniknąć, gdyby rząd brytyjski wystarczająco obniżył albo poziom cen na własnym rynku, albo powrócił do złota na bazie zdewaluowanej ceny funta odzwierciedlającej prawdziwy rozmiar powstałej inflacji.

Hall i Ferguson jednak ignorują te rozważania, twierdząc, że kiedy Stany Zjednoczone sterylizują złoto,

 

Wpływ takich działań na system jest taki, że Wielka Brytania ponosi skutki przystosowania. Odkąd podaż pieniądza w Stanach Zjednoczonych przestała rosnąć, rosnąć przestały dochody i ceny w sposób, w jaki rosnąć powinny, aby pomóc Wielkiej Brytanii wyeliminować deficyt w płatnościach. Natomiast od kiedy Wielka Brytania nie miała oparcia w rosnącym eksporcie do Stanów Zjednoczonych, musiała doświadczyć zdecydowanie gwałtowniejszego spadku w dochodach i cenach, co by nie miało miejsca, jeśli podaż pieniądza w USA poszłaby w górę. W ten sposób Wielka Brytania poniosła skutki przystosowania się w formie głębokiej recesji — do czego by nie doszło, gdyby Stany Zjednoczone grały według ustanowionych reguł. Zatem ważnym było to, czy każdy kraj gra fair.

 

Zatem według Halla i Fergusona standard złota implikuje następujący system działania: jeden centralny bank pochopnie angażuje się w kreację inflacji i celowo usiłuje utrzymać kurs wymiany walut na zawyżonym poziomie, a mniej inflacjogenne banki centralne muszą wtedy mu pomóc i doprowadzić do ekspansji podaży swojego pieniądza, by zapobiec utracie złota przez mniej odpowiedzialny bank.

Jeśli jednak mamy do czynienia z sytuacją, w której kraj tracący rezerwy złota przez nieudolną bądź nieodpowiedzialną politykę fiskalną może liczyć na inne nacje, które podzielą z nim „koszty przystosowania” za pomocą zwiększenia podaży swoich pieniędzy, to jest to recepta na światową inflację.

Powyższa linia rozumowania najdobitniej pokazuje, że Hall i Ferguson nie mają zielonego pojęcia o celu istnienia i funkcjonowania standardu złota. Standard złota najlepiej działa bez banków centralnych, ponieważ instytucje te, jako twory polityczne, są inflacjogenne i mają raczej ciągoty do promowania, zamiast ograniczania, skłonności do inflacji banków operujących w oparciu o rezerwę cząstkową.

Standard złota powoduje, że działania prywatnych gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw skutecznie wpływają na podaż pieniądza. Jak tłumaczyłem powyżej, jeśli obywatele jednego kraju potrzebują większej ilości pieniędzy z jakiegokolwiek powodu, są w stanie uzyskać taką ilość złotych monet, jakiej potrzebują. Jak? Poprzez tymczasowo zwiększony eksport i ograniczony import, czyli poprzez zmiany bilansu płatniczego.

Zatem, jeśli bank centralny funkcjonuje w oparciu o faktyczny standard złota, powinien on zawsze „wysterylizować” napływ złota poprzez emisję dodatkowych banknotów zabezpieczonych w stu procentach rezerwami złota. Powinien także zachęcać banki komercyjne do podobnych posunięć. Rezerwy złota nie powinny być używane przez system bankowy jako podstawa do ekspansji niezliczonej ilości kredytów.

W ten sposób krajowa podaż pieniądza jest we władaniu niewidzialnej ręki wolnego rynku. Co ciekawe, w ten właśnie sposób dystrybuowana jest podaż dolara pomiędzy stanami wewnątrz Stanów Zjednoczonych. Nie ma tam miejsca na agencje rządowe monitorujące i kontrolujące podaż pieniądza w New Jersey czy Alabamie.

Hall i Ferguson ujawniają swoje zaniepokojenie oraz brak zrozumienia dla mechanizmów zmian podaży pieniądza w standardzie złota w tym oto przykładzie:

 

Przyjmijmy, że pojawiła się nowa moda w 1927 r., ponieważ Calvin Coolidge pokazał się publicznie z jednym złotym kolczykiem w uchu. Szybko każdy nastolatek w Ameryce chciał nosić złoty kolczyk „taki jak cichy Cal”. Rezultatem byłby wzrost komercyjnego zapotrzebowania na złoto. Ponieważ większa ilość złota byłaby używana do produkcji kolczyków, mniej tego złota byłoby dostępne jako pieniądz. Interwencja rządu nic by jednak nie pomogła. W tym strasznym scenariuszu amerykańscy nastolatkowie spowodowaliby spadek podaży pieniądza w USA.

 

Prawdą jest, że komercyjne zapotrzebowanie na złoto determinuje w pewnej skali podaż i wartość pieniądza (przy obowiązującym standardzie złota). Nie jest to jednak powód do niepokoju. Raczej uwydatnia to istotny fakt, że standard złota wyewoluował rynkowo z funkcji przydatnego towaru, na który już uprzednio istniał popyt i podaż, a nie był on od samego początku zestawem arbitralnych przepisów promulgowanych przez rządy.

Hall i Ferguson wnioskują, że łamiąc zasady gry i sterylizując napływ złota w latach 1929–1933, Fed spowodował deflację w Wielkiej Brytanii i całej Europie. Kraje tracące złoto były zmuszone ograniczyć podaż pieniądza, co doprowadziło do finansowego załamania i nagłego spadku działalności gospodarczej, co oznaczało nadejście wielkiego kryzysu.

Tak więc autorzy książki obwiniają politykę sterylizacyjną Fedu za spowodowanie wielkiego kryzysu, a standard złota za jego długotrwałość. Według autorów tak długo, jak europejskie kraje pozostawały przy standardzie złota, a amerykańska sterylizacja była kontynuowana, tak długo koniec depresji był niemożliwy. Amerykański zasób złota stałby się zaś ogromną furą wysterylizowanego i bezużytecznego metalu. Rozpoczynając od Brytyjczyków w 1931 r., nasi partnerzy handlowi zaczęli sobie zdawać sprawę z tego faktu i jeden po drugim zrezygnowali ze standardu złota. Niemcy oraz Stany Zjednoczone, były, ironicznie, krajami, które jako ostatnie opuściły standard złota i znalazły się w najcięższej sytuacji, doświadczając najdłuższej i najgłębszej formy depresji.

Mimo że Eichengreen podkreśla, że standard złota jest ograniczeniem nałożonym na rządową politykę monetarną, a Hall i Ferguson, że rządy nie stosowały się do jego reguł, wszyscy doszli do tego samego wniosku: standard złota i wolność monetarna były głównym powodem największej w historii gospodarczej katastrofy.

W obliczu dowodów zapisanych w historii pytają: czy jakakolwiek obrona standardu złota jest sensowna? Odpowiedź brzmi „tak” i taka obrona jest niezaprzeczalna. Jak już próbowałem wskazać powyżej, argumenty przeciwko standardowi złota były od początku do końca błędne. Prawdziwy standard złota nie upadł w latach 20., ponieważ został zniesiony przez politykę rządową po 1914 r.

System monetarny, który zasiał nasiona pod wielki kryzys w latach 20., to zmanipulowany przez bank centralny, inflacyjny pseudostandard złota. To bank centralny doprowadził do załamania w latach 20.

Dowody na rzecz tej tezy można znaleźć w pracach Murraya N. Rothbarda, a w szczególności w jego książce Wielki Kryzys w Ameryce oraz w dziele A History of Money and Banking In the United States: The Colonial Era to World War II.

W pracach tych można przeczytać, że podaż pieniądza amerykańskiego, prawidłowo zdefiniowana, rosła od 1921 do 1928 r. w tempie 7% rocznie — czyli w tempie, które nie było spotykane podczas obowiązywania standardu złota. Można tam także znaleźć informację, iż w latach 20. Fed — daleki od funkcjonowania jako siła ograniczająca podaż pieniądza — zwiększał rezerwy bankowe będące pod jego kontrolą w tempie 18% rocznie.

U Rothbarda można także przeczytać, że od 1929 do 1932 r. Fed dalej zwiększał podaż pieniądza, gorączkowo wpompowując nowe rezerwy pieniądza w system bankowy, „próbując zapobiec” w ten sposób spadkowi koniunktury będącym rezultatem wcześniejszej inflacji spowodowanej wzrostem podaży pieniądza. Fed poniósł klęskę w swych usiłowaniach doprowadzenia do ponownego wzrostu cen we wczesnych latach 30 poprzez wpompowanie pieniędzy w gospodarkę. Poniósł ją, ponieważ krajowi i zagraniczni deponenci żądali zwrotu swoich pieniędzy od zbankrutowanego amerykańskiego systemu bankowego. Kiedy spostrzegli rosnącą pulę papierowych kwitów i malejące szanse odzyskania swojego złota, stracili zaufanie do kontrolowanego przez Fed systemu podszywającego się pod prawdziwy standard złota.

