Archiwum kategorii ‘teizm’
Biblia to gówno prawda.
Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu październik 28, 2009
Opublikowany w ateizm, teizm | Zostaw Komentarz »
Seks narkotyki i okultyzm
Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu lipiec 20, 2009
Warto jest pewnie przyjrzeć się bliżej tradycji religijnej, albowiem prawie w każdym plemieniu istnieje jakaś wersja przypowieści o Ogrodzie Eden. Mówi się że nasi przodkowie lub praojcowie żyli w prawdziwym raju.
Nie było własności prywatnej, nie było też zawiści, zazdrości, kradzieży, wojny ani rządu. Był to Złoty wiek” – powiada Don Kichot Cervantesa, podsumowując wątek przewodni mitu greckiego, żydowskiego i chrześcijańskiego.
Lecz wkrótce pojawił się pierwszy grzech, pierwszy błąd, pierwsi transgresja. Od tego czasu błąkamy się w dziczy, a anioł strzeże bram Edenu “z płomiennym mieczem zwróconym w każdą stronę”, żebyśmy już nigdy nie mogli dostać się do tego raju na ziemi.
Psychiatrzy i inni badacze społeczni mają ciekawe teorie dotyczące pochodzenia tego uniwersalnego wzoru mitycznego.
Freudyści twierdzą, że jego podstawa znajduje się w naszych wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa, kiedy otrzymywaliśmy, to co chcieliśmy (na nasze zawołanie), i nie mieliśmy frustracji płynących z niezaspokojenia.
Inny psychoanalityk, Otto Rang, podpowiada bardziej sugestywnie, że Eden to nasze zniekształcone wspomnienia z życia łonowego, a “upadek człowieczy” to traumatyczne przywołanie szoku urodzin.
Niektórzy makrsiści i ideolożki Ruchu Wyzwolenia Kobiet wierzą, ze między rewolucją rolniczą sprzed 12 000 lat p.n.e.., a urbanizacją 4000 roku p.n.e. istniał Złoty Wiek braterstwa, siostrzeństwa i socjalizmu.
Z kolei niektórzy etologowie sądzą, że mit ten jest wspomnieniem jeszcze wcześniejszej, bo prehistorycznej społecznej łowieckiej (od 4 000 000 do 1 000 000 p.n.e.), kiedy ludzie żyli z zgodzie ze swymi “instynktami” i nie byli jeszcze poddani gruntownej socjalizacji, która wprowadziła nienaturalne tabu, wpędzając ludzkość w nędzę.
Istniej nawet taka urocza teoria wyłożona przez Theodor,a Lasara z Nowego Jorku, która powiada że tak zwana Wielka Kometa z 8000 pn.e. wyśledzona przez dr. Imamanuela Velikovski’ego doprowadziła ludzkość do szaleństwa, a “złoty wiek” jest naszym szalonym wspomnieniem czasów kiedy byliśmy normalni.
Jednak niezależnie od źródła tej ogólnoludzkiej opowieści, odwołuje się ona do oczywistego faktu psychologicznego:
ludzie potrafią sobie wyobrazić idealny stan szczęścia, ale już trudniej im uznać, że mogliby osobiście osiągnąć ten ideał.
Panuje powszechna świadomość pewnych bram, drzwi bądź barier miedzy pragnieniem a rzeczywistością. Kobiety i mężczyźni czują się prawie niezdolni do osiągnięcia tego, czego pragną.
Ta psychologiczno-duchowa bariera odpowiada całkiem dobrze koncepcji”grzechu pierwotnego” u św Augustyna, grzechu, który “przesłania intelekt” i daje duszy “trwała skłonność do zła”
Odpowiada również Freudowskiemu przekonaniu, że każdy jest neurotykiem.
Co więcej przypomina uderzającą diagnozę dr Wilhelma Riecha, wedle której ludzkość cierpi na “strach przed przyjemnością”, wewnętrzny lęk, który zmusza nas do wypierania “pierwotynych popedów” i obierania sobie “drugorzędnych” celów “zastępczych”, podobnie jak łucznik, który nie potrafi zmierzyć się ze środkiem tarczy i celowo chybia o kilka milimetrów.
Istnieje jednak pogląd mniejszości (…)
Pierwszymi którzy przyjęli że człowiek może żyć w raju “znajdując się nadal w swym ciele”, byli gnostycy w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Pogląd ten nigdy nie wymarł, chociaż tępiły go wszystkie kościoły.
(…)
Wszystkie te wizje mesjanistyczne osiągają swój punkt szczytowy w czasach współczesnych, w rewolucji psychedelicznej, którą rozpętali tacy złowieszczy szamani jak dr nauk społecznych Timothy Leary, dr reologii Alan W. Wattsi sekretarz natury Adonis Huxley. Oczywiście, byli też inni, którzy ich wspierali: poeta Allan Ginsberg, pisarz William S. Burroughs, dr Johm Lilly, prof Humpherey Osmund, dr Houston Smith, pisarz Kek Kesey i wielu innych. Wszystko zależy kogo uznamy za prowodyra tego ruchu.
Miliony naszych obywateli i mozolnie szukana molekularnych tylnych drzwi do “Ogrodu Eden”.
“Zieloni rewolucjoniści” nie wierzą w to, że musimy na zawsze tracić z oka cel. Nieche przyjąć jażma grzechu pierworodnego, wrodzonych neuroz ani nawet teozoficznych koncepcji “strażnika progu” (istoty która pożera głowy ludzi wstępujących na wyższeplany bez zaproszenia).
Nie godzą się na barierę miedzy pragnieniem, a rzeczywistością, o której tak gorzko mówi T.S. Eliot w wierszu The Hollow Men.
Według dość ortodoksyjnego chrześcijańskiego poglądu Eliota, jest pewien “Cień”, który zawsze pada między “ideę a rzeczywistość, “pożądanie a spazm”, ruch a działanie”. Ten “Cień” to oczywiście grzech pierworodny, którego już z definicji nikt nie może odrzucić.
Rewolucja narkotykowa powiada jednak, podobnie jak Budda, ze “To tylko Cień – tylko pozór, iluzja”.
Ideolodzy tej sprawy nadaliby cieniowi status starej taśmy odgrywanej w głośnikach umysłu, zapełnionej lękami społecznymi uprzedzeniami i zastąpić nowym programem, jeśli się zna odpowiednie techniki neurologiczne lub jogicznme
Powiedzą jeszcze z misjonarskim błyskiem w ok, że techniki te wielu zna, może je przekazywać innym i wydatnie wspomagać odpowiednimi substancjami chemicznymi.
Bądźcie realistami, żądajcie niemożliwego!
ten slogan studenckich rewolucjonistów francuskich z 1968 roku jest mantrą przewijającą się przez cały mistycyzm narkotykowy.
Możemy go również znaleźć u dr. Johna Lill’ego który ubiera go w inne słowa:
W krainie umysłu to, co uważa się za prawdę, nią jest lub staje się prawdą w granicach wyznaczonych przez doświadczenie. granice te są z kolei następnymi przekonaniami, które należy przekroczyć. W krainie umysłu nie ma granic… Istnieje w niej wszystko, co można sobie wyobrazić.
Seks narkotyki i okultyzm
Seks, narkotyki i okultyzm stały się narzędziami rewolucji. I choć w dużej mierze była to przegrana rewolucja, wytworzyła wyłom w kosmosie możliwości, udostępniając projektowanie rzeczywistości wedle własnej woli.
Opublikowany w Libertarianizm, teizm | Zostaw Komentarz »
Metafizyka zła i doświadczenie zła
Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu lipiec 17, 2009
Przegląd ludzkich rozmyślań na temat zła byłby tym samym, co przegląd całych dziejów teologii, filozofii, religii i literatury ? od Rigwedy przez Platona, przez Dostojewskiego do Jana Pawła II. Przegląd zaś faktycznych działań zła w życiu ludzkim byłby tym samym, co przegląd całej historii ludzkości, od plemion paleolitycznych do tej właśnie chwili.
Znane są dwa sposoby – każdy z licznymi odmianami – w jakie filozofowie, teologowie, uczeni i zresztą zwyczajni ludzie usiłowali w ciągu stuleci uporać się z tak zwanym problemem zła. Nie inaczej niż w przypadku wszystkich wielkich spraw ludzkich możemy albo próbować rozwiązać “problem”, albo pozbyć się go, oświadczając, że jest on źle postawiony i że po prostu nie istnieje. Wśród tych, co starali się zagadkę zła zgłębić, znajdujemy wyznawców dwóch przeciwstawnych (przynajmniej tak się zdaje) opcji metafizycznych: manichejczyków i chrześcijan. Wśród tych, co unieważniali pytanie (z powodów rozmaitych), są niektórzy mistycy, niektórzy panteiści, wszyscy marksiści i komuniści, większość innych utopistów, większość głosicieli naturalistycznego poglądu na świat, jak wyznawcy Nietzschego, naziści i darwiniści filozofujący.
Jest prawdą trywialną, że pojęcie zła jako czystej negatywności jest zwyczajną dedukcją z wiary w jedynego Stwórcę, który poza tym, że jest jedyny, jest zarazem nieskończenie dobry. Jest to, powtarzam, dedukcja, nie zaś sprawa doświadczenia. Teodycea chrześcijańska podejmowała ogromny, heroiczny wysiłek, by dać odpowiedź na najpospolitsze doświadczenie zwykłych ludzi, doświadczenie zła. Kiedy święty Augustyn powiada, że sama obecność zła musi być dobra, inaczej bowiem Bóg nie pozwoliłby złu się pojawić, mówi coś, co w kategoriach chrześcijańskich jest oczywiste: cokolwiek jest, jest dobre, istnienie jako takie jest dobre. Jest to wydedukowane z idei Boga; zakłada, że Bóg mógł był zła nie dopuścić, ale z powodów, które On zna lepiej, wolał na nie zezwolić. Leibniz wyjaśnia te powody bliżej, także w drodze dedukcji. Dowiódłszy koniecznego istnienia Boga i osobno Jego najwyższej dobroci, wnosi stąd, że Bóg musiał był stworzyć najlepszy świat, jaki jest logicznie pojmowalny, i to jest świat, który zamieszkujemy; każdy inny byłby gorszy. Sławne szyderstwa Woltera w tej sprawie są zbyt łatwe. Leibniz był świadom okropności życia. Mimo to wiara w najwyższą dobroć stworzenia jest nieodparta przy założeniu takiej idei Boga. Bóg w swojej wszechogarniającej mądrości rozwiązał nieskończenie zawiłe równanie wariacyjne, za pomocą którego obliczył, jaki świat wytworzyłby maksimum dobra. Chrześcijańska tradycja podkreślała zawsze, za Platonem, odróżnienie między złem moralnym i cierpieniem. Zło moralne, malum culpae, jest nieuchronnym skutkiem obecności wolnej woli ludzkiej (albo i anielskiej) i stwórca wykalkulował, że świat zaludniony stworzeniami rozumnymi i obdarzonymi wolną wolą, a więc zdolnymi do czynienia zła, wyprodukuje więcej dobra aniżeli świat, którego mieszkańcy byliby faktycznie automatami, tak zaprogramowanymi, że nigdy by zła nie czynili (zapewne, chociaż Leibniz nie mówi tego explicite, nie mogliby też dobra czynić, bo dobrymi nazywamy na ogół uczynki z wyboru, nie zaś pod przymusem spełniane). Co do cierpień, które nie są przez ludzi sprawione (malum poenae, w chrześcijańskiej mowie), mamy dwie możliwe odpowiedzi. Jedna powiada, że jest to dzieło złośliwych duchów, które Bóg dopuszcza, by nas pokarać, poprawić, ostrzec itd. Inna, w duchu Leibnizjańskim, wyjaśnia, że cierpienia takie są wynikiem działań praw natury, Bóg zaś nie jest w tym sensie wszechmocny, by mógł wszystko ze wszystkim w dowolnych układach połączyć i nałożyć na świat fizyczny porządek, gdzie rzeczy nie poruszałyby się wedle regularności ścisłych i nie zderzały ze sobą. Ci myśliciele chrześcijańscy, którzy, jak późni nominaliści, a wśród naszych współczesnych Szestow, wierzyli, że Bóg jest wszechmocny w sensie absolutnym, że może, na przykład, zmieniać przeszłość albo ustanawiać dekretem prawa matematyki i przykazania moralne, byli bardziej wystawieni na tradycyjne oskarżenie epikurejskie: skoro jest zło, to Bóg albo jest zły, albo bezsilny, albo zły i bezsilny zarazem. Krytyka ta jednak nie godzi w teodyceę Leibnizjańską, wedle której Bóg nie może zmieniać reguł logiki i matematyki, co nie jest bynajmniej ograniczeniem Jego wszechmocy; reguły te są prawomocne same w sobie, nie są Bogu narzucone jak obce jakieś prawodawstwo, ale są z nim identyczne. Nie powinniśmy przeto się uskarżać i Boga pytać, czemu to nie wyprodukował rajskiego świata bez cierpień. Bóg zresztą nie obiecał nam nigdy, że będzie nieustannie zawieszał prawa natury dla naszej przyjemności i czynił cuda, aby nie dopuścić do tego, by ludzie sobie wzajem szkodzili, tak że nie byłoby wojen, tortur, nie byłoby Oświęcimia ani Gułagu.
Wszystko to są sprawy wiadome i trywialne. Trudno jednakowoż dziwić się temu, że wielu ludzi nie umiało znaleźć w tym schemacie teologicznym zadowalającej odpowiedzi na pytanie o zło, którego doświadczają, z którym zmierzyć się muszą i które czynią. Nie brzmi to przekonująco dla zwykłego zdrowego rozsądku, że zło jest czystą nieobecnością, zjawiskiem negatywnym, że i diabeł jest dobry w akcie istnienia swojego i że ludzkie cierpienia i ból są cząstkami najdoskonalszego urządzenia, jakie Bóg mógł dla świata wymyślić. Umysł zwyczajny byłby raczej skłonny powtórzyć sławne pytanie, jakie Wolter zadawał po trzęsieniu ziemi w Lizbonie: a więc świat byłby gorszy, gdyby tej katastrofy nie było? My też możemy, jak się zdaje, zapytać: a więc świat byłby gorszy, niż jest gdyby nie było Oświęcimia ani Gułagu, a także gdybym ja się nie skaleczył w palec, krojąc pomidory?
Znowu: źle postawione pytanie wedle mądrości Leibniza i zresztą każdego teologa chrześcijańskiego. Nikt z nich nie powiada przecież, że potrafi owym algorytmem boskim się posłużyć i okazać, że taki czy inny poszczególny fakt zła i cierpienia, jakkolwiek byłby straszliwy, jest przy bliższym wejrzeniu dobry w nieskończonym globalnym bilansie, bo każdy taki fakt albo większe zło uniemożliwia, albo umożliwia większe dobro. Bilans tylko Bogu jest znany, my nie możemy starać się – beznadziejnie – o jego odtworzenie. Nie mamy zresztą pojęcia, jak można by mierzyć i ilościowo porównywać poszczególne rodzaje zła i dobra w ich rozmaitości nieskończonej. Właściwa nasza postawa polegać ma na tym, by planom boskim ufać z góry, bez kalkulacji i skarg, przyjąć te plany z całą ludzką masą nieszczęścia i obojętnym niszczycielstwem natury. Co do pomysłu, jaki zarówno od św. Augustyna, jak od Hegla jest nam znany, wedle którego zło jest potrzebne z racji estetycznych, jako że przyozdabia świat kontrastami i rozmaitością, jaką tworzy, brzmi on chyba jeszcze bardziej odpychająco.Zrozumiałe jest, że w obliczu tylu męczących zagadek umysł ludzki pokusił się o inne rozwiązanie, które zwykle zwiemy, słusznie czy nie, manichejskim. Rozwiązanie to odsyła nas do starej mitologii irańskiej; jest przekonujące i wydaje się zgodne z doświadczeniem codziennym. Powiada ono, że są dwie moce albo dwaj bliźniacy-bogowie, walczący ze sobą, i że zło, jakie z doświadczenia znamy, tj. cierpienie, jest zwyczajnie dziełem złego władcy. Teologia manichejska, w odróżnieniu od swoich zoroastriańskich źródeł, a w zgodzie ze swymi krewnymi gnostykami (niektórymi przynajmniej) i w niezgodzie z doktryną chrześcijańską, widziała w materii dzieło złej mocy. Manichejski obraz świata jest nieustającą pokusą chrześcijańskiego, w ogólności europejskiego umysłu. Że moce szatańskie, jakiekolwiek ich pochodzenie, próbują niestrudzenie, i nieraz skutecznie, zrujnować dobroczynne plany Boga, jest to myśl, która może się nam wydawać zgodna ze zdrowym rozsądkiem. Manicheizm daje się zaabsorbować przez umysł nasz z niewielkim oporem. Nawet judaizm, który ma reputację religii jednego Boga par excellence, modelu myślenia monoteistycznego, nie jest wolny od tej pokusy. Gershom Scholem, niezrównany znawca Kabały i mistyki żydowskiej, powiada nam, że księga Zohar często ukazuje zło jako coś realnego i pozytywnego, nie po prostu negację. Moce Boga stanowią całość harmonijną, sądy jego są dobre, o ile jednak jego prawa ręka rozdziela miłość i miłosierdzie, to lewa ręka jest organem jego gniewu, a kiedy działa niezależnie od prawej, ukazuje się zło radykalne, królestwo Szatana. Nie wiemy, czy Jakub Boehme znał pisma kabalistyczne, ale jego teozofia wyraża podobną intuicję: zło jest negatywną zasadą boskiego gniewu; jest od woli ludzkiej niezawisłe i niejako założone w budowie świata.
