Wolni z wolnymi, równi z równymi.

Rex regnat et non gubernat

  • Thomas Jefferson

    Kiedy obywatele obawiają się swojego rządu, jest to tyrania. Gdy to rząd obawia się obywateli, mamy do czynienia z wolnością.
  • Margaret Thatcher

    Unia Europejska jest skazana na niepowodzenie, gdyż jest czymś szalonym, utopijnym projektem, pomnikiem pychy lewicowych intelektualistów.
  • Włodzimierz Lenin

    Socjalizm to nic innego jak państwowy monopol kapitalistyczny stworzony dla korzyści wszystkich ludzi.
  • Ralph Waldo Emmerson

    Religia jednego wieku staje się literacką rozrywką następnych.
  • Soren Kierkegaard

    Są dwa sposoby w jakie człowiek może dać się ogłupić. Pierwszy to uwierzyć w rzeczy nieprawdziwe. Drugi, to nie wierzyć w prawdziwe.
  • Ayn Rand

    Jako że nie istnieje taki byt, jak “społeczeństwo”, ponieważ społeczeństwo to pewna liczba indywidualnych jednostek, zatem idea, że “społeczny interes” jest ważniejszy od interesu jednostek, oznacza jedno: że interes i prawa niektórych jednostek zyskuje przewagę nad interesem i prawami pozostałych.
  • Terence McKenna

    Skoro już w XIX wieku zgodziliśmy się przyznać, że człowiek pochodzi od małpy, najwyższy czas pogodzić się z faktem, że były to naćpane małpy.
  • Aleister Crowley

    Czyn wole swą, niechaj będzie całym Prawem.

    Nie masz żadnego prawa prócz czynienia twej woli. Czyn ja i nikt inny nie powie nie.

    Każdy mężczyzna i każda kobieta jest gwiazdą.

    Nie ma boga prócz człowieka.

    Człowiek ma prawo żyć wedle swych własnych praw
    żyć tak jak tego chce
    pracować tak jak chce
    bawić się tak jak chce
    odpoczywać tak jak chce
    umrzeć kiedy i jak chce

    Człowiek ma prawo jeść to co chce: pić to co chce: mieszkać tam gdzie chce: podróżować po powierzchni Ziemi tam gdzie tylko chce.

    Człowiek ma prawo myśleć co chce
    mówić co chce: pisać co chce: rysować, malować, rzeźbić, ryć, odlewać, budować co chce: ubierać się jak chce

    Człowiek ma prawo kochać jak chce

    Człowiek ma prawo zabijać tych, którzy uniemożliwiają mu korzystanie z tych praw

    niewolnicy będą służyć

    Miłość jest prawem, miłość podług woli.
  • Anarchizm metodologiczny

    Anarchizm metodologiczny - jest programem (a właciwie antyprogramem), zgodnie z którym należy z wielką ostrożnością podchodzić do każdej dyrektywy metodologicznej, (w tym do samego anarchizmu) bowiem zaistnieć może sytuacja, w której lepiej jest z anarchizmu zrezygnować (aby nie hamować rozwoju wiedzy) niż go utrzymywać.
    Paul Feyerabend
  • Strony

Archive for the ‘Ateizm’ Category

Richard Dawkins

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 28 Luty 2010

Dawkins jest zadeklarowanym ateistą i krytykiem religii. Należy do National Secular Society[48] i Humanist Society of Scotland[49]. Od 1996 jest wiceprezydentem British Humanist Association. Od International Academy of Humanism otrzymał tytuł Humanist Laureate[50]. W 2003 podpisał manifest Humanism and Its Aspirations, opublikowany przez American Humanist Association[51].

Dawkins znany jest z krytyki wobec zarówno religijnych ekstremistów, takich jak muzułmańscy terroryści czy chrześcijańscy fundamentaliści, jak i zwolenników umiarkowanych odłamów religii, a także wierzących naukowców (np. biolog Kenneth Miller, teolog Alister McGrath czy były biskup Oksfordu Richard Harries). Jednakże sam opisuje siebie jako „kulturowo chrześcijanina” i odnośnie tradycji bożonarodzeniowej w Wielkiej Brytanii pisze: „nie należę do tych, którzy chcieliby oczyścić nasze społeczeństwo z naszej chrześcijańskiej historii. Jeśli w ogóle istnieje takie zagrożenie to, jak sądzę, jego źródłem są konkurencyjne religie, a nie ateiści”[52]. Napisał też, że „jesteśmy winni Jezusowi oddzielenie jego prawdziwie oryginalnej i radykalnej etyki od tego nadnaturalnego nonsensu, za którym w sposób nieunikniony opowiadał się jako człowiek swojej epoki” i zaproponował hasło „Ateiści dla Jezusa”[53].

Jest ważnym uczestnikiem publicznej debaty dotyczącej relacji pomiędzy nauką a religią, szczególnie po ukazaniu się książki Bóg urojony, która szybko osiągnęła największy nakład z jego wszystkich książek. Ten sukces wydawniczy jest czasem uważany za wyznacznik zmiany współczesnego ducha czasów (Zeitgeist), zasadniczy element obecnego wzrostu popularności literatury ateistycznej[54][55].

Uważa edukację za podstawowe narzędzie w zwalczaniu religijnych dogmatów i indoktrynacji. Dotyczy to także zwalczania niektórych stereotypów, dlatego przyswoił termin „bright” jako sposób na stworzenie pozytywnego wizerunku ludzi posiadających naturalistyczny światopogląd[56]. Jak zauważa, podobny sukces osiągnęły feministki w wyzwoleniu języka z szowinistycznych stereotypów. Stwierdza również, że takie sformułowania jak dziecko katolickie czy dziecko islamskie powinny zostać uznane za społeczny absurd, tak jak np. dziecko marksistowskie, bo dzieci nie powinny być segregowane według religijnych przekonań rodziców[57].

Jest przekonany, że ateizm jest logiczną konsekwencją zrozumienia ewolucji[58], a religii nie można pogodzić z nauką[59]. W książce Ślepy zegarmistrz pisze:

Przed Darwinem ateista mógł więc tylko powiedzieć w ślad za Hume’em: „Nie umiem wyjaśnić złożoności obiektów biologicznych. Wiem tylko, że Bóg nie stanowi dobrego wyjaśnienia. Musimy więc czekać w nadziei, że ktoś wpadnie na jakiś lepszy pomysł”[…] Chociaż więc, logicznie rzecz biorąc, można było być ateistą już przed Darwinem, dopiero Darwin sprawił, że ateizm jest w pełni satysfakcjonujący intelektualnie[60].

W eseju Wirusy umysłu z 1991 (gdzie po raz pierwszy użył pojęcia „zarażonego wiarą” – faith-sufferer) napisał, że teoria memetyki może posłużyć do analizy i wyjaśnienia zjawiska wierzeń religijnych i pewnych cech powszechnie występujących w religiach, jak np. przekonanie o karze jaka czeka niewiernych. Według Dawkinsa wiara będąc stanowczym przekonaniem, które w żaden sposób nie jest oparte na dowodach jest jednym z największych zagrożeń dla współczesnej cywilizacji[61].

Po atakach 11 września zapytany, jak świat mógł się zmienić odpowiedział:

Wielu z nas widziało religię jako nieszkodliwy zabobon. Wierzenia religijne były wprawdzie pozbawione jakichkolwiek wspierających je dowodów, ale uważaliśmy, że skoro ludzie potrzebowali takiej protezy dla pocieszenia, to gdzie tu jest krzywda? 11 września zmienił to wszystko. Ujawnił, że wierzenia religijne nie są nieszkodliwym zabobonem, że mogą być śmiertelnie niebezpiecznym zabobonem. Niebezpiecznym, ponieważ daje ludziom niezachwianą pewność co do własnych racji. Niebezpiecznym, ponieważ daje im odwagę by zabijać siebie, co automatycznie usuwa naturalną przeszkodę w zabijaniu innych. Niebezpiecznym dlatego, że uczy wrogości wobec innych ludzi tylko dlatego, że odziedziczyli inny rodzaj duchowej tradycji. I niebezpieczny również dlatego, że wszyscy uznaliśmy, że religii należy się ten bezwarunkowy i wyjątkowy dla religii szacunek zwalniający ją od normalnego krytycyzmu. Skończmy wreszcie z tym cholernym szacunkiem![6].

W styczniu 2006 Dawkins przedstawił negatywny wpływ religii na społeczeństwo w dwuczęściowym programie dokumentalnym „The Root of All Evil?” (tytuł wybrany przez producenta, Dawkins wielokrotnie wyrażał niezadowolenie z tego powodu)[62]. Krytycy wytknęli fakt, że w filmie zbyt wiele uwagi poświęca się marginalnym postaciom i ekstremistom, a konfrontacyjny styl niepotrzebnie zaostrzył jego wymowę[63][64]. Dawkins odrzuca te stwierdzenia mówiąc, że wystarczająco duża liczba umiarkowanych przedstawicieli religii pojawia się w mediach każdego dnia i to zapewnia odpowiedni balans dla ekstremistów, których on przedstawił. Zauważa również, że ktoś kto ma opinię ekstremisty w umiarkowanym religijnie kraju, w innym, konserwatywnym religijnie kraju, mógłby należeć do głównego nurtu[65]. Niewłączone do programu rozmowy z prof. McGrathem i biskupem Harrisem zostały przez RDF udostępnione online[66].

W 2006 roku napisał książkę pt. Bóg urojony (The God Delusion), w której stwierdza, że nie ma żadnych przesłanek, by uznać za wiarygodną teorię nadnaturalnego stworzyciela, a wierzenia religijne mają charakter zbiorowego urojenia, czyli trwałych i błędnych przekonań utrzymujących się nawet w obliczu oczywistych, zaprzeczających im dowodów. Jak stwierdził, wydanie Boga urojonego jest prawdopodobnie kulminacją jego krytyki wobec religii[67][68][69]. Do listopada 2007 r. angielskie wydanie osiągnęło nakład 1,5 miliona egzemplarzy i zostało przetłumaczone na 31 języków[70], co czyni ją jego najbardziej popularną książką. Została pozytywnie oceniona m.in. przez noblistę, chemika Sir Harolda Kroto, psychologa Stevena Pinkera i noblistę, biologa Jamesa D. Watsona[71].

Oksfordzki teolog Alister McGrath twierdzi, że Dawkins nie zna się na teologii chrześcijańskiej i dlatego nie jest w stanie inteligentnie połączyć ze sobą religii i wiary[72]. W odpowiedzi Dawkins pyta „czy musisz poczytać o skrzatologii, żeby nie wierzyć w skrzaty (w oryginale: leprechauny)?”[73] a w wydaniu w miękkiej oprawie Boga urojonego odnosi się do amerykańskiego biologa PZ Myersa, który żartował z tego sposobu argumentacji nazywając je „Odpowiedzią dworzanina” („Courtier’s reply”)[74]. Dawkins przyznaje, że chrześcijańska teologia jest pusta i jedyną dziedziną, która mogłaby przyciągnąć jego uwagę są dowody na istnienie Boga. Krytykuje McGratha za całkowity brak argumentów na poparcie swoich wierzeń poza samym stwierdzeniem, że nie można udowodnić, że są błędne[75]. Dawkins i McGrath wzięli udział także w debacie w 2007 na Sunday Times Literary Festival[76].

Inny chrześcijański filozof, Keith Ward, zajmował się podobną tematyką w wydanej w 2006 r. książce Is Religion Dangerous?, atakując tezy Dawkinsa i innych, którzy widzą zagrożenie w religii. Bóg urojony był również krytykowany przez filozofa Johna Cottinghama z University of Reading[77]. Niektórzy komentatorzy, jak np. etyk Margaret Somerville[78], twierdzą, że atak na religię przeprowadzony przez Dawkinsa jest stanowczo przesadzony[79] i zapewniają, że trwające na świecie konflikty i tak miałyby miejsce bez religii z powodów ekonomicznych i kontrowersji terytorialnych. Jednakże obrońcy Dawkinsa twierdzą, że taka argumentacja dowodzi tylko kompletnego niezrozumienia tego, co Dawkins napisał. W czasie debaty w Radio 3 Hong Kong pisarz David Nichols, przewodniczący Atheist Foundation of Australia, stwierdził, że Dawkins nie dowodził wcale tego, iż religia jest źródłem całego zła, tylko pisał, że jest „niepotrzebną częścią tego, co jest złe”[80]. Sam Dawkins powiedział, że jego zastrzeżenia wobec religii nie biorą się z tego tylko, że jest przyczyną wojen i przemocy, ale mają źródło także w fakcie, iż religia daje ludziom wymówkę, by trwać przy przekonaniach nie opartych na żadnych dowodach[81].