Autor: Joseph T. Salerno
Źródło:mises.org
Tłumaczenie: Tomasz Michalak
Wersja PDF

Posted in anarchokapitalizm, Ekonomia | Otagowane: , | Leave a Comment »

Siedem grzechów głównych państwa

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 2 października 2012

Prawie nikt nie pamięta już o tabeli cnót i przywar ― zawierającej siedem grzechów głównych ― jednak po ich przeglądnięciu można dojść do wniosku, że całkiem dobrze podsumowują podstawy etyki burżuazyjnej oraz stanowią solidną krytykę współczesnego państwa.

W dzisiejszych czasach libertarianie rzadko mówią o cnotach i przywarach, głównie dlatego, iż zgadzamy się z Lysanderem Spoonerem, że ludzkie przywary nie są przestępstwami oraz że prawo powinno zajmować się tylko tymi drugimi. Z drugiej strony, oczywiste jest, iż cnoty i przywary ― i ogólnie nasze pojmowania właściwego zachowania oraz kultury ― mają duży wpływ na rozwój i upadek wolności.

Posłużę się przykładem. Dwa lata temu na konferencji zorganizowanej przez Mises Institute pewien prelegent wyjaśniał, w jaki sposób problem pomocy społecznej może być rozwiązany poprzez dobrowolne działania ― tzn., dzięki filantropii. Jego wyjaśnienie było błyskotliwe, ale jedna ręka uniosła się w górę.

Student z Indii miał pytanie. Co jeśli, powiedział, ktoś żyje w społeczeństwie, w którym obowiązująca religia głosi, że sytuacja życiowa człowieka jest bożą wolą i byłoby grzechem zmieniać ją w jakikolwiek sposób. Według tego poglądu, biedni mają być biednymi, a pomaganie im jest sprzeciwem wobec woli Boga. Osoba działająca dobroczynnie dopuszcza się więc grzechu.

Prelegent stał w ogłuszającej ciszy. Studenci z otwartymi ustami spoglądali na pytającego. Wszyscy byliśmy zdumieni, stając w obliczu zbyt często ignorowanej rzeczywistości, a mianowicie, że etyka będąca podstawą naszej kultury, którą tak często przyjmujemy za oczywistą, jest konieczna dla funkcjonowania czegoś, co nazywamy dobrym społeczeństwem, opartym na godności jednostki i możliwości rozwoju, wolności i dobrobytu.

W naszym kraju i w naszych czasach wydajna gospodarka wolnorynkowa — bazująca na silnym poczuciu odpowiedzialności osobistej i moralnym zaangażowaniu w obronę praw własności — ma jednego wielkiego wroga: państwo interwencjonistyczne. To państwo nakłada podatki, narzuca regulacje i wywołuje inflację, zaburzając w ten sposób system, który działałby bez problemów, wydajnie i z pożytkiem dla wszystkich, przynosząc bogactwo, bezpieczeństwo i pokój oraz tworząc warunki dla rozkwitu cywilizacji.

Karol Marks nazwał ten system kapitalizmem, ponieważ wierzył, że wolny rynek daje władzę właścicielom kapitału ― burżuazji ― kosztem robotników i chłopów.

Nazwa „kapitalizm” jest trochę myląca, gdyż wolna przedsiębiorczość nie jest w rzeczywistości systemem gospodarczym zorganizowanym w sposób przynoszący korzyści klasom posiadającym. Obrońcy wolnego rynku nie rozpaczają jednak z powodu konieczności używania tego terminu, ponieważ to właśnie posiadanie i akumulacja kapitału jest siłą wprawiającą w ruch wydajny wolny rynek.

Chociaż system ten nie działa tylko z korzyścią dla kapitalistów, jest oczywiście prawdą, że prywatna własność środków produkcji i utworzenie klasy kapitalistów są nam niezbędne, abyśmy mogli cieszyć się jako społeczeństwo wszystkimi dobrodziejstwami wydajnej gospodarki.

Wraz z utworzeniem tej klasy formuje się „etyka burżuazyjna” ― termin używany prześmiewczo na określenie zachowań osób należących do klasy kapitalistów. Twardzi marksiści nadal używają tego terminu tak, jak gdyby opisywał klasę wyzyskiwaczy. Znacznie częściej używają go intelektualiści na określenie nudnej i przewidywalnej klasy średniej, której brak zrozumienia dla awangardy.

Zwykle używa się go, opisując ludzi przywiązanych do swojego miasta, wiary i rodziny, podejrzliwych w stosunku do eksperymentów ze stylem życia i zachowań, które nie wpisują się w powszechnie akceptowane normy kulturowe. Ci, którzy używają tego terminu w sposób prześmiewczy, nie doceniają znaczenia, jakie etyka burżuazyjna miała dla umożliwienia powstania obecnego stylu życia wszystkich klas, wliczając w to klasę intelektualistów.

Burżuazja jest klasą oszczędzających i dotrzymujących umów ludzi, którzy przywiązują większą wagę do przyszłości niż do teraźniejszości oraz doceniającą wartość rodziny. Przedstawiciele tej klasy zajmują się bardziej szczęściem swoich dzieci, pracą i zwiększaniem produktywności, niż wypoczynkiem i folgowaniem swoim zachciankom.

Wartościami burżuazji są tradycyjne cnoty rozwagi, sprawiedliwości, umiarkowania i męstwa. Każda ma swoją gospodarczą konsekwencję ― a właściwie wiele gospodarczych konsekwencji.

Rozwaga stoi za instytucją oszczędzania, pragnieniem zdobycia dobrego wykształcenia, by przygotować się na przyszłość, oraz za nadzieją na przekazanie dzieciom w spadku czegoś wartościowego.

Z cnotą sprawiedliwości przychodzi pragnienie dotrzymywania umów, mówienia prawdy w sprawach biznesowych i rekompensowania strat ludziom niesprawiedliwie potraktowanym.

Umiarkowanie to chęć wzięcia się w karby, postępowania zgodnie z zasadą „najpierw praca, później przyjemności” — co jest dowodem na to, że dobrobyt i wolność ostatecznie zależą od wewnętrznej dyscypliny.

Męstwo to pokonanie strachu przed podjęciem działalności przedsiębiorczej, gdy człowiek staje w obliczu niepewności życia. Te cnoty tworzą fundamenty burżuazji oraz wielkich cywilizacji.

Lustrzane odbicie tych cnót można znaleźć, przyglądając się działalności współczesnego państwa. Państwo staje w opozycji do etyki burżuazyjnej i stara się ją podkopać, a jej upadek pozwala mu zwiększać swoje rozmiary kosztem wolności i systemu moralnego.

W zachodniej tradycji religijnej siedem grzechów głównych nie wyczerpuje listy przewinień. Nazywa się je śmiertelnymi (ang. Seven Deadly Sins), ponieważ według tradycyjnego nauczania powodują śmierć duchową. Zajmijmy się każdym po kolei.

 

Pycha

Nazywana także dumą, a dokładniej przesadną dumą. Wiemy, co oznacza, że człowiek jest zbyt dumny czy pyszny. Znaczy to, że przedkłada swoje interesy ponad interesy innych, nawet jeśli może w ten sposób wyrządzić komuś krzywdę. Jest to przesadna ocena swojej osoby oraz swoich interesów i uprawnień kosztem innych ludzi.

W sprawach publicznych możemy pomyśleć o wielu grupach nacisku, które uważają, że ich interesy są ważniejsze od jakichkolwiek innych. Rzeczywiście, pycha nadaje się na określenie tego straszliwego jazgotu o wszelkiej maści nowych prawach. Mamy lobbystów występujących w imieniu różnych rzekomo upośledzonych grup, którzy myślą, że dla swoich celów mogą naruszać wolność i prawa własności innych ludzi.

To samo dotyczy wielu grup, które identyfikują się poprzez przynależność do różnych rasowych i seksualnych kategorii. Ich własna duma jest źródłem przekonania, że należą się im specjalne przywileje. Rządy prawa i równe jego stosowanie jest zaburzone przez żądania mniejszości wobec większości.

Nie jest to droga do długotrwałego pokoju społecznego. Weźmy na przykład dyskryminację w zatrudnieniu. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ktoś w ogóle chciałby pracować dla pracodawcy, który wcale nie chce go zatrudnić. Na konkurencyjnym rynku pracodawcom wolno dyskryminować, ale koszty dyskryminującego zatrudnienia ponosi w całości pracodawca, o którego sukcesie czy porażce decyduje konsument.

Ponieważ pracodawcy konkurują ze sobą, każdy może znaleźć dla siebie miejsce w ogromnej sieci, którą zapewnia podział pracy. Duma, która powoduje zwarcie w obwodach tego procesu, nie jest w długoterminowym interesie społeczeństwa.

