Psychoneurocybernauta inc!

Bieda materialna, to bogactwo duchowe, Tak iluzjoniści wyprali tobie głowę.

  • Principia Discordia

    Naprzód rycerze Chrystusa,
    Naprzód kapłani Buddy,
    Naprzód owoce Islamu,
    Walczcie do upadłego,
    Toczcie małe potyczki,
    Jednoczcie się
    pod ostrzałem
    Ku Wielkiej Chwale
    Dys-kor-dii.
    Je, je, je, Je, je, je, je, Buuuuuuuuum!
  • Ralph Waldo Emmerson

    Religia jednego wieku staje się literacką rozrywką następnych.
  • Aleister Crowley

    Czyn wole swą, niechaj będzie całym Prawem.

    Nie masz żadnego prawa prócz czynienia twej woli. Czyn ja i nikt inny nie powie nie.

    Każdy mężczyzna i każda kobieta jest gwiazdą.

    Nie ma boga prócz człowieka.

    Człowiek ma prawo żyć wedle swych własnych praw
    żyć tak jak tego chce
    pracować tak jak chce
    bawić się tak jak chce
    odpoczywać tak jak chce
    umrzeć kiedy i jak chce

    Człowiek ma prawo jeść to co chce: pić to co chce: mieszkać tam gdzie chce: podróżować po powierzchni Ziemi tam gdzie tylko chce.

    Człowiek ma prawo myśleć co chce
    mówić co chce: pisać co chce: rysować, malować, rzeźbić, ryć, odlewać, budować co chce: ubierać się jak chce

    Człowiek ma prawo kochać jak chce

    Człowiek ma prawo zabijać tych, którzy uniemożliwiają mu korzystanie z tych praw

    niewolnicy będą służyć

    Miłość jest prawem, miłość podług woli.
  • Terence McKenna

    Skoro już w XIX wieku zgodziliśmy się przyznać, że człowiek pochodzi od małpy, najwyższy czas pogodzić się z faktem, że były to naćpane małpy.
  • Anarchizm metodologiczny

    Anarchizm metodologiczny - jest programem (a właciwie antyprogramem), zgodnie z którym należy z wielką ostrożnością podchodzić do każdej dyrektywy metodologicznej, (w tym do samego anarchizmu) bowiem zaistnieć może sytuacja, w której lepiej jest z anarchizmu zrezygnować (aby nie hamować rozwoju wiedzy) niż go utrzymywać.
    Paul Feyerabend
  • Lustro Rady dotyczące obecności i świadomości

    Aby przejąć władzę nad królestwem, musi się obalić króla; nie wystarczy pokonać kilku dworzan ani podbić kilku wiosek.

    Jeśli więc nie wiemy, jak utrzymywać obecność bez rozproszenia, a zamiast tego pozwalamy sobie zatracić się w rozproszeniu i iluzji, nigdy nie uwolnimy się z niekończącej się transmigracji.

    Jeśli zaś nasz umysł nie rozprasza się i nie zapomina, lecz uzyskuje samokontrolę i utrzymuje obecność swojego prawdziwego Stanu, nie warunkując się iluzją, wtedy staje się esencją wszystkich nauk i korzeniem wszystkich ścieżek.

    Namkhai Norbu Rinpocze
  • Strony

Archiwum kategorii ‘szamanizm’

Indiański rytuał inicjacji

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu maj 30, 2009

http://www.environmentalgraffiti.com/featured/painful-animal-bite-on-earth/2529

Opublikowany w szamanizm | Zostaw Komentarz »

Floyd Red Crow Westerman

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu styczeń 31, 2009

Mądre słowa indian Hopi

Floyd Red Crow Westerman (Indianin z plemienia Siuksów) opowiada jak Ameryka nadeszła i jak odejdzie, a także podpowiada kilka wskazówek jak połączyć się duchowo z ziemią.

Opublikowany w szamanizm | Otagowane: | Zostaw Komentarz »

Megality, Opium i Konopie

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu styczeń 13, 2009

Tematyka niniejszego artykułu należy do najrzadziej poruszanych w polskim piśmiennictwie archeologicznym. Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele. Wymaga ona bowiem przede wszystkim badań interdyscyplinarnych. Stąd też w literaturze wzmianki o środkach psychoaktywnych ograniczone są wręcz do minimum lub ich w ogóle brak.