Carson Holloway w National Review Online twierdzi, że Dawkins angażuje się w „nieodpowiedzialny i nieracjonalny dogmatyzm”, wypowiadając się na tematy leżące poza zasięgiem nauki, a jego zaprzeczenie idei pełnego znaczenia wszechświata wynika z dogmatycznej wrogości wobec tych, którzy widzą cel w samym wszechświecie; na co Dawkins odpowiada, że „istnienie Boga jest taką samą teorią naukową jak każda inna”[82]. Nie zgadza się również z koncepcją Goulda „non-overlapping magisteria” (NOMA) i podobnymi koncepcjami proponowanymi przez angielskiego astrofizyka Martina Reesa, uznającego bezkonfliktowe współistnienie nauki i religii, określając to jako „czysto polityczną zagrywkę w celu przyciągnięcia umiarkowanych religijnie ludzi do obozu nauki”[83].

Rees uważa, że ten zasadniczy atak na całą religię w niczym nie pomaga[84]. Robert Winston obawia się, że przez Dawkinsa nauka traci szacunek[85]. Odnosząc się do twierdzenia Reesa Dawkins pyta „jaką znajomość przedmiotu mogą zaoferować teologowie gdy chodzi o podstawowe kwestie kosmologiczne, której nie mieliby naukowcy?”[86][87]. Ponadto pisze: „istnieje diametralna różnica pomiędzy przekonaniem, którego można bronić odwołując się do dowodów i logiki, a przekonaniem nie wspartym na niczym poza tradycją, autorytetem lub objawieniem”. Jest dla niego zagadką, jak można być naukowcem i zachować religijność[88][89][10][90][91][92].

Terry Eagleton, w zamieszczonej w „London Review of Books” recenzji „Boga urojonego”, pisze o Dawkinsie, że od czasów Bertranda Russella nie było nikogo, kto bardziej zasługiwałby na określenie „zawodowy ateista”[93] Porównano go też do niemieckiego biologa Ernsta Haeckela[94].

http://pl.wikipedia.org/wiki/Richard_Dawkins

Posted in Ateizm, Biografie | Otagowane: , | Leave a Comment »

Metafizyka zła i doświadczenie zła

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 17 Lipiec 2009

Przegląd ludzkich rozmyślań na temat zła byłby tym samym, co przegląd całych dziejów teologii, filozofii, religii i literatury ? od Rigwedy przez Platona, przez Dostojewskiego do Jana Pawła II. Przegląd zaś faktycznych działań zła w życiu ludzkim byłby tym samym, co przegląd całej historii ludzkości, od plemion paleolitycznych do tej właśnie chwili.

Znane są dwa sposoby – każdy z licznymi odmianami – w jakie filozofowie, teologowie, uczeni i zresztą zwyczajni ludzie usiłowali w ciągu stuleci uporać się z tak zwanym problemem zła. Nie inaczej niż w przypadku wszystkich wielkich spraw ludzkich możemy albo próbować rozwiązać „problem”, albo pozbyć się go, oświadczając, że jest on źle postawiony i że po prostu nie istnieje. Wśród tych, co starali się zagadkę zła zgłębić, znajdujemy wyznawców dwóch przeciwstawnych (przynajmniej tak się zdaje) opcji metafizycznych: manichejczyków i chrześcijan. Wśród tych, co unieważniali pytanie (z powodów rozmaitych), są niektórzy mistycy, niektórzy panteiści, wszyscy marksiści i komuniści, większość innych utopistów, większość głosicieli naturalistycznego poglądu na świat, jak wyznawcy Nietzschego, naziści i darwiniści filozofujący.

Jest prawdą trywialną, że pojęcie zła jako czystej negatywności jest zwyczajną dedukcją z wiary w jedynego Stwórcę, który poza tym, że jest jedyny, jest zarazem nieskończenie dobry. Jest to, powtarzam, dedukcja, nie zaś sprawa doświadczenia. Teodycea chrześcijańska podejmowała ogromny, heroiczny wysiłek, by dać odpowiedź na najpospolitsze doświadczenie zwykłych ludzi, doświadczenie zła. Kiedy święty Augustyn powiada, że sama obecność zła musi być dobra, inaczej bowiem Bóg nie pozwoliłby złu się pojawić, mówi coś, co w kategoriach chrześcijańskich jest oczywiste: cokolwiek jest, jest dobre, istnienie jako takie jest dobre. Jest to wydedukowane z idei Boga; zakłada, że Bóg mógł był zła nie dopuścić, ale z powodów, które On zna lepiej, wolał na nie zezwolić. Leibniz wyjaśnia te powody bliżej, także w drodze dedukcji. Dowiódłszy koniecznego istnienia Boga i osobno Jego najwyższej dobroci, wnosi stąd, że Bóg musiał był stworzyć najlepszy świat, jaki jest logicznie pojmowalny, i to jest świat, który zamieszkujemy; każdy inny byłby gorszy. Sławne szyderstwa Woltera w tej sprawie są zbyt łatwe. Leibniz był świadom okropności życia. Mimo to wiara w najwyższą dobroć stworzenia jest nieodparta przy założeniu takiej idei Boga. Bóg w swojej wszechogarniającej mądrości rozwiązał nieskończenie zawiłe równanie wariacyjne, za pomocą którego obliczył, jaki świat wytworzyłby maksimum dobra. Chrześcijańska tradycja podkreślała zawsze, za Platonem, odróżnienie między złem moralnym i cierpieniem. Zło moralne, malum culpae, jest nieuchronnym skutkiem obecności wolnej woli ludzkiej (albo i anielskiej) i stwórca wykalkulował, że świat zaludniony stworzeniami rozumnymi i obdarzonymi wolną wolą, a więc zdolnymi do czynienia zła, wyprodukuje więcej dobra aniżeli świat, którego mieszkańcy byliby faktycznie automatami, tak zaprogramowanymi, że nigdy by zła nie czynili (zapewne, chociaż Leibniz nie mówi tego explicite, nie mogliby też dobra czynić, bo dobrymi nazywamy na ogół uczynki z wyboru, nie zaś pod przymusem spełniane). Co do cierpień, które nie są przez ludzi sprawione (malum poenae, w chrześcijańskiej mowie), mamy dwie możliwe odpowiedzi. Jedna powiada, że jest to dzieło złośliwych duchów, które Bóg dopuszcza, by nas pokarać, poprawić, ostrzec itd. Inna, w duchu Leibnizjańskim, wyjaśnia, że cierpienia takie są wynikiem działań praw natury, Bóg zaś nie jest w tym sensie wszechmocny, by mógł wszystko ze wszystkim w dowolnych układach połączyć i nałożyć na świat fizyczny porządek, gdzie rzeczy nie poruszałyby się wedle regularności ścisłych i nie zderzały ze sobą. Ci myśliciele chrześcijańscy, którzy, jak późni nominaliści, a wśród naszych współczesnych Szestow, wierzyli, że Bóg jest wszechmocny w sensie absolutnym, że może, na przykład, zmieniać przeszłość albo ustanawiać dekretem prawa matematyki i przykazania moralne, byli bardziej wystawieni na tradycyjne oskarżenie epikurejskie: skoro jest zło, to Bóg albo jest zły, albo bezsilny, albo zły i bezsilny zarazem. Krytyka ta jednak nie godzi w teodyceę Leibnizjańską, wedle której Bóg nie może zmieniać reguł logiki i matematyki, co nie jest bynajmniej ograniczeniem Jego wszechmocy; reguły te są prawomocne same w sobie, nie są Bogu narzucone jak obce jakieś prawodawstwo, ale są z nim identyczne. Nie powinniśmy przeto się uskarżać i Boga pytać, czemu to nie wyprodukował rajskiego świata bez cierpień. Bóg zresztą nie obiecał nam nigdy, że będzie nieustannie zawieszał prawa natury dla naszej przyjemności i czynił cuda, aby nie dopuścić do tego, by ludzie sobie wzajem szkodzili, tak że nie byłoby wojen, tortur, nie byłoby Oświęcimia ani Gułagu.

//

Wszystko to są sprawy wiadome i trywialne. Trudno jednakowoż dziwić się temu, że wielu ludzi nie umiało znaleźć w tym schemacie teologicznym zadowalającej odpowiedzi na pytanie o zło, którego doświadczają, z którym zmierzyć się muszą i które czynią. Nie brzmi to przekonująco dla zwykłego zdrowego rozsądku, że zło jest czystą nieobecnością, zjawiskiem negatywnym, że i diabeł jest dobry w akcie istnienia swojego i że ludzkie cierpienia i ból są cząstkami najdoskonalszego urządzenia, jakie Bóg mógł dla świata wymyślić. Umysł zwyczajny byłby raczej skłonny powtórzyć sławne pytanie, jakie Wolter zadawał po trzęsieniu ziemi w Lizbonie: a więc świat byłby gorszy, gdyby tej katastrofy nie było? My też możemy, jak się zdaje, zapytać: a więc świat byłby gorszy, niż jest gdyby nie było Oświęcimia ani Gułagu, a także gdybym ja się nie skaleczył w palec, krojąc pomidory?

Znowu: źle postawione pytanie wedle mądrości Leibniza i zresztą każdego teologa chrześcijańskiego. Nikt z nich nie powiada przecież, że potrafi owym algorytmem boskim się posłużyć i okazać, że taki czy inny poszczególny fakt zła i cierpienia, jakkolwiek byłby straszliwy, jest przy bliższym wejrzeniu dobry w nieskończonym globalnym bilansie, bo każdy taki fakt albo większe zło uniemożliwia, albo umożliwia większe dobro. Bilans tylko Bogu jest znany, my nie możemy starać się – beznadziejnie – o jego odtworzenie. Nie mamy zresztą pojęcia, jak można by mierzyć i ilościowo porównywać poszczególne rodzaje zła i dobra w ich rozmaitości nieskończonej. Właściwa nasza postawa polegać ma na tym, by planom boskim ufać z góry, bez kalkulacji i skarg, przyjąć te plany z całą ludzką masą nieszczęścia i obojętnym niszczycielstwem natury. Co do pomysłu, jaki zarówno od św. Augustyna, jak od Hegla jest nam znany, wedle którego zło jest potrzebne z racji estetycznych, jako że przyozdabia świat kontrastami i rozmaitością, jaką tworzy, brzmi on chyba jeszcze bardziej odpychająco.Zrozumiałe jest, że w obliczu tylu męczących zagadek umysł ludzki pokusił się o inne rozwiązanie, które zwykle zwiemy, słusznie czy nie, manichejskim. Rozwiązanie to odsyła nas do starej mitologii irańskiej; jest przekonujące i wydaje się zgodne z doświadczeniem codziennym. Powiada ono, że są dwie moce albo dwaj bliźniacy-bogowie, walczący ze sobą, i że zło, jakie z doświadczenia znamy, tj. cierpienie, jest zwyczajnie dziełem złego władcy. Teologia manichejska, w odróżnieniu od swoich zoroastriańskich źródeł, a w zgodzie ze swymi krewnymi gnostykami (niektórymi przynajmniej) i w niezgodzie z doktryną chrześcijańską, widziała w materii dzieło złej mocy. Manichejski obraz świata jest nieustającą pokusą chrześcijańskiego, w ogólności europejskiego umysłu. Że moce szatańskie, jakiekolwiek ich pochodzenie, próbują niestrudzenie, i nieraz skutecznie, zrujnować dobroczynne plany Boga, jest to myśl, która może się nam wydawać zgodna ze zdrowym rozsądkiem. Manicheizm daje się zaabsorbować przez umysł nasz z niewielkim oporem. Nawet judaizm, który ma reputację religii jednego Boga par excellence, modelu myślenia monoteistycznego, nie jest wolny od tej pokusy. Gershom Scholem, niezrównany znawca Kabały i mistyki żydowskiej, powiada nam, że księga Zohar często ukazuje zło jako coś realnego i pozytywnego, nie po prostu negację. Moce Boga stanowią całość harmonijną, sądy jego są dobre, o ile jednak jego prawa ręka rozdziela miłość i miłosierdzie, to lewa ręka jest organem jego gniewu, a kiedy działa niezależnie od prawej, ukazuje się zło radykalne, królestwo Szatana. Nie wiemy, czy Jakub Boehme znał pisma kabalistyczne, ale jego teozofia wyraża podobną intuicję: zło jest negatywną zasadą boskiego gniewu; jest od woli ludzkiej niezawisłe i niejako założone w budowie świata.