Z narodami jest bardzo podobnie. Nie ma niczego złego w byciu dumnym z własnego kraju, ale pycha i przecenianie zalet narodu może mieć złe skutki gospodarcze. Wśród nich mogą pojawić się szowinizm i wojowniczość w stosunkach międzynarodowych, a także merkantylizm w międzynarodowej polityce handlowej.

Jeśli, na przykład, jesteśmy do tego stopnia przekonani o wyższości amerykańskiej stali nad zagraniczną, że musimy karać każdego obcokrajowca, który chciałby spróbować sprzedać nam stal, to popełniamy grzech pychy. Robimy także sobie gospodarczą krzywdę, zmuszając konsumentów stali ― na wszystkich etapach produkcji ― do płacenia wyższych cen za stal niższej jakości niż ta, która zwyciężyłaby na wolnym rynku.

Tego stanu rzeczy nie da się utrzymać. Każda gałąź przemysłu chroniona przed konkurencją staje się coraz mniej efektywna. Kraj, który praktykuje taką formę merkantylizmu, może skończyć w sytuacji, w której wszystko będzie produkował nieefektywnie, nie pozwalając rozwinąć się nowym, wydajnym liniom produkcyjnym.

Duma w sprawach publicznych może prowadzić do niewykorzystania krytycznych informacji na temat systemu rządzenia. Możemy powiedzieć na przykład, że Stany Zjednoczone są najwspanialszym krajem na świecie. Czy to jednak oznacza, że nasz system podatkowy i regulacyjny jest taki, jaki powinien być, a krytykowanie go jest antyamerykańskie? W żadnym wypadku. Mówienie w ten sposób to pycha.

Prawda jest taka, że amerykański system rządów odznacza się poważnymi wadami i stoi w sprzeczności z większością tego, na co nadzieję mieli jego założyciele.

Projektanci konstytucji USA nie mogli wyobrazić sobie takich rzeczy jak potworne NSA (Departament Bezpieczeństwa Narodowego), podatek dochodowy, Rezerwa Federalna czy rozdęte imperium militarne, które wydaje na zbrojenia więcej niż większość innych krajów razem wziętych.

Te instytucje wraz z ogólną zmianą kultury prowadzenia spraw publicznych doprowadziły do powstania najbardziej pysznego państwa w historii świata, co widać zwłaszcza w okresie urzędowania obecnego prezydenta (George’a W. Busha — przyp. tłum.), którego przemówienia i stwierdzenia nadają nowe znaczenie słowu „mesjanistyczny”.

 

Gniew

Cywilizacja zachodnia przez ostatnie 2 000 lat uważała gniew za poważną wadę, ponieważ prowadzi on do zniszczenia, a nie do pokoju i produkcji dóbr. Z tego powodu pojawiły się instytucje sądów w sprawach wewnętrznych i dyplomacji w sprawach zagranicznych.

W naszym kraju tabu dotyczące gniewu w sprawach publicznych zostało przełamane — było to szczególnie widoczne w przypadku zbrodni popełnionych przez armię federalną w czasie wojny secesyjnej. Cywile zostali świadomie wybrani jako cel. Plądrowano domy, palono uprawy i zabijano zwierzęta hodowlane. To był wyraz gniewu.

Od tego czasu następowała dalsza instytucjonalizacja gniewu — obecna w masakrach cywili na Filipinach, blokadzie powodującej głód w czasie I wojny światowej (chodzi o blokadę Niemiec przez państwa Ententy — przyp. red.), zniszczeniu kościołów podczas wojny w Serbii oraz w trwających już 11 lat działaniach wojennych wobec Iraku.

Gdy osoby publiczne mówią, że czują gniew i planują rozpętać piekło w jakimś obcym kraju, to mają udział w okropności, która ma swoje konsekwencje w kulturze.

Człowiek, który stał za zamachem bombowym w Oklahomie, ćwiczył się w gwałtownym wyrażaniu gniewu w czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. Wielu sprawców strzelanin w szkołach publicznych okazało się fanatykami wojen i militariów.

Czego uczy się obecne pokolenie z przemówień i poglądów współczesnej klasy rządzącej, z jej pragnienia krwi? Strach pomyśleć.

Współczesny arsenał broni, w połączeniu z całkowitym pogrzebaniem etyki wojennej, spuścił ze smyczy gniewne państwo. Jego stałym motywem działania w polityce zagranicznej jest teraz zemsta, a skutkiem tego działania jest ludzkie cierpienie i śmierć.

 

Zawiść

Tego słowa rzadko się używa. Zawiść (ang. envy) to nie to samo co zazdrość (ang. jealousy). Zazdrość to tylko pragnienie cieszenia się tymi samymi dobrami i statusem co inny człowiek. Zawiść oznacza chęć zaszkodzenia komuś tylko dlatego, że ma on pewną cechę czy rzecz, której nie masz ty. Jest to chęć zniszczenia sukcesu czy szczęścia innych ludzi. Przy współczesnym współzawodnictwie korporacyjnym łatwo można wywołać zawiść między ludźmi. Widzimy także skutki działania zawiści w redystrybucyjnym państwie socjalnym.

Niektórzy mówią, że największe znaczenie ma nie to, iż państwo socjalne pomaga ubogim, ale raczej to, że szkodzi bogatym. Tak jak w przypadku podatku spadkowego, który generuje względnie małe sumy do budżetu państwa, ale wyrządza poważne szkody dynastiom rodzinnym.

Za ile parlamentarnych mów przeciwko klasie kapitalistów i bogatym ludziom odpowiada ten śmiertelny grzech? Za zbyt wiele. Polityka antymonopolowa, mająca na celu zaszkodzenie przedsiębiorstwu tylko z powodu jego rozmiaru i sukcesu, wypływa z zawiści. Przypominam sobie artykuł Micheala Kinsleya, który kilka lat temu w magazynie „Slate” uczciwie pytał: co jest złego w zawiści?

Nic ― doszedł do wniosku. W rzeczy samej, jak poprawnie zaobserwował, opiera się na niej duża część współczesnych działań publicznych. Mimo wszystko jest to śmiertelny grzech. Jeśli temu grzechowi pozwoli się swobodnie szerzyć, to zniszczy się społeczeństwo. A nigdzie nie ma się on lepiej niż w aparacie państwa, które w każdy możliwy sposób niszczy biznes i życie prywatne.

Zaledwie jedno stulecie temu wiele prywatnych dynastii dysponowało większą ilością bogactwa niż rząd federalny. Czy współczesne, zawistne państwo mogłoby tolerować taki stan? Nie bardzo. Wszystkie majątki — z wyjątkiem państwowego — są do wzięcia, a już zwłaszcza majątki wielkich rodów.

 

Chciwość

Jest to kolejny grzech związany z pożądaniem rzeczy należących do kogoś innego, które chce się zdobyć we wszelki możliwy sposób i we wszystkich możliwych ilościach ― także szkodliwy społecznie. Przez opodatkowanie i programy socjalne państwo bardzo skutecznie promuje chciwość.

Musimy teraz coś wyjaśnić. Chciwość to nie to samo, co niewinne pragnienie poprawy swojego losu, które prowadzi ludzi do sukcesu. Różnica polega na tym, że chciwość nie zwraca uwagi na rodzaj środków użytych do osiągnięcia celu.

Zamiast efektywnej wymiany w skutek chciwości pojawia się kradzież ― prywatna lub publiczna, którą posługuje się rząd. Po załamaniu cen akcji w 2000 roku widzieliśmy, jak chciwość staje się podstawą powszechnych roszczeń, gdy opinia publiczna zaczęła domagać się od Fedu interwencji w obronie swoich inwestycji.

Po raz kolejny widzimy, że pragnienie pieniędzy przewyższa moralne zahamowania co do tego, w jaki sposób mają one być uzyskane. Im bardziej państwo wzmacnia grzech chciwości, tym częściej go popełniamy i tym szybciej wychodzi z użycia etyka burżuazyjna.

Współczesne państwo jest wcieleniem chciwości. Cały czas spogląda łakomym wzrokiem na naszą wolność, prywatność, majątek oraz niezależność i chce je nam odebrać wszelkimi możliwymi środkami. W chciwym państwie wolność jest zawsze ograniczana, opodatkowanie wzrasta, a szanse funkcjonowania bez błogosławieństwa rządu są wątpliwe.

 

Nieumiarkowanie

Myślimy zwykle, że nieumiarkowanie wiąże się tylko z jedzeniem i piciem. Może jednak także oznaczać zbytnie przedkładanie komfortu, luksusu i odpoczynku ponad pracę i działania produktywne. Gdy lobby seniorów domaga się zapewnienia komfortowego życia siedemdziesięciolatkom kosztem młodych pracowników, oddaje się grzechowi nieumiarkowania.

Ten problem nie dotyczy tylko seniorów. Dotyczy ubogich, którym państwo opiekuńcze wmówiło, że są uprawnieni do wygodnego życia, nie zarabiając na nie. Ciekawe, że otyłość jest znacznie częstsza wśród biednych niż u burżuazji.