Niektórzy platonicy starożytni (np. Plutarch z Cheronei, Numenius) również poddali się wierze w dwie moce niezależne, złą i dobrą. Dla Plotyna jednakże zło jest po prostu nieuchronnym najniższym szczeblem drabiny Bytu; absolutna dobroć Jednego nie mogła zapobiec naturalnemu spadkowi rzeczywistości w materię, chociaż ohydna jest doktryna gnostyków, wedle której sam Stwórca świata jest zły.Nawet w dogmatach Kościoła rzymskiego odnajdujemy pozostałości tej “dualistycznej” teologii. Materia, oczywiście, nie może być zła. Kościół jednak potępił w 1347 r. teorię Mikołaja Autrecourt, który twierdził, że świat jest absolutnie doskonały zarówno w całości, jak we wszystkich swoich częściach (universum est perfectissimum secundum se et secundum omnes partes suas), zapewne dlatego, że twierdzenie tak śmiałe może sugerować, że zła po prostu nie ma, nie ma grzesznej woli skażonych stworzeń, ludzkich czy diabelskich. Ale katolicka wiara w wieczność piekła i w nieodwracalny upadek złych aniołów zakładać się zdaje, że pewne – w rzeczy samej ogromne – połacie zła są niezniszczalne, nieuleczalne, nie do odkupienia, że świat na zawsze będzie podzielony na dwa obszary, moralnie sobie przeciwstawne. Jakoż niektórzy ojcowie wschodni i niektórzy późniejsi teologowie nie mogli tych dogmatów strawić ani ich pogodzić z obrazem absolutnie dobrego, miłującego Stwórcy.
Dogmatyczne orzeczenia Kościoła uczyły nas nieraz, że zło moralne, choć Bóg je dopuszcza, nigdy nie jest przez Niego sprawione. Nieszczęścia i boleści ludzkie, jeśli nie można ich przypisywać złej woli innych, służą jednak dobrym celom. Kapłani i teologowie zwykli nieraz wyjaśniać różne cierpienia ludzi, poszczególne katastrofy i nieszczęścia jako cząstki przemyślnego planu boskiego, Kościół wszakże unikał oficjalnych komentarzy tego rodzaju; radził nam raczej poprzestawać na globalnym, bezwarunkowym zaufaniu.
Każdy wie, rzecz jasna, że cierpienia i katastrofy, wedle zwykłej miary oceniane, rozdzielane są przypadkowo i niepodobna ich tłumaczyć w kategoriach ludzkich nagród i przewinień, nagród i kar. Hiob to wiedział. Nie próbował konstruować teodycei. Całe swe życie był zacnym człowiekiem, a Bóg wiedział o tym. Jego nieszczęścia nie są odpłatą za jakieś jego występki. Hiob cierpi strasznie bez racji żadnej, ale potrafi powiedzieć “choćby mnie zabił wszechmocny ? ufam” (Hi, 13:15); godzi się z tym, iż Bóg tylko jest źródłem mądrości i że drogi Jego są niepojęte. Bóg sam zagniewany jest na doradców Hioba, teologów, zapewne dlatego, że ich zdaniem cierpienia Hioba są należytą odpłatą za jego grzechy. Cała księga Hioba wydaje się obalać teorię cierpienia jako sprawiedliwej kary.
Oto co mówi Bóg Hiobowi i żonie jego po wielu wiekach w sztuce Roberta Frosta A Masque of Reason:
Przez lat tysiące miałem cię w pamięci
Chciałem za pomoc twą ci podziękować;
Tyś mi pozwolił zbudować zasadę
Iż nie ma związku, który człowiek mógłby
Pojąć pomiędzy tym, na co zasłużył
A tym, co za to dostaje. Zło nieraz
Odnosi tryumf, a cnota jest na nic.
Zbyt długo-m zwlekał, by ci wytłumaczyć
Boleści twoje – bez sensu na pozór -
Które cię kiedyś tak srodze gnębiły.
Ale też było to w naturze samej
Tej próby, byś tych rzeczy nie rozumiał;
By sens utrwalić… Dziękuję ci przeto,
Żeś mnie uwolnił z tych moralnych pętów
Co mnie z rodzajem ludzkim powiązały…
Z początku tylko człowiek z wolnej woli
Mógł dobro albo zło wybierać sobie.
Ja zaś wyboru nie miałem. Musiałem
Za nim podążać, nagrody mu dawać
Lub kary tak, by to potrafił pojąć…
Musiałem rządzić tak, by dobro kwitło
A to, co złe, doznało pokarania.
A tyś to zmienił, tyś mi dał swobodę.
Wybawicielem jesteś twego Boga.
(tłum. L. Kołakowski)
Widzimy zgrozę tej historii: najwyższa dobroć nie daje się pogodzić z wolną wolą, jak ją pojmujemy; w każdej sytuacji ta dobroć nie ma innej opcji, jak dobro maksymalizować. Historia Hioba to zmieniła: Bóg jest wolny, może wspierać nikczemnych i zamęczać zacnych, wedle swego życzenia czy kaprysu. Jeśli tak, to teodycea jest niewykonalna i zbędna. Być może konsekwentna teodycea nigdy nie została napisana?
W różnych mitologiach zło daje się wyjaśnić; bogowie często dzielą dwuznacznie złe i dobre jakości. Nie odważam się tu zapuszczać w nadzwyczaj zawiłe losy hinduistycznych i buddyjskich teorii zła. Nietzsche powiada, że buddyzm jest poza dobrem i złem. Może tak być w niektórych odmianach buddyzmu, oczyszczonych z później narosłych mitów. Dla mędrców buddyjskich i zapewne dla samego Gautamy świat, jaki z doświadczenia znamy, jest tylko nieszczęściem i bólem, wyzwolenie czy zbawienie na tym jeno polega, by go porzucić. Myśl ta nie jest obca różnym myślicielom europejskim. Pamiętamy wszyscy nieśmiertelne słowa umierającego Sokratesa: Krytonie, winien jestem koguta Asklepiosowi. Znaczy to chyba tyle: tu oto kończy się choroba zwana życiem.
Nie jest to jednak wierzenie powszechne. Niektórzy panteiści i niektórzy mistycy tak byli zanurzeni w boskiej przestrzeni, że zło stało się niezauważalne. Boskie światło przenika wszystko, nie ma powodu się skarżyć, świat jest pełen radości, a “co z Boga jest, jest Bogiem”, jak Eckhart powiada. Albo też, słowami XVII-wiecznego mistyka francuskiego, Louisa Chardon: “Bóg na niebie bardziej jest niebem moim niż niebo samo; w słońcu bardziej jest moim światłem niż słońce, w powietrzu bardziej jest powietrzem niż to powietrze, którym oddycham”.Może się w rzeczy samej wydawać niezrozumiałe, dlaczego to samo słowo ma być używane dla nazwania cierpienia i zła moralnego. Niektórzy myśliciele, zarówno chrześcijańscy, jak pogańscy, utożsamiali zło ze złem moralnym. Powiada Epiktet, że nie ma zła ani dobra w rzeczach, które od woli naszej nie zależą, że ciosy losu, których uniknąć nie sposób, nie mogą być złem i że w samych sobie tylko szukać mamy dobra i zła; mędrzec może wszystko w dobro przemienić ? chorobę, śmierć, nieszczęścia. Jedyną rzeczą w świecie, która jest Bogu przeciwna, jest grzech, powiada platonik z Cambridge, Benjamin Cudworts, a grzech jest nie-bytem, niczym. A i Bóg sam powiedział Katarzynie ze Sieny, że żadne cierpienie nie może odkupić winy naszej, tylko pokuta może to uczynić; dodał także, że najgorszy grzech to odmowa lub brak ufności w boskie miłosierdzie; rozpacz Judasza była większym grzechem i gorszą zniewagą Boga, aniżeli zdradzenie Jezusa.
Wyjaśnienia takie podpowiadają, że cierpienie samo jest moralnie obojętne; nasza wola, nasze intencje, nasze czyny mogą być osądzane moralnie; innym ludziom ze złości ból zadawać jest złem, znosić ból złem nie jest.
Jeśli jednak postanawiam, że słowa “zło” używać mam, by opisać własne intencje, ale nie własne cierpienie, sugeruję jakby, że to, co inni czynią, mnie nie obchodzi. Gdy mi cierpieć każą, nie jest to, rzecz jasna, moje zło, ale zło przez nich sprawione. Czy mam powiedzieć, że moja sprawa to tylko moja własna świętość, nie zaś zło w świecie, nie pytanie, jak świat uczynić lepszym? Może to być w zgodzie z doktryną moralną stoików, lecz nie ze zdrowym rozsądkiem, który pouczać się zdaje, że powinienem nie tylko własne moje zło potępiać, ale całe zło w świecie ludzkim.
Tu jednak jest miejsce na inną restrykcję. Jeśli ograniczamy słowo “zło” do tego, co wola ludzka sprawia, nie możemy jego sensu tak rozciągać, by obejmowało cierpienie sprawione przez siły natury albo nawet przez ludzkie działania, jeśli ich bolesne czy szkodliwe skutki nie były zamierzone, lecz z przypadku wynikły. Skoro słowo “zło” ma najoczywiściej skojarzenia moralne, to stosowanie go do trzęsienia ziemi, zarazy czy śmierci od pioruna zdaje się zakładać, że i takie wydarzenia pochodzą z zamiaru, że nic się nie dzieje skutkiem ślepych operacji praw przyrody, lecz wszystko z intencji. Jest to, rzecz jasna, sposób religijnego odczytywania świata i nie musi być ono sprzeczne z uznaniem praw przyrody. Wedle wielu teologów Bóg we wszechwiedzy swojej włączył wydarzenia naturalne w moralny porządek kosmosu; zachodzą one mocą konieczności przyrody, ale mają zarazem cel moralny; nie postrzegamy ich jako cudów, które przerywają porządek przyczyn i skutków. Takie czytanie jest bliższe Leibnizjańskiego świata. A nawet przy założeniu, że wszystkie wydarzenia naturalne są bezpośrednio przez Boga sprawione, tak iż świat jest nieskończonym szeregiem cudów, regularność w porządku natury może działać bez zakłóceń, jak nam Malebranche tłumaczy.
Ci, którzy z racji religijnych unieważniają – explicite czy implicite – “pytanie o zło”, wierzą, rzecz jasna, w dobro, a dobro przenika cały materialny i duchowy wszechświat. Na przeciwnym krańcu teologicznego czy antyteologicznego widma znajdujemy tych, którzy twierdzą, że zarówno “dobro”, jak “zło” są to figmenty mitologiczne. Istnieje, oczywiście, przyjemność i ból, można je wytłumaczyć w granicach porządku przyrodzonego; doświadczenia te same w sobie nie niosą żadnych jakości moralnych. Nic nie jest złe czy dobre samo w sobie, coś może być przyjemne lub przykre, korzystne lub szkodliwe ? z dodatkiem “dla mnie, dla ciebie, dla niego”, a bez tego dodatku nawet słowa “przyjemny” i “nieprzyjemny”, nie mówiąc już o “dobrym” czy “złym”, są beztreściwe. Tak w przybliżeniu wierzyli Hobbes, Hume, a nawet Spinoza (choć ten ostatni przypadek jest bardziej zawiły). Nie potrzebujemy słowa “zło” (das Böse), sądzi Nietzsche, słowo “niedobre” (das Schlechte) wystarcza. Ale cóż jest “niedobre”? Chyba to, co przynosi niepożądane skutki albo mija się z celem, jaki mamy na uwadze. Tę samą doktrynę sugeruje sam tytuł sławnego dzieła Konrada Lorenza o agresji: Das sogenannte Böse.W granicach naturalistycznego czy materialistycznego obrazu rzeczywistości tradycyjne jakości “zły” i “dobry” są już to nie do przyjęcia, już to bezużyteczne i mylące, podpowiadają bowiem, że coś może unosić te jakości bezwarunkowo, nie zaś zależnie od okoliczności, a taki sens może być łatwo podejrzany o pochodzenie religijne.
Widzimy to, między innymi, w poglądzie na świat marksistowskim i komunistycznym. Oto przykład z literatury.
Bohater powieści Sołżenicyna Oddział chorych na raka odwiedza zoo i widzi tam pustą klatkę z przyczepioną do niej kartką; czyta tam, że małpka, która w tej klatce mieszkała, została oślepiona przez czyjeś bezmyślne okrucieństwo. Jakiś zły człowiek cisnął jej tytoń w oczy.Turysta doznaje prawdziwego szoku, gdy czyta tę notatkę. Jakże to? Zły człowiek? Nie agent amerykańskiego imperializmu, ale po prostu zły człowiek? Cóż to za określenie?
Zdumienie i szok turysty są prawdziwe i zrozumiałe. Przymiotnik “zły” (podobnie i rzeczownik) jako nazwa jakości moralnej był nieobecny w ideologicznym żargonie totalitarnego świata sowieckiego. Bywali, oczywiście, zbrodniarze, potwory, zdrajcy, obcy agenci, ale nie po prostu źli ludzie. Nie tylko o to chodziło, że słowo mogło sugerować tradycję religijną. Sugerowało nadto jakąś trwałą, inherentną własność pewnej osoby, niezależną od kontekstu politycznego. Dla tego, kto dialektycznie myśli, jasne jest tymczasem, że pewne pozornie takie same czyny mogą być słuszne lub niesłuszne zależnie od okoliczności, a ściślej – zależnie od tego, w czyim imieniu są dokonane, komu służą. Trocki i Lenin mieli w tej sprawie wyraźne zdanie. Czy, na przykład, jest coś inherentnie niesłusznego w mordowaniu dzieci? Nie. Było wszak słuszne, Trocki powiada, zabić dzieci rosyjskiego cara, bo było to politycznie potrzebne (zapewne nie było słuszne – choć Trocki, o ile mogę powiedzieć, nie mówił o tym wprost – zabicie synów Trockiego, bo Stalin nie reprezentował historycznych interesów proletariatu, inaczej niż Lenin). Jeśli odrzucamy zasadę, iż cel uświęca środki, musimy odwołać się do jakichś wyższych, politycznie nieokreślonych kryteriów moralnych, a to uznać to tyle, co w Boga uwierzyć, powiada Trocki.
Nie jest to, ściśle mówiąc, doktryna relatywistyczna, zwykle bowiem zastrzegamy to nazwanie dla wierzenia, że ten sam czyn może być zły lub dobry zależnie od okoliczności. Ale myślący dialektycznie właściwie co innego twierdzi. Chodzi o to, że nie jest to ten sam czy taki sam czyn, podobieństwo jest pozorne i powierzchowne. W jednym wypadku podejmujemy czyn politycznie słuszny, eliminując potencjalnych wrogów proletariatu, w innym zaś popełniamy zbrodnię przeciwko historycznej misji proletariatu. Tak samo nie wolno nam nazywać “inwazją” wyzwolenia innego kraju od kapitalistycznego ucisku, choćby “powierzchownie” działanie było podobne. Tak samo nie wolno porównywać hitlerowskich obozów koncentracyjnych z systemem wychowawczym państwa socjalistycznego itp. Myślący dialektycznie ma naukową znajomość ruchu dziejów i wie, że gdy wszystko (włączając ludzi) stanie się własnością państwa, drzwi są otwarte dla powszechnego wesela. Wie też, co jest słuszne lub niesłuszne, politycznie poprawne czy niepoprawne i żadne zabobonne określenia jak “zły” i “dobry” nie są mu potrzebne. Nie warto zresztą rozwodzić się nad tą prymitywną “dialektyką” i jej kłamliwym językiem, sprawy są dobrze znane.
I gdzież jesteśmy z naszym pytaniem? Czy nie trzeba się odwoływać do idei Zła? Czy nie możemy poprzestać na odróżnieniu tego, co przyjemne i przykre (zawsze z odniesieniem do osoby, miejsca i czasu)? Ale któż jest tak śmiały i tak dogmatycznie usztywniony, by twierdzić, że “zły” i “dobry” nie są to jakości empiryczne, że nie ma czegoś takiego, jak percepcja jakości moralnych, w tym także intuicji zła, że wielowiekowe doświadczenia ludzkości, od nieopisanych okrucieństw starożytnego Rzymu do potworności XX stulecia, nie mają odniesienia do “pytania o zło”, a są zwyczajnie mnóstwem nieprzyjemnych wrażeń, a nikt przecież nie przeczy temu, że różne nieprzyjemne rzeczy zdarzają się ludziom? Kończę, przywołując uwagę francuskiego teologa, którego nazwisko wypadło mi z pamięci (możliwe, że już to kiedyś gdzieś cytowałem); powiada on, że potrafi zrozumieć ludzi, którzy nie wierzą w Boga, ale że są ludzie, którzy w diabła nie wierzą, to przechodzi jego pojętność.
* Wykład na uniwersytecie w Tilburgu, w czerwcu 2002 r., na sympozjum zorganizowanym przez Nexus Institute na temat “Zło”. Przekład autora.
Opublikowany w ateizm, teizm | Zostaw Komentarz »
CARITAS IN VERITATE
Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu lipiec 8, 2009
CARITAS IN VERITATE, czyli co ma nam do powiedzenia w dniu szczytu G8 Sieg Hail Benek!