Niektórzy platonicy starożytni (np. Plutarch z Cheronei, Numenius) również poddali się wierze w dwie moce niezależne, złą i dobrą. Dla Plotyna jednakże zło jest po prostu nieuchronnym najniższym szczeblem drabiny Bytu; absolutna dobroć Jednego nie mogła zapobiec naturalnemu spadkowi rzeczywistości w materię, chociaż ohydna jest doktryna gnostyków, wedle której sam Stwórca świata jest zły.Nawet w dogmatach Kościoła rzymskiego odnajdujemy pozostałości tej „dualistycznej” teologii. Materia, oczywiście, nie może być zła. Kościół jednak potępił w 1347 r. teorię Mikołaja Autrecourt, który twierdził, że świat jest absolutnie doskonały zarówno w całości, jak we wszystkich swoich częściach (universum est perfectissimum secundum se et secundum omnes partes suas), zapewne dlatego, że twierdzenie tak śmiałe może sugerować, że zła po prostu nie ma, nie ma grzesznej woli skażonych stworzeń, ludzkich czy diabelskich. Ale katolicka wiara w wieczność piekła i w nieodwracalny upadek złych aniołów zakładać się zdaje, że pewne – w rzeczy samej ogromne – połacie zła są niezniszczalne, nieuleczalne, nie do odkupienia, że świat na zawsze będzie podzielony na dwa obszary, moralnie sobie przeciwstawne. Jakoż niektórzy ojcowie wschodni i niektórzy późniejsi teologowie nie mogli tych dogmatów strawić ani ich pogodzić z obrazem absolutnie dobrego, miłującego Stwórcy.

Dogmatyczne orzeczenia Kościoła uczyły nas nieraz, że zło moralne, choć Bóg je dopuszcza, nigdy nie jest przez Niego sprawione. Nieszczęścia i boleści ludzkie, jeśli nie można ich przypisywać złej woli innych, służą jednak dobrym celom. Kapłani i teologowie zwykli nieraz wyjaśniać różne cierpienia ludzi, poszczególne katastrofy i nieszczęścia jako cząstki przemyślnego planu boskiego, Kościół wszakże unikał oficjalnych komentarzy tego rodzaju; radził nam raczej poprzestawać na globalnym, bezwarunkowym zaufaniu.

Każdy wie, rzecz jasna, że cierpienia i katastrofy, wedle zwykłej miary oceniane, rozdzielane są przypadkowo i niepodobna ich tłumaczyć w kategoriach ludzkich nagród i przewinień, nagród i kar. Hiob to wiedział. Nie próbował konstruować teodycei. Całe swe życie był zacnym człowiekiem, a Bóg wiedział o tym. Jego nieszczęścia nie są odpłatą za jakieś jego występki. Hiob cierpi strasznie bez racji żadnej, ale potrafi powiedzieć „choćby mnie zabił wszechmocny ? ufam” (Hi, 13:15); godzi się z tym, iż Bóg tylko jest źródłem mądrości i że drogi Jego są niepojęte. Bóg sam zagniewany jest na doradców Hioba, teologów, zapewne dlatego, że ich zdaniem cierpienia Hioba są należytą odpłatą za jego grzechy. Cała księga Hioba wydaje się obalać teorię cierpienia jako sprawiedliwej kary.

Oto co mówi Bóg Hiobowi i żonie jego po wielu wiekach w sztuce Roberta Frosta A Masque of Reason:

Przez lat tysiące miałem cię w pamięci
Chciałem za pomoc twą ci podziękować;
Tyś mi pozwolił zbudować zasadę
Iż nie ma związku, który człowiek mógłby
Pojąć pomiędzy tym, na co zasłużył
A tym, co za to dostaje. Zło nieraz
Odnosi tryumf, a cnota jest na nic.
Zbyt długo-m zwlekał, by ci wytłumaczyć
Boleści twoje – bez sensu na pozór –
Które cię kiedyś tak srodze gnębiły.
Ale też było to w naturze samej
Tej próby, byś tych rzeczy nie rozumiał;

Bez sensu wydać się musiałem po to,
By sens utrwalić… Dziękuję ci przeto,

//

Żeś mnie uwolnił z tych moralnych pętów
Co mnie z rodzajem ludzkim powiązały…
Z początku tylko człowiek z wolnej woli
Mógł dobro albo zło wybierać sobie.
Ja zaś wyboru nie miałem. Musiałem
Za nim podążać, nagrody mu dawać
Lub kary tak, by to potrafił pojąć…
Musiałem rządzić tak, by dobro kwitło
A to, co złe, doznało pokarania.
A tyś to zmienił, tyś mi dał swobodę.
Wybawicielem jesteś twego Boga.

(tłum. L. Kołakowski)

Widzimy zgrozę tej historii: najwyższa dobroć nie daje się pogodzić z wolną wolą, jak ją pojmujemy; w każdej sytuacji ta dobroć nie ma innej opcji, jak dobro maksymalizować. Historia Hioba to zmieniła: Bóg jest wolny, może wspierać nikczemnych i zamęczać zacnych, wedle swego życzenia czy kaprysu. Jeśli tak, to teodycea jest niewykonalna i zbędna. Być może konsekwentna teodycea nigdy nie została napisana?

W różnych mitologiach zło daje się wyjaśnić; bogowie często dzielą dwuznacznie złe i dobre jakości. Nie odważam się tu zapuszczać w nadzwyczaj zawiłe losy hinduistycznych i buddyjskich teorii zła. Nietzsche powiada, że buddyzm jest poza dobrem i złem. Może tak być w niektórych odmianach buddyzmu, oczyszczonych z później narosłych mitów. Dla mędrców buddyjskich i zapewne dla samego Gautamy świat, jaki z doświadczenia znamy, jest tylko nieszczęściem i bólem, wyzwolenie czy zbawienie na tym jeno polega, by go porzucić. Myśl ta nie jest obca różnym myślicielom europejskim. Pamiętamy wszyscy nieśmiertelne słowa umierającego Sokratesa: Krytonie, winien jestem koguta Asklepiosowi. Znaczy to chyba tyle: tu oto kończy się choroba zwana życiem.

Nie jest to jednak wierzenie powszechne. Niektórzy panteiści i niektórzy mistycy tak byli zanurzeni w boskiej przestrzeni, że zło stało się niezauważalne. Boskie światło przenika wszystko, nie ma powodu się skarżyć, świat jest pełen radości, a „co z Boga jest, jest Bogiem”, jak Eckhart powiada. Albo też, słowami XVII-wiecznego mistyka francuskiego, Louisa Chardon: „Bóg na niebie bardziej jest niebem moim niż niebo samo; w słońcu bardziej jest moim światłem niż słońce, w powietrzu bardziej jest powietrzem niż to powietrze, którym oddycham”.Może się w rzeczy samej wydawać niezrozumiałe, dlaczego to samo słowo ma być używane dla nazwania cierpienia i zła moralnego. Niektórzy myśliciele, zarówno chrześcijańscy, jak pogańscy, utożsamiali zło ze złem moralnym. Powiada Epiktet, że nie ma zła ani dobra w rzeczach, które od woli naszej nie zależą, że ciosy losu, których uniknąć nie sposób, nie mogą być złem i że w samych sobie tylko szukać mamy dobra i zła; mędrzec może wszystko w dobro przemienić ? chorobę, śmierć, nieszczęścia. Jedyną rzeczą w świecie, która jest Bogu przeciwna, jest grzech, powiada platonik z Cambridge, Benjamin Cudworts, a grzech jest nie-bytem, niczym. A i Bóg sam powiedział Katarzynie ze Sieny, że żadne cierpienie nie może odkupić winy naszej, tylko pokuta może to uczynić; dodał także, że najgorszy grzech to odmowa lub brak ufności w boskie miłosierdzie; rozpacz Judasza była większym grzechem i gorszą zniewagą Boga, aniżeli zdradzenie Jezusa.

Wyjaśnienia takie podpowiadają, że cierpienie samo jest moralnie obojętne; nasza wola, nasze intencje, nasze czyny mogą być osądzane moralnie; innym ludziom ze złości ból zadawać jest złem, znosić ból złem nie jest.

Jeśli jednak postanawiam, że słowa „zło” używać mam, by opisać własne intencje, ale nie własne cierpienie, sugeruję jakby, że to, co inni czynią, mnie nie obchodzi. Gdy mi cierpieć każą, nie jest to, rzecz jasna, moje zło, ale zło przez nich sprawione. Czy mam powiedzieć, że moja sprawa to tylko moja własna świętość, nie zaś zło w świecie, nie pytanie, jak świat uczynić lepszym? Może to być w zgodzie z doktryną moralną stoików, lecz nie ze zdrowym rozsądkiem, który pouczać się zdaje, że powinienem nie tylko własne moje zło potępiać, ale całe zło w świecie ludzkim.

Tu jednak jest miejsce na inną restrykcję. Jeśli ograniczamy słowo „zło” do tego, co wola ludzka sprawia, nie możemy jego sensu tak rozciągać, by obejmowało cierpienie sprawione przez siły natury albo nawet przez ludzkie działania, jeśli ich bolesne czy szkodliwe skutki nie były zamierzone, lecz z przypadku wynikły. Skoro słowo „zło” ma najoczywiściej skojarzenia moralne, to stosowanie go do trzęsienia ziemi, zarazy czy śmierci od pioruna zdaje się zakładać, że i takie wydarzenia pochodzą z zamiaru, że nic się nie dzieje skutkiem ślepych operacji praw przyrody, lecz wszystko z intencji. Jest to, rzecz jasna, sposób religijnego odczytywania świata i nie musi być ono sprzeczne z uznaniem praw przyrody. Wedle wielu teologów Bóg we wszechwiedzy swojej włączył wydarzenia naturalne w moralny porządek kosmosu; zachodzą one mocą konieczności przyrody, ale mają zarazem cel moralny; nie postrzegamy ich jako cudów, które przerywają porządek przyczyn i skutków. Takie czytanie jest bliższe Leibnizjańskiego świata. A nawet przy założeniu, że wszystkie wydarzenia naturalne są bezpośrednio przez Boga sprawione, tak iż świat jest nieskończonym szeregiem cudów, regularność w porządku natury może działać bez zakłóceń, jak nam Malebranche tłumaczy.

Ci, którzy z racji religijnych unieważniają – explicite czy implicite – „pytanie o zło”, wierzą, rzecz jasna, w dobro, a dobro przenika cały materialny i duchowy wszechświat. Na przeciwnym krańcu teologicznego czy antyteologicznego widma znajdujemy tych, którzy twierdzą, że zarówno „dobro”, jak „zło” są to figmenty mitologiczne. Istnieje, oczywiście, przyjemność i ból, można je wytłumaczyć w granicach porządku przyrodzonego; doświadczenia te same w sobie nie niosą żadnych jakości moralnych. Nic nie jest złe czy dobre samo w sobie, coś może być przyjemne lub przykre, korzystne lub szkodliwe ? z dodatkiem „dla mnie, dla ciebie, dla niego”, a bez tego dodatku nawet słowa „przyjemny” i „nieprzyjemny”, nie mówiąc już o „dobrym” czy „złym”, są beztreściwe. Tak w przybliżeniu wierzyli Hobbes, Hume, a nawet Spinoza (choć ten ostatni przypadek jest bardziej zawiły). Nie potrzebujemy słowa „zło” (das Böse), sądzi Nietzsche, słowo „niedobre” (das Schlechte) wystarcza. Ale cóż jest „niedobre”? Chyba to, co przynosi niepożądane skutki albo mija się z celem, jaki mamy na uwadze. Tę samą doktrynę sugeruje sam tytuł sławnego dzieła Konrada Lorenza o agresji: Das sogenannte Böse.W granicach naturalistycznego czy materialistycznego obrazu rzeczywistości tradycyjne jakości „zły” i „dobry” są już to nie do przyjęcia, już to bezużyteczne i mylące, podpowiadają bowiem, że coś może unosić te jakości bezwarunkowo, nie zaś zależnie od okoliczności, a taki sens może być łatwo podejrzany o pochodzenie religijne.