Nieumiarkowanie objawia się także w przeraźliwie wysokim zadłużeniu konsumpcyjnym, które zdradza tendencję do konsumpcji bez zastanawiania się nad późniejszymi konsekwencjami. Konsument podatny na ten grzech nie myśli długoterminowo, liczy się dla niego tylko zaspokojenie dzisiejszego apetytu.

Rezerwa Federalna zachęca do tego grzechu przez luźna politykę kredytową i pomaganie bankrutom, co tworzy iluzję, że nie istnieją złe konsekwencje faworyzowania teraźniejszych wydatków kosztem przyszłości. Podobnie jest z inflacją, która zachęca do wydawania pieniędzy dziś, gdyż jutro będą miały mniejszą wartość. Inflacja instytucjonalizuje grzech nieumiarkowania i daje mu pozór zachowania racjonalnego.

Wystarczy tylko rzucić okiem na plan Waszyngtonu i już mamy przed sobą całą paletę barw nieumiarkowania ― ziemi, pieniędzy i władzy. Państwo nie ma nigdy dosyć ziemi, pieniędzy i władzy. Ciągle pochłania, ciągle tuczy się i nawet samo wspominanie o tym jest ryzykowne.

 

Lenistwo

Historia o tym, w jaki sposób państwo opiekuńcze stworzyło klasę leni, jest już dosyć stara i raczej nikt jej nie podważa. Obietnica otrzymania czegoś za nic na koszt innych zepsuła biednych, ale i ludzi starszych, a także jeszcze inną grupę: studentów w wieku 18 do 25 lat.

W przypadku ludzi starszych mamy żałosną sytuację, gdy klasa ludzi, która swoja mądrością i doświadczeniem powinna prowadzić społeczeństwo ku najwyższym ideałom, stała się grupą wakacjowiczów. Trzeba powiedzieć jasno: w wolnym społeczeństwie nikt nie ma prawa do emerytury, a już z pewnością prawa do wygodnej emerytury. Cały ten koncept pojawił się w późnym okresie Nowego Ładu. Wcześniej lenistwo można było tylko kupić za własne pieniądze. Teraz dostaje się to przez podatki.

Jeśli chodzi o studentów, system szkolnictwa przekonał ich, że im więcej oficjalnych dobrych ocen ktoś uzyska, tym większe ma prawo do czerpania korzyści ze społeczeństwa, pobierania pensji za samo błogosławieństwo swojego istnienia. Porozmawiaj z kimś odpowiedzialnym dziś za przyjmowanie pracowników. Powie ci, że niezwykle rzadko można spotkać młodą osobę, która rozumie, że zatrudnienie to nie trybut pieniężny, ale wymiana pracy na płacę. Wszystkie te trendy są bardziej zaawansowane w Europie, gdzie szkolnictwo jest bardziej hojne ― ale nadrabiamy straty.

Subsydiowanie lenistwa tworzy błędne koło. Im silniej państwo nagradza niepracujących, tym mniej ludzi ma dostęp do zasobów, które pozwalają żyć niezależnie od państwa. Leniwi mają naturalną tendencję do pogłębiania zależności, a tego właśnie chce państwo.

Popatrzmy, jak leniwe jest państwo. Nikt nie ma większej awersji do ryzyka niż biurokracja. Czy jest to proces akceptacji leków prowadzony przez FDA (Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków), czy też wydział udzielania pożyczek w HUD (Departament Urbanizacji), skłonienie biurokratów do pracy jest równie trudne jak skłonienie wieprzy do udziału w wyścigu.

Parę lat temu federalny biurokrata wysłał nam poniższy artykuł, pod którym jednak nie chciał się podpisać własnym imieniem i nazwiskiem.

 

Co skłania ludzi do pracy na rządowej posadzie? Co trzyma ich tam przez całe życie? To proste: zawyżona pensja względem wysiłku, spore dodatki, wspaniałe warunki pracy. Łatwo w to wejść, nie da się wyjść… Co straciłbym, opuszczając sektor rządowy? Byłoby po krótkim tygodniu pracy… Obecnie spędzam 8,7 procent czasu pracy na wakacjach. Jest to sześć tygodni rocznie… Mógłbym też zapomnieć o nieoficjalnych korzyściach: na przykład codziennie biegam przez godzinę, potem biorę prysznic i bez pośpiechu jem lunch. Pozwala mi to utrzymać dobrą formę na wakacje. Wycieczki na zakupy w czasie pracy są zawsze możliwe. Stres? Gdyby relaksacja wydłużała życie, biurokraci żyliby po 150 lat.

 

W przypadku tego jednego obszaru, chyba powinniśmy być zadowoleni. Jedyną rzeczą gorszą od leniwego państwa jest państwo pobudzone, które wstaje wcześnie rano, by zabrać nam wolność.

 

Żądza

Uważa się ją tylko za problem osobisty. Dostrzegamy jednak jej destrukcyjność w każdym podejmowanym przez rząd działaniu, które nie uznaje rodziny jako fundamentu społeczeństwa burżuazyjnego. W życiu publicznym udajemy, że instytucji rodziny da się pozbyć, podczas gdy jest to kluczowy wał obronny, znajdujący się między jednostką i państwem.

Tacy rozważni ekonomiści jak Ludwig von Mises i Joseph Schumpeter dostrzegli, że rodzina jest miejscem ćwiczeń etyki kapitalizmu. To tu uczymy się o tym, że źle jest kraść i należy szanować własność innych, tu uczymy się oszczędzać, planować przyszłość, dotrzymywać słowa.

To wcale nie przypadek, że marksiści od tak dawna próbują zniszczyć instytucję rodziny i zredukować społeczeństwo do zbioru zatomizowanych jednostek, które nie będą miały środków do zapewnienia sobie bezpieczeństwa i nieuchronnie zwrócą się o pomoc do państwa ― a nie do rodziców i krewnych.

To jest siedem grzechów głównych — każdy z nich jest promowany przez rząd na setki sposobów, o których nie wspomniałem, co odbywa się kosztem etyki burżuazyjnej, która jest etyką wolnego rynku, etyką społeczeństwa produktywnego, pokojowego i zabezpieczonego przed samowolną władzą.

Dlaczego tak mało słyszymy o siedmiu grzechach głównych? Być może dlatego, że żadna instytucja nie jest bardziej nieumiarkowana, chciwa, pyszna czy gniewna niż państwo. W sektorze prywatnym instytucje rynkowe z biegiem czasu dokonują korekty tych nadużyć. W państwie, bez żadnego testu rynkowego, bez żadnej kontroli nieetycznego zachowania, te siedem grzechów rozkwita w najlepsze.

W żadnym wypadku nie martwię się o przyszłość burżuazji. Gdyby istniało niebezpieczeństwo, że ta klasa może zostać zniszczona, około 60 lat działań rządu podejmowanych z myślą o jej unicestwieniu dokonałoby już swego dzieła.

Nie powinniśmy jednak być zbyt zadowoleni z siebie. Podobnie jak wiele innych politycznych zmagań zostało zredukowanych do poziomu konfliktu kulturowego, najlepszym sposobem naszego kontrataku będzie postępowanie według zasad etyki burżuazyjnej: w naszych domach, społecznościach lokalnych i interesach.

Zamiast grzechów przypominajmy sobie cztery wielkie burżuazyjne cnoty: rozwagę, sprawiedliwość, umiarkowanie oraz męstwo i dzięki nim dołóżmy naszą część do budowy wolności i dobrobytu, nawet w naszych czasach. Nigdy nie przyjmujmy kulturalnych podstaw naszej cywilizacji za coś oczywistego.

Autor: Llewellyn H. Rockwell
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Paweł Kot
Wersja PDF

Tekst stanowi fragment książki pt. Speaking of Liberty (2003)

Posted in anarchokapitalizm | Otagowane: | Leave a Comment »

Dlaczego i w jaki sposób państwo niszczy społeczeństwo?

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 1 października 2012

Przepisanie lekarstwa nie jest obowiązkiem osoby, która dokonuje diagnozy stanu zdrowia. Szczególnie wtedy, kiedy ma ona wątpliwości co do wartości leczniczej tego leku ─ przecież może być nawet uznana za szarlatana. Prawdopodobnie konflikt pomiędzy społeczeństwem a państwem jest po prostu nieunikniony. Taka jest ich natura, aby prowadzić walkę przeciwko sobie aż do wzajemnej destrukcji kładącej podwaliny pod nowe społeczeństwo, do którego przyczepi się nowa klasa polityczna, którą również czeka nieunikniona katastrofa. I cykl się zamyka.

Prawdopodobnie zło jest nierozerwalne z naturą ludzką. Nie dziwimy się, że czworonożny samiec prowadzony przez wewnętrzny popęd reprodukcyjny bez wahania podjąłby śmiercionośną walkę o swoją samicę. Możliwe, że w podobny sposób walka między instytucjami społecznymi a politycznymi jest nie do uniknięcia.