Problem narkomanii, który w ciągu ostatnich lat stał się poważnym wyzwaniem dla społeczeństwa polskiego, w świetle specjalistycznych badań nie jest bynajmniej czymś nowym. Historia narkotyków jest tak stara jak dzieje ludzkości. Na kilkaset tysięcy (do 800 tys.) gatunków świata roślinnego stosunkowo niewiele jest roślin odurzających, psychomometycznych, zwanych także psychodysleptycznymi, psychozomimetycznymi, halucynogenicznymi lub halucynogennymi. W swoisty sposób oddziaływają one na organizm i psychikę człowieka, wywołując halucynacje, stąd też potocznie nazywane bywają ,,roślinami narkotycznymi’’. Jak sądzą botanicy, prawdopodobnie liczba wszystkich dotychczas znanych nie przekracza 60 gatunków – i to zarówno roślin naczyniowych jak i plechowatych. Z tego zaledwie 1/3 z nich odgrywało i wciąż odgrywa większą rolę w dziejach ludzkości. Kontrowersyjnych zdaniem niektórych autorów, halucynogeny wręcz przyczyniły się wręcz do „uczłowieczenia” gatunku homo (McKenna 1993). To dzięki silnym środkom halucynogennym (LSD) zastosowanym we współczesnej psychiatrii udało się S.Grofowi, stworzyć swego rodzaju stratygrafię sfery nieświadomej ludzkiej psychiki. Z tych chociażby względów środki owe zasługują na naszą uwagę.

Do roślin i grzybów halucynogennych rosnących w Europie, które w czasach historycznych oraz w folklorze były użytkowane w różnych celach, należą m.in. dziędzierzawa (Datura stramonium), lulek czarny (Hyoscyamus niger L.), pokrzyk wilcza jagoda (Atropa belladona), mandragora (Mandragora officinarum), mak (Papaver somniferum L.), konopie (Cannabis sativa), tojad mordownik (Aconitum), wawrzynek wilcze .łyko (Daphne mezereum), muchomor czerwony (Amanita muscaria), grzyby psylocibidae i in. Jakie mamy dowody na stosowanie tych środków halucynogennych w pradziejach Europy, jakie były społeczne skutki tych praktyk i czy w ogóle istniał wówczas problem narkomanii? Aby zagadnienie owo przebadać, należy posłużyć się dotychczasową wiedzą botaniczną i farmakologiczną, mieć dowody palynologiczne (pyłki roślin psychoaktywnych odkrytych na stanowiskach archeologicznych, w grobach i naczyniach) i ślady substancji psychodelicznych. Ważne są analizy chemiczne, znajomość sposobów produkcji i technik narkotyzowania się, dane historyczne i etnograficzne dotyczące tego zjawiska oraz znajomość dzieł sztuki sakralnej i świeckiej powstałych pod wpływem halucynogenów. Najważniejsze są informacje medyczne (psychologia, psychiatria i in.) o działaniu poszczególnych specyfików na organizm ludzki i psychikę człowieka, gdyż to właśnie te działania były powodem użytkowania substancji psychotropowych w dziejach ludzkości. Dopiero w tym kontekście można próbować dociekać zasięgu tego zjawiska w kulturach prahistorycznych i jego ówczesnych społecznych skutków.

W czasach, gdy nie znano jeszcze rolnictwa i hodowli, ludzie przez dziesiątki tysięcy lat żywili się tym, co złowili lub zebrali w lesie. Wtedy właśnie w paleolicie i mezolicie “przetestowano” wiele roślin pod względem ich właściwości jadalnych. A przy okazji ujawniło się działanie halucynogenne wielu z nich. Najwcześniejsze dane pochodzą już ze starszej epoki kamienia. Dowodami na to są m.in. prahistoryczne dzieła sztuki.

Ostatnie badania nad sposobem wykonania paleolitycznych malowideł jaskiniowych we Francji wykazały, że farby zastosowane do ich wykonania zawierały substancje halucynogenne, malowidła zaś tworzono biorąc farbę do ust, mieszając ją ze śliną i wydmuchując na ścianę jaskini. Efektem tej techniki malarskiej były wizje narkotyczne, uwidocznione potem na ścianach jaskini (m.in. skutek zatrucie tlenkami manganu).