“Istnieje pilna potrzeba prawdziwej politycznej władzy światowej (..) dla zarządzania ekonomią światową; dla uzdrowienia gospodarek dotkniętych kryzysem (…) pełnego rozbrojenia (…).
Ponadto taka władza powinna być uznana przez wszystkich, skuteczna, by każdemu zagwarantować bezpieczeństwo, zachowanie sprawiedliwości i przestrzeganie prawa.
Oczywiście, powinna się ona cieszyć uprawnieniami, by strony przestrzegały jej decyzji, a także podjętych i uzgodnionych środków na różnych forach międzynarodowych. “
http://www.vatican.va/holy_father/benedict_xvi/encyclicals/documents/hf_ben-xvi_enc_20090629_caritas-in-veritate_pl.html
czyli najpierw rozbrojenie, a potem światowa włada, która będzie posiadać uprawnienia, by strony przestrzegały jej decyzji, czyli mamy światową dyktatura, czyżby Benek należał do spisku NWO?
Opublikowany w teizm, teorie spiskowe | Otagowane: BENEDYKTA XVI, CARITAS IN VERITATE, NWO | Zostaw Komentarz »
Instrukcja Obsługi Życia
Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu kwiecień 3, 2009
Opublikowany w teizm | Zostaw Komentarz »
Dlaczego nie jestem chrześcijaninem
Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu marzec 30, 2009
Najlepiej może będzie, jeśli przede wszystkim spróbujemy zrozumieć, co oznacza słowo “chrześcijanin”. Wiele osób używa go obecnie w bardzo szerokim znaczeniu. Niektórzy nadają tę nazwę każdemu, kto stara się prowadzić przykładny żywot. Przypuszczam, że przyjmując taką interpretację, znaleźlibyśmy chrześcijan we wszystkich sektach i wyznaniach; ale nie uznaję jej za właściwą choćby z powodu zawartego w niej domniemania, że wszyscy ci, którzy nie są chrześcijanami – a więc buddyści, wyznawcy Konfucjusza, mahometanie itd. – nie starają się żyć przykładnie. Nie uważam za chrześcijanina każdego człowieka, który stara się żyć przyzwoicie, stosownie do stopnia swojej mądrości. Sądzę, że należy posiadać pewną sumę określonych wierzeń, jeśli się chce mieć prawo do miana chrześcijanina. Słowo to nie ma teraz tak wyraźnego znaczenia jak za czasów św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu. Jeśli kto mówił wtedy, że jest chrześcijaninem, wiadomo było, co przez to rozumie. Chrześcijanin uznawał całą serię wierzeń sformułowanych z wielką ścisłością i wierzył niezłomnie w każde ich słowo. Dziś to się zmieniło. Nasze pojęcie chrześcijaństwa musi być trochę bardziej mgliste. Sądzę jednak, że istnieją dwa artykuły wiary niezbędne dla każdego, kto mieni się chrześcijaninem. Pierwszy jest natury dogmatycznej, a mianowicie: powinno się wierzyć w Boga i nieśmiertelność. Jeśli ktoś nie posiada tej wiary, to nie sądzę, aby nazwa chrześcijanina była dla niego właściwa. Dalej, jak na to sam termin wskazuje, należy mieć pewne wierzenia dotyczące Chrystusa. Mahometanie, na przykład, wierzą również w Boga i nieśmiertelność, a jednak nie uznaliby się za chrześcijan. Wydaje mi się, że co najmniej trzeba wierzyć, iż Chrystus był, jeśli nie Bogiem, to w każdym razie najlepszym i najmędrszym z ludzi. Kto odmawia Chrystusowi tego minimum, ten nie ma, moim zdaniem, żadnego prawa mienić się chrześcijaninem. Naturalnie jest jeszcze inny sposób pojmowania tego słowa, uwidoczniony w kalendarzach i podręcznikach geografii, gdzie powiadają, że ludność Ziemi dzieli się na chrześcijan, mahometan, buddystów, bałwochwalców itd. W tym sensie jesteśmy tutaj wszyscy chrześcijanami. Podręczniki geografii zaliczają nas hurtem do tej kategorii, ale w znaczeniu czysto geograficznym, które możemy śmiało pominąć. Sądzę więc, że w trakcie wyłuszczania wam, dlaczego nie jestem chrześcijaninem, muszę wyjaśnić dwie rzeczy: po pierwsze – dlaczego nie wierzę w Boga i nieśmiertelność; a po drugie – dlaczego nie uważam Chrystusa za najlepszego i najmędrszego z ludzi, chociaż przyznaję mu bardzo wysoki stopień doskonałości moralnej. Gdyby nie uwieńczone powodzeniem wysiłki niedowiarków w przeszłości, nie mógłbym dzisiaj przyjąć tak elastycznego określenia chrześcijaństwa. Jak już mówiłem, wyraz ten w dawnych czasach miał bardziej sprecyzowane znaczenie. Obejmował on, na przykład wiarę w piekło. Wiara w wieczny ogień piekielny była zasadniczym artykułem chrześcijańskiego wyznania wiary aż do najnowszych czasów. W Anglii, jak wiecie, przestała ona być ważnym artykułem wiary na mocy decyzji Rady Koronnej. Arcybiskupi Canterbury i Yorku byli przeciwni temu postanowieniu, ale ponieważ w tym kraju sprawy religijne rozstrzyga się za pomocą uchwał parlamentarnych, Rada Koronna mogła przejść do porządku dziennego nad opinią Ich Eminencyj i wiara w piekło przestała być dla chrześcijanina konieczna. Nie będę więc obstawał przy tym, że chrześcijanin musi wierzyć w piekło. Istnienie Boga Kwestia istnienia Boga jest obszernym i poważnym zagadnieniem i gdybym miał pokusić się o jego wyczerpujące przedstawienie, byłbym zmuszony trzymać was tutaj aż do końca świata. Musicie mi więc wybaczyć, że potraktuję je w cokolwiek sumaryczny sposób. Kościół katolicki podał jako dogmat, że można udowodnić istnienie Boga posiłkując się tylko rozumem. Dogmat ten jest dość osobliwy, niemniej jednak zalicza się do dogmatów katolickich. Kościół musiał go ustanowić, ponieważ w pewnym okresie wolnomyśliciele nabrali zwyczaju mówienia, że naturalnie przyjmują istnienie Boga jako prawdę objawioną, ale istnieją takie a takie argumenty, które sam rozum może wysunąć przeciw tej idei. Argumenty te zostały wyłożone bardzo szczegółowo i Kościół katolicki uczuł się zniewolony położyć temu kres. Ustanowił więc zasadę, że można dowieść istnienia Boga za pomocą czystego rozumu, i znalazł się w konieczności przedstawienia tego, co uważał za materiał dowodowy. Argumentów była pokaźna liczba, ale rozpatrzę tylko kilka spośród nich. Argument pierwszej przyczyny Argument pierwszej przyczyny jest może najprostszy i najłatwiejszy do zrozumienia. Kościół utrzymuje, że wszystko, co widzimy na tym świecie, ma jakąś przyczynę, i że posuwając się coraz dalej wzdłuż tego łańcucha przyczyn musimy dojść do pierwszej przyczyny, która otrzymuje nazwę “Boga”. Skłonny jestem przypuszczeć, że ten argument nie ma dzisiaj wielkiej wagi, przede wszystkim dlatego, że pojęcie przyczyny nie jest już tym, czym było dawniej. Filozofowie i uczeni pogłębili to pojęcie, które w następstwie zatraciło dawną żywotność; ale niezależnie od tego łatwo zauważyć, że argument głoszący konieczność pierwszej przyczyny nie może posiadać wartości. W młodych latach, gdy rozmyślałem bardzo poważnie nad tymi zagadnieniami, godziłem się przez długi czas na argument pierwszej przyczyny; ale pewnego dnia, mając osiemnaście lat przeczytałem “Autobiografię” Johna Stuarta Milla i znalazłem tam następujące zdania: “Ojciec mój pouczył mnie, że na pytanie: Kto mnie stworzył ? – nie można dać odpowiedzi, gdyż bezpośrednio potem wyłania się nowe pytanie: Kto stworzył Boga ? To proste zdanie wykazało mi zwodniczość argumentu pierwszej przyczyny. Jeśli wszystko musi mieć przyczynę, to Bóg musi ją mieć również. Jeśli może być coś bez przyczyny, może to być równie dobrze świat, jak i Bóg, tak że argument ten jest zupełnie bezwartościowy. Jest on równoznaczny z poglądem indyjskim, według którego świat spoczywa na słoniu, a słoń na żółwiu; gdy zaś pytano: A żółw ? – Hindus odpowiadał: Może byśmy tak zmienili temat rozmowy ?” Argument pierwszej przyczyny nie jest w gruncie rzeczy niczym lepszym. Nie ma powodu, dla którego świat nie mógłby zacząć istnieć bez przyczyny; ani też, z drugiej strony – nie ma żadnej racji, dlaczego by nie miał istnieć zawsze. Nie ma powodu do przypuszczenia, że świat w ogóle miał początek. Myśl, że rzeczy muszą mieć początek, zawdzięczamy w rzeczywistości ubóstwu naszej wyobraźni. Dlatego wydaje mi się, że nie potrzebuję tracić więcej czasu na zbijanie argumentu pierwszej przyczyny. Argument prawa natury Następnie mamy bardzo rozpowszechniony argument wychodzący z założenia prawa natury. Był to jeden z ulubionych argumentów XVIII wieku, do czego szczególnie przyczynił się wpływ Izaaka Newtona i jego kosmogonii. Obserwując planety, które krążyły dookoła Słońca zgodnie z prawem ciążenia, ludzie doszli do wniosku, że Bóg wydał tym planetom rozkaz poruszania się właśnie w ten sposób i że to było przyczyną ich ruchu. Było to oczywiście wygodne i proste wyjaśnienie, które oszczędzało im trudu dalszego poszukiwania zasady prawa ciążenia. W naszych czasach tłumaczymy to prawo w dość skomplikowany sposób, podany przez Einsteina. Nie mam zamiaru wygłaszać prelekcji o prawie ciążenia w interpretacji Einsteina, ponieważ to również zabrałoby trochę czasu; w każdym razie nie ma już mowy o tym rodzaju “praw natury”, jaki mieliśmy w systemie Newtona, gdzie dla jakiegoś niezrozumiałego powodu natura zachowywała się wszędzie jednakowo. Odkrywamy teraz, że wiele rzeczy, które uważaliśmy za prawa natury, to rzeczywistość umowy między ludźmi. Wiadomo, że nawet w najdalszych przestrzeniach międzyplanetarnych metr ma ciągle dziesięć decymetrów. Bez wątpienia fakt ten jest bardzo ciekawy, ale trudno by go nazwać prawem natury. Wiele rzeczy, które uchodziły za “prawa natury”, jest tego samego pochodzenia. Z drugiej strony, w wypadkach, gdy udaje nam się czegoś dowiedzieć o sposobie zachowania się atomów, spostrzegamy, że podlegają prawu w znacznie mniejszym stopniu, niż sądzono, i że prawa, do których się dochodzi, są to przeciętne statystyczne, ściśle tego rodzaju, jakie mógłby dać prosty przypadek. Wszyscy wiemy, że istnieje prawo, według którego podczas gry w kości otrzymuje się podwójną szóstkę tylko raz mniej więcej na trzydzieści sześć rzutów, a jednak nie uważamy tego za dowód, że rzuty kości są regulowane z góry powziętym zamiarem. Przeciwnie, gdyby podwójna szóstka wychodziła raz po raz, sądzilibyśmy, że to było zrobione umyślnie. Wiele praw natury zalicza się do tej kategorii. Są to przeciętne statystyczne, podobne do tych, jakie zjawiłyby się na podstawie prawa przypadku; i dzięki temu cała historia z prawem natury wywiera obecnie znacznie mniejsze wrażenie niż dawniej. Zupełnie niezależnie od tego, co powiedziałem, a co odnosi się do chwilowego stanu nauki, który jutro może się zmienić, samo wyobrażenie, że istnienie praw natury pociąga za sobą istnienie prawodawcy, wynika z pomieszania praw natury z prawami ludzkimi. Ludzkie prawa są to nakazy polecające osobnikowi żyjącemu w społeczeństwie zachowywać się w pewien określony sposób, przy czym może on zgodzić się na to lub też postąpić inaczej. Natomiast prawa natury są opisem faktycznego zachowania się rzeczy, a ponieważ po prostu opisują, co rzeczy istotnie czynią, więc nie można dowodzić, że musi być ktoś, kto kazał im to zrobić. A przypuściwszy nawet, że tak było, stajemy przed pytaniem: Dlaczego Bóg wydał właśnie te, a nie inne prawa natury ? Jeśli się odpowiada, że uczynił to wedle swego upodobania i bez żadnego powodu, to zakłada się, że jest coś nie podlegającego prawu, i w ten sposób działanie prawa natury zostaje przerwane. Gdyby zaś odpowiedziano wam za przykładem bardziej ortodoksyjnych teologów, że ogłaszając wszystkie swoje prawa Bóg miał zawsze powód, aby dać raczej prawa te, a nie inne – i że powodem tym była oczywiście chęć stworzenia możliwie najlepszego wszechświata, choć przyglądając się temu ostatniemu, nigdy byście nie wpadli na to przypuszczenie – jeśli zatem był powód do praw, ktore Bóg nadał, to i sam Bóg podlegał prawu. I dlatego wprowadzenie Boga jako pośrednika w tej sprawie nie przynosi żadnej korzyści. Znajdujecie się wobec prawa poprzedzającego boskie etykiety i stojącego poza nimi, a Bóg nie doprowadza was do celu, gdyż nie jest najwyższym prawodawcą. Krótko mówiąc, argument prawa natury nie ma już tej siły, którą posiadał. Rozpatrując te wywody odbywam podróż w czasie, ponieważ argumenty, za pomocą których dowodzono istnienie Boga, zmieniają swój charakter z biegiem czasu. Z początku były to ścisłe, intelektualne argumenty, ucieleśniające pewne określone sofizmaty. W miarę zbliżania się do czasów nowożytnych poziom intelektualny tych argumentów spada i nabierają one coraz więcej moralizującej mglistości. Argument celowości Następnym argumentem jest argument celowości. Jest on dobrze znany: wszystko na świecie jest urządzone tak, żebyśmy mogli żyć na nim; gdyby świat był choć trochę odmienny, nie potrafilibyśmy tego czynić. Tak brzmi ten argument. Przybiera on czasem osobliwe formy; utrzymuje się na przykład, że króliki mają białe ogony, aby łatwiej było do nich strzelać. Nie wiem co o tym myślą króliki. Argument celowości łatwo jest sparodiować. Wszyscy znamy uwagę Woltera, że najwidoczniej nos został ukształtowany tak, aby pasował do okularów. Ten rodzaj parodii okazał się bardziej uzasadniony, niż to się mogło wydawać w XVIII wieku, ponieważ od czasów Darwina rozumiemy znacznie lepiej, dlaczego żyjące istoty są przystosowane do swego otoczenia. Nie środowisko zostało stworzone dla ich rozwoju, ale one same rozwinęły się odpowiednio do warunków, i to jest podstawą przystosowania się. Nie ma w tym żadnego dowodu celowości. Gdy przyjrzymy się bliżej argumentowi celowości, to wyda się nam rzeczą zdumiewającą, że ludzie mogą wierzyć, iż ten świat ze wszystkim, co zawiera, ze wszystkimi swoimi brakami jest najlepszy, na jaki wszechpotęga i wszechwiedza w ciągu milionów lat mogły się zdobyć. Doprawdy nie mogę w to uwierzyć. Czy sądzicie, że gdybyście byli wszechpotężni i wszechwiedzący, a nadto mieli miliony lat do udoskonalenia waszego świata, to nie moglibyście wytworzyć nic lepszego od Ku-Klux-Klanu, faszystów i pana Churchilla ? Doprawdy, nie imponują mi zbytnio ludzie, którzy oświadczają: “Spójrzcie na mnie ! Jestem tak wspaniałym tworem, że wszechświat musiał mieć jakiś cel”. Nie, wspaniałość tych ludzi wcale mnie nie olśniewa. Dlatego uważam, że argument celowości jest bardzo marny. Prócz tego, jeśli uznajemy zwykłe prawa naukowe, musimy przypuścić, że życie w ogóle, a życie ludzkie w szczególności, wygaśnie w pewnej chwili na naszej planecie; jest ono tylko nieudaną próbą; jest to jedna z faz rozpadu systemu słonecznego. W pewnym stadium tego rozpadu temperatura oraz inne warunki sprzyjają powstawaniu protoplazmy i na krótki okres w istnieniu całego systemu słonecznego pojawia się życie. Patrząc na księżyc widzimy stan, do którego zdąża Ziemia – coś martwego, zimnego, bez życia. Mówią mi, że ta perspektywa jest przygnębiająca i ludzie nieraz wam powiedzą, że gdyby temu wierzyli, nie mogliby żyć dłużej. Nie wierzcie im na słowo; wszystko to jest blaga. Nikt nie przejmuje się na serio tym, co nastąpi po milionach lat. Nawet jeśli ludzie ci myślą że są bardzo strapieni, w rzeczywistości oszukują samych siebie. Dręczą ich bardziej światowe rzeczy lub może po prostu chorują na żołądek, ale nikogo naprawdę