Poparcie dla tego wniosku można wysnuć na podstawie przykładów, które omówiliśmy (w poprzednich rozdziałach książki — przyp. tłum.).

Poczynając od istoty funkcjonowania człowieka — bo gdzie indziej mielibyśmy zacząć? — odnajdujemy w nim wewnętrzne pragnienie poprawy warunków życia i poszerzenia horyzontów, powstające samo z siebie pragnienie prowadzi go do zaspokojenia swoich potrzeb. To pragnienie wiąże się jednak z wykonaniem pracy, która, ponieważ przynosi uczucie zmęczenia, postrzegana jest jako nieprzyjemna. Człowiek stara się omijać wysiłek tak bardzo, jak to tylko jest możliwe, ale bez poświęcania poprawy swojego bytu.

Ludzie, działając w ten naturalny sposób, polegają na szczególnym darze, jakim zostali obdarzeni — na zdolności logicznego rozumowania (to dzięki niemu właśnie możemy zaproponować potencjalne rozwiązanie konfliktu społeczeństwo-państwo, który później omówimy). Rozum podpowiada, iż w interesie każdego człowieka leży pomnażanie zadowolenia, które najłatwiej można osiągnąć poprzez współpracę z innymi.

Specjalizacja oraz wymiana dóbr, akumulacja kapitału i konkurencja stanowiły główne siły, które doprowadziły do powstania społeczeństwa i zadecydowały o jego sposobie funkcjonowania. Instynktownie powstała organizacja społeczna umożliwia oszczędność pracy; to nie jest umowny porządek taki jak rodzina, ale jak rodzina tworzy społeczność ludzi.

Metoda rynkowa zapewnia więcej (dobrobytu – przyp. tłum.) za mniej pracy aniżeli samowystarczalność gospodarcza. Jednak jej ceną jest zawsze zwiększony wysiłek. Nie można od tego uciec.

Niemożliwość otrzymania jakiegoś dobra za nic nie pozbawia nadziei lub nie onieśmiela wyobraźni. Człowiek, aby zrealizować marzenia, często zwraca się ku kradzieży, czyli przeniesienia posiadania oraz korzystania z określonych dóbr produkującego na rzecz nieprodukującego. Ponieważ ludzie pracują po to, aby zaspokoić swoje własne potrzeby, to takie przeniesienie powoduje uczucie krzywdy, dlatego produkujący ustanowili mechanizm ochronny.

W prymitywnych warunkach, aby powstrzymać rozbój, człowiek polega na własnych siłach, czyli na swoich osobistych zdolnościach oraz broni, jaką dysponuje. To jest jego „rząd”. Ponieważ te działania związane z zapewnieniem mu ochrony naruszają jego pierwotny interes osiągania zadowolenia i są często nieefektywne, jest on skłonny do przekazania tego profesjonaliście, gdy rozmiar i bogactwo społeczeństwa wymusza taką służbę. Rząd zapewnia wyspecjalizowaną instytucję ochraniającą rynek.

Charakterystyczną cechą tej służby jest to, że korzysta ona z monopolu na przymus. To jest konieczny warunek, gdyż jakiekolwiek osłabienie władzy mogłoby obalić cel, dla którego został utworzony rząd.

Mimo to pozostaje faktem, iż rząd jest organizacją składającą się z ludzi, którzy są dokładnie tacy sami jak ludzie, którym służą — również dążą do zaspokojenia swoich potrzeb minimalnym wysiłkiem i również pragną coraz więcej. To jednak nie wszystko, przedstawiciele rządu odznaczają się prestiżem, co czyni ich wyjątkowymi.

Zaszczyty płynące z pełnienia rządów wzmacniają zamiłowanie do władzy — szczególnie u osób, których możliwości mogłyby zostać niezauważone na rynku. Tym samym istnieje silne pragnienie, aby rozszerzyć zakres rządów: ochrona jest funkcją negatywną i za bardzo ogranicza jednostki z ambicjami. Tendencją w świecie biurokracji jest wtedy uzyskanie zadań pozytywnych, dzięki którym będzie ona w stanie podbić rynek w celu regulowania, kontroli, zarządzania oraz manipulacji jego technikami.

Ściśle rzecz biorąc, nic takiego w rzeczywistości się nie dzieje, gdyż rynek działa samoczynnie, a jedyną rzeczą, którą państwo może osiągnąć poprzez swoje interwencje, to kontrola zachowania ludzi. Osiągnięcie efektu następuje w wyniku stosowania gróźb kar fizycznych. W rzeczywistości to na tym się zaczyna i na tym się kończy władza polityczna. Mimo to taka jest ludzka natura, że czasami podziwia, a nawet wielbi kogoś, który panuje nad jego wolą. I to właśnie ten nabyty zmysł wyższości jest podstawową przewagą biurokracji.

Przejście z „negatywnego” rządu do „pozytywnego” państwa jest naznaczone przez użycie politycznej władzy do celów grabieżczych. W pogoni za władzą biurokracja bierze pod uwagę nieuchronną chęć do otrzymywania czegoś za nic w zamian i przystępuje do pozyskania wsparcia części społeczeństwa nastawionej na pobieranie cudzych pieniędzy bez inwestowania swoich.

To jest układ, w którym przymus jest stosowany w celu faworyzowania niektórych jednostek lub grup w zamian za przyzwolenie na sprawowanie władzy. Państwo sprzedaje przywilej, który jest niczym innym jak gospodarczą korzyścią otrzymaną kosztem innych.

W dawnych czasach uprzywilejowane grupy składały się z posiadaczy ziemskich, którzy zapewniali wojskowe wsparcie dla władzy politycznej lub merkantylistów zasilających imperialne skarbce z ich politycznie generowanych zysków z monopolu. Z nadejściem powszechnego prawa wyborczego tworzenie politycznej potęgi uzależnione jest od przychylności większości, a więc przekupstwo musi się szerzyć, wobec czego dochodzi do subsydiowania rolników, najemców, starców, użytkowników energii elektrycznej itd. Przywileje rządowe prowadzą do uległości wobec państwa.

To jest ten współudział grup społecznych w grabieży, który charakteryzuje  państwo. Bez wsparcia uprzywilejowanych grup państwo upadłoby. Z drugiej strony, bez państwa uprzywilejowane grupy przestałyby istnieć.

To podatki są narzędziem, dzięki któremu państwo może zyskiwać sojuszników i nadawać przywileje. Na początku, kiedy prosta społeczność ustanowiła rząd, uzgodniono, że nie jest on w stanie przynosić zysku i dlatego musi być wspierany — usługi obronne muszą być przecież w jakiś sposób opłacone.

Jednakże taki sposób płacenia za rządowe usługi stwarza problem: podatki są obowiązkowymi obciążeniami, a nie dobrowolnymi opłatami i ich pobieranie musi być powierzone tym samym ludziom, którzy z nich żyją, co oznacza, że powierzona im władza jest używana do pobierania ich własnych pensji.

To, że tę funkcję realizuje się z zapałem, jest zrozumiałe. Gdy władza polityczna jest pod stałym nadzorem społeczeństwa, dążenia do podwyższania podatków w celu rozszerzenia władzy mogą być utrzymane na wodzy. Ograniczenie to traci swoją siłę, kiedy społeczeństwo powiększa się i staje się bardziej złożone — zaangażowanie w przynoszący zyski interes zwykle jest ważniejszy od zainteresowania sprawami publicznymi. Interes publiczny staje się więc prywatną sprawą polityków.

Centralizacja władzy politycznej prowadzi do szybkiego wzrostu obciążeń podatkowych.

Polityczny establishment — np. dwór królewski Ludwika XIV lub na równi nieproduktywna biurokracja współczesnego państwa „dobrobytu” — w ten sposób uzyskuje samowystarczalność; posiada środki finansowe potrzebne do własnego funkcjonowania oraz by inwestować w kluczowe przedsięwzięcia.

Zawsze znajdzie się dobry i wystarczający powód, aby zwiększyć obciążenie podatkami. Świątynia Salomona, rzymskie drogi, wsparcie „raczkujących gałęzi przemysłu”, zbrojenia, kontrola standardów moralnych, polepszenie „ogólnego poziomu dobrobytu” — realizacja wszystkich tych pomysłów wymaga pieniędzy i zawsze wiążę się ze zwiększeniem władzy państwa.

Część z tych propozycji przemawia do niektórych członków społeczeństwa, gdyż odwołując się do potrzeby otrzymania czegoś bez wysiłku zwiększa, przynajmniej czasowo, skłonność do tolerowania instytucji państwa i jej grabieżczego charakteru. Aż do osiągnięcia przez państwo jego ostatecznego celu — absolutyzmu — jego odpowiedzią na narzekających na obciążenia podatkowe jest to, iż „pozostali współobywatele” płacą wszystkie podatki i wydają się zadowoleni.