Widzimy to, między innymi, w poglądzie na świat marksistowskim i komunistycznym. Oto przykład z literatury.

Bohater powieści Sołżenicyna Oddział chorych na raka odwiedza zoo i widzi tam pustą klatkę z przyczepioną do niej kartką; czyta tam, że małpka, która w tej klatce mieszkała, została oślepiona przez czyjeś bezmyślne okrucieństwo. Jakiś zły człowiek cisnął jej tytoń w oczy.Turysta doznaje prawdziwego szoku, gdy czyta tę notatkę. Jakże to? Zły człowiek? Nie agent amerykańskiego imperializmu, ale po prostu zły człowiek? Cóż to za określenie?

Zdumienie i szok turysty są prawdziwe i zrozumiałe. Przymiotnik „zły” (podobnie i rzeczownik) jako nazwa jakości moralnej był nieobecny w ideologicznym żargonie totalitarnego świata sowieckiego. Bywali, oczywiście, zbrodniarze, potwory, zdrajcy, obcy agenci, ale nie po prostu źli ludzie. Nie tylko o to chodziło, że słowo mogło sugerować tradycję religijną. Sugerowało nadto jakąś trwałą, inherentną własność pewnej osoby, niezależną od kontekstu politycznego. Dla tego, kto dialektycznie myśli, jasne jest tymczasem, że pewne pozornie takie same czyny mogą być słuszne lub niesłuszne zależnie od okoliczności, a ściślej – zależnie od tego, w czyim imieniu są dokonane, komu służą. Trocki i Lenin mieli w tej sprawie wyraźne zdanie. Czy, na przykład, jest coś inherentnie niesłusznego w mordowaniu dzieci? Nie. Było wszak słuszne, Trocki powiada, zabić dzieci rosyjskiego cara, bo było to politycznie potrzebne (zapewne nie było słuszne – choć Trocki, o ile mogę powiedzieć, nie mówił o tym wprost – zabicie synów Trockiego, bo Stalin nie reprezentował historycznych interesów proletariatu, inaczej niż Lenin). Jeśli odrzucamy zasadę, iż cel uświęca środki, musimy odwołać się do jakichś wyższych, politycznie nieokreślonych kryteriów moralnych, a to uznać to tyle, co w Boga uwierzyć, powiada Trocki.

Nie jest to, ściśle mówiąc, doktryna relatywistyczna, zwykle bowiem zastrzegamy to nazwanie dla wierzenia, że ten sam czyn może być zły lub dobry zależnie od okoliczności. Ale myślący dialektycznie właściwie co innego twierdzi. Chodzi o to, że nie jest to ten sam czy taki sam czyn, podobieństwo jest pozorne i powierzchowne. W jednym wypadku podejmujemy czyn politycznie słuszny, eliminując potencjalnych wrogów proletariatu, w innym zaś popełniamy zbrodnię przeciwko historycznej misji proletariatu. Tak samo nie wolno nam nazywać „inwazją” wyzwolenia innego kraju od kapitalistycznego ucisku, choćby „powierzchownie” działanie było podobne. Tak samo nie wolno porównywać hitlerowskich obozów koncentracyjnych z systemem wychowawczym państwa socjalistycznego itp. Myślący dialektycznie ma naukową znajomość ruchu dziejów i wie, że gdy wszystko (włączając ludzi) stanie się własnością państwa, drzwi są otwarte dla powszechnego wesela. Wie też, co jest słuszne lub niesłuszne, politycznie poprawne czy niepoprawne i żadne zabobonne określenia jak „zły” i „dobry” nie są mu potrzebne. Nie warto zresztą rozwodzić się nad tą prymitywną „dialektyką” i jej kłamliwym językiem, sprawy są dobrze znane.

I gdzież jesteśmy z naszym pytaniem? Czy nie trzeba się odwoływać do idei Zła? Czy nie możemy poprzestać na odróżnieniu tego, co przyjemne i przykre (zawsze z odniesieniem do osoby, miejsca i czasu)? Ale któż jest tak śmiały i tak dogmatycznie usztywniony, by twierdzić, że „zły” i „dobry” nie są to jakości empiryczne, że nie ma czegoś takiego, jak percepcja jakości moralnych, w tym także intuicji zła, że wielowiekowe doświadczenia ludzkości, od nieopisanych okrucieństw starożytnego Rzymu do potworności XX stulecia, nie mają odniesienia do „pytania o zło”, a są zwyczajnie mnóstwem nieprzyjemnych wrażeń, a nikt przecież nie przeczy temu, że różne nieprzyjemne rzeczy zdarzają się ludziom? Kończę, przywołując uwagę francuskiego teologa, którego nazwisko wypadło mi z pamięci (możliwe, że już to kiedyś gdzieś cytowałem); powiada on, że potrafi zrozumieć ludzi, którzy nie wierzą w Boga, ale że są ludzie, którzy w diabła nie wierzą, to przechodzi jego pojętność.

* Wykład na uniwersytecie w Tilburgu, w czerwcu 2002 r., na sympozjum zorganizowanym przez Nexus Institute na temat „Zło”. Przekład autora.

Posted in Ateizm, teizm | Leave a Comment »

Mit wolnej woli

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 13 Luty 2009

Autor tekstu: Lucjan Ferus

Drugi z mitów religijnych to wolna wola człowieka. Nasza religia ujmuje to tak:
-„Bóg tylko dopuszcza grzech, ale nie chce go wprost. Dlaczego jednak Bóg dopuszcza grzech ? Ponieważ szanuje wolną wolę ludzką”. W tym miejscu przytaczany jest fragment z Eklezjastyka: -„On na początku stworzył człowieka i zostawił go wolnej mocy rozstrzygania”. No i człowiek rozstrzygnął w swej mocy: -„Chcę wiedzieć, czym jest dobro i zło”. I co Bóg na to ? Uszanował tę jego wolę ? Jeśli te wszystkie kary, które spadły na rodzaj ludzki /a przy okazji na resztę stworzenia/, były skutkiem tego rozstrzygnięcia, to zaiste jest to dość dziwna oznaka szanowania wolnej woli człowieka /szanowanie wolnej woli, zawsze kojarzyło mi się z to1erancją, a nie z karaniem, ale widocznie się myliłem; to musi dotyczyć tylko ludzi/. Pomijając fakt, iż ten ówczesny człowiek nie potrafił rozróżniać dobra od zła, wiec jak mógł rozstrzygać i jakimi kryteriami kierować się przy podejmowaniu decyzji ?! Nie! To Bóg rozstrzygnął za człowieka /i to zaraz na samym początku/: -„Masz robić tylko to, na co ja ci zezwolę ! Ja jestem dla ciebie jedynym autorytetem !”. Gdzie tu jest to „uszanowanie” wolnej woli człowieka? Przecież sens grzechu pierworodnego to właśnie zanegowanie wolnej woli człowieka /ergo: nieuszanowanie jej/, zanegowanie jego prawa do samostanowienia, do dokonywania samodzielnych wolnych wyborów. Człowiek stał się grzeszny i niemiły Bogu od momentu, kiedy sam chciał decydować o swym losie; o tym co dla niego dobre, a co złe. Jednym słowem chciał być wolny od zewnętrznego autorytetu (czytaj: religijnego autorytetu).

Zresztą każdy kto przeczyta Pismo Św. zauważy z łatwością, iż nie ma tam w ogóle mowy o wolnej woli człowieka względem swego Boga, natomiast jest bardzo dużo opisów przerażających kar i prze­kleństw, mających spaść na tych, którzy śmieliby nie posłuchać swego Boga w czymkolwiek, lub nie wypełnić jego przykazań /np. w Księdze Powt. Prawa, błogosławieństwa za wierność zajmują 14 wersetów, natomiast przekleństwa dla odstępców aż 54 wersety/. A w Księdze Kapłańskiej są takie oto słowa:

-„Jeżeli zaś nie będziecie mnie słuchać i nie będziecie wykonywać tych wszystkich nakazów /…/ ześlę na was przerażenie, wycieńczenie i gorączkę, które prowadzą do ślepoty i rujnują zdrowie /…/ jeżeli i wtedy nie będziecie mnie słuchać, będę w dalszym ciągu karał was siedem razy więcej za wasze grzechy /…/ jeżeli nadal będziecie postępować mnie na przekór i nie zechcecie mnie słuchać, ześlę na was siedmiokrotne kary za wasze grzechy: ześlę na was dzikie zwierzęta, które pożrą wasze dzieci, zniszczą bydło itd. /…/ jeżeli i wtedy nie poprawicie się i będziecie postępować mnie na przekór, to i ja postąpię wam na przekór i będę was karał siedmiokrotnie za wasze grzechy/…/ jeżeli i wtedy nie będziecie mi posłuszni i będziecie mi postępować na przekór /…/ będziecie jedli ciało synów i córek waszych/…/ rzucę wasze trupy na trupy waszych bożków, będę się brzydzić wami !”.

Czy z tego skróconego tekstu /połowę przekleństw opuściłem/, wynika choćby cień przypuszczenia, iż Bóg Jahwe szanuje wolna wolę człowieka ? Nie szanuje jej u swojego ludu wybranego, a co dopiero u innych ? Nowy Testament /czyli nowy lud wybrany/ ma taki sam stosunek do tego problemu: -„Któż bowiem jego woli może się sprzeciwić ?! Człowiecze ! Kimże ty jesteś, byś mógł się spierać z Bogiem ?! Czy może naczynie gliniane zapytać tego, kto je ulepił — dlaczego mnie takim uczyniłeś ?!”. Albo te znamienne słowa Jezusa z Ewangelii św. Marka: -„Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony. A kto nie uwierzy, będzie potępiony”. Taką ma właśnie człowiek alternatywę /czyli „wolny wybór”/: albo posłuszeństwo i zbawienie, albo nieposłuszeństwo i potępienie. Innej możliwości „szanowania wolnej woli” człowieka, nie przewiduje się. A w liście do Rzymian, czytamy: -„Bóg komu chce okazuje miłosierdzie, a kogo chce czyni zatwardziałym”. I gdzie tu jest miejsce na respektowanie wolnej woli człowieka ? /Nawiasem mówiąc, dlaczego tym argumentem nie broniono heretyków przed stosem ? Dlaczego wszelkie odstępstwa od wiary — ową zatwardziałość właśnie – przypisywano Diabłu, a nie Bogu ? Dziwne to jest dla mnie i niepojęte, zaiste…/

A sam Kościół kat., który uważa się za spadkobiercę Słowa Bożego, oraz wykonawcę jego woli, może chociaż on szanuję tę wolną wolę człowieka ? Ano zobaczmy: oto fragment edyktu z Tessaloniki z 380 r.: -„Nakazujemy, aby ci, którzy wyznają tę wiarę przyjęli nazwę Chrześcijan katolickich. Wszystkich zaś innych uznajemy za głupców i szaleńców, trzymających się haniebnych zasad heretyckich”. Następnie edykt mówi, iż wszyscy ci głupcy i szaleńcy „poniosą wpierw karę boską, a potem karę z rozkazu naszej władzy, którą otrzymaliśmy z wyroku niebieskiego.”

Oto fragment encykliki „Mirari Vos” papieża Grzegorza XVI z 1832 r.: -„Z tego to najbrudniejszego źródła indyferentyzmu wypłynęło owo błędne i niedorzeczne mniemanie, albo raczej szalone głupstwo, jakoby każdemu należało zapewnić i zaręczyć wolność sumienia”. Oto fragment kazania biskupa Bossueta: -„Heretykiem jest ten, kto ma własne zdanie i kieruje się własną myślą i własnym uczuciem”.

Oto fragment encykliki papieża Piusa IX z 1864 r.: -„Niedorzeczne i błędne nauki lub inne brednie broniące wolności sumienia są największym błędem, zarazą najbardziej dla państwa niebezpieczną” /państwa Watykan ?/.