nie unieszczęśliwi myśl o tym co się ma przydażyć światu za miliony milionów lat. Dlatego chociaż przypuszczenie, że życie wygaśnie pewnego dnia, nie usposabia, rzecz prosta, do wesołości – przynajmniej wydaje mi się, że można tak powiedzieć, jakkolwiek czasem, gdy przyglądam się użytkowi, jaki ludzie robią ze swych istnień, myślę że jest ono niemal pociechą – jednak proroctwo tego rodzaju nie może nikomu obrzydzić życia. Jedynym jego skutkiem jest zwrócenie naszej uwagi ku innym rzeczom. Moralne argumenty na korzyść bóstwa Teraz przechodzimy do dalszego stadium tego, co nazwę obniżeniem się intelektualnej wartości dowodzeń teistów, i docieramy do tak zwanych moralnych argumentów przemawiających za istnieniem Boga. Wiadomo, że w dawnych czasach wysuwano na korzyść istnienia Boga trzy intelektualne argumenty, które zostały obalone przez Emmanuela Kanta w jego “Krytyce czystego rozumu”; lecz zaledwie Kant rozprawił się z tymi argumentami, a już wynalazł nowy argument, tym razem moralny, i to go przekonało w zupełności. Podobnie jak wiele innych ludzi był on sceptykiem w dziedzinie intelektu, lecz gdy chodziło o moralność – wierzył ślepo w zasady, które mu wpojono w dzieciństwie. Jest to ilustracja do często podkreślanego przez psychoanalityków zjawiska, że nasze najwcześniejsze skojarzenia myślowe wywierają na nas daleko silniejszy wpływ niż wyobrażenia późniejsze. Jak mówiłem, Kant wynalazł nowy argument moralny na korzyść istnienia Boga. Różne formy tego argumentu cieszyły się wielką popularnością w ciągu XIX wieku. Jedna z nich polegała na twierdzeniu, że gdyby Bóg nie istniał, nie byłoby pojęcia dobra i zła. Nie będę w tej chwili rozważał, czy dobro da się odróżnić od zła, jest to inna sprawa. Obchodzi mnie tylko następujący punkt. Jeżeli jesteście zupełnie pewni, że istnieje różnica między dobrem a złem, to nasuwa się pytanie : czy ta różnica powstała z rozkazu Boga ? – Jeżeli zawdzięczamy ją Bogu, to dla samego Boga nie ma różnicy między dobrem a złem i twierdzenie, że Bóg jest dobry, traci wszelki sens. Jeśli powiecie za przykładem teologów, że Bóg jest dobry, trzeba będzie uznać, że dobro i zło mają znaczenie niezależnie od woli Boga, gdyż postanowienia Boga są dobre, a nie złe, bez względu na sam fakt, że zostały przez niego wydane. Jeśli zaś to przyjmiecie, będziecie musieli wtedy powiedzieć, że dobro i zło nie istnieją li tylko dzięki Bogu, ale że z natury rzeczy logicznie poprzedzają Boga. Rozumie się, że gdybyście mieli ochotę, moglibyście powiedzieć, że było wyższe bóstwo, które dawało rozkazy Stwórcy naszego świata; lub też wolno by wam było podzielić zapatrywanie niektórych gnostyków – zapatrywanie, które często uważałem za wysoce prawdopodobne – że w rzeczywistości świat został stworzony przez diabła, który skorzystał z nieuwagi Boga. Można dużo powiedzieć na korzyść tej hipotezy i pozwolicie, że nie będę się zajmował jej zbijaniem. Argument wyrównania niesprawiedliwości Istnieje jeszcze inna, bardzo ciekawa forma argumentu moralnego, według której istnienie Boga jest konieczne do zaprowadzenia sprawiedliwości na świecie. W znanej nam części wszechświata panuje wielka niesprawiedliwość, dobrzy często cierpią, a złym się powodzi, i trudno orzec, która z tych ewentualności sprawia nam większą przykrość, lecz jeśli chcecie mieć sprawiedliwość we wszechświecie jsko całości, musicie przypuścić, że jest przyszłe życie, które zrównoważyłoby szalę ziemskiego istnienia, a więc w konsekwencji należy przyjąć Boga, niebo i piekło, aby sprawiedliwość mogła w końcu zatriumfować. Argument ten jest bardzo dziwny. Gdybyście rozpatrywali tę sprawę z naukowego punktu widzenia, powiedzielibyście: “Ostatecznie znam tylko ten świat. Nie wiem nic o reszcie wszechświata. Ale jeżeli w ogóle można rozprawiać o możliwościach, uważałbym za prawdopodobne, że ten świat jest próbką typową i że jeśli tutaj panuje niesprawiedliwość, to są szanse spotkania jej również gdzie indziej”. Przypuśćmy, że dostaliście szkrzynkę pomarańczy i przekonaliście się po jej otwarciu, że wszystkie owoce z wierzchu są zepsute. W podobnym wypadku nie dowodzi się, że pomarańcze na spodzie muszą być dobre tytułem odszkodowania, lecz mówi się: zapewne cała partia towaru jest zepsuta. Człowiek obdarzony naukowym umysłem wyrobiłby sobie takie właśnie przekonanie o wszechświecie. Powiedziałby on: “Świat tej jest pełen niesprawiedliwości; pozwala to nam przypuszczać, że próżno byłoby szukać sprawiedliwości we wszechświecie, i dostarcza moralnego dowodu przeciw istnieniu bóstwa, a nie na jego korzyść”. Oczywiście wiem, że intelektualne argumenty, o których była dotąd mowa, nie należą do czynników rzeczywiście oddziałujących na ludzi. To co skłania ludzi do wiary w Boga, jest to, że uczono ich tego od niemowlęctwa; jest to główny powód ich wiary. Sądzę, że następnym co do siły motywem jest chęć zabezpieczenia się, wywołująca rodzaj poczucia, że jest gdzieś jakby starszy brat, który się wami zaopiekuje. Odgrywa to bardzo ważną rolę w budzeniu uczuć religijnych. Charakter Chrystusa Chcę teraz powiedzieć parę słów na temat, który moim zdaniem został zbyt pobieżnie potraktowany przez racjonalistów, a mianowicie chodzi mi o kwestię, czy Chrystus był najlepszym i najmądrzejszym z ludzi. Uważa się powszechnie, że powinniśmy wszyscy na to się zgodzić. Co do mnie, to jestem przeciwnego zdania. W wielu punktach zgadzam się z Chrystusem o wiele bardziej niż jego wyznawcy. Nie wiem, czy mógłbym iść z nim aż do końca drogi, ale w każdym razie mógłbym mu towarzyszyć znacznie dalej niż większość nominalnych chrześcijan. Pamiętacie zapewne, że Chrystus mówił: “Nie sprzeciwiajcie się złu, ale kto by cię uderzył w prawy policzek twój, nadstaw mu i drugi”. Nie jest to nowe przykazanie ani nowa zasada. Lao Tse i Budda głosili to na jakieś 500 lub 600 lat przed Chrystusem, ale faktycznie chrześcijanie nie przyjęli tej zasady. Nie mam zamiaru podawać w wątpliwość chrześcijańskich uczuć, na przykład, naszego premiera, ale nie radziłbym nikomu z was pójść do niego i uderzyć go w policzek. Myślę, że skonstatowalibyście wtedy, że według jego mniemania tekst ten powinno się brać w przenośnym znaczeniu. Jedną jeszcze naukę uważam za doskonałą. Przypominacie sobie zapewne słowa Chrystusa: “Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Wydaje mi sę, że trudno by wam było znaleźć w chrześcijańskich krajach sądy, w których ta zasada byłaby mile widziana. Znałem bardzo wielu sędziów, którzy byli bardzo gorliwymi chrześcijanami, a jednak żaden z nich nie odczuwał sprzeczności między zasadami chrześcijańskimi a swoją działalnością. Dalej Chrystus mówi: “Temu, co cię prosi, daj, a od tego, co chce u ciebie pożyczyć, nie odwracaj się”. Jest to bardzo dobra zasada. Wasz przewodniczący przypomniał wam, że nie zebraliśmy się tutaj, aby mówić o polityce, ale nie mogę się powstrzymać od uwagi, że ostatnie wybory rozgrywały się na platformie zagadnienia, w jakim stopniu byłoby pożądane odwrócić się od tego, kto chce coś pożyczyć, tak że musimy przypuścić, iż angielskie stronnictwa, zarówno liberalne jak i konserwatywne, składają się z ludzi nie uznających nauki Chrystusa, ponieważ niewątpliwie odwrócili się oni z całą stanowczością od chcących pożyczać. Następnie jest jeszcze jedna maksyma, która moim zdaniem zasługuje na uwagę, chociaż nie widzę, aby się cieszyła wielką popularnością u niektórych naszych chrześcijańskich przyjaciół. Brzmi ona jak następuje: “Jeśli chcesz być doskonałym, idź sprzedaj majętności twoje i rozdaj ubogim”. Jest to znakomita maksyma, ale, powtarzam to, rzadko stosowana w praktyce. Wszystkie te nauki uważam za dobre, choć trochę trudno jest żyć z nimi. Nie mógłbym twierdzić, że stosuję się do nich w swoim życiu, ale ostatecznie nie zobowiązywałem się do tego. Dla chrześcijanina jednak sprawa ta przedstawia się inaczej. Usterki nauki Chrystusa Po uznaniu doskonałości tych maksymów przechodzę teraz do pewnych punktów, które jak sądzę, nie dają nam powodu do przypisywania Chrystusowi odmalowanemu w Ewangeliach najwyższej mądrości lub dobroci. Zaznaczam, że pomijam kwestię historyczności Chrystusa. Historycznie jest rzeczą bardzo wątpliwą, czy Chrystus w ogóle kiedyś żył; a jeżeli żył, to i tak brakuje nam o nim wszelkich wiadomości; nie będę się więc zajmował tą bardzo trudną kwestią historyczną. Chodzi mi o Chrystusa przedstawionego w Ewangeliach, których opowiadania przyjmuję tak jak są podane; otóż znajdują się tam pewne rzeczy, które nie wydają się bardzo mądre. Na przykład Chrystus był przekonany, że jego drugie przyjście nastąpi w wielkiej chwale jeszcze przed śmiercią żyjących wówczas ludzi. Dowodzi tego wiele tekstów. Między innymi mówi on: “Nie obejdziecie miast izraelskich, aż przyjdzie Syn człowieczy”. Potem zaś: “Są niektórzy z tych, co tu stoją, którzy nie zakosztują śmierci, aż Syn człowieczy przyjdzie do królestwa swego”. I jest sporo miejsc, z których jasno wynika, że jego drugie przyjście nastąpi za życia wielu jego współczesnych. Wierzyli w to także jego pierwsi wyznawcy i wiara ta była podstawą wielu nauk moralnych. Gdy mówił: “Przetoż nie troszczcie się o jutrzejszy dzień” i inne podobne rzeczy, było to w znacznej mierze dlatego, że uważał swoje drugie przyjście za bardzo bliskie, a wszystkie światowe sprawy nie miały już dla niego znaczenia. Znałem osobiście chrześcijan, którzy wierzyli w rychłe nadejście Chrystusa. Znałem również proboszcza, który napędził wielkiego strachu swoim owieczkom oznajmiając im, że drugie przyjście Chrystusa nastąpi lada dzień; co prawda pocieszyli się spostrzeżeniem, że ich pasterz sadzi drzewka w swoim ogrodzie. Pierwsi chrzścijanie wierzyli w to rzeczywiście i powstrzymywali się od czynów podobnych do sadzenia drzewek w ogrodach, ponieważ podzielali wiarę Chrystusa w bliskość drugiego przyjścia. Pod tym względem Chrystus, jak widać nie dorównywał mądrością niektórym innym ludziom, a już z pewnością nie posiadał najwyższej mądrości. Zagadnienia moralne Zwróćmy się do kwestii moralnych. Według mnie istnieje jedna poważna skaza w charakterze Chrystusa, a mianowicie jego wiara w piekło. Nie mogę uwierzyć, aby człowiek rzeczywiście humanitarny mógł wierzyć w kary wieczne. Chrystus przedstawiony w Ewangeliach niewątpliwie wierzył w wieczne męki i w księgach tych znajdujemy wielokrotnie słowa mściwego gniewu skierowane przeciw ludziom, którzy nie chcieli słuchać jego kazań – postawa dość zwykła u kaznodziejów, ale nie dająca się pogodzić z najwyższą doskonałością. Nie spotykamy tej postawy u Sokratesa, łagodnego i uprzejmego wobec ludzi, którzy nie chcieli go słuchać. I moim zdaniem takie zachowanie się bardziej przystoi mędrcowi niż oburzenie. Przypominacie sobie zapewne wszyscy, co mówił Sokrates w swoich ostatnich chwilach i jak się zazwyczaj zwracał do ludzi, którzy się z nim nie zgadzali. Według Ewangelii Chrystus mówił: “Wężowie, rodzaju jaszczurczy, i jakoż będziecie mogli ujść przed sądem dnia piekielnego?” – Był to zwrot pod adresem ludzi, którym się nie podobały jego nauki. Naprawdę nie wydaje mi się to w najlepszym tonie. W Ewangelii znajduje się dużo takich wzmianek o piekle. Najpierw, naturalnie, dobrze nam znany tekst odnoszący się do grzechu “przeciwko Duchowi Świętemu”: “Ale kto by mówił przeciwko Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku ani w przyszłym”. Tekst ten stał się przyczyną niezliczonych cierpień, gdyż wszelkiego rodzaju ludzie wyobrażali sobie iż popełnili grzech przeciw Duchowi Świętemu, i żyli w przekonaniu, że nie otrzymają przebaczenia ani w tym, ani w tamtym świecie. Jestem pewny, że człowiek prawdziwie dobry nie szerzyłby na świecie podobnych trwóg i obaw. Chrystus powiada jeszcze: “Pośle Syn człowieczy anioły swoje, a oni zbiorą z królestwa jego wszystkie zgorszenia i tych, którzy nieprawość czynią; i wrzucą ich w piec ognisty, tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” – po czym rozwodzi się w dalszym ciągu nad płaczem i zgrzytaniem zębów. Wzmianki o tym następują jedna po drugiej i dla czytelnika jest zupełnie widoczne, że Chrystus musiał znajdować pewną przyjemność w przewidywaniu płaczu i zgrzytania zębów, bo inaczej nie powtarzałoby się to tak często. Nie zapomnieliście pewnie przypowieści o owcach i kozłach, gdzie mówi się, jak to podczas drugiego przyjścia Syn człowieczy odłączy owce od kozłów i powie kozłom: “Idźcie ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny”. I Chrystus ciągnie dalej: “I pójdą ci na męki wieczne”. Następnie powiada znowu: “A jeśliby cię gorszyła ręka twoja, odetnij ją; bo lepiej jest tobie ułomnym wnijść do żywota, niżeli dwie ręce mając iść do piekła w ogień nieugaszony, gdzie robak ich nie umiera, a ogień nie gaśnie”. Powtarza się to parokrotnie. Muszę stwierdzić, że ta nauka, według której ogień piekielny jest karą za grzechy, jest okrutna. Doktryna ta upowszechniła okrucieństwo i dała światu całe pokolenia okrutnie torturowanych ludzi, a Chrystus Ewangelii, jeśli się go bierze takim, jakim go przedstawiają jego dziejopisarze, musi niewątpliwie ponosić za to częściową odpowiedzialność. Są jeszcze inne, chociaż mniej ważne niedociągnięcia w nauce Chrystusa. Na przykład historia świń garazeńskich, o których opowiadają Marek i Mateusz. Nie było to z pewnością przejawem dobroci dla świń pozwolić w nie wejść demonom, skutkiem czego biedne zwierzęta wpadły do morza i utonęły. Musicie pamiętać że Chrystus był wszechmocny i mógł po prostu kazać demonom się wynieść, ale on zamiast tego umieścił je w świniach. Dzieje drzewa figowego również przedstawiają się dość zagadkowo. Wiecie zapewne, co się z nim stało. “A drugiego dnia (Jezus) łaknął; i ujrzawszy z daleka figowe drzewo, mające liście, przyszedł, jeśliby snadź co na nim znalazł; a gdy do niego przyszedł, nic nie znalazł, tylko liście, bo nie był czas figom. A odpowiadając Jezus rzekł mu: Niechajże więcej na wieki nikt z ciebie owocu nie je…, a Piotr (następnego ranka) rzekł mu: Mistrzu, oto figowe drzewo, któreś przeklął, uschło”. Jest to bardzo dziwna opowieść, ponieważ pora owocowania fig jeszcze wtedy nie nadeszła i doprawdy trudno było brać to drzewu za złe. Nie, stanowczo nie zdaje mi się, żeby Chrystus czy to pod względem mądrości czy też dobroci stał tak wysoko, jak niektóre postacie historyczne. Z tego punktu widzenia postawiłbym Buddę i Sokratesa wyżej od niego. Czynnik uczuciowy Jak to już powiedziałem, nie sądzę, aby prawdziwy powód dla którego ludzie przyjmują religię, miał coś wspólnego z rozumowaniem. Ludzie stają się religijni z pobudek uczuciowych. Często słyszy się, że to bardzo źle napadać na religię, ponieważ jest ona źródłem cnoty. Tak mi przynajmniej mówiono; sam tego jakoś nie zauważyłem. Samuel Butler sparodiował ten argument w swojej