Kartkując szybko historię politycznych instytucji, można dojść do wniosku, że praktyka kupowania wsparcia uprzywilejowanych i subsydiowanych grup znika, gdy państwo staje się samowystarczalne tj. kiedy rynek jest całkowicie pod jego dominacją. W takiej sytuacji państwo staje się jedyną uprzywilejowaną klasą społeczną. Przymus państwowy spycha społeczeństwo do stanu podległości w stosunku do biurokracji i policji, czyli części składowych państwa.

Ten stan jest obecnie znany jako totalitaryzm, ale w rzeczywistości to nic innego jak podbój — podbój społeczeństwa przez państwo. Dlatego niezależnie od tego, czy państwo rzeczywiście powstało na drodze podboju, jak twierdzą niektórzy historycy,  końcowy rezultat nieposkromionych instytucji politycznych jest zawsze taki sam: zniewolone społeczeństwo.

Koniec jeszcze nie nadszedł. Potęga państwa wzrasta przez grabież, a siła społeczeństwa kurczy się proporcjonalne do jej skali. Aby wytłumaczyć tę antytezę, musimy powrócić do istoty człowieczeństwa. Człowiek pracuje tylko po to, by zaspokoić swoje nieograniczone potrzeby, zaś jego wkład wysiłku jest proporcjonalny do przypływu zadowolenia.

Jeżeli praca nie przynosi żadnego zysku lub doświadczenie podpowiada, że żadnego nie można się po niej spodziewać, zainteresowanie pracą spada. Innymi słowy, produkcja pomniejszana jest zgodnie z napotykanymi trudnościami; jeśli te trudności są wystarczająco dotkliwe i uniknięcie ich staje się niemożliwe, człowiek uczy się, jak akceptować taki stan rzeczy, aż do momentu, w którym produkt pracy pozwala jedynie na przeżycie.

Ponieważ państwo rozwija się dzięki temu, co sobie przywłaszczy, kwestią czasu jest ogólny spadek produkowanych dóbr spowodowany jego chciwością. Jego źródło dochodu wysycha. W ten sposób, niszcząc społeczeństwo, pogrąża samo siebie. Jego ostateczny upadek jest zwykle powiązany z katastrofalną w skutkach wojną. Poprzedza ją jednak okres wzrastających i demotywujących obciążeń rynku, które powodują spadek ambicji, nadziei oraz poczucia własnej wartości jednostek.

Kiedy mówimy o zaniku cywilizacji, nie mamy na myśli eksterminacji ludzi. Każda zagłada pozostawia ocalałych. Upadek cywilizacji rozumiemy przede wszystkim jako utratę zgromadzonej wiedzy i ustalonych przez ludzi norm społecznych.

Sztuka i nauka, religia oraz obyczaje, sposób życia oraz pracy zostają zapomniane. Nie czyni tego jednak kataklizm, ale ogólny brak zainteresowania potrzebami, o których myśli się dopiero po zapewnieniu sobie spokojnej egzystencji. Człowiek potrafi sobie poradzić bez sztućców, gdy zdobycie pożywienia jest wystarczająco kłopotliwe, podobnie pierwszą funkcją ubioru jest zapewnienie ciepła, a nie walory estetyczne.

Z kolei, gdy pierwotne potrzeby są coraz lepiej zaspokajane, człowiek zaczyna marzyć o nowym świecie, który mógłby zawojować, włączając w to świat umysłu, kultury, idei, wartości. Narastające zdobycze stają się oznakami cywilizacji. Odwróceniem procesu kumulacji kultury jest upadek cywilizacji. Jest to porzucenie z konieczności tych potrzeb, które nie są niezbędne do przeżycia. To jest proces zapominania wymuszony przez warunki otoczenia, wstrzemięźliwość nałożona przez środowisko.

Czasami natura nałożyłaby chwilowo takie ograniczenia, ale historia pokazuje, iż człowiek jest w stanie pokonać takie przeszkody dzięki swojej ambicji. Przeszkodą, która wydaje się potencjalnie niemożliwą do przejścia, jest jego skłonność do grabieży, która kładzie fundamenty pod instytucję państwa — instytucję, która w efekcie wywołuje aurę bezużyteczności, braku zainteresowania do podjęcia działania i przez to niszczy cywilizację, dzięki której istnieje. Historia pokazuje, że każda cywilizacja, która upadła albo zginęła, dźwigała na swoich barkach wszechmocne państwo.

Upadek państwa oznacza osłabienie narzędzi przymusu, za pomocą których praca jednego jest przenoszona na rzecz nieproduktywnej władzy albo wspierających ją wspólników. Od tego czasu wolność przeważa, ludzie uczą się marzyć i mieć nadzieję, zaś realizacja każdego marzenia pobudza dalsze idee. W ten sposób pomnaża się bogactwo, gromadzi wiedzę, obyczaje nabierają ogłady i wartości niematerialne zyskują na ważności w hierarchii człowieka. Rodzi się nowa cywilizacja.

Chociaż pewne rzeczy z upadłej cywilizacji uda się odzyskać jedynie przypadkiem, a wielu trzeba będzie uczyć się od nowa, to jednak nowa cywilizacja nie wyrośnie automatycznie na gruzach jej poprzedniczki —może powstać wyłącznie z podjętego wysiłku. W każdym razie, historia mówi nam, że jak tylko powstaje cywilizacja, od razu przyłączają się do niej instytucje polityczne, które będą na niej pasożytować, aż w końcu ją pochłoną. I tak ten cykl będzie się powtarzać.

 

Autor: Frank Chodorov
Źródło: mises.org
Tłumaczenie: Marek Fijałkowski
Wersja PDF

Posted in anarchokapitalizm | Leave a Comment »

Murray Rothbard

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 22 sierpnia 2012

Murray Newton Rothbard (ur. 2 marca 1926, zm. 7 stycznia 1995) – ekonomista, badacz oraz intelektualista, który wniósł ogromny wkład w nauki ekonomiczne, filozofię polityczną (w szczególności w zakresie libertarianizmu), historię finansów oraz teorię prawa. Przyczynił się do rozwoju i poszerzenia znaczenia szkoły austriackiej w ekonomii bazującej na wcześniejszych, pionierskich pracach Ludwiga von Misesa. W drugiej połowie XX wieku Rothbard zdobył pozycję głównego teoretyka tego nurtu, podejmując tematykę historyczną taką jak Wielki Kryzys z roku 1929 czy dzieje amerykańskiej bankowości z pozycji szkoły austriackiej.

Rothbard łączył poglądy na ekonomię z punktu widzenia tego nurtu z zagorzałym oddaniem dla idei indywidualnej wolności. Rozwinął unikalną syntezę, która łączyła elementy wywodzące się z myśli XIX-wiecznych amerykańskich anarcho-indywidualistów: Lysander Spooner[1] czy Benjamin Tucker z poglądami szkoły austriackiej. W rezultacie powstała nowa filozofia polityczna, a Rothbard przeszło 45 lat wykazywał się ogromną energią intelektualną, by rozwijać i promować własny styl libertarianizmu. Te wysiłki doprowadziły go do zdobycia pozycji jednego z głównych amerykańskich intelektualistów wypowiadających się w sferze publicznej. Rothbard popierał przeciwstawianie się represyjnej kontroli rządu nad gospodarką poprzez budowę austriackiej koncepcji samoorganizacji, poparcia dla wolnego rynku w emisji pieniędzy oraz potępienia dla centralnego planowania[2]. Uważał, że władza rządowego monopolu jest w dłuższej perspektywie największym zagrożeniem dla wolności i dobra całej populacji, nazywając państwo niczym innym jak „wypisanym dużymi literami bandyckim gangiem” – źródłem najbardziej niemoralnych, pazernych i pozbawionych skrupułów członków społeczeństwa[3][4][5][6].

Rothbard wnioskował, że wszystkie usługi zapewniane przez rządowe monopole mogą być o wiele efektywniej dostarczane przez sektor prywatny. Uważał, że wiele regulacji i praw, pozornie wprowadzanych „w interesie publicznym”, służyło wyrachowanemu przejęciu władzy przez rządowych biurokratów, którzy byli zaangażowani w niebezpiecznie wolną autokreację, nie będąc obiektem nacisku konkurencyjnych sił rynkowych. Konkurencja mogłaby powściągnąć chciwość i zapatrzenie we własne korzyści na rzecz potrzeby wytwarzania dóbr i usług, za które obywatele chcieli w danym momencie zapłacić. Rothbard utrzymywał, że usługi zapewniane przez sektor rządowy były nieefektywne i w starciu z usługami zapewnianymi przez sektor prywatny zostałyby wyeliminowane przez dyscyplinujące siły rynku[7][8][9].

Na równi z powyższym, Rothbard potępiał państwowy korporacjonizm. Krytykował wiele przypadków przejmowania rządowych monopoli przez biznesowe elity, które mogły dzięki temu oddziaływać na prawo i politykę dotyczącą regulacji w sposób zapewniający im korzyści kosztem ich konkurentów[10].