Oto słowa papieża Piusa X z początku naszego stulecia: -„Co do tłumu, nie ma on innych obowiązków, jak dać się prowadzić i jak trzoda posłuszna, iść za swymi pasterzami”. Dobrze powiedziane, prawda ? I na koniec perełka kazuistyki, jeśli chodzi o wolną wolę kobiet. Oto wypowiedź kard. J. Ratzingera: -„Kobieta, wiedząc kiedy ma dni płodne i powstrzymując się od stosunków płciowych w tym czasie — popełnia również grzech” /a mówią, że wstrzemięźliwość jest cnotą/.

W tak wielkim skrócie wygląda „szanowanie” wolnej woli człowieka przez jego Boga, jak i przez jego ziemskich urzędników. To jednak nie wszystko, bo największy fałsz mitu o wolnej woli człowieka, tkwi w samej doktrynie Kościoła.

Otóż są dwa wyjaśnienia tego samego teologicznego problemu: -„Bóg tylko dopuszcza grzech, ale nie chce go wprost. Dlaczego jednak dopuścił grzech ? Ponieważ szanuje wolną wolę człowieka”. I drugie wyjaśnienie: -„Bez dopuszczenia zła moralnego — czyli grzechu — na świecie, nie uzewnętrzniłby się ten przymiot boży, któremu na imię miłosierdzie /…/ dopiero na przykładzie grzesznej ludzkości, grzesznego człowieka, ujawniło się miłosierdzie Boga przebaczającego”.

Więc w pierwszej wersji, Bóg godzi się na istnienie zła przez wzgląd na człowieka /choć nie wiem jak można zrozumieć, iż „dopuszcza” znaczy, iż nie „chce” ? Jeśli Bóg czegoś nie chce, jest to dla nas prawem biologicznie nie do przeskoczenia, jak np. nasza śmiertelność, starzenie się itp. A jeśli dopuszcza, tzn., że chce; inaczej tego nie można zrozumieć !/.

Zaś w tej drugiej wersji Bóg robi to już dla siebie, a konkretnie dla swojej chwały; aby ujawniła się ta jego piękna cecha, którą jest miłosierdzie, okazywane przez przebaczenie win /czy pisałem już, że nasz Bóg zachowuje się jak ów chirurg, który aby mieć pacjentów, wpierw ludzi rani i okalecza by potem ich leczyć ? Pisałem ! No to jeszcze raz napiszę, abyśmy sobie uprzytomnili, jakiego mamy Boga/.

No dobrze, a jak wygląda ten sam problem od strony Boga ­- Absolutu ? Z bożych cech wynika, iż jest on Istotą, która swym umysłem /albo jestestwem/ ogarnia całą wieczność, albo inaczej: jest obecna w każdej chwili wieczności jednocześnie /dlatego właśnie dla Boga jest zawsze teraz. Wygląda na to, iż tylko dla nas czas płynie i wszystko przemija, podczas gdy dla Boga czas stoi, a wszystko trwa nieruchome… Trudno to pojąć człowiekowi !/. Jest on także jedynym stworzycielem całej rzeczywistości, jaka kiedykolwiek istniała, istnieje i istnieć będzie. A „ponieważ wszystko co jest stworzone, zaistniało zgodnie z myślą bożą, przeto idea podporządkowania wszystkiego jednemu celowi, powinna istnieć od całej wieczności w umyśle bożym” /św. Tomasz/. Ten plan nazywa się Opatrznością Bożą. Kościół wyjaśnia to tak:
-„Opatrzność Boża to odwieczny plan Boga obejmujący wszystko co istnieje”. Bóg jest pierwszą przyczyną wszystkiego, ale nie należy tego rozumieć w ten sposób, iż stworzył on Wszechświat i teraz przygląda się z nieba jak on działa. Jak już pisałem „Bóg współdziała nie tylko w utrzymaniu świata w istnieniu, ale także w każdej czynności stworzeń”. W kontekście powyższego, jak można pogodzić wolną wolę Boga z wolną wolą człowieka, tak by ta druga nie była zależna od tej pierwszej ? Obojętnie co człowiek zrobi w swoim życiu, Bóg i tak będzie o tym wiedział nieskończenie wcześniej, gdyż to on nieskończenie wcześniej zadecydował o tym, że tak właśnie się, stanie. To on sam stwarza przez cały czas tę rzeczywistość, której cząstką jesteśmy my — ludzie. I na dodatek wie o niej wszystko nieskończenie wcześniej. Gdyby choć na chwilę przestał podtrzymywać ją w istnieniu, momentalnie zapadła by się w nicość /Katechizm Rzymski/.

Owszem, człowiekowi może się wydawać, że to on decyduje o swym losie, może się także wydawać, że dokonuje wolnych wyborów. Ale obojętnie jakie by one nie były, muszą być one zgodne z wolą Boga. A nie sądzę, aby Bóg chciał utrzymywać coś w istnieniu, czego by nie akceptował; po co miałby to robić ? Sobie samemu na złość ?! Ba! Człowiekowi może się nawet wydawać, iż przeciwstawia się Bogu, lecz biorąc pod uwagę jego cechy, należy pogodzić się z faktem, iż to „przeciwstawianie” się Bogu, musi być także zgodne z jego wolą, inaczej nie miałoby prawa zaistnieć.

Innej możliwości nie dopuszcza logika rozumowania, biorąc pod uwagę konsekwencje wynikające z bożych atrybutów. Powyższa zależność wynika z relacji istoty ograniczonej czasem i przestrzenią — człowieka; do istoty nieskończonej i niczym nie ograniczonej — Boga, jego Stwórcy. Aby lepiej to zrozumieć powinienem posłużyć się w tym miejscu jakąś czytelną analogią. Wydaje mi się, iż tę relację — Stwórcy o nieskończonych możliwościach do swego ograniczonego tworu, który jest całkowicie od niego zależny — oddaje analogia pisarza w relacji do swego dzieła /nie jest ona doskonała, ale chyba najlepiej spełnia wszelkie zależności, jakie występują w tym problemie/. I tak:
1. Pisarz stwarza świat swej powieści wyobraźnią, ale przy pomocy słowa. A co mówi Ewangelia św. Jana ?: -„Na początku było słowo, a słowo było u Boga i Bogiem było słowo. Ono było na początku u Boga. Przez nie wszystko się stało /…/ Na świecie było słowo, a świat stał się przez nie…”.

2. Pisarz jest poza światem kreowanej przez siebie powieści, a jednocześnie całkowicie wypełnia ją sobą. Jego duch przenika jej stronice i nie ma w niej ani jednego słowa, które by nie wynikało z jego zamysłu /woli/. A co mówią postanowienia Soboru Wat. I ?: -„Ponieważ jest on /Bóg/ jedną, pojedynczą, prostą całkowicie i niezmienną substancją duchową, przeto należy wyznawać, że co do rzeczy i istoty jest on od świata oddzie1ony„. Jednocześnie wielu wielkich teologów uznaje bożą wszechobecność w naszym świecie. Bóg w swoim słowie pyta: -„Czy nie wypełniam nieba i ziemi ?”.

Zatem jak można być poza światem, oddzielonym od niego, a jednocześnie wypełniać go całkowicie ? Czy nie tak jak pisarz, który jest obecny w swym dziele, jednocześnie będąc całkowicie poza nim ?

3. Pisarz jest wszechmocny w stosunku do swego dzieła; tzn. że może dosłownie wszystko uczynić w kreowanej przez siebie rzeczywistości, co tylko mu podpowie wyobraźnia. A co mówi religia na ten temat, odnośnie Boga ? Bóg także jest wszechmocny /wszechmogący/. W swym słowie skierowanym do ludzi, mówi on: -„Czy może ktoś uciec przed tym, co ja zamierzam zdziałać ? Czy może ktoś sprzeciwić się mej woli ? /…/ Oto ja jestem Pan, Bóg wszelkiego ciała: czy jest może dla mnie coś niemożliwego ?” Albo: -„U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe /../ Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”.

4. Pisarz jest wszechwiedzący odnośnie swego dzieła. To znaczy, że jest mu znany cały jego plan, włącznie z zakończeniem /a już na pewno po napisaniu/. W tym przypadku Bóg na głowę bije pisarza, gdyż jego wszechwiedza jest totalna: obejmująca całą wieczność naraz, uwzględniająca wszelkie możliwe kombinacje rzeczywistości jakie są przez niego kreowane /nie będę tu powtarzał słów św. Tomasza z Akwinu/.

5. Pisarz jest początkiem i końcem wszystkiego, co istnieje w jego dziele. Bóg także: początkiem i końcem, Alfą i Omegą naszego świata, naszej rzeczywistości. Od niego się wszystko zaczyna, istnieje w nim /czy też dzięki niemu/ i dzięki niemu wszystko się kończy.

6. Pisarz jest jedynym autorem swego całego dzieła /pomijając przypadki prac zbiorowych/. Pisze je strona po stronie, rozdział po rozdziale… aż do samego końca. A jak jest z Bogiem ? Sobór Wat. I tak orzekł: -„Bóg działa w świecie nieustannie. Jest przyjętą tezą przez wszystkich teologów kat., że Bóg współdziała nie tylko w utrzymaniu w istnieniu, ale także w każdej czynności stworzeń”. Zaś Katechizm Rzymski uczy: -„Jeśli Opatrzność boża nie zachowywałaby rzeczy z taką samą siłą, z którą je stworzyła na początku, wszystkie zapadłyby się natychmiast w nicość”. Tak więc i jeden i drugi są autorami /twórcami/ całej rzeczywistości, którą kreują.

7. Pisarz jest całkowicie odpowiedzia1ny za wszystko to, co zawarte jest w jest dziele. On ponosi za nie całkowitą odpowiedzialność jako jego jedyny autor, więc i krytyka jego dzieła, winna dotyczyć wyłącznie jego osoby. A jak to się ma do naszego Boga?

W tym punkcie wyraźnie rozmija się analogia pisarza do Boga. Otóż wszystko wskazuje na to, iż nasz Bóg stara się uchylać od odpowiedzialności za swoje dzieło i narzucić nam przyjęcie następującej zasady: -„Nic złego co się dzieje tu na ziemi, nie może obciążać tego, który jest tam ponad nami, który to wszystko stworzył, i który tym wszystkim rządzi /ma władzę absolutną/”. Hołdy, uwielbienie i adoracja — jak najbardziej ! Ale krytyka i niezadowolenie — w żadnym wypadku ! I tu jest zadawane owo słynne pytanie: -„A kimże ty jesteś człowiecze, aby krytykować swego Boga ? Czy naczynie… itd.”.

Na koniec tej analogii pisarza do Boga, zostawiłem istotną różnicę jaka ich dzieli.

8. Otóż polega ona na tym, iż pisarzowi zazwyczaj wystarcza możliwość absolutnego panowania nad światem swojej powieści i istotami tam wykreowanymi, toteż nie przejawia on potrzeby „objawiania” im się w ich rzeczywistości; wydawania osobistych poleceń, nawoływania do konieczności spełniania jego woli /na stronach powieści oczywiście/, a także przestrzegania wszystkich tych, którzy chcieliby mu się sprzeciwić. Co ważniejsze, iż pisarz nie odczuwa także potrzeby dowartościowywania się poprzez postaci przez siebie stworzone. Nie zależy mu, aby schlebiały mu one, chwaliły go, adorowały i „służyły” mu w ten dość dziwaczny sposób. Nie zauważa się też, aby jakiemuś pisarzowi specjalnie zależało na karaniu swych bohaterów, ani poddawaniu ich bezustannym próbom lojalności sobie, oraz takim, które by mogły zaświadczyć jak bardzo owe postaci boją się swego twórcy /trochę trudno było to sprecyzować, ale chodziło mi o odpo­wiednik „’bogobojności” — co zdaje się być u człowieka najbardziej cenioną cechą przez jego Boga/.

Tego wszystkiego jest brak u pisarzy i nie zauważa się także tego stylu w ich książkach /prócz Biblii, oczywiście/. Dlaczego tak się dzieje? Może pisarze nie są tak chorobliwie wrażliwi na punkcie swej wielkości, że nawet własnym tworom każą się chwalić i służyć sobie, podnosząc swą wartość poprzez nie – we własnych oczach? Może mają świadomość, iż byłoby to dość dziwne z ich strony, aby w ten sposób przydawać sobie chluby i chwały ? /no chyba, że jest się pisarzem apologetycznym, a wtedy przypisywanie swych poglądów wyższej istocie i wkładanie jej w usta swych wypowiedzi — nikogo nie razi, ani nie dziwi. Czyż cel nie uświęca środków ?/.