książce “Powrót do Erewhonu”. Bohater tego utworu, niejaki Higgs, przybywa do nieznanego kraju, bawi tam jakiś czas, po czym ucieka balonem. W dwadzieścia lat później udaje się znowu do tego kraju i zastaje tam nową religię, która nakazuje go czcić pod nazwą Syna Słońca i mówi o jego wniebowstąpieniu. Higgs zjawia się w wilię dnia, w którym Erewhończycy obchodzą Święto Wniebowstąpienia, i słyszy, jak profesorowie Hanky i Panky mówią do siebie, że nigdy nie widzieli słynnego Higgsa i wcale nie mają na to ochoty. Są to arcykapłani religii Syna Słońca. Oburzony podróżnik zbliża się do nich i oznajmia: “Zdemaskuję tę całą szarlatanerię i powiem ludziom, że jestem tylko zwykłym człowiekiem i że wzbiłem się w powietrze balonem”. Ale oni mu odpowiadają: “Nie powinien pan tego czynić, ponieważ moralność naszego kraju jest ściśle związana z tym mitem i gdyby pewnego dnia Erewhończycy dowiedzieli się , że nie wstąpił pan do nieba, staliby się wszyscy źli”. Higgs daje się przekonać i odchodzi bez słowa. Myśl przewodnia jest więc taka: bylibyśmy wszyscy występni, gdybyśmy nie trzymali się wiary chrześcijańskiej. Wydaje mi się jednak, że jej wyznawcy byli w większości bardzo złymi ludźmi. Można skonstatować ciekawy fakt, że im intensywniejsza była religijność danego okresu, im głębsza wiara w dogmat, tym większe było okrucieństwo i tym gorszy ogólny stan rzeczy. W tak zwanych wiekach wiary, gdy ludzie rzeczywiście wierzyli we wszystkie twierdzenia religii chrześcijańskiej, mieliśmy tortury inkwizycji, miliony nieszczęśliwych kobiet spalono jako czarownice i nie było okrucieństwa, którego by się nie dopuszczono w imię religii. Rozglądając się po świecie, wprędce spostrzegamy, że każdy, choćby najmniejszy wzrost uczuć humanitarnych, każda reforma kodeksu karnego, każdy krok w kierunku zmniejszenia niebezpieczeństwa wojny, każda próba poprawy położenia ras kolorowych lub złagodzenia niewolnictwa, każdy postęp moralny, który się udało osiągnąć, był stale zwalczany przez zorganizowane Kościoły całego świata. Oświadczam po dojrzałym namyśle, że religia chrześcijańska w postaci, jaką jej nadały Kościoły, była i jest jeszcze głównym nieprzyjacielem moralnego postępu świata. Jak Kościoły opóźniły rozwój postępu Będziecie może uważali, że posuwam się za daleko, utrzymując, że te stosunki trwają nadal. Jestem innego zdania. Weźmy rzecz następującą. Musicie mi wybaczyć, że o niej wspomnę. Jest to nieprzyjemny fakt, ale Kościoły zmuszają nas czasem do przytaczania niemiłych rzeczy. Przypuśćmy, że w naszym dzisiejszym świecie niedoświadczona dziewczyna poślubi syfilityka. W tym przypadku Kościół katolicki powiada: “Sakrament małżeństwa jest nierozerwalny. Jesteście złączeni na całe życie” – i kobiecie tej nie wolno używać żadnych środków, aby uniknąć wydania na świat syfilitycznych dzieci. Takie jest stanowisko Kościoła katolickiego. Twierdzę, że jest to szatańskie okrucieństwo. Żaden człowiek, którego przyrodzone uczucia nie zostały stępione przez dogmat lub który nie jest całkowicie pozbawiony zdolności odczuwania cudzego cierpienia, nie byłby zdolny utrzymywać, że jest słuszne i właściwe, aby podobny stan rzeczy istniał w dalszym ciągu. Podałem tylko jeden przykład. Ale jest dużo innych sposobów, za pomocą których w obecnej chwili Kościół przez obstawanie przy tym, co nazywa moralnością, skazuje najrozmaitszych ludzi na niezasłużone i zbyteczne cierpienia. I naturalnie jest on w swej przeważającej części przeciwnikiem postępu i wszelkich ulepszeń dążących do zmniejszenia ilości cierpienia na świecie, ponieważ opatrzył etykietą moralności zbiór małostkowych przepisów postępowania, które nie mają nic wspólnego ze szczęściem ludzi. Gdy się mówi o konieczności zrobienia tej lub owej rzeczy, która przyczyniłaby się do szczęścia ludzkości, Kościół odpowiada, że ten cel jest mu obcy. “Cóż wspólnego może mieć szczęście ludzi z moralnością ? Zadaniem moralności nie jest uszczęśliwianie ludzi, lecz przygotowanie ich do życia wiecznego”. To pewne, że ludzie przygotowani w ten sposób nie wydają się zdolni do życia ziemskiego. Strach jako podstawa religii Religia jest oparta przede wszystkim i głównie na strachu. Jest to częściowo lęk przed nieznanym, a częściowo, jak już mówiłem, pragnienie posiadania jak gdyby starszego brata, który stanie po naszej stronie we wszystkich kłopotach i sporach. Lęk jest fundamentem tego – lęk przed tajemnicą, obawa porażki, lęk przed śmiercią. Strach rodzi okrucieństwo, nic więc dziwnego, że okrucieństwo i religia szły zawsze ręka w rękę. Lęk jest podstawą ich obu. Zaczynamy teraz trochę rozumieć rzeczy otaczające nas na tym świecie i opanowywać je po trochu za pomocą nauki, która utorowała sobie drogę krok za krokiem, wbrew chrześcijańskiej religii, wbrew Kościołowi, pomimo opozycji wszystkich starych przepisów. Nauka może nam pomóc przezwyciężyć ten dominujący strach, w którym ludzkość żyła przez tyle pokoleń. Nauka i nasze serca mogą nas nauczyć rezygnacji z poszukiwania urojonej podpory, z wynajdywania sobie sprzymierzeńców w niebie i używania naszych sił raczej do tego, żeby uczynić z tego świata miejsce w którym żyć warto, a nie piekło, które zrobiły z niego Kościoły w ciągu minionych wieków. Co powinniśmy robić ? Chcemy stać o własnych siłach i patrzeć na świat bez zmrużenia powiek – na jego dobre i złe strony, jego piękno i brzydotę; chcemy widzieć świat takim, jakim jest i nie odczuwać przed nim lęku. Należy podbić świat inteligencją, a nie odnosić się doń z niewolniczą uległością wypływającą z przerażenia, jakie w nas budzi. Pojęcie Boga bierze swój początek w starodawnym wschodnim despotyzmie. Jest to pojęcie bezwarunkowo niegodne wolnych ludzi. Gdy słyszy się w kościele ludzi, którzy poniżają się mówiąc, że są nędznymi grzesznikami itd., wydaje się to czymś godnym wzgardy, czymś, co nie przystoi szanującym się istotom ludzkim. Powinniśmy nie upadać na duchu i patrzeć światu prosto w twarz. Powinniśmy uczynić nasz świat możliwie jak najlepszym. I chociażby rezultat nie odpowiadał naszym życzeniom, to jednak będzie lepszy od tego, co zrobili ze świata chrześcijanie w ciągu minionych stuleci. Dobrze urządzony świat potrzebuje wiedzy, dobroci i odwagi. Nie potrzeba mu żalu i westchnień za przeszłością ani zakuwania w kajdany swobodnej inteligencji za pomocą słów wyrzeczonych niegdyś przez ignorantów. Potrzebuje on śmiałych poglądów i swobodnej inteligencji. Potrzebna mu jest nadzieja na przyszłość, a nie oglądanie się wstecz. Ufamy, że przyszłość, którą nasza inteligencja może stworzyć, pozostawi daleko za sobą wszystko to, cośmy zdziałali w przeszłości.
Bertrand Russel
Opublikowany w teizm | Otagowane: Bertrand Russel | Zostaw Komentarz »
Dlaczego nie jestem chrześcijaninem
Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu marzec 27, 2009
Najlepiej może będzie, jeśli przede wszystkim spróbujemy zrozumieć, co oznacza słowo “chrześcijanin”. Wiele osób używa go obecnie w bardzo szerokim znaczeniu. Niektórzy nadają tę nazwę każdemu, kto stara się prowadzić przykładny żywot. Przypuszczam, że przyjmując taką interpretację, znaleźlibyśmy chrześcijan we wszystkich sektach i wyznaniach; ale nie uznaję jej za właściwą choćby z powodu zawartego w niej domniemania, że wszyscy ci, którzy nie są chrześcijanami – a więc buddyści, wyznawcy Konfucjusza, mahometanie itd. – nie starają się żyć przykładnie.
Nie uważam za chrześcijanina każdego człowieka, który stara się żyć przyzwoicie, stosownie do stopnia swojej mądrości. Sądzę, że należy posiadać pewną sumę określonych wierzeń, jeśli się chce mieć prawo do miana chrześcijanina. Słowo to nie ma teraz tak wyraźnego znaczenia jak za czasów św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu. Jeśli kto mówił wtedy, że jest chrześcijaninem, wiadomo było, co przez to rozumie. Chrześcijanin uznawał całą serię wierzeń sformułowanych z wielką ścisłością i wierzył niezłomnie w każde ich słowo.
Dziś to się zmieniło. Nasze pojęcie chrześcijaństwa musi być trochę bardziej mgliste. Sądzę jednak, że istnieją dwa artykuły wiary niezbędne dla każdego, kto mieni się chrześcijaninem. Pierwszy jest natury dogmatycznej, a mianowicie: powinno się wierzyć w Boga i nieśmiertelność. Jeśli ktoś nie posiada tej wiary, to nie sądzę, aby nazwa chrześcijanina była dla niego właściwa. Dalej, jak na to sam termin wskazuje, należy mieć pewne wierzenia dotyczące Chrystusa. Mahometanie, na przykład, wierzą również w Boga i nieśmiertelność, a jednak nie uznaliby się za chrześcijan. Wydaje mi się, że co najmniej trzeba wierzyć, iż Chrystus był, jeśli nie Bogiem, to w każdym razie najlepszym i najmędrszym z ludzi. Kto odmawia Chrystusowi tego minimum, ten nie ma, moim zdaniem, żadnego prawa mienić się chrześcijaninem. Naturalnie jest jeszcze inny sposób pojmowania tego słowa, uwidoczniony w kalendarzach i podręcznikach geografii, gdzie powiadają, że ludność Ziemi dzieli się na chrześcijan, mahometan, buddystów, bałwochwalców itd. W tym sensie jesteśmy tutaj wszyscy chrześcijanami. Podręczniki geografii zaliczają nas hurtem do tej kategorii, ale w znaczeniu czysto geograficznym, które możemy śmiało pominąć. Sądzę więc, że w trakcie wyłuszczania wam, dlaczego nie jestem chrześcijaninem, muszę wyjaśnić dwie rzeczy: po pierwsze – dlaczego nie wierzę w Boga i nieśmiertelność; a po drugie – dlaczego nie uważam Chrystusa za najlepszego i najmędrszego z ludzi, chociaż przyznaję mu bardzo wysoki stopień doskonałości moralnej.
Gdyby nie uwieńczone powodzeniem wysiłki niedowiarków w przeszłości, nie mógłbym dzisiaj przyjąć tak elastycznego określenia chrześcijaństwa. Jak już mówiłem, wyraz ten w dawnych czasach miał bardziej sprecyzowane znaczenie.
Obejmował on, na przykład wiarę w piekło. Wiara w wieczny ogień piekielny była zasadniczym artykułem chrześcijańskiego wyznania wiary aż do najnowszych czasów. W Anglii, jak wiecie, przestała ona być ważnym artykułem wiary na mocy decyzji Rady Koronnej. Arcybiskupi Canterbury i Yorku byli przeciwni temu postanowieniu, ale ponieważ w tym kraju sprawy religijne rozstrzyga się za pomocą uchwał parlamentarnych, Rada Koronna mogła przejść do porządku dziennego nad opinią Ich Eminencyj i wiara w piekło przestała być dla chrześcijanina konieczna. Nie będę więc obstawał przy tym, że chrześcijanin musi wierzyć w piekło.
Istnienie Boga
Kwestia istnienia Boga jest obszernym i poważnym zagadnieniem i gdybym miał pokusić się o jego wyczerpujące przedstawienie, byłbym zmuszony trzymać was tutaj aż do końca świata. Musicie mi więc wybaczyć, że potraktuję je w cokolwiek sumaryczny sposób.
Kościół katolicki podał jako dogmat, że można udowodnić istnienie Boga posiłkując się tylko rozumem. Dogmat ten jest dość osobliwy, niemniej jednak zalicza się do dogmatów katolickich. Kościół musiał go ustanowić, ponieważ w pewnym okresie wolnomyśliciele nabrali zwyczaju mówienia, że naturalnie przyjmują istnienie Boga jako prawdę objawioną, ale istnieją takie a takie argumenty, które sam rozum może wysunąć przeciw tej idei.
Argumenty te zostały wyłożone bardzo szczegółowo i Kościół katolicki uczuł się zniewolony położyć temu kres. Ustanowił więc zasadę, że można dowieść istnienia Boga za pomocą czystego rozumu, i znalazł się w konieczności przedstawienia tego, co uważał za materiał dowodowy. Argumentów była pokaźna liczba, ale rozpatrzę tylko kilka spośród nich.
Argument pierwszej przyczyny
Argument pierwszej przyczyny jest może najprostszy i najłatwiejszy do zrozumienia. Kościół utrzymuje, że wszystko, co widzimy na tym świecie, ma jakąś przyczynę, i że posuwając się coraz dalej wzdłuż tego łańcucha przyczyn musimy dojść do pierwszej przyczyny, która otrzymuje nazwę “Boga”.
Skłonny jestem przypuszczeć, że ten argument nie ma dzisiaj wielkiej wagi, przede wszystkim dlatego, że pojęcie przyczyny nie jest już tym, czym było dawniej. Filozofowie i uczeni pogłębili to pojęcie, które w następstwie zatraciło dawną żywotność; ale niezależnie od tego łatwo zauważyć, że argument głoszący konieczność pierwszej przyczyny nie może posiadać wartości.
W młodych latach, gdy rozmyślałem bardzo poważnie nad tymi zagadnieniami, godziłem się przez długi czas na argument pierwszej przyczyny; ale pewnego dnia, mając osiemnaście lat przeczytałem “Autobiografię” Johna Stuarta Milla i znalazłem tam następujące zdania:
“Ojciec mój pouczył mnie, że na pytanie: Kto mnie stworzył ? – nie można dać odpowiedzi, gdyż bezpośrednio potem wyłania się nowe pytanie: Kto stworzył Boga ? To proste zdanie wykazało mi zwodniczość argumentu pierwszej przyczyny. Jeśli wszystko musi mieć przyczynę, to Bóg musi ją mieć również. Jeśli może być coś bez przyczyny, może to być równie dobrze świat, jak i Bóg, tak że argument ten jest zupełnie bezwartościowy. Jest on równoznaczny z poglądem indyjskim, według którego świat spoczywa na słoniu, a słoń na żółwiu; gdy zaś pytano: A żółw ? – Hindus odpowiadał: Może byśmy tak zmienili temat rozmowy ?”
Argument pierwszej przyczyny nie jest w gruncie rzeczy niczym lepszym. Nie ma powodu, dla którego świat nie mógłby zacząć istnieć bez przyczyny; ani też, z drugiej strony – nie ma żadnej racji, dlaczego by nie miał istnieć zawsze. Nie ma powodu do przypuszczenia, że świat w ogóle miał początek. Myśl, że rzeczy muszą mieć początek, zawdzięczamy w rzeczywistości ubóstwu naszej wyobraźni. Dlatego wydaje mi się, że nie potrzebuję tracić więcej czasu na zbijanie argumentu pierwszej przyczyny.
Argument prawa natury
Następnie mamy bardzo rozpowszechniony argument wychodzący z założenia prawa natury. Był to jeden z ulubionych argumentów XVIII wieku, do czego szczególnie przyczynił się wpływ Izaaka Newtona i jego kosmogonii.
Obserwując planety, które krążyły dookoła Słońca zgodnie z prawem ciążenia, ludzie doszli do wniosku, że Bóg wydał tym planetom rozkaz poruszania się właśnie w ten sposób i że to było przyczyną ich ruchu. Było to oczywiście wygodne i proste wyjaśnienie, które oszczędzało im trudu dalszego poszukiwania zasady prawa ciążenia.
W naszych czasach tłumaczymy to prawo w dość skomplikowany sposób, podany przez Einsteina. Nie mam zamiaru wygłaszać prelekcji o prawie ciążenia w interpretacji Einsteina, ponieważ to również zabrałoby trochę czasu; w każdym razie nie ma już mowy o tym rodzaju “praw natury”, jaki mieliśmy w systemie Newtona, gdzie dla jakiegoś niezrozumiałego powodu natura zachowywała się wszędzie jednakowo. Odkrywamy teraz, że wiele rzeczy, które uważaliśmy za prawa natury, to rzeczywistość umowy między ludźmi. Wiadomo, że nawet w najdalszych przestrzeniach międzyplanetarnych metr ma ciągle dziesięć decymetrów. Bez wątpienia fakt ten jest bardzo ciekawy, ale trudno by go nazwać prawem natury. Wiele rzeczy, które uchodziły za “prawa natury”, jest tego samego pochodzenia.