Uzasadniał, że opodatkowanie stanowiło przymusową kradzież na ogromną skalę, a „obowiązkowy monopol na stosowanie siły” uniemożliwia zaopatrywanie w usługi związane z obronnością i sądownictwem przez bardziej efektywnych, dobrowolnie rywalizujących dostawców[11][12]. Rothbard uważał, że bankowość centralna oraz nieznaczne rezerwy bankowe w połączeniu z monopolem pieniądza fiducjarnego są formą sponsorowanego przez państwo, zalegalizowanego finansowego oszustwa, które według libertariańskich zasad i etyki jest niemoralne[13][14][15][16]. Przeciwstawiał się militarnej, politycznej oraz ekonomicznej ingerencji w sprawy innych narodów[17][18].

Austrian School

Szkoła austriacka usiłuje odkryć aksjomaty rządzące ludzkimi działaniami (w tradycji austriackiej nazywa się to „prakseologią”). Popiera ona gospodarkę wolnorynkową i krytykuje sterowaną odgórnie. Wpływowymi przedstawicielami tego nurtu byli Eugen von Böhm-Bawerk, Friedrich Hayek oraz Ludwig von Mises. Rothbard uzasadniał, że cała austriacka teoria ekonomiczna rozwiązuje logiczną implikację, jaką jest fakt zaangażowania ludzi w celowe działania[20].

Zgodnie ze swoimi wolnorynkowymi poglądami Rothbard uzasadniał, że ochrona jednostki oraz obrona narodowa powinny być raczej zapewniane przez wolny rynek niż przez przymusowy rządowy monopol. Był zaciekłym krytykiem ekonomii w wydaniu Keynesa podobnie jak utylitarystycznej teorii filozofa Jeremy’ego Benthama[21].

W książce Man, Economy, and State Rothbard dokonuje podziału różnych typów interwencji państwa na trzy kategorie: „interwencję autystyczną”, która jest ingerencją w niezwiązane z wymianą aktywności prywatnych osób; „interwencję binarną” polegająca na wymuszaniu wymiany pomiędzy jednostkami i państwem; oraz „interwencja trójkątną”, która jest wymianą pomiędzy jednostkami sankcjonowaną przez państwo. Według Sanforda Ikedy, typologia Rothbarda „eliminuje luki i niespójności pojawiające się w pierwotnych opracowaniach Misesa”[22][23].

Rothbard posiadał także szeroką wiedzę z dziedziny historii i filozofii politycznej. Jego książki, takie jak Man, Economy, and State, Interwencjonizm, czyli władza a rynek, The Ethics of Liberty i For a New Liberty są uważane za klasyczne pozycje z zakresu prawa naturalnego i myśli liberalnej, łącząc w sobie filozofię libertariańskich praw naturalnych, antyrządowego anarchizmu oraz perspektywy wolnorynkowej w analizie szeregu współczesnych kwestii socjalnych i ekonomicznych. Rothbard posiadał też rozległą wiedzę na temat historii myśli ekonomicznej, studiując szkoły ekonomiczne funkcjonujące przed Adamem Smithem takie, jak scholastyka i fizjokratyzm i komentując w swojej nieukończonej, wielotomowej pracy pod tytułem An Austrian Perspective on the History of Economic Thought.

Rothbard pisze w swojej książce Interwencjonizm, czyli władza a rynek, że rola ekonomisty na wolnym rynku jest ograniczona, ale z kolei rola i władza ekonomisty pracującego dla rządu, który czynnie interweniuje na rozwijającym się rynku, generując przez to problemy wymagające dalszej diagnozy oraz politycznej rekomendacji jest znaczna. Rothbard argumentuje, że te proste uprzedzenia wynikające z obrony własnego interesu wpływają na poglądy wielu ekonomistów, którzy są zwolennikami rosnącego interwencjonizmu państwa[24][25].

Rothbard stworzył również „prawo Rothbarda” mówiące, że „ludzie mają tendencję do specjalizowania się w tym, w czym są najgorsi. Henry George na przykład jest wspaniały we wszystkim poza nieruchomościami, więc dlatego 90% jego twórczości dotyczy nieruchomości. Friedman znakomicie odnajduje się we wszystkim poza pieniądzem, zatem koncentruje się na pieniądzu”[26].

Własność

W książce The Ethics of Liberty Rothbard twierdzi, że prawo do totalnej własności jest jedyną zasadą kompatybilną z kodeksem moralnym danym każdemu człowiekowi – „uniwersalna etyka” – oraz, że to prawo naturalne jest naturalnie najlepsze dla człowieka[27]. Wierzył, że w rezultacie jednostki otrzymują owoce swojej ciężkiej pracy. W związku z tym każdy ma prawo do wymiany swojej własności z innymi. Ponadto jeśli jednostka łączy swoją pracę fizyczną z nienależącą do niej ziemią, wówczas jest właściwym właścicielem i z tego punktu widzenia wynika, że tylko prywatna nieruchomość może być przedmiotem wymiany handlowej lub darowizny. Rothbard argumentował, że taka ziemia nie będzie miała tendencji do pozostawania w stanie nieużywania, jeśli sens ekonomiczny nie wskaże, że nie ma potrzeby jej używać[28].

Egalitaryzm

Tytułowy esej Murraya Rothbarda z książki wydanej w roku 1974 pod tytułem Egalitarism as a Revolt Against Nature and Other Esseys stanowił, że „równość nie jest naturalnym porządkiem rzeczy, a krucjata by uczynić wszystkich równymi w każdej dziedzinie (z wyjątkiem równości wobec prawa) będzie miała katastrofalne skutki”. W eseju Rothbard pisał też: „w sercu egalitarnej lewicy znajduje się patologiczne przekonanie, że nie ma żadnej struktury rzeczywistości; że cały świat jest tabula rasa, którą można zmienić w każdym momencie, w każdym pożądanym kierunku dzięki niewielkiemu wysiłkowi ludzkiej woli”[29][30]. Rothbard uważał także, że etatyści hamują badania akademickie z powodów rasowych, by wspierać swoje cele, jakimi jest wykorzystanie państwa do forsowania egalitarnych celów[31].

W artykule z roku 1963 pod tytułem „Negro revolution” Rothbard napisał: „Rewolucja etniczna ma pewne elementy, które libertarianin musi popierać, inne, którym musi być przeciwny. W ten oto sposób libertarianin oponuje obowiązkowej segregacji i polityce brutalności, ale też przeciw przymusowej integracji i takim absurdom jak parytet etniczny w podziale pracy[32]. Według biografa Rothbarda, Justina Raimondo, Rothbard uważał Malcolma X za „wielkiego lidera”, a Martina Luthera Kinga za faworyzowanego przez białych, ponieważ „był główną siłą powstrzymującą rozwój rewolucji etnicznej”. Porównał również użycie żołnierzy przez prezydenta USA, Lyndona Bainesa Johnsona, do tłumienia zamieszek po zabójstwie Kinga do interwencji w Wietnamie[33].

Anarchokapitalizm

Rothbard zaczął się uważać za anarchistę w dziedzinie prywatnej własności w latach 50-tych, a następnie zaczął używać słowa „anarchokapitalista”[34][35]. Napisał: „kapitalizm jest najpełniejszą ekspresją anarchizmu, a anarchizm jest najpełniejszą ekspresją kapitalizmu”[36]. W swoim anarchokapitalistycznym modelu system agencji ochronnych współzawodniczy na wolnym rynku oraz jest ochotniczo wspierany przez konsumentów, którzy dokonują wyboru usług ochroniarskich oraz sądowniczych. Anarchokapitalizm mógłby oznaczać koniec monopolu państwa w sferze użycia siły[37]. Rothbard potępiał na równi związki, które dostrzegał pomiędzy wielkim biznesem oraz wielkim rządem. Cytował wiele przykładów, w których elity gospodarcze przeciągały na swoją stronę władzę rządowych monopoli, aby wpływać na prawo oraz politykę regulacyjną, w celu uzyskania korzyści na koszt swoich rynkowych rywali. Krytykował „mgliste oddanie Wielkiemu Biznesowi” Ayn Rand, która „jest zbyt emocjonalnie związana uwielbieniem dla Bohatera ─ Wielkiego Biznesu, aby przyznać, że to właśnie konkretnie Wielki Biznes jest w dużej mierze odpowiedzialny za XX-wieczny marsz w kierunku agresywnego etatyzmu[38]. Według Rothbarda jednym z przykładów takiego kumoterstwa były dotacje na monopolistyczne przywileje w sektorze kolejowym[39].