Z kolei w Afryce najstarsze malowidła naskalne pochodzą z jaskini zwanej Apollo 11 w południowej Namibii. W 1969 roku znaleziono tam kilka malowanych kamiennych płyt, które datowane są na co najmniej 26 tys. lat. Jedna z płyt przedstawia dziwna postać zwierzęcia z nogami człowieka. Jak wskazują badania etnograficzne plemienia Buszmenów, tego typu postacie: pół zwierzęta, pół-ludzie są typowe dla wizji występujących u szamanów w stanach transowych. Na malowidłach południowo-afrykańskich bardzo często występują figury geometryczne: kraty, zygzaki, kropki i linie faliste. Badania neuropsychologiczne wykazały, że tego typu geometryczne obrazy zwane entoptykami ukazują się bardzo często ludziom w transie. Sądzi się zatem, że figury geometryczne przedstawione na tych i wielu innych malowidłach i rytach skalnych przedstawiają wizje, jakie pojawiają się w czasie transu spowodowanego tańcami rytualnymi lub też są efektem działania środków halucynogennych. Analogicznie interpretowane są motywy sztuki z epoki kamienia w tym też z kręgu europejskich kultur megalitycznych. Podobnie o znakach symbolicznych w europejskich kulturach megalitycznych twierdzi Z. Krzak (1994). Sądzi on bowiem, iż nie mają one odpowiedników w świecie realnym. Najbliższą natomiast analogią dla nich są psychogenne fosfeny, tj. znaki ekstatyczno – wizyjne, które subiektywnie można wywołać w człowieku m.in. środkami mechanicznymi, chemicznymi, zmęczeniem, oraz narkotykami. Rola transu i tzw. „stanów odmiennej świadomości” miała i ciągle ma podstawowe znaczenie w wielu kultach przeszłości i teraźniejszości .


Wśród rysunków naskalnych z Tassili z terenów Sahary datowanych na późny neolit znajdują się przedstawienia tańczących w ekstazie postaci antropomorficznych z halucynogennymi grzybami oraz postać szamana z głową w formie łba pszczoły. Z jego ciała wyrastają grzyby. Trzyma je również w swoich dłoniach. Z Bałkanów z kręgu neolitycznej kultury Vinča, pochodzą natomiast kamienne rzeźby grzybów. Z kolei na epokę brązu datuje się ciekawy posążek będący obecnie w posiadaniu Muzeum Archeologicznego w Atenach. Przedstawia on kobietę z dzieckiem w ręku. Głowa dziecka przyozdobiona jest kapeluszem grzyba. Wiele wizerunków grzybów halucynogennych, zapewne muchomorów (Amanita muscaria), odkryto w Skandynawii. Wyobrażano je m.in. na brzytwach z okresu brązu służących do celów kultowych (inicjacje, ofiary, obrzędowe ścinanie włosów ludzi i zwierząt). Istnieje ponad 50 różnych gatunków halucynogennych Amanita muscaria występujących na terenie Europy, Azji, Afryki i Ameryki Płn. Spożywanie grzybów Amanita muscaria (muchomor czerwony), Amanita pantherina (muchomor plamisty) lub też dzikiego rozmarynu (Ledum paluste) zmieszanego z aromatycznym mirtem (Myrica gale), było nie tylko źródłem halucynacji dla wczesnośredniowiecznych społeczności skandynawskich, ale jak się przypuszcza, także sposobem osiągania stanu osławionej furii wojennej Wikingów. W czasach przedchrześcijańskich muchomor czerwony powszechnie stosowano w trakcie obrzędów religijnych (głównie typu szamańskiego) na prawie całym obszarze Eurazji – od Skandynawii po Kamczatkę oraz w Ameryce Płn.


Bardzo ważnymi dowodami dla rozważań o halucynogenach w prahistorii są znaleziska pyłków (nasion) roślin halucynogennych odkrytych na stanowiskach prahistorycznych, zwłaszcza w grobach. Najstarsze pochodzą z Szanidar (Irak) a związane są już z człowiekiem neandertalskim. Inne odkryto w grobie kapłanki z wczesnego neolitu w Çatal Hüyük (Turcja), na megalitycznym stanowisku “La Houque Bie” na wyspie Jersey koło Wielkiej Brytanii oraz wielu innych z późniejszych epok.


Silne odurzenie znane było zarówno w starożytnym Egipcie jak i w Mezopotamii o czym świadczą ówczesne dokumenty. Z recepty mezopotamskiej zapisanej na glinianej tabliczce pochodzi jeden z pierwszych opisów organizmu człowieka będącego pod wpływem środków psychotropowych. Symptomy (ucieczka myśli, oczy w słup) oraz użycie korzeni lukrecji jako antidotum będącego tradycyjną odtrutką przy zatruciu bieluniem dziędzierzawą lub konopiami, zdaniem współczesnych badaczy, wyraźnie wskazują na działanie alkaloidów z grupy tropanów i na opium lub konopie.

Badania tej problematyki wykazują iż różnego typu narkotyki stosowane były zarówno przez ludy starożytne jak i nowożytne w obrzędach religijnych i magicznych. Znali je m.in. Indianie obu Ameryk, Grecy, Asyryjczycy