Z drugiej strony, w wypadkach, gdy udaje nam się czegoś dowiedzieć o sposobie zachowania się atomów, spostrzegamy, że podlegają prawu w znacznie mniejszym stopniu, niż sądzono, i że prawa, do których się dochodzi, są to przeciętne statystyczne, ściśle tego rodzaju, jakie mógłby dać prosty przypadek.
Wszyscy wiemy, że istnieje prawo, według którego podczas gry w kości otrzymuje się podwójną szóstkę tylko raz mniej więcej na trzydzieści sześć rzutów, a jednak nie uważamy tego za dowód, że rzuty kości są regulowane z góry powziętym zamiarem. Przeciwnie, gdyby podwójna szóstka wychodziła raz po raz, sądzilibyśmy, że to było zrobione umyślnie. Wiele praw natury zalicza się do tej kategorii. Są to przeciętne statystyczne, podobne do tych, jakie zjawiłyby się na podstawie prawa przypadku; i dzięki temu cała historia z prawem natury wywiera obecnie znacznie mniejsze wrażenie niż dawniej.
Zupełnie niezależnie od tego, co powiedziałem, a co odnosi się do chwilowego stanu nauki, który jutro może się zmienić, samo wyobrażenie, że istnienie praw natury pociąga za sobą istnienie prawodawcy, wynika z pomieszania praw natury z prawami ludzkimi.
Ludzkie prawa są to nakazy polecające osobnikowi żyjącemu w społeczeństwie zachowywać się w pewien określony sposób, przy czym może on zgodzić się na to lub też postąpić inaczej. Natomiast prawa natury są opisem faktycznego zachowania się rzeczy, a ponieważ po prostu opisują, co rzeczy istotnie czynią, więc nie można dowodzić, że musi być ktoś, kto kazał im to zrobić.
A przypuściwszy nawet, że tak było, stajemy przed pytaniem: Dlaczego Bóg wydał właśnie te, a nie inne prawa natury ? Jeśli się odpowiada, że uczynił to wedle swego upodobania i bez żadnego powodu, to zakłada się, że jest coś nie podlegającego prawu, i w ten sposób działanie prawa natury zostaje przerwane. Gdyby zaś odpowiedziano wam za przykładem bardziej ortodoksyjnych teologów, że ogłaszając wszystkie swoje prawa Bóg miał zawsze powód, aby dać raczej prawa te, a nie inne – i że powodem tym była oczywiście chęć stworzenia możliwie najlepszego wszechświata, choć przyglądając się temu ostatniemu, nigdy byście nie wpadli na to przypuszczenie – jeśli zatem był powód do praw, ktore Bóg nadał, to i sam Bóg podlegał prawu. I dlatego wprowadzenie Boga jako pośrednika w tej sprawie nie przynosi żadnej korzyści.
Znajdujecie się wobec prawa poprzedzającego boskie etykiety i stojącego poza nimi, a Bóg nie doprowadza was do celu, gdyż nie jest najwyższym prawodawcą. Krótko mówiąc, argument prawa natury nie ma już tej siły, którą posiadał.
Rozpatrując te wywody odbywam podróż w czasie, ponieważ argumenty, za pomocą których dowodzono istnienie Boga, zmieniają swój charakter z biegiem czasu. Z początku były to ścisłe, intelektualne argumenty, ucieleśniające pewne określone sofizmaty. W miarę zbliżania się do czasów nowożytnych poziom intelektualny tych argumentów spada i nabierają one coraz więcej moralizującej mglistości.
Argument celowości
Następnym argumentem jest argument celowości. Jest on dobrze znany: wszystko na świecie jest urządzone tak, żebyśmy mogli żyć na nim; gdyby świat był choć trochę odmienny, nie potrafilibyśmy tego czynić. Tak brzmi ten argument.
Przybiera on czasem osobliwe formy; utrzymuje się na przykład, że króliki mają białe ogony, aby łatwiej było do nich strzelać. Nie wiem co o tym myślą króliki. Argument celowości łatwo jest sparodiować. Wszyscy znamy uwagę Woltera, że najwidoczniej nos został ukształtowany tak, aby pasował do okularów. Ten rodzaj parodii okazał się bardziej uzasadniony, niż to się mogło wydawać w XVIII wieku, ponieważ od czasów Darwina rozumiemy znacznie lepiej, dlaczego żyjące istoty są przystosowane do swego otoczenia.
Nie środowisko zostało stworzone dla ich rozwoju, ale one same rozwinęły się odpowiednio do warunków, i to jest podstawą przystosowania się. Nie ma w tym żadnego dowodu celowości. Gdy przyjrzymy się bliżej argumentowi celowości, to wyda się nam rzeczą zdumiewającą, że ludzie mogą wierzyć, iż ten świat ze wszystkim, co zawiera, ze wszystkimi swoimi brakami jest najlepszy, na jaki wszechpotęga i wszechwiedza w ciągu milionów lat mogły się zdobyć. Doprawdy nie mogę w to uwierzyć. Czy sądzicie, że gdybyście byli wszechpotężni i wszechwiedzący, a nadto mieli miliony lat do udoskonalenia waszego świata, to nie moglibyście wytworzyć nic lepszego od Ku-Klux-Klanu, faszystów i pana Churchilla ?
Doprawdy, nie imponują mi zbytnio ludzie, którzy oświadczają: “Spójrzcie na mnie ! Jestem tak wspaniałym tworem, że wszechświat musiał mieć jakiś cel”. Nie, wspaniałość tych ludzi wcale mnie nie olśniewa. Dlatego uważam, że argument celowości jest bardzo marny.
Prócz tego, jeśli uznajemy zwykłe prawa naukowe, musimy przypuścić, że życie w ogóle, a życie ludzkie w szczególności, wygaśnie w pewnej chwili na naszej planecie; jest ono tylko nieudaną próbą; jest to jedna z faz rozpadu systemu słonecznego. W pewnym stadium tego rozpadu temperatura oraz inne warunki sprzyjają powstawaniu protoplazmy i na krótki okres w istnieniu całego systemu słonecznego pojawia się życie. Patrząc na księżyc widzimy stan, do którego zdąża Ziemia – coś martwego, zimnego, bez życia.
Mówią mi, że ta perspektywa jest przygnębiająca i ludzie nieraz wam powiedzą, że gdyby temu wierzyli, nie mogliby żyć dłużej. Nie wierzcie im na słowo; wszystko to jest blaga.
Nikt nie przejmuje się na serio tym, co nastąpi po milionach lat. Nawet jeśli ludzie ci myślą że są bardzo strapieni, w rzeczywistości oszukują samych siebie. Dręczą ich bardziej światowe rzeczy lub może po prostu chorują na żołądek, ale nikogo naprawdę nie unieszczęśliwi myśl o tym co się ma przydażyć światu za miliony milionów lat.
Dlatego chociaż przypuszczenie, że życie wygaśnie pewnego dnia, nie usposabia, rzecz prosta, do wesołości – przynajmniej wydaje mi się, że można tak powiedzieć, jakkolwiek czasem, gdy przyglądam się użytkowi, jaki ludzie robią ze swych istnień, myślę że jest ono niemal pociechą – jednak proroctwo tego rodzaju nie może nikomu obrzydzić życia. Jedynym jego skutkiem jest zwrócenie naszej uwagi ku innym rzeczom.
Moralne argumenty na korzyść bóstwa
Teraz przechodzimy do dalszego stadium tego, co nazwę obniżeniem się intelektualnej wartości dowodzeń teistów, i docieramy do tak zwanych moralnych argumentów przemawiających za istnieniem Boga. Wiadomo, że w dawnych czasach wysuwano na korzyść istnienia Boga trzy intelektualne argumenty, które zostały obalone przez Emmanuela Kanta w jego “Krytyce czystego rozumu”; lecz zaledwie Kant rozprawił się z tymi argumentami, a już wynalazł nowy argument, tym razem moralny, i to go przekonało w zupełności.
Podobnie jak wiele innych ludzi był on sceptykiem w dziedzinie intelektu, lecz gdy chodziło o moralność – wierzył ślepo w zasady, które mu wpojono w dzieciństwie. Jest to ilustracja do często podkreślanego przez psychoanalityków zjawiska, że nasze najwcześniejsze skojarzenia myślowe wywierają na nas daleko silniejszy wpływ niż wyobrażenia późniejsze. Jak mówiłem, Kant wynalazł nowy argument moralny na korzyść istnienia Boga.
Różne formy tego argumentu cieszyły się wielką popularnością w ciągu XIX wieku. Jedna z nich polegała na twierdzeniu, że gdyby Bóg nie istniał, nie byłoby pojęcia dobra i zła. Nie będę w tej chwili rozważał, czy dobro da się odróżnić od zła, jest to inna sprawa.
Obchodzi mnie tylko następujący punkt. Jeżeli jesteście zupełnie pewni, że istnieje różnica między dobrem a złem, to nasuwa się pytanie : czy ta różnica powstała z rozkazu Boga ? – Jeżeli zawdzięczamy ją Bogu, to dla samego Boga nie ma różnicy między dobrem a złem i twierdzenie, że Bóg jest dobry, traci wszelki sens.
Jeśli powiecie za przykładem teologów, że Bóg jest dobry, trzeba będzie uznać, że dobro i zło mają znaczenie niezależnie od woli Boga, gdyż postanowienia Boga są dobre, a nie złe, bez względu na sam fakt, że zostały przez niego wydane. Jeśli zaś to przyjmiecie, będziecie musieli wtedy powiedzieć, że dobro i zło nie istnieją li tylko dzięki Bogu, ale że z natury rzeczy logicznie poprzedzają Boga.
Rozumie się, że gdybyście mieli ochotę, moglibyście powiedzieć, że było wyższe bóstwo, które dawało rozkazy Stwórcy naszego świata; lub też wolno by wam było podzielić zapatrywanie niektórych gnostyków – zapatrywanie, które często uważałem za wysoce prawdopodobne – że w rzeczywistości świat został stworzony przez diabła, który skorzystał z nieuwagi Boga. Można dużo powiedzieć na korzyść tej hipotezy i pozwolicie, że nie będę się zajmował jej zbijaniem.
Argument wyrównania niesprawiedliwości
Istnieje jeszcze inna, bardzo ciekawa forma argumentu moralnego, według której istnienie Boga jest konieczne do zaprowadzenia sprawiedliwości na świecie. W znanej nam części wszechświata panuje wielka niesprawiedliwość, dobrzy często cierpią, a złym się powodzi, i trudno orzec, która z tych ewentualności sprawia nam większą przykrość, lecz jeśli chcecie mieć sprawiedliwość we wszechświecie jsko całości, musicie przypuścić, że jest przyszłe życie, które zrównoważyłoby szalę ziemskiego istnienia, a więc w konsekwencji należy przyjąć Boga, niebo i piekło, aby sprawiedliwość mogła w końcu zatriumfować.
Argument ten jest bardzo dziwny. Gdybyście rozpatrywali tę sprawę z naukowego punktu widzenia, powiedzielibyście: “Ostatecznie znam tylko ten świat. Nie wiem nic o reszcie wszechświata. Ale jeżeli w ogóle można rozprawiać o możliwościach, uważałbym za prawdopodobne, że ten świat jest próbką typową i że jeśli tutaj panuje niesprawiedliwość, to są szanse spotkania jej również gdzie indziej”.
Przypuśćmy, że dostaliście szkrzynkę pomarańczy i przekonaliście się po jej otwarciu, że wszystkie owoce z wierzchu są zepsute. W podobnym wypadku nie dowodzi się, że pomarańcze na spodzie muszą być dobre tytułem odszkodowania, lecz mówi się: zapewne cała partia towaru jest zepsuta. Człowiek obdarzony naukowym umysłem wyrobiłby sobie takie właśnie przekonanie o wszechświecie. Powiedziałby on: “Świat tej jest pełen niesprawiedliwości; pozwala to nam przypuszczać, że próżno byłoby szukać sprawiedliwości we wszechświecie, i dostarcza moralnego dowodu przeciw istnieniu bóstwa, a nie na jego korzyść”.
Oczywiście wiem, że intelektualne argumenty, o których była dotąd mowa, nie należą do czynników rzeczywiście oddziałujących na ludzi. To co skłania ludzi do wiary w Boga, jest to, że uczono ich tego od niemowlęctwa; jest to główny powód ich wiary.
Sądzę, że następnym co do siły motywem jest chęć zabezpieczenia się, wywołująca rodzaj poczucia, że jest gdzieś jakby starszy brat, który się wami zaopiekuje. Odgrywa to bardzo ważną rolę w budzeniu uczuć religijnych.
Charakter Chrystusa
Chcę teraz powiedzieć parę słów na temat, który moim zdaniem został zbyt pobieżnie potraktowany przez racjonalistów, a mianowicie chodzi mi o kwestię, czy Chrystus był najlepszym i najmądrzejszym z ludzi. Uważa się powszechnie, że powinniśmy wszyscy na to się zgodzić. Co do mnie, to jestem przeciwnego zdania. W wielu punktach zgadzam się z Chrystusem o wiele bardziej niż jego wyznawcy. Nie wiem, czy mógłbym iść z nim aż do końca drogi, ale w każdym razie mógłbym mu towarzyszyć znacznie dalej niż większość nominalnych chrześcijan.
Pamiętacie zapewne, że Chrystus mówił: “Nie sprzeciwiajcie się złu, ale kto by cię uderzył w prawy policzek twój, nadstaw mu i drugi”. Nie jest to nowe przykazanie ani nowa zasada. Lao Tse i Budda głosili to na jakieś 500 lub 600 lat przed Chrystusem, ale faktycznie chrześcijanie nie przyjęli tej zasady.
Nie mam zamiaru podawać w wątpliwość chrześcijańskich uczuć, na przykład, naszego premiera, ale nie radziłbym nikomu z was pójść do niego i uderzyć go w policzek. Myślę, że skonstatowalibyście wtedy, że według jego mniemania tekst ten powinno się brać w przenośnym znaczeniu.
Jedną jeszcze naukę uważam za doskonałą. Przypominacie sobie zapewne słowa Chrystusa: “Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Wydaje mi sę, że trudno by wam było znaleźć w chrześcijańskich krajach sądy, w których ta zasada byłaby mile widziana. Znałem bardzo wielu sędziów, którzy byli bardzo gorliwymi chrześcijanami, a jednak żaden z nich nie odczuwał sprzeczności między zasadami chrześcijańskimi a swoją działalnością.
Dalej Chrystus mówi: “Temu, co cię prosi, daj, a od tego, co chce u ciebie pożyczyć, nie odwracaj się”. Jest to bardzo dobra zasada. Wasz przewodniczący przypomniał wam, że nie zebraliśmy się tutaj, aby mówić o polityce, ale nie mogę się powstrzymać od uwagi, że ostatnie wybory rozgrywały się na platformie zagadnienia, w jakim stopniu byłoby pożądane odwrócić się od tego, kto chce coś pożyczyć, tak że musimy przypuścić, iż angielskie stronnictwa, zarówno liberalne jak i konserwatywne, składają się z ludzi nie uznających nauki Chrystusa, ponieważ niewątpliwie odwrócili się oni z całą stanowczością od chcących pożyczać.
Następnie jest jeszcze jedna maksyma, która moim zdaniem zasługuje na uwagę, chociaż nie widzę, aby się cieszyła wielką popularnością u niektórych naszych chrześcijańskich przyjaciół. Brzmi ona jak następuje: “Jeśli chcesz być doskonałym, idź sprzedaj majętności twoje i rozdaj ubogim”. Jest to znakomita maksyma, ale, powtarzam to, rzadko stosowana w praktyce.
Wszystkie te nauki uważam za dobre, choć trochę trudno jest żyć z nimi. Nie mógłbym twierdzić, że stosuję się do nich w swoim życiu, ale ostatecznie nie zobowiązywałem się do tego. Dla chrześcijanina jednak sprawa ta przedstawia się inaczej.
Usterki nauki Chrystusa
Po uznaniu doskonałości tych maksymów przechodzę teraz do pewnych punktów, które jak sądzę, nie dają nam powodu do przypisywania Chrystusowi odmalowanemu w Ewangeliach najwyższej mądrości lub dobroci. Zaznaczam, że pomijam kwestię historyczności Chrystusa.
Historycznie jest rzeczą bardzo wątpliwą, czy Chrystus w ogóle kiedyś żył; a jeżeli żył, to i tak brakuje nam o nim wszelkich wiadomości; nie będę się więc zajmował tą bardzo trudną kwestią historyczną. Chodzi mi o Chrystusa przedstawionego w Ewangeliach, których opowiadania przyjmuję tak jak są podane; otóż znajdują się tam pewne rzeczy, które nie wydają się bardzo mądre.
Na przykład Chrystus był przekonany, że jego drugie przyjście nastąpi w wielkiej chwale jeszcze przed śmiercią żyjących wówczas ludzi. Dowodzi tego wiele tekstów. Między innymi mówi on:
“Nie obejdziecie miast izraelskich, aż przyjdzie Syn człowieczy”. Potem zaś: “Są niektórzy z tych, co tu stoją, którzy nie zakosztują śmierci, aż Syn człowieczy przyjdzie do królestwa swego”. I jest sporo miejsc, z których jasno wynika, że jego drugie przyjście nastąpi za życia wielu jego współczesnych. Wierzyli w to także jego pierwsi wyznawcy i wiara ta była podstawą wielu nauk moralnych.