Dlaczego zatem Bóg, który również ma absolutną władzę nad człowiekiem, sięga jednak do tych dodatkowych środków panowania nad nim ? Czyżby nie dowierzał samemu sobie ? Powiecie zapewne, iż ta analogia jest pozbawiona sensu, gdyż pisarz stwarza rzeczywistość pozornie żywą, że postaci w powieści nie mają możliwości samodzielnego działania, ani wolnej woli jak ludzie, którzy sami decydują o tym, co uczynią ze swym życiem. Pozornie będziecie mieli rację, ale tylko pozornie; bo gdy czytamy powieść, nie ożywiamy jej swoją wyobraźnią ? Czy jej akcja nie dzieje się w naszym umyśle, a bohaterowie jej nie przeżywają swojej rzeczywistości? Nie doznają takich samych odczuć i stanów ducha jak my ? A my sami ?

Czy naprawdę to my decydujemy o naszej przyszłości ? Czy naprawdę mamy tę osławioną wolną wolę ? Otóż mamy ją w niewiele większym stopniu, niż bohaterowie powieści; odnosimy tylko wrażenie, iż jesteśmy panami swego życia i że tylko od nas zależy co z nim uczynimy.

To są tylko złudzenia ! Rozejrzyjmy się tylko po świecie: czy ludzie z własnej woli chcą być nieszczęśliwi, albo by dotykały ich przeróżne nieszczęścia ? Chyba nie ! A jednak jest ich mnóstwo ! Czy ludzie z własnej woli chcą być biedni, chorzy i głupi ? Nie sądzę ! A jednak są takich krocie ! Czy ludzie z własnej woli chcą czynić zło ? Nikt się do tego nie przyzna, ale jednak je czynią ! I to bardzo często ! Czy z własnej woli chcą przeżywać piekło na ziemi i stwarzać je innym ? Mam duże wątpliwości ! A jednak dzieje się tak często, na tym „najlepszym ze światów” ! Więc jak to właściwie jest ? Jeśli mamy tę wolną wolę, jesteśmy panami swego życia — dlaczego świat nie jest rajem szczęśliwości, a życie ludzkie jednym pasmem błogostanu ? Dlaczego, pytam ? Czy nie dlatego to wszystko się dzieje, iż jesteśmy tylko bezwolnymi marionetkami w rękach bóstwa, Losu, czy praw Natury, które, nami rządzą? /wybór zależy od światopoglądu/. Tak więc biorąc pod uwagę te nieskończone boże możliwości w stosunku do naszych — bardzo ograniczonych, sądzę, iż ta analogia nie jest pozbawiona sensu i uzasadnienia /do mnie ona przemawia, ale czy może być inaczej ?/.

Kiedy wyobrażam sobie Boga wszechmocnego i wszechwiedzącego, o nieskończonych i niczym nie ograniczonych możliwościach, który postanowił aktywnie uczestniczyć w swym dziele, narzuca mi się nieodparcie wizja pisarza wkraczającego „osobiście” /bezpośrednio/ w świat kreowanej przez siebie rzeczywistości. I zadaję sobie zawsze to samo pytanie: -„Po co miałby to robić?”. Ten, kto może uczynić wszystko w kreowanej przez siebie rzeczywistości /świecie/, nie musi zadawać sobie trudu osobistego angażowania się w tę rzeczywistość. Ten, kto może uczynić wszystko nie musi niczego domagać się /ani żądać ani nakazywać/ od swego stworzenia, bo i tak mając nad nim absolutną władzę, wszystko czego będzie chciał, jest w stanie od niego wyegzekwować, bez jego wiedzy i woli. Więc po co to wszystko ?

Co Bóg zyskał objawiając się ludziom, a czego by nie zyskał poprzez i tak absolutną władzę nad nimi ? /Ten sam problem dotyczy także Jego Syna: co Bóg zyskał dodatkowego od swego stworzenia, poprzez swego Syna – Zbawiciela, czego nie mógłby sam uzyskać od ludzi mając i tak nad nimi absolutną władzę ? Zresztą w Ewangelii Św. Jana jest to napisane wyraźnie: -„Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni”. No właśnie! Odpowiedź jest tylko jedna:
Nie mógł zyskać nic dodatkowego, ponieważ władza absolutna gwarantuje wszystko co jest możliwe do uzyskania od tego, kto jej podlega — przez tego kto ją posiada. Więc pytanie: -„Po co wszechmocny Bóg się objawił człowiekowi ?” — pozostaje bez odpowiedzi właściwie.

Chyba, że chodziło Bogu o uzyskanie od swego stworzenia uczucia miłości, wdzięczności, pochlebstwa, strachu /czyli tak cenionej przez Boga ­bogobojności/; wtedy stworzenie musi znać adresata tych uczuć, nie może ich kierować ku ślepemu losowi. Ale czy to nie świadczyłoby o megalomanii i kabotynizmie naszego Boga? A zatem wykluczałoby jego absolutną doskonałość i nasz Bóg byłby wtedy nie mniej godzien litości i współczucia, niż jego marne i ograniczone stworzenie.

Czy trzeba aż umysłu na miarę mistrza Lema, aby zrozumieć, iż ten kto może uczynić wszystko, nie czyni nic, bo i po co ? /chyba, że dla zabawy, albo rozrywki/. A już chyba nie trzeba być geniuszem, aby pojąć, iż Stwórca, który ma nieskończone i niczym nie ograniczone możliwości w stosunku do swego dzieła /ma nad nim absolutną władzę/ nie musi mieć z nim osobistego kontaktu, aby i tak wszystko się w nim działo według jego zamysłu i woli. Bez narzucania mu norm moralnych, straszenia karami i przekupywania nagrodami. Bez jakiegokolwiek bezpośredniego przymusu. Więc dlaczego wierzymy w Stwórcę, który z założenia winien być Ideałem /doskonałością pod każdym względem/, a jednocześnie jest on tak samo prymitywny i ograniczony jak jego stworzenie ? Dlaczego, pytam ?! /sądzę, iż na to pytanie najlepiej każdy sam sobie odpowie/.

Biorąc powyższą analogię pod uwagę i wszystkie konsekwencje jakie z niej wynikają, sądzę, iż tej osławionej wolnej woli mamy w niewiele większym stopniu niż postaci z powieści, prowadzeni przez autorów z żelazną konsekwencją ku przeznaczeniu.

Jak np. bohater „Nędzników” W. Hugo — Jean Valiean, który jechał na „swoją” sprawę, kiedy to jego sumienie kazało mu się stawić za wszelką cenę, aby nie został skazany niewinny człowiek, a jego instynkt samozachowawczy mówił mu cos wręcz odwrotnego. Jeszcze na dodatek tej duchowej rozterki, zastanawiał się on, co go tak pcha do tego irracjonalnego działania, wbrew swej naturze i zdrowemu rozsądkowi. My wiemy, kto go popychał do tego; Jego „Bóg”: W. Hugo !

Czy nie w takiej samej /albo bardzo zbliżonej/ sytuacji jesteśmy my — ludzie, względem naszego Boga ? Tak to przynajmniej wynika z relacji jego atrybutów do naszej ograniczoności. No dobrze! Ale może wcale Bóg nie chce wpływać na człowieka, w wyżej opisany sposób, pozostawiając mu jednak wolną wolę i wolny wybór ? Chętnie zgodziłbym się z tym poglądem /jako, że bardzo cenię sobie wolność, choć nie tak rozumianą jak to rozumie Kościół kat./, iż Bóg – mimo absolutnej władzy nad ludźmi — nie chce wpływać w bezpośredni sposób na człowieka /tzn. działając na niego „od wewnątrz”/ — szanując jego wolną wolę, gdyby…

Gdyby nie istniały religie, kościoły, ustroje teokratyczne, papiestwo, państwa wyznaniowe, organizacje narzucające siłą swój światopogląd religijny, św. Inkwizycja, krzyżowcy, wojny o podłożu religijnym, przeróżne Pisma św., w imię których palono ludzi na stosach jako heretyków, indeksy ksiąg zakazanych, encykliki i syllabusy; tzw. religijne wartości /słynne WC, do dzisiaj nie zdefiniowane/, narzucane siłą nawet tym, którzy ich nie uznają, nietolerancja dla odmiennie myślących i wierzących, oraz psychiczny terror względem tych wszystkich, którzy nie chcą, aby ich światopogląd był krępowany religijną doktryną i dość dziwnie pojmowaną hierarchią wartości /tzw. filozofia Kalego, albo uczenie mówiąc – relatywizm moralny — oficjalnie potępiany, a nieoficjalnie stosowany w Kościele od zawsze i to przy każdej nadarzającej się okazji/.

Gdyby tego wszystkiego nie było, mógłbym zgodzić się z poglądem, iż być może Bóg choć może wszystko — nie chce ingerować zbyt mocno w życie ludzi i zniewalać ich do dobroci. Ale zastanówmy się:

Czy można uwierzyć, iż Bóg nie chce spowodować aby człowiek był dobry /kierując nim „od wewnątrz”/, natomiast chce — bo dopuszcza do tego — aby były krucjaty, pogromy religijne, torturowanie i palenie ludzi na stosach, eksterminacje i aneksje terenów pod pozorem „świętej wojny”, lub „ewangelizacji”, rzezie innowierców i ciągła nietolerancja dla odmiennie myślących ?

Czy można w to uwierzyć, jeśli się czyta w Piśmie Św. te wszystkie przekleństwa i groźby, te opisy strasznych chorób jakie mają dotknąć tych wszystkich, którzy chcieliby sprzeciwić się woli bożej ?

Czy można w to uwierzyć jeśli się zna historię Kościoła kat. i jego ponad 1700-letnią walkę z każdym przejawem wolnej myśli człowieka, zawsze za pomocą środków bogatych, choć ewangeliczna nauka nakazuje stosować środki ubogie ?! /tzn. przekonywanie jedynie słowem/.

Czy można w to uwierzyć, jeśli się zna historię dworów papieskich, która jest pasmem bezwzględnej walki o władzę nad całym światem! Walki nie tylko o prawo Kościoła do narzucania swych poglądów siłą /ówcześni papieże przeklinali wszystkich, którzy się temu sprzeciwiali!/, ale i do wyłącznego panowania nad sumieniami wierzących, walki o przywileje i bogactwa, jak najbardziej z tego świata? Pytam raz jeszcze: czy można uwierzyć, iż Bóg nie chce zbyt nachalnie narzucać człowiekowi swej woli, pomimo istnienia powyższego ?!

Wydaje mi się, że nie można /przynajmniej ja nie potrafię/. A więc uważam, że gdyby Bóg nie chciał narzucać człowiekowi swej woli w taki sposób, iżby nie mógł się on temu sprzeciwić — nie pozwoliłby również, aby robili to ludzie ludziom, w Jego imieniu. Inaczej ta jego milcząca zgoda na wszelkie zło jakie czyni człowiek człowiekowi z pobudek religijnych, świadczy o Jego nieprawdopodobnej wprost hipokryzji; bo on niby szanuje tę wolną wolę człowieka, i nie narzuca mu się — ale za to Jego kapłani, nie mając już tych skrupułów, od zawsze starali się decydować, co dla człowieka dobre, a co złe; a on im zawsze na to pozwalał /i pozwala nadal/. Albo świadczy ona o nieprawdopodobnej wprost hipokryzji i pysze kapłanów, którzy reprezentują jakoby Jego interesy na ziemi ­ co jest o wiele bardziej prawdopodobne i wiarygodne.