Wolny rynek walutowy

Zobacz także: wolna bankowość i system waluty złotej Rothbard wierzył, że monopolistyczna władza rządu nad drukowaniem i dystrybucją pieniędzy była z natury niszcząca i nieetyczna. Przekonanie zaczerpnięte od Ludwiga von Misesa i Friedricha Hayeka dotyczące cykli koniunkturalnych mówiło o tym, że nadmierna ekspansja kredytowa w sposób nieunikniony prowadzi do katastrofalnie błędnej alokacji zasobów finansowych, pociągając za sobą niezrównoważoną bańkę kredytową i w ostateczności depresję gospodarczą. Z tego powodu silnie przeciwstawiał się bankowości centralnej oraz częściowej rezerwie bankowej funkcjonującej w ramach pieniądza fiducjanrnego, etykietując to jako „zalegalizowane fałszerstwo”[40] albo forma zinstytucjonalizowanej defraudacji, co jest immanentnie nielegalne[41][42]. Nazywał wręcz schematem Ponziego (piramidą finansową) przymusowy rządowy zakaz używania walut towarowych jako prawnego środka płatniczego, od którego obywatele nie mogą uciec[43][44].

Silnie popierał pełne pokrycie waluty w rezerwach bankowych (100% rezerwa bankowa)[45] oraz dobrowolny, pozarządowy standard złota. Ewentualnie proponował jako drugie – prawie tak samo dobre rozwiązanie – wolną bankowość (którą Rothbard nazywał „wolnym rynkiem pieniądza”)[46].

W odniesieniu do funkcjonującej obecnie centralnie zarządzanej, cząstkowej rezerwy bankowej opartej o system pieniądza fiducjarnego, Rothbard twierdził następujące rzeczy[47]:

„W jaki sposób możemy powrócić do zdrowego, nieinflacyjnego rynku walutowego w przypadku, gdy mamy do czynienia z fatalną sytuacją monetarną, rezerwami banków na poziomie 2,5%, niekontrolowanym Fed oraz światem pieniądza fiducjarnego? Po dyskusji przedstawionej w tej pracy cele powinny być jasne: (a) powrót do standardu złota ─ standardu towarowego nieutrudnianego przez interwencję rządów; (b) zakazać funkcjonowanie systemu Rezerwy Federalnej oraz powrócić do wolnej i konkurencyjnej bankowości; (c) oddzielić rząd od pieniędzy oraz (d) albo zmusić banki komercjalne do systemu 100% rezerwy, albo co najmniej przejść do systemu, gdzie każdy bank przy najmniejszym sygnale niezdolności do płatności swoich należności jest zmuszany do błyskawicznego bankructwa i likwidacji. Preferowane byłoby zdelegalizowanie rezerwy cząstkowej w przypadku, gdyby było to jeszcze możliwe; zaś w przypadku problemów w tej materii, w szczególności w obliczu ciągle wprowadzanych innowacji finansowych, wolna bankowość byłaby atrakcyjną alternatywą”.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Murray_Rothbard

Posted in anarchokapitalizm, wolny rynek (kapitalizm) | Otagowane: , , , | Leave a Comment »

Karl Hess

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 21 sierpnia 2012

Karl Hess (ur. 25 maja 1923, zm. 22 kwietnia 1994) – jeden z współtwórców anarchokapitalizmu, ateista, filozof polityki, krytyk systemu podatkowego, dziennikarz, redaktor, autor kilkunastu książek w tym Mostly on the Edge, Dear America, Community Technology i Capitalism for Kids oraz dziesiątek przemówień dla wszystkich najważniejszych Republikanów połowy XX wiekuRicharda Nixona, Dwighta Eisenhowera, Geralda Forda i Barry’ego Goldwatera, który określał go mianem współczesnego Szekspira.

Działalność polityczna

Jako autorowi przemówień senatora Goldwatera przypisuje mu się autorstwo powiedzenia „Ekstremizm w obronie wolności nie jest zbrodnią; umiar w dążeniu do sprawiedliwości nie jest cnotą”. Sam Hess przyznał, że zdanie to znalazł w liście historyka prezydenta Lincolna Harry’ego Jaffa, a była to parafraza cytatu z Cycerona. Goldwater użył go w swoim wystąpieniu po otrzymaniu nominacji Partii Republikańskiej na urząd prezydenta i zgodnie z tym, co pisał Playboy, wypowiedź ta sprawiła, że senator Goldwater stracił wiele głosów.

Po przegranych przez Goldwatera wyborach w 1964 roku (przegrał z Lyndonem Johnsonem), Hess pożegnał się z Partią Republikańską i rozpoczął pracę jako spawacz. Zaczął również pisywać do gazet teksty, w których krytykował wielki biznes, hipokryzję i kompleksy Ameryki.

W 1964 wraz z Murrayem N. Rothbardem przystąpił do lewicowej organizacji Students for a Democratic Society, w ramach której rozpoczął aktywną działalność przeciwko wojnie wietnamskiej, segregacji rasowej (był jednym z nielicznych białych przyjętych do Czarnych Panter – radykalnego ugrupowania murzyńskiego walczącego o równouprawnienie Czarnych) i przymusowemu opodatkowaniu.

Demokratyczny prezydent Johnson niezadowolony z krytyki i faktu, że Hess wcześniej udzielał się w Partii Republikańskiej, polecił IRS (Internal Revenue Service – amerykański urząd skarbowy) skontrolowanie tego zdeklarowanego przeciwnika podatków. Podczas audytu kontroler skarbowy udowadniał, że nieważne, czy w deklaracjach wszystko jest w porządku, ważne, czy jest niezgodne z prawem. Hess w odpowiedzi wysłał do IRS kopię Deklaracji Niepodległości wraz z listem, w którym oświadczył, że nie zamierza więcej płacić podatków.

Urząd skarbowy skonfiskował mu majątek i zajął na poczet zaległych podatków przyszłe zarobki. Gdy Hess w liście zapytał, z czego w takim razie ma żyć, IRS odpowiedział, że jest to już jego problem. Wtedy Hess nauczył się spawać i zatrudnił się w jednej z waszyngtońskich firm w zamian za żywność i miejsce do spania. Obok pracy „zarobkowej” wykonywał też artystyczne rzeźby, z których część trafiła w ręce wytrawnych kolekcjonerów.

W 1968 roku Richard Nixon został wybrany prezydentem USA a senator Barry Goldwater powrócił do kongresu. Ze względu na starą znajomość Hess zgodził się napisać kilka przemówień dla Goldwatera, w których przekonywał do zniesienia obowiązkowego poboru do wojska. Goldwater po lekturze tekstów miał powiedzieć: „Zobaczymy, co powie na to Dick Nixon”. Hess gardził Nixonem i nie chciał sytuacji, w której będzie zależny od jego opinii. Postanowił więc definitywnie zakończyć współpracę z Goldwaterem.

Hess coraz bardziej przekonywał się do anarchistycznych idei pod wpływem rozmów i lektury książek swojego przyjaciela Murraya Rothbarda i prac Emmy Goldman, o których twierdził, że zawierają esencję Ayn Rand bez „tego idiotycznego solipsyzmu, na punkcie którego Rand był tak czuła”.

Działalność pisarska

W latach 1969-1971 wydawał wraz z Rothbardem The Libertarian Forum.

W 1969 roku opublikował w Playboyu artykuł The Death of Politics, uważany za jeden z najważniejszych manifestów libertariańskich, który jak żaden inny przyczynił się do powstania współczesnego ruchu wolnościowego.

Pisał w nim: „Siła i władza będące substytutami zdrowego rozsądku są potworami jakie nękają współczesny świat. Są duchami groźnej i przesądnej przeszłości. A polityka jest ich siostrą. Na przestrzeni czasu była ona zinstytucjonalizowanym zaprzeczeniem zdolności człowieka do wykorzystania jego własnych zdolności dla własnego przetrwania. Istnieje ona wyłącznie dzięki dobrom które w imię wątpliwych celów i tzw. zasad moralnych zdołała skraść kreatywnym i produktywnym ludziom.”

Twierdził, że politycy robią od czasu do czasu dobre rzeczy, ale dopiero wówczas gdy wszystkie wcześniej stosowane przez nich środki zawiodły.

W połowie lat 70. przeprowadził się wraz z żoną z Waszyngtonu do Zachodniej Wirginii, gdzie zamieszkał w zbudowanym przez siebie samowystarczalnym energetycznie domku jednorodzinnym i zaangażował się w programy dobroczynne. Pomagając biednym i pracując z dziećmi z murzyńskich gett zyskał sobie uznanie lokalnej społeczności. Tym samym zrealizował wszystkie swoje życiowe plany – być dobrym przyjacielem, kochankiem, sąsiadem.

W 1992 roku, mimo poważnej choroby serca zgodził się wystartować z listy Libertarian Party na stanowisko gubernatora Zachodniej Wirginii. Spytany przez jednego z dziennikarzy, co zrobi jeśli rzeczywiście zostanie wybrany na to stanowisko (co z powodu problemów z dopuszczeniem do wyborów, wydawało się niemożliwe) odpowiedział – „Zażądam ponownego przeliczenia głosów!”. Tuż po kampanii przeszedł kilka poważnych operacji, po których rozpoczął pracę nad autobiografią „Mostly on the Edge”.

Posted in anarchokapitalizm, Biografie | Otagowane: , , , | Leave a Comment »