Gdy mówił: “Przetoż nie troszczcie się o jutrzejszy dzień” i inne podobne rzeczy, było to w znacznej mierze dlatego, że uważał swoje drugie przyjście za bardzo bliskie, a wszystkie światowe sprawy nie miały już dla niego znaczenia.
Znałem osobiście chrześcijan, którzy wierzyli w rychłe nadejście Chrystusa. Znałem również proboszcza, który napędził wielkiego strachu swoim owieczkom oznajmiając im, że drugie przyjście Chrystusa nastąpi lada dzień; co prawda pocieszyli się spostrzeżeniem, że ich pasterz sadzi drzewka w swoim ogrodzie. Pierwsi chrzścijanie wierzyli w to rzeczywiście i powstrzymywali się od czynów podobnych do sadzenia drzewek w ogrodach, ponieważ podzielali wiarę Chrystusa w bliskość drugiego przyjścia. Pod tym względem Chrystus, jak widać nie dorównywał mądrością niektórym innym ludziom, a już z pewnością nie posiadał najwyższej mądrości.
Zagadnienia moralne
Zwróćmy się do kwestii moralnych. Według mnie istnieje jedna poważna skaza w charakterze Chrystusa, a mianowicie jego wiara w piekło. Nie mogę uwierzyć, aby człowiek rzeczywiście humanitarny mógł wierzyć w kary wieczne. Chrystus przedstawiony w Ewangeliach niewątpliwie wierzył w wieczne męki i w księgach tych znajdujemy wielokrotnie słowa mściwego gniewu skierowane przeciw ludziom, którzy nie chcieli słuchać jego kazań – postawa dość zwykła u kaznodziejów, ale nie dająca się pogodzić z najwyższą doskonałością.
Nie spotykamy tej postawy u Sokratesa, łagodnego i uprzejmego wobec ludzi, którzy nie chcieli go słuchać. I moim zdaniem takie zachowanie się bardziej przystoi mędrcowi niż oburzenie. Przypominacie sobie zapewne wszyscy, co mówił Sokrates w swoich ostatnich chwilach i jak się zazwyczaj zwracał do ludzi, którzy się z nim nie zgadzali.
Według Ewangelii Chrystus mówił: “Wężowie, rodzaju jaszczurczy, i jakoż będziecie mogli ujść przed sądem dnia piekielnego?” – Był to zwrot pod adresem ludzi, którym się nie podobały jego nauki. Naprawdę nie wydaje mi się to w najlepszym tonie.
W Ewangelii znajduje się dużo takich wzmianek o piekle. Najpierw, naturalnie, dobrze nam znany tekst odnoszący się do grzechu “przeciwko Duchowi Świętemu”: “Ale kto by mówił przeciwko Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku ani w przyszłym”. Tekst ten stał się przyczyną niezliczonych cierpień, gdyż wszelkiego rodzaju ludzie wyobrażali sobie iż popełnili grzech przeciw Duchowi Świętemu, i żyli w przekonaniu, że nie otrzymają przebaczenia ani w tym, ani w tamtym świecie. Jestem pewny, że człowiek prawdziwie dobry nie szerzyłby na świecie podobnych trwóg i obaw.
Chrystus powiada jeszcze: “Pośle Syn człowieczy anioły swoje, a oni zbiorą z królestwa jego wszystkie zgorszenia i tych, którzy nieprawość czynią; i wrzucą ich w piec ognisty, tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” – po czym rozwodzi się w dalszym ciągu nad płaczem i zgrzytaniem zębów. Wzmianki o tym następują jedna po drugiej i dla czytelnika jest zupełnie widoczne, że Chrystus musiał znajdować pewną przyjemność w przewidywaniu płaczu i zgrzytania zębów, bo inaczej nie powtarzałoby się to tak często.
Nie zapomnieliście pewnie przypowieści o owcach i kozłach, gdzie mówi się, jak to podczas drugiego przyjścia Syn człowieczy odłączy owce od kozłów i powie kozłom: “Idźcie ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny”. I Chrystus ciągnie dalej: “I pójdą ci na męki wieczne”. Następnie powiada znowu: “A jeśliby cię gorszyła ręka twoja, odetnij ją; bo lepiej jest tobie ułomnym wnijść do żywota, niżeli dwie ręce mając iść do piekła w ogień nieugaszony, gdzie robak ich nie umiera, a ogień nie gaśnie”. Powtarza się to parokrotnie.
Muszę stwierdzić, że ta nauka, według której ogień piekielny jest karą za grzechy, jest okrutna. Doktryna ta upowszechniła okrucieństwo i dała światu całe pokolenia okrutnie torturowanych ludzi, a Chrystus Ewangelii, jeśli się go bierze takim, jakim go przedstawiają jego dziejopisarze, musi niewątpliwie ponosić za to częściową odpowiedzialność.
Są jeszcze inne, chociaż mniej ważne niedociągnięcia w nauce Chrystusa. Na przykład historia świń garazeńskich, o których opowiadają Marek i Mateusz. Nie było to z pewnością przejawem dobroci dla świń pozwolić w nie wejść demonom, skutkiem czego biedne zwierzęta wpadły do morza i utonęły. Musicie pamiętać że Chrystus był wszechmocny i mógł po prostu kazać demonom się wynieść, ale on zamiast tego umieścił je w świniach.
Dzieje drzewa figowego również przedstawiają się dość zagadkowo. Wiecie zapewne, co się z nim stało. “A drugiego dnia (Jezus) łaknął; i ujrzawszy z daleka figowe drzewo, mające liście, przyszedł, jeśliby snadź co na nim znalazł; a gdy do niego przyszedł, nic nie znalazł, tylko liście, bo nie był czas figom. A odpowiadając Jezus rzekł mu: Niechajże więcej na wieki nikt z ciebie owocu nie je…, a Piotr (następnego ranka) rzekł mu: Mistrzu, oto figowe drzewo, któreś przeklął, uschło”. Jest to bardzo dziwna opowieść, ponieważ pora owocowania fig jeszcze wtedy nie nadeszła i doprawdy trudno było brać to drzewu za złe. Nie, stanowczo nie zdaje mi się, żeby Chrystus czy to pod względem mądrości czy też dobroci stał tak wysoko, jak niektóre postacie historyczne. Z tego punktu widzenia postawiłbym Buddę i Sokratesa wyżej od niego.
Czynnik uczuciowy
Jak to już powiedziałem, nie sądzę, aby prawdziwy powód dla którego ludzie przyjmują religię, miał coś wspólnego z rozumowaniem. Ludzie stają się religijni z pobudek uczuciowych. Często słyszy się, że to bardzo źle napadać na religię, ponieważ jest ona źródłem cnoty. Tak mi przynajmniej mówiono; sam tego jakoś nie zauważyłem.
Samuel Butler sparodiował ten argument w swojej książce “Powrót do Erewhonu”. Bohater tego utworu, niejaki Higgs, przybywa do nieznanego kraju, bawi tam jakiś czas, po czym ucieka balonem. W dwadzieścia lat później udaje się znowu do tego kraju i zastaje tam nową religię, która nakazuje go czcić pod nazwą Syna Słońca i mówi o jego wniebowstąpieniu. Higgs zjawia się w wilię dnia, w którym Erewhończycy obchodzą Święto Wniebowstąpienia, i słyszy, jak profesorowie Hanky i Panky mówią do siebie, że nigdy nie widzieli słynnego Higgsa i wcale nie mają na to ochoty. Są to arcykapłani religii Syna Słońca.
Oburzony podróżnik zbliża się do nich i oznajmia: “Zdemaskuję tę całą szarlatanerię i powiem ludziom, że jestem tylko zwykłym człowiekiem i że wzbiłem się w powietrze balonem”. Ale oni mu odpowiadają: “Nie powinien pan tego czynić, ponieważ moralność naszego kraju jest ściśle związana z tym mitem i gdyby pewnego dnia Erewhończycy dowiedzieli się , że nie wstąpił pan do nieba, staliby się wszyscy źli”. Higgs daje się przekonać i odchodzi bez słowa.
Myśl przewodnia jest więc taka: bylibyśmy wszyscy występni, gdybyśmy nie trzymali się wiary chrześcijańskiej. Wydaje mi się jednak, że jej wyznawcy byli w większości bardzo złymi ludźmi. Można skonstatować ciekawy fakt, że im intensywniejsza była religijność danego okresu, im głębsza wiara w dogmat, tym większe było okrucieństwo i tym gorszy ogólny stan rzeczy.
W tak zwanych wiekach wiary, gdy ludzie rzeczywiście wierzyli we wszystkie twierdzenia religii chrześcijańskiej, mieliśmy tortury inkwizycji, miliony nieszczęśliwych kobiet spalono jako czarownice i nie było okrucieństwa, którego by się nie dopuszczono w imię religii.
Rozglądając się po świecie, wprędce spostrzegamy, że każdy, choćby najmniejszy wzrost uczuć humanitarnych, każda reforma kodeksu karnego, każdy krok w kierunku zmniejszenia niebezpieczeństwa wojny, każda próba poprawy położenia ras kolorowych lub złagodzenia niewolnictwa, każdy postęp moralny, który się udało osiągnąć, był stale zwalczany przez zorganizowane Kościoły całego świata.
Oświadczam po dojrzałym namyśle, że religia chrześcijańska w postaci, jaką jej nadały Kościoły, była i jest jeszcze głównym nieprzyjacielem moralnego postępu świata.
Jak Kościoły opóźniły rozwój postępu
Będziecie może uważali, że posuwam się za daleko, utrzymując, że te stosunki trwają nadal. Jestem innego zdania. Weźmy rzecz następującą. Musicie mi wybaczyć, że o niej wspomnę. Jest to nieprzyjemny fakt, ale Kościoły zmuszają nas czasem do przytaczania niemiłych rzeczy.
Przypuśćmy, że w naszym dzisiejszym świecie niedoświadczona dziewczyna poślubi syfilityka. W tym przypadku Kościół katolicki powiada: “Sakrament małżeństwa jest nierozerwalny. Jesteście złączeni na całe życie” – i kobiecie tej nie wolno używać żadnych środków, aby uniknąć wydania na świat syfilitycznych dzieci.
Takie jest stanowisko Kościoła katolickiego. Twierdzę, że jest to szatańskie okrucieństwo. Żaden człowiek, którego przyrodzone uczucia nie zostały stępione przez dogmat lub który nie jest całkowicie pozbawiony zdolności odczuwania cudzego cierpienia, nie byłby zdolny utrzymywać, że jest słuszne i właściwe, aby podobny stan rzeczy istniał w dalszym ciągu.
Podałem tylko jeden przykład. Ale jest dużo innych sposobów, za pomocą których w obecnej chwili Kościół przez obstawanie przy tym, co nazywa moralnością, skazuje najrozmaitszych ludzi na niezasłużone i zbyteczne cierpienia. I naturalnie jest on w swej przeważającej części przeciwnikiem postępu i wszelkich ulepszeń dążących do zmniejszenia ilości cierpienia na świecie, ponieważ opatrzył etykietą moralności zbiór małostkowych przepisów postępowania, które nie mają nic wspólnego ze szczęściem ludzi.
Gdy się mówi o konieczności zrobienia tej lub owej rzeczy, która przyczyniłaby się do szczęścia ludzkości, Kościół odpowiada, że ten cel jest mu obcy. “Cóż wspólnego może mieć szczęście ludzi z moralnością ? Zadaniem moralności nie jest uszczęśliwianie ludzi, lecz przygotowanie ich do życia wiecznego”. To pewne, że ludzie przygotowani w ten sposób nie wydają się zdolni do życia ziemskiego.
Strach jako podstawa religii
Religia jest oparta przede wszystkim i głównie na strachu. Jest to częściowo lęk przed nieznanym, a częściowo, jak już mówiłem, pragnienie posiadania jak gdyby starszego brata, który stanie po naszej stronie we wszystkich kłopotach i sporach. Lęk jest fundamentem tego – lęk przed tajemnicą, obawa porażki, lęk przed śmiercią. Strach rodzi okrucieństwo, nic więc dziwnego, że okrucieństwo i religia szły zawsze ręka w rękę. Lęk jest podstawą ich obu.
Zaczynamy teraz trochę rozumieć rzeczy otaczające nas na tym świecie i opanowywać je po trochu za pomocą nauki, która utorowała sobie drogę krok za krokiem, wbrew chrześcijańskiej religii, wbrew Kościołowi, pomimo opozycji wszystkich starych przepisów.
Nauka może nam pomóc przezwyciężyć ten dominujący strach, w którym ludzkość żyła przez tyle pokoleń. Nauka i nasze serca mogą nas nauczyć rezygnacji z poszukiwania urojonej podpory, z wynajdywania sobie sprzymierzeńców w niebie i używania naszych sił raczej do tego, żeby uczynić z tego świata miejsce w którym żyć warto, a nie piekło, które zrobiły z niego Kościoły w ciągu minionych wieków.
Co powinniśmy robić ?
Chcemy stać o własnych siłach i patrzeć na świat bez zmrużenia powiek – na jego dobre i złe strony, jego piękno i brzydotę; chcemy widzieć świat takim, jakim jest i nie odczuwać przed nim lęku.
Należy podbić świat inteligencją, a nie odnosić się doń z niewolniczą uległością wypływającą z przerażenia, jakie w nas budzi. Pojęcie Boga bierze swój początek w starodawnym wschodnim despotyzmie. Jest to pojęcie bezwarunkowo niegodne wolnych ludzi. Gdy słyszy się w kościele ludzi, którzy poniżają się mówiąc, że są nędznymi grzesznikami itd., wydaje się to czymś godnym wzgardy, czymś, co nie przystoi szanującym się istotom ludzkim.
Powinniśmy nie upadać na duchu i patrzeć światu prosto w twarz. Powinniśmy uczynić nasz świat możliwie jak najlepszym. I chociażby rezultat nie odpowiadał naszym życzeniom, to jednak będzie lepszy od tego, co zrobili ze świata chrześcijanie w ciągu minionych stuleci.
Dobrze urządzony świat potrzebuje wiedzy, dobroci i odwagi. Nie potrzeba mu żalu i westchnień za przeszłością ani zakuwania w kajdany swobodnej inteligencji za pomocą słów wyrzeczonych niegdyś przez ignorantów. Potrzebuje on śmiałych poglądów i swobodnej inteligencji. Potrzebna mu jest nadzieja na przyszłość, a nie oglądanie się wstecz. Ufamy, że przyszłość, którą nasza inteligencja może stworzyć, pozostawi daleko za sobą wszystko to, cośmy zdziałali w przeszłości.
Bertrand Russel
Opublikowany w ateizm, teizm | Otagowane: Bertrand Russel | Zostaw Komentarz »
Mocarz z Cerne Abbas.
Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu luty 7, 2009
Mieszkańcy Cerne Abbas w hrabstwie Dorset twierdzą, że są kustoszami jedynej w Wielkiej Brytanii usankcjonowanej pornografii, czyli gigantycznego rysunku wyrytego w łagodnym stoku kredowego wzgórza.

Mocarz z Cerne Abbas. Źr. Wikipedia.
Wielki, ponad 60 metrowej wysokości, rysunek wyobraża nagiego osiłka wymachującego maczugą, w stanie wskazującym na wysoki stopień erotycznego podniecenia. Długa na 9 metrów męskość mocarza przyciąga tłumy turystów i jest przedmiotem dumy całej okolicy.
Śmiały rysunek tworzą rowy, wyrąbane w kredowej skale i wypełnione białym tłuczniem, kontrastującym ostro z zielenią pastwisk. Kto pracowicie kuł kredowe zbocze, nie wiadomo. Historycy tradycjonaliści uważają, że Nagi Mocarz (tak zwie się oficjalnie rysunek) przedstawia mitycznego Herkulesa, a wyrąbali go jakieś 2000 lat temu Rzymianie.
Wedle lokalnych podań kredowy rysunek jest starszy niż czasy władzy rzymskiego imperium nad Brytanią i przedstawia pogański symbol płodności. Co roku, latem, ściągają do Cerne Abbas bezpłodne pary, żeby spędzić noc w namiocie rozbitym na Mocarzu. Jest to ponoć patentowany sposób na doczekanie się potomstwa, o czym przekonał się markiz Bath, który zdesperowany nieudanymi próbami poczęcia potomka odwiedził w 1958 roku z żoną Mocarza i ma wspaniałą córkę, nazwaną w dowód wdzięczności Sylwią Cerne.

Mocarz z Cerne Abbas widziany z ziemi. Źr. Wikipedia.
Legendarną reputację Mocarza usiłował podważyć historyk-rewizjonista z uniwersytetu w Bristolu dr Ronald Hutton, który jakieś dziesięć lat temu ogłosił, że erotyczny rysunek powstał wszystkiego cztery wieki temu, a kredowe rowy wyryli frywolni mieszkańcy Cerne Abbas, żeby zakpić sobie z bigoterii purytańskich sąsiadów z okolicznych wiosek. Hutton szperał w archiwach i doszedł, że pierwsze wzmianki o „gigancie” i „mocarzu” pojawiły się dopiero w 1694 roku. Wcześniej nikt o nim nie pisał. Nawet Benedyktyni, których klasztor wznosił się w XVI wieku, a więc trochę wcześniej, o kilkaset metrów od Mocarza, nie wspomnieli o nim ani słowem w swoich kronikach.