Jak śmieszny jest ten pogląd, iż Bóg szanuje wolną wolę człowieka, najlepiej oddaje wizja Królestwa Bożego: otóż ludzie żyć tam będą wiecznie, bez starzenia się /czyli w jakim będą wieku ?/ i chorób, bez trosk i kłótni, bez wojen, głodu i nędzy, w nieustającym zadowoleniu, dobroci i miłości do bliźnich — jednym słowem w nieustającym szczęściu i ekstazie /nie mylić z orgazmem/. Tylko nie będzie tam — pośród tych wszystkich wspaniałości — respektowana wolna wola człowieka. Dlaczego tak sądzę ? Otóż sam Kościół naucza, że wszelkie zło jakie istnieje na ziemi, bierze się z tego, iż Bóg szanuje wolną wolę człowieka i nie może nic zrobić bez jego woli. A człowiek uwielbia zło, bo ciągnie Go w tym kierunku jego własna natura, skażona złymi i grzesznymi skłon­nościami /”Dążymy do gwiazd, ale zdradza nas własna natura” — jak to ktoś, kiedyś trafnie określił/.

W Królestwie Bożym nie będzie zła, więc należy wnioskować, iż Bóg przestanie respektować zasadę szanowania. wolnej woli człowieka. Chyba, że tam będą już wszyscy dobrzy z natury /więc de facto nie byliby ludźmi/, co na jedno wychodzi: nie będą mieli wyboru. I jakoś to nikomu nie będzie przeszkadzało i jakoś nikt się nie dziwi, że skoro tam Bóg może urządzić raj szczęśliwości dla człowieka — obojętnie w jaki sposób — dlaczego nie może tego samego uczynić dla człowieka tu i teraz na ziemi, dysponując tymi samymi możliwościami ?

Uważam, iż jakby na ten problem nie patrzeć, nie da się pogodzić wolnej woli Boga z wolną wolą człowieka, jeśli miały by być od siebie niezależne. Zresztą, czy sam człowiek, modląc się do swego Boga: -„Bądź wola Twoja, Panie…” — nie oddaje trafnie prawdziwego stanu rzeczy? Może jednak i w tym aspekcie tych swoich rozważań się mylę, proszę więc wykazać w którym miejscu i dlaczego.

http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,297

Posted in Ateizm | Otagowane: | 1 Comment »

Odrzucić Wielkiego Boga i małego boga: następny krok ateistów

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 12 Luty 2009

List otwarty do społeczności ateistów

Odrzucając istnienie Boga ateizm trafnie ujmuje pół prawdy o tym, co nadprzyrodzone. Druga połowa dotyczy nas, a nie Boga i żeby dopełnić poznania tej prawdy musimy przyjąć spójny i konsekwentny naturalizm, czyli światopogląd oparty na przywiązaniu do racjonalnych wyjaśnień i dowodów. Naturalizm głosi, że istnieje jeden świat przyrody, ten, który odkrywa przed nami nauka, nie zaś świat podzielony na dwie kategorie: tego, co naturalne i tego, co nadprzyrodzone. Większość ateistów uważa się za naturalistów w tym sensie i rzeczywiście ateizm może być uważany za wyraz czy za pochodną naturalizmu.

W ateistycznych kręgach do zasobów konwencjonalnej mądrości należy wątpienie w istnienie Boga ze względów empirycznych: nie ma przekonujących świadectw, że taki byt istnieje, szkoda nam więc czasu na to, aby w Niego wierzyć. Często jednak inny jeszcze, równie wątpliwy byt nadprzyrodzony kryje się wśród kluczowych, zdroworozsądkowych wyobrażeń na temat natury ludzkiej: obdarzona wolną wolą jaźń.

Powszechnie uważa się, że posiadamy zdolność do myślenia, dokonywania wyborów i działania w sposób zasadniczo niezależny od tych przyczynowych oddziaływań, które stworzyły nas jako osoby i które stanowią nasze otoczenie w każdej chwili naszego życia. W odróżnieniu od wszystkich innych obiektów w przyrodzie, istoty ludzkie dysponują szczególną, przeciwstawiającą się kauzalnym uwarunkowaniom wolnością, która pozwala im powodować rzeczy i zdarzenia, jednocześnie nie w pełni podlegając oddziaływaniom z ich strony.

Brzmi to znajomo? Powinno, gdyż taka przyczynowo uprzywilejowana wolność stanowi cechę charakterystyczną Boga — przyczyny bez przyczyny, pierwszego poruszyciela, który działa, nie będąc efektem działania czegokolwiek poza samym sobą. Założenie o istnieniu wolnej woli, tak bardzo rozpowszechnione w naszej kulturze, czyni więc z nas nadprzyrodzonych małych bogów i to właśnie założenie konsekwentny naturalizm odrzuca. Powinniśmy wątpić w małego boga wolnej woli z tych samych względów, dla których ateiści wątpią w Wielkiego Boga tradycyjnych religii: nie ma żadnych świadectw empirycznych dowodzących jego istnienia.

Podobnie jak nauka radykalnie zmieniła nasz obraz kosmicznej rzeczywistości, zastępując statyczne niebiosa z Ziemią pośrodku Wielkim Wybuchem oraz nadprzyrodzone pochodzenie człowieka darwinowską ewolucją, tak i zastępuje ona duszę na wskroś fizyczną osobą, w całości ukształtowaną przez złożone wzajemne oddziaływania genów i środowiska. Dane gromadzone w coraz większej ilości przez takie dyscypliny, jak biologia, psychologia ewolucyjna czy neuronauka poznawcza sugerują, że nie jesteśmy wymykającymi się przyczynowości wyjątkami w przyrodzie. Nie istnieje jakiś podmiot należący do odmiennej — mentalnej – kategorii ontologicznej czy jakaś duchowa istota unosząca się ponad mózgiem, która mogłaby wywierać wpływ na proces podejmowania decyzji zupełnie niezależnie od zdarzeń zachodzących na poziomie neuronalnym. Nie ma nic nadprzyrodzonego czy przyczynowo uprzywilejowanego wewnątrz naszych głów, tak jak i nie ma nic nadprzyrodzonego na zewnątrz nich.

Oczywiście odrzucenie naszej przeciwstawiającej się kauzalnym uwarunkowaniom wolności jest psychologicznie trudne, podobnie jak dla osób religijnych trudne jest odrzucenie Boga. Większość ludzi, w tym także niektórzy ateiści, uważa, że ludzka godność i zdolność do skutecznego działania zależą od posiadania przez człowieka przeciwstawiającej się kauzalnym uwarunkowaniom wolnej woli oraz że bez takiej wolności moralność i prawo załamują się u samych swoich podstaw. Jak możemy przypisać sobie czy innym jakąkolwiek zasługę i winę? Jak możemy uzasadnić stosowanie kar i nagród? Czy bez wolnej woli nie jesteśmy jedynie marionetkami, maszynami odgrywającymi swój los, wyznaczony przez jakieś bezosobowe siły?

Jakkolwiek mocno nie narzucałyby się nam takie pytania, nie powinny one mieć wpływu na nasz obraz rzeczywistości, który, o ile jesteśmy naturalistami, powinniśmy formować w oparciu o świadectwa empiryczne, a nie w oparciu o to, co wydaje nam się, że być powinno. I faktycznie, jeśli spojrzymy na świat i na siebie samych beznamiętnym i naukowym okiem, wówczas nie znajdziemy żadnych empirycznych podstaw by sądzić, że posiadamy jakieś nadprzyrodzone dusze czy też należące do jakiejś odrębnej kategorii ontologicznej mentalne, niematerialne jaźnie, które czyniłyby z nas obdarzonych wolną wolą małych bogów stąpających po ziemi.

Nie ma jednak czym się przejmować. Po starannym rozważeniu okazuje się, że jakiekolwiek obawy, które wywoływałby w nas fakt nieposiadania przez nas wolnej woli są bezpodstawne. Nadprzyrodzona, przeciwstawiająca się kauzalnym uwarunkowaniom wolność tak naprawdę nie jest nam wcale potrzebna, abyśmy mogli zachować wszystko to, co uważamy za ważne i wartościowe, czy będzie to osobowość, moralność, godność, kreatywność, indywidualność, czy mocne poczucie ludzkiej podmiotowości. Możemy być w pełni podlegli przyczynowym oddziaływaniom w naszych wyborach i działaniach, lecz nie znaczy to, że jesteśmy bezradni w dążeniu do naszych celów, ani nie zakłóca to funkcjonowania naszych kompasów moralnych: wciąż możemy odróżniać dobro od zła i wciąż równie mocno pragniemy stworzyć świat, w którym moglibyśmy rozwijać się i kwitnąć, a nie marnieć. Jak przekonująco pokazał nam to w swojej przełomowej książce pt. The Problem of the Soul Owen Flanagan (filozof pracujący w Duke University), nie posiadając wolnej woli, ciągle jednak posiadamy samokontrolę, możliwość wyrażania siebie, indywidualność, racjonalność, odpowiedzialność moralną i wolność polityczną (zob. zwł. rozdz. 4: „Free Will”).

Co więcej i być może ku naszemu zaskoczeniu, uświadomienie sobie, że nie jesteśmy małymi bogami przynosi nam znaczące korzyści, tak w wymiarze osobistym, jak i społecznym. Po pierwsze, uznając i podkreślając nasze całkowite kauzalne powiązanie ze światem, konsekwentny i spójny naturalizm prowadzi do przepełnionego współczuciem zrozumienia ludzkich występków i cnót. Dostrzegłszy, że nie jesteśmy ostatecznymi przyczynami siebie samych ani swojego postępowania, nie możemy przypisać sobie absolutnej zasługi ani winy za to, co czynimy. W ten sposób zostają zredukowane w nas faryzejskie samozadowolenie, przesadna duma, nadmierny wstyd czy poczucie winy. A ponieważ innych ludzi — na przykład osoby uzależnione, łamiące prawo, żyjące w nędzy czy bezdomne — również postrzegamy jako w pełni podlegające przyczynowym oddziaływaniom, więc stajemy się wobec nich mniej oskarżający i karzący, bardziej zaś empatyczni i rozumiejący.

Po drugie, pokazując nam, w jaki sposób jesteśmy uwarunkowani przez nasze uposażenie genetyczne, wychowanie i środowisko społeczne, takie naturalistyczne samorozumienie radykalnie wzmaga naszą zdolność do przewidywania i kontrolowania tego, co dzieje się zarówno w naszym życiu osobistym, jak i na szerszej arenie społecznej. Odrzucając nadprzyrodzoną wolną wolę, naturalizm skupia naszą uwagę na tym, co rzeczywiście determinuje ludzkie zachowanie. Zwiększa to naszą władzę samokontroli oraz wspiera poszukiwanie opartych na nauce, skutecznych i postępowych rozwiązań w takich obszarach problemowych, jak prawo karne, nierówności społeczne, promocja zdrowia czy ochrona środowiska.

I w końcu, uświadamiając nam, że jesteśmy bez reszty włączeni w przyrodę, naturalizm stanowi podstawę dla satysfakcjonującego podejścia do kwestii ostatecznego sensu i znaczenia. Nie będąc małymi bogami, czujemy się jak u siebie w domu tu, na Ziemi, jako część wywołującego nasz podziw wszechświata, jako pełnoprawni uczestnicy w rozwijającym się naturalnym porządku. Jak donosi Discover Magazine, Richard Dawkins opowiedział się za tego rodzaju naturalistyczną duchowością, nazywając ją „Einsteinowską religią”, zaś arcysceptyk Michael Shermer poprowadził w Esalen seminarium pt. „Nauka, duchowość i poszukiwanie sensu”.

Wszystko to sugeruje, że jeśli jeszcze tego nie uczynili, ateiści z powodzeniem mogą rozciągnąć swoje odrzucenie tego, co nadprzyrodzone tak, aby dotyczyło ono również małego boga wolnej woli. Postępując w ten sposób, staną się bardziej konsekwentni w swym naturalizmie, a zarazem będą mogli korzystać ze wszystkich jego owoców. Jednak z wielu doświadczeń związanych z promowaniem naturalizmu wiem, że kwestionowanie wolnej woli napotyka wiele trudności i oporów. Nawet wśród najbardziej zagorzałych ateistów niektórzy będą wzdragać się na myśl o tym, że nie posiadamy wolnej woli zdolnej przeciwstawić się przyczynowym oddziaływaniom. Na tym jednak — na przyjęciu tej idei — polega następny krok, który musimy uczynić, jeśli chcemy uwolnić się od wiary w to, co nadprzyrodzone.