Obrazoburczą rozprawę dr Huttona zdruzgotali lokalni historycy z hrabstwa Dorset, którzy powołali się na nie byle jaki autorytet, czyli na sir Flindersa Petrie, archeloga, który odkopał korytarze piramidy Cheopsa w Gizie. Sir Flinders badał w 1920 roku rysunek w Cerne Abbas i orzekł, że liczy on co najmniej 2 tysiące lat. Podobny wiek przypisał mu prof. Tim Darvill z uniwersytetu w Bournemouth, który badał niedawno Mocarza i wykrył, iż w XIX wieku przeszedł on „operację plastyczną”, dzięki której jego męskość wydłużyła się o 2,5 metra.
Rafał Brzeski – Londyn
http://www.polskieradio.pl/nauka/artykul.aspx?id=17092
Gigant z Cerne Abbas, Dorset, Anglia
Opublikowany w teizm | Otagowane: Cerne Abbas | Zostaw Komentarz »
O pochodzeniu bałamuctwa.
Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu luty 6, 2009
Autor tekstu: Anthony C. Grayling![]()
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska
Czasami trudno ocenić, czy głupia i nieodpowiedzialna książka, taka jak Dissent over Descent [ 2 ] Steve’a Fullera, jest rezultatem przyjęcia pozy i chęci wywołania skandalu (syndrom Johna Graya), czy też rzeczywiście reprezentuje postmodernizm, tego raka współczesnego intelektu. Przypuszczam, że uczciwe wytłoczyny postmodernistycznej wrażliwości będą odtąd znane jako „syndrom Steve’a Fullera”, bowiem propozycja tego urodzonego w Ameryce socjologa jest klasycznym przykładem absurdu, do jakiego taka wrażliwość prowadzi.
Jest tam coś jeszcze. Fuller twierdzi, że jest „świeckim humanistą”. Jednak, jak osobliwie nas o tym informuje, jako człowiek wychowany przez jezuitów, „wie jak pogodzić to, co nie do pogodzenia”. Faktycznie! Pod koniec tych niemal 300 zadrukowanych stron, na które zmarnowano las, mówi nam, co potrzebne jest nauce, by usprawiedliwić jej trwanie (o jejku, biedna nauka, nieprawdaż?). Informuje również, co potrzebne jest Inteligentnemu Projektowi, teorii, której bronił przed sądem federalnym w procesie Dover w 2005 roku, żeby „zrealizować swój pełen potencjał w debacie publicznej”. Innymi słowy autor wyjaśnia, jak teoria próbująca naginać fakty, żeby dowieść swojego wcześniejszego przekonania, że Fred (czy jakikolwiek arbitralny i niewyjaśniony byt świadomy) zaprojektował i stworzył świat oraz wszystko na świecie, może osiągnąć swój pełen potencjał w debacie publicznej. A to wszystko wychodzi spod pióra profesora z porządnego brytyjskiego uniwersytetu. No cóż, jeśli to nie jest dowód skuteczności jezuickich metod kształcenia, to nic nim nie jest.
Nie będę was zanudzał (ani marnował własnego czasu) szczegółowym obalaniem argumentów w rozdziałach zatytułowanych: „Czy istnieje płaszczyzna porozumienia między stworzeniem a ewolucją?” i „Czy Inteligentny Projekt jest mniej naukowy niż ewolucja?”, ponieważ kiedy obali się przesłanki, na których opiera się cały ten nonsens, nie jest to już potrzebne.
Fuller opisuje teorię Inteligentnego Projektu (ID) jako projekt ustalenia „przy pomocy zwykłych naukowych odniesień do rozumu i dowodów”, że świat i życie na nim zostały celowo zaprojektowane przez inteligentny byt, wystarczająco kompetentny, by podjąć się zadania stworzenia wszechświata. Nazwijmy to Tezą 1.
Stwierdza, że ID „leży u podstaw rewolucji naukowej, która dzieje się na Zachodzie od XVII wieku”, ponieważ przekonaniem motywującym dociekania naukowe było, że „natura jest tak zbudowana”, by mogła być zrozumiana – jak uczył nas św. Augustyn – bo człowiek jest stworzony na podobieństwo Boga i jest dlatego zdolny do zrozumienia wszechświata. Nazwijmy to Tezą 2.
Przekonuje, że i tak nie ma niczego takiego jak „konsensus naukowy” i że nie jest prawdą, iż teoria ewolucji jest skumulowanym wynikiem postępów badań naukowych. Nazwijmy to Tezą 3.
Konkluduje, że nauka jest rezultatem religii, że „jak dotąd nie przedstawiono żadnej przekonującej alternatywy do uzasadnienia nauki jako poszukiwania ostatecznego zrozumienia rzeczywistości” poza wiarą w boskiego, osobowego stwórcę, oraz że „ateizm zrobił bardzo niewiele dla nauki”. Nazwijmy to Tezą 4.
No dobrze: trzeba nałożyć kalosze i wejść w to g. Odnośnie tezy 1 odpowiadam: nie, teoria ID nie jest projektem, który działa poprzez „zwykłe naukowe odniesienia do rozumu i dowodów.” Zaczyna się ona od sztywnych wniosków i szuka dowodów na ich poparcie. Czy określa co mogłoby obalić sztywną wiarę w projektującą inteligencję, która jest jej punktem wyjścia? Czy mówi nam, co liczyłoby się jako test tego, co już z góry zaakceptowano, zanim zacznie się szukać rzekomo popierających dowodów? W odróżnieniu od tego nauka stawia hipotezy, testuje i rezygnuje z hipotez, kiedy dowody pokazują, że są one niepoprawne. Jest cały wszechświat różnic między prawdziwą nauką a wysiłkami teoretyków ID oraz kreacjonistów, żeby znaleźć pożyteczną propagandę wśród faktów i rzekomych faktów, która wsparłaby ich z góry przyjęte przekonania.
Fuller pisze o Popperze; wydaje się, że zapomniał o zabójczej uwadze Poppera, a mianowicie, że teoria, która wyjaśnia wszystko, nie wyjaśnia niczego. ID jest taką teorią: wszystko się z nią zgadza, nic jej nie obala. Pomysł, że istnieje coś takiego jak bóstwo, jest z logicznego punktu widzenia pełen sprzeczności (co nie jest zaskoczeniem, ponieważ sama idea jest produktem sprzeczności) — wszystko można z niego wywieść. (Ale to przypuszczalnie nie przeszkadza Fullerowi, bo uczyli go jezuici).
Odnośnie Tezy 2 odpowiadam: na tysiąc lat przed św. Augustynem Tales i inni presokratycy oraz Platon, Arystoteles, stoicy i epikurejczycy w wyraźnie naukowy i proto-naukowy sposób myśleli o przyrodzie i działaniu wszechświata zakładając, że ludzka inteligencja jest zdolna zrozumieć działanie natury. Obserwacje aż nadto obficie sugerują, że natura jest regularna i uporządkowana – nie potrzeba bogów, żeby wskazać jak wiosna powraca po każdej zimie i jak plony wschodzą tak, jak to robiły poprzednio. Ludzkość nie tylko nie musiała czekać na św. Augustyna, by odkryć, że może badać świat w ten sposób, bez przywoływania żadnych nadnaturalnych sił, ale co charakterystyczne dla myśli Talesa i jego następców, nie zaczynali oni od takich wierzeń, lecz ich myśli wychodziły z obserwacji i rozumu. To właśnie odrodzenie ich niezależności myśli w Renesansie i później – ponowne odkrycie nieteistycznej tradycji myślenia o świecie – reprezentowało wznowienie przedsięwzięć naukowych, przez tysiąclecie dławionych przez dogmat religijny. Nauka w XVI i XVII wieku musiała walczyć o wyzwolenie się od żelaznego ucisku religii – o czym świadczy zaprzeczenie przez kościół kopernikańskiego heliocentryzmu i proces Galileusza. A pobożni nadal przeczą nauce – teoretycy ID, kiedy odmawiają zaakceptowania odkryć nauki, jak też kiedy Watykan sprzeciwia się badaniom nad komórkami macierzystymi, są spadkobiercami kardynała Bellarmine. Przykładów jest mnóstwo. Jedyne, co może wyjaśnić wysiłek Fullera — ponownego przywoływania wyświechtanego argumentu, że nauka współczesna jest dobrotliwym darem XVI wiecznej religii (może inkwizycji, w przerwach między zabijaniem ludzi, którzy nie wierzyli na przykład, że słońce stało nieruchomo nad Jerycho?) — to ignorancja.
Teraz odnośnie tezy 3, o braku „naukowego konsensusu” i rzekomym „błędzie” w myśleniu, że teoria ewolucji jest historią sukcesu kumulatywnych badań. Z tym ostatnim możemy rozprawić się krótko. Pozwólmy, by kumulatywne potwierdzenie teorii ewolucji mówiło samo za siebie, przedstawiając geologię Lyella, obserwacje Darwina zięb na Galapagos, groch Mendla, kombinację teorii genetycznej i zrozumienie doboru naturalnego i sztucznego, dane kopalne, komparatywną anatomię i fizjologię oraz masę obserwacji, eksperymentów i odkryć (nic w tym kumulatywnego i postępowego, co?) i po prostu zauważyć, że Fuller – jak z wszystkim innym, co próbuje omawiać w tej książce – musi rzeczywiście odrobić lekcje, które zaniedbał.
Sprawa „konsensusu” wymaga nieco więcej uwagi. Twierdzenie Fullera należy do techniki „robimy dziurę w całym”; jeśli naukowcy nie zgadzają się w jakimś punkcie, jeśli nie ma między nimi konsensusu, to może da się w tę dziurę wepchnąć alternatywę w postaci jednego albo dwóch bogów, albo choćby odrobinę domniemanego inteligentnego projektu? Ale tutaj Fuller wpada rzeczywiście w pułapkę. Twierdzi, że nie istnieje naukowy konsensus (w ogóle? czy tylko w pojedynczych przypadkach dotyczących jakiegoś nowatorskiego, obecnie badanego problemu?), niemniej istnieje „naukowa ortodoksja”, która, jeśli się pod nią nie podpiszesz, zakazuje ci dostępu do swoich struktur – przypuszczalnie do pracy i finansowania badań. No cóż, naukowcy są na ogół mądrymi ludźmi, przypuszczam więc, że są w stanie posiadać ortodoksję bez konsensusu, chociaż dla mnie brzmi to jak sprzeczność. Ale zaakceptujmy to na moment. Czy powszechna zgoda wśród naukowców na temat tablicy Mendelejewa, siły przewidywania teorii kwantowej, metod testowania skuteczności składników farmaceutycznych i tak dalej przez milion takich rzeczy, jest oznaką „ortodoksji”, ale nie fundamentalnego „konsensusu” w sprawie podstaw, metod nauki? A może to jest po prostu kwestia tego, że fundamenty nauki są bardzo pewne, powszechnie zaakceptowane i są podstawą, na której opierają się pytania, badania i debaty, mające sens w świetle tych fundamentów? Niewątpliwie różne typy od ID lubią określać istnienie jeszcze nierozwiązanych problemów i sposób, w jaki badania otwierają drogę do nowych pytań, jako „dowody”, że nauka jest w jakiś sposób w chaosie i potrzebuje zwrócenia się do bóstwa, żeby to uporządkował (naukowcy debatują, badają, czasami się nie zgadzają – no to musi istnieć bóg!). Ale tutaj Fullerowi znowu grozi wpadnięcie w dołek, który wykopał. Jeśli naukę można kwestionować w sposób, w jaki czyni to Fuller, to jego opis „nauki ID” jako prawdziwej nauki – bez konsensusu! z ograniczającą ortodoksją! – jest równie wątpliwy. Czy może mieć jedno i drugie? No cóż, pamiętajmy, że wykształcili go jezuici.
Odnośnie tezy 4 odpowiadam: nie zapomnijmy, że przyznanie kiedykolwiek przed XIX wiekiem w Europie lub Ameryce, iż nie jest się religijnym, oznaczało co najmniej społeczne odrzucenie, a czasem również narażenie się na karę śmierci. Tak więc wszyscy „byli religijni”. Edukacja, taka jaka ona wówczas była, dla większości ludzi, oznaczała edukację religijną; dzieci uczyły się czytać recytując na pamięć Biblię, tak jak dzieci dzisiaj uczą się na pamięć sur Koranu w pakistańskich madrasach. Także my, ateiści, mówimy „na litość boską!” i „do diabła!”. Kiedy więc jakąkolwiek wypływającą z historii myśl określa się jako myśl „religijną”, równie dobrze można ją określić jako „myśl ludzką” lub „myśl społeczną”. Jeden z podrozdziałów Fuller tytułuje: „Konsensus: rozciągnięcie myśli religijnej na naukę”. Widać tu zabieg techniczny: jak łatwo jest przypisać wszystko źródłom w religii, ponieważ religia była historycznie elementem społecznym, tak jak woda jest elementem, w którym żyją ryby. Dlatego też przypisywanie „religii” czegokolwiek innego niż specyficznej doktryny jest bezsensowne.
Tu jednak jest kolejna oznaka ignorancji i historycznej krótkowzroczności Fullera. Chrześcijaństwo jako dominująca religia Europy i podbitego przez nią świata importowało wielkie połacie filozofii greckiej, żeby uzupełnić braki własnej etyki i metafizyki, poczynając od importowania neoplatonizmu w kilka wieków po Jezusie, kiedy stało się jasne, że koniec świata został odroczony, do szczytu tego importu w okresie późnego Średniowiecza wraz z wklejaniem Arystotelesa do teologii przez Tomasza z Akwinu i niektórych scholastyków. Wiele idei, które często przypisuje się źródłom religijnym, to świeckie, nieteistyczne zapożyczenia od Greków, naklejone na niespójności wiary i uratowane z tego towarzystwa przez ponowne podjęcie racjonalnych badań w rewolucji naukowej.
A co ateizm zrobił dla nauki? No cóż, popatrzmy: usunął ryzyko palenia naukowców na stosie za kwestionowanie prawdy objawionej przez boga, że „założyłeś ziemię na podwalinach jej i nie zachwieje się na wieki wieków” [ 3 ] (Psalm 104 ukochany przez Bellarmine’a, kiedy próbował zamknąć usta filozofom epoki Kartezjusza). Usuwało to konieczność fałszowania obserwacji, faktów, wyników eksperymentów, żeby pasowały do przyjętej doktryny, odległej tak daleko jak to możliwe od wszystkiego, co ujawniały obserwacje i eksperymenty. (Wyobraź sobie, że przez teleskop widzisz księżyce Jupitera w czasach, w których ziemia – na rozkaz! – była w centrum wszechświata, a człowiek i stworzona przez niego religia była na niej czymś najważniejszym, i wiesz, że papież i Święta Inkwizycja tylko czekają, byś zaprzeczył strzeżonej przez nich wierze.) Krótko mówiąc, ateizm wyzwolił umysł i dociekliwość ludzkości. Zmniejszająca się hegemonia religii i gwałtownie wzrastająca wiedza naukowa i techniczna przez ostatnie cztery stulecia szły pari passu we wzajemnie wzmacniającym się tandemie: im mniej religii tym więcej nauki; im więcej nauki tym mniej religii. I jest to zjawisko powszechne (patrz sondaże Pew o podupadaniu religii, nawet w USA).
Skomentowałem tutaj tylko niektóre przesłanki książki Fullera. Sama teoria ID (której wady są tak żałosne, że aż śmieszne: twierdzenie o istnieniu i działalności nadnaturalnego projektanta w tym naszym świecie z tak wieloma nieudanymi eksperymentami życia, tak wielkimi powtórkami i chaotyczną różnorodnością wysiłków, by sprostać wyzwaniu przekazania dalej genów) byłaby bluźnierstwem wobec projektanta, gdyby tylko istniał. Te argumenty są wystarczająco dobrze znane, by nie marnować wysiłku na ich powtarzanie; ani też przytłaczająca pewność teorii ewolucji w biologii nie wymaga obrony. W interesie naszych lasów zatrzymuję się więc tutaj, dodam tylko lament nad faktem, że Fuller napisał nie tylko nieodpowiedzialną, ale i złą książkę, której jedyną zaletą jest to, że niechcący wbija kolejny gwóźdź do trumny ID. [ 4 ]
Opublikowany w ateizm, teizm | Otagowane: fuller | Zostaw Komentarz »
Wrogowie rozsądku – Niewolnicy Zabobonu
Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu luty 5, 2009
Czy rozsądne jest by martwi mogli komunikować się z żywymi i radzić im jak mają żyć?
Co myślisz o wbijaniu igieł w ciało, by poczuć przepływ energii Chi i wyleczyć się z chorób. Albo wyginaniu łyżeczek samym tylko umysłem. Czy jest to racjonalne.
Richard Dawkins nie sądzi by tak było i uważa za swój obowiązek przedstawić te obszary przekonań, które istnieją bez naukowego dowodu i wciąż trzymają ludzi w mocy zaklęcia.
Spotyka się z czołowymi zwolennikami, ludźmi mającymi autorytet w swojej dzedzinie. także z ofiarami ich praktyk i przedstawia historię tych ruchów – od szarlatanów, którzy wykorzystują te techniki, po eksperymenty i testy, które nie dowiodły ich skuteczności.
Opublikowany w teizm | Otagowane: Wrogowie rozsądku | Zostaw Komentarz »