Nie ograniczając się do odrzucania tego, co nadprzyrodzone naturalizm stanowi atrakcyjną ofertę jako pozytywny, całościowy światopogląd, który z powodzeniem może konkurować z dualistycznymi wizjami człowieka, niezależnie od tego, czy wizje te są zakorzenione w tradycyjnych religiach, czy w filozofiach New Age. Naturalizm potrzebuje jednak starannego opracowania, aby mógł rozwiać narosłe wokół niego obawy i nieporozumienia oraz ukazać pełnię swych psychologicznych i praktycznych zalet. Misją Center for Naturalism (CFN), niekomercyjnej organizacji z główną siedzibą w Somerville, Massachusetts, USA, jest upowszechnianie naturalizmu i jego pozytywnych implikacji oraz rozwijanie rozwiązań politycznych i praktycznych zastosowań, które w pełni uwzględniałyby naturalizm. Serdecznie zapraszamy Was do odwiedzenia naszej strony domowej Naturalism. Org oraz do zapoznania się z naszymi celami i z programami realizowanymi przez CFN. Ateiści, będąc zasadniczo naturalistami, odkryją zapewne, że najogólniejsze założenia, na których opiera się nasza działalność są im bliskie, nawet jeśli nie zaakceptują wszystkiego, co proponuje CFN. Z zainteresowaniem oczekujemy na Wasze pomysły, szczerze cieszymy się z każdej konstruktywnej informacji zwrotnej, jaką od Was otrzymamy.

Autor tekstu: Tom Clark
Tłumaczenie: Łukasz Nysler

Tekst ukazał się na łamach Ateista.pl 1.4.2006.

Tom Clark
Założyciel i dyrektor The Center for Naturalism, amerykańskiej organizacji edukacyjnej zajmującej się propagowaniem w społeczeństwie filozofii naturalistycznej. Jest również twórcą strony http://www.naturalism.org

Tom Clark Presents Naturalism

Posted in Ateizm | Leave a Comment »

Wrogowie rozsądku – Niewolnicy Zabobonu

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 5 Luty 2009

Czy rozsądne jest by martwi mogli komunikować się z żywymi i radzić im jak mają żyć?

Co myślisz o wbijaniu igieł w ciało, by poczuć przepływ energii Chi i wyleczyć się z chorób. Albo wyginaniu łyżeczek samym tylko umysłem. Czy jest to racjonalne.

Richard Dawkins nie sądzi by tak było i uważa za swój obowiązek przedstawić te obszary przekonań, które istnieją bez naukowego dowodu i wciąż trzymają ludzi w mocy zaklęcia.

Spotyka się z czołowymi zwolennikami, ludźmi mającymi autorytet w swojej dzedzinie. także z ofiarami ich praktyk i przedstawia historię tych ruchów – od szarlatanów, którzy wykorzystują te techniki, po eksperymenty i testy, które nie dowiodły ich skuteczności.

Posted in Ateizm, Film | Otagowane: , , , | Leave a Comment »

Dlaczego ludzie wierzą w dziwne rzeczy?

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 18 Styczeń 2009

Założyciel Stowarzyszenia Sceptyków Michael Shermer poświecił swoje życie na demaskowanie wszelkiego rodzaju mitów, guseł, zabobonów i przesądów. Dlaczego ludzie widza Maryję Dziewice na kanapce z serem albo słyszą diabelskie przesłania w utworach muzycznych? Używając muzyki i nagrań video Michael Shermer pokazuje jak przekonujemy samych siebie aby wierzyć w coś pomimo naukowych faktów.

Posted in Ateizm, teizm | Otagowane: , , , | Leave a Comment »

Religulous

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 17 Styczeń 2009

Bill Maher o filmie ‚Religulous’

Znany komik Bill Maher wziął się za religie. I bardzo dobrze 🙂 Istotą filmu jest to, że Maher – w przeciwieństwie do wszelkiej maści religiantów – nie wie. Dlatego pyta. I stawia niewygodne pytania przedstawicielom różnych religii.


Mamy więc chrześcijan którzy za wszelką cenę próbują udowodnić, że dinozaury żyły razem z ludźmi. Bo jeśli się udowodni prawdziwość mitów z Księgi Rodzaju, to cała reszta także zostanie udowodniona.

Mamy rozmowę z muzułmanami którzy twierdzą, że terroryzm nie ma nic wspólnego z islamem. Dlaczego? Bo to „polityka” a islam to religia pokoju. I cięcie – jakiś imam wzywający do wymordowania wszystkich Żydów. Mamy również muzułmankę która twierdzi, że wolność słowa jest po obu stronach. Na co Maher dopowiada – to dlaczego tymi którzy zabijają w ramach walki z wolnością słowa są muzułmanie? (HINT: na skutek sprawy z duńskimi karykaturami na całym świecie zginęło 50 osób!).

W Watykanie Mahler rozmawia z jakimś księdzem. Pokazuje mu ogromny watykański pałac i pyta czy Jezus mieszkałby w czymś takim w dzisiejszych czasach?. Na co ksiądz - szczerze się śmiejąc - odpowiada, że Jezus zapewne zamieszkałby gdzieś na biednych przedmieściach. Poznajemy również jakiegoś latynosa, który ma 100,000 wyznawców i uważa się za potomka Jezusa Chrystusa. Skąd o tym wie? A bo pewnego razu spotkał dwa anioły wysłane przez samego Boga. Mahler dopytuje - czy to nie dziwne, że Bóg zawsze mówi "na ucho" swoim prorokom? Przecież mógłby od ręki obwieścić wszystkim ludziom, że ten i ten jest prorokiem Pana!

Obrywają mormoni (wg. nich Bóg - w postaci absolutnie realnej - zapłodnił Maryję, a pośmiertnie ochrzczono np. Buddę i Adolfa Hitlera) i scientolodzy (musimy się pozbyć siedzących w nas Thetan, przedstawicieli obcej cywilizacji). Mahler przedstawia gejów-muzułmanów i odwiedza Cannabis Ministry. Co ciekawe na tle przedstawicieli wszystkich religii lekko zmulony koleś z kościoła pod wezwaniem błogosławionej marihuany wypada całkiem dobrze ;) Przynajmniej nie chce nikogo mordować, nawracać, tylko palić boskie zioło.

Bill Mahler jedzie do Meggido, miejsca gdzie wg. chrześcijan ma dojść do końca świata. I boli go to, że przepowiednie końca świata - obecne we wszystkich religiach - mogą się spełnić dzięki ludziom którzy dążą do ich samospełnienia. Jego największym zarzutem wobec religii jest to, że z niemyślenia uczyniła cnotę. I już całkowicie poważnie Mahler stawia sprawę: albo dorośniemy, albo czeka nas śmierć (z rąk fanatyków dążących do spełnienia pradawnych proroctw).

http://religiapokoju.blox.pl/2009/01/Religulous-odtrutka-na-niemyslenie.html

Posted in Ateizm, teizm | Otagowane: , , | Leave a Comment »

It’s Bad For Ya

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 14 Styczeń 2009

Ostatni wystep dla HBO amerykanskiego komika George’a Carlina, nagrany 01.03.08







Posted in Ateizm, Film | Otagowane: , | 1 Comment »

Messiah

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 18 Grudzień 2008

Sceptyk, ateista i ‚psychologiczny iluzjonista’ Derren Brown odsłania tajniki pracy hochsztaplerów z dziedziny zjawisk paranormalnych.

Obnaża szarlatanerię ludzi ‚czytających w umyśle’, ‚nawracających dotykiem’ pastorów, newage’owych guru, ‚badaczy’ UFO oraz mediów ‚rozmawiających z umarłymi’.

Posted in Ateizm, teizm | Otagowane: , | Leave a Comment »

A może Bóg nie istnieje?

Posted by psychoneurocybernauta w dniu 13 Październik 2008

“Podobne skutki wywołują podobne przyczyny. Jeżeli przyczyna nie ma początku, to jak mogą mieć początek skutki?”

Jeżeli przyjmiemy definicję boga jako kreatora, to taka istota nie istnieje. Nie będę obalać dowodów św Tomasz chociażby z powodów błędów przez niego popełnionych np założenie ze świat nie może być cykliczny.

Natomiast jeżeli założymy, że bóg jest istotą z definicji niezmienną, to w jaki sposób można twierdzić że bóg jest stwórcą? Jeśli bóg jest niezmienny to stworzony byt musiałby być również istnieć od niemającego początku czasu, wraz z bogiem.

Jeżeli z założenie bóg jest stwórcą, czy to według swoich pragnień, czy też zależnie od zmieniających się warunków, to taki bóg podlegałby zmianie i oddziaływaniu – zgadza się – a wtedy nie byłby dłużej niezmiennym bytem. Gdyż jeżeli jest ON zależny od warunków, to same te warunki zamiast boga byłyby przyczyną.

Gdyby zebrały się, TE niezależne od boga warunki, bóg nie miałby mocy, aby nie stwarzać. Gdyby zostały one stworzone bez udziału boskiego pragnienia, wynikałoby z tego, ze podlegałyby one mocy czegoś innego niż bóg. TE były by stworzycielem, a nie ON.

Z kolei gdyby bóg stworzył zależnie od swoich pragnień, to istnienie stworzenia, było by również od nich (pragnień) zależne. A gdybyśmy byli w ten sposób zależni, to co stało by się z bogiem? Bóg podlegający zmianie i oddziaływaniu nie jest już niezmiennym bytem.

Także badają w ten sposób istotę boga, stworzyciela nieba i ziemi, dochodzimy do wniosku, ze takie pojęcie jest nie możliwe, natomiast alternatywą jest pojęcie cykliczności bytu (stworzenia), które wyklucza istnienie Pierwszego Poruszyciela.

Jeżeli Bóg nie istnieje to w jaki sposób ateizm wyjaśnia skąd bierze się świadomość?

Idąc dalej tym tokiem rozumowania, możemy zapytać się o świadomość. Niektórzy twierdzą, że świadomość wywołują chemiczne i elektryczne reakcje w momencie połączenia jajeczka matki i spermy ojca.

To twierdzenie jest również fałszywe, gdyż jeżeli przyczyna nie jest czymś odczuwającym, to skutek również nie może być czymś odczuwającym. Niezależnie od ilości i mocy elektrycznych i chemicznych reakcji. Nie dadzą one świadomości.

Świadomość stworzona w wyniku materialnych przyczyn musiała by być ograniczona co do zasięgu – posiadać pewien kształt i położenie w przestrzeni. Jednakże świadomość jest nie postrzegalna i nie-fizyczna i nie-ograniczona to cechy materii.

Poza tym przyjmować że świadomość, powstaje z chemicznych, czy elektrycznych reakcji, to wraz z każdą nową reakcją musiałaby zaistnieć nowa świadomość, a przecież wiemy ze świadomość jest ciągła.

Sądzić cokolwiek innego, to tyle co pogwałcić logikę i przyjmować coś na zawsze tajemniczego i niepoznawalnego, a za takich przecież nie chcą uchodzić ateiści. Wyjaśnienie musi być w przyczynach naturalnych.

“Ludzie nie potrafią prawidłowo używać języka, są do niego przywiązani w dogmatyczny sposób przez co, ich myślenie przybiera dogmatyczne formy, ich postrzeganie staje sie dogmatyczne, nawet ich węch i słuch staje się dogmatyczny, są uwięzieni w pułapce neurosemntycznej ich własnych umysłów, z której nie potrafią dostrzec, że są kosmicznymi przygłupami, i nie docierają do ostatecznych możliwości.

Ludzie głownie kłócą się o słowa, a raczej znaczenia słów które przypisali rzeczom, tworząc nieskończona ilość bloków znaczeń, następnie wybierają te znaczenia fragmentarycznie i zaczynają kłócić się o słowa, a potem zabiją się nawzajem o znaczenia tych słów.

A powinno sie im zapewnić spokojna atmosferę w domku na wsi z uprzejmymi lekarzami i ładnymi pielęgniarkami, dzięki czemu rządy krajów przestałyby bombardować się nawzajem, lub organizować krucjaty religijne, aby w walce o prawdziwa wiarę pozabijać niewiernych.

Nie istnieje absolutne tak i absolutne nie są jedynie możliwości, bardziej prawdopodobne przypuszczenia i mniej prawdopodobne przypuszczenia, może jeżeli wszyscy będziemy mówić BYĆ MOŻE częściej nasz świat stanie się mniej szalony.”

R.A.W.

Posted in Ateizm, teizm | Otagowane: , | Leave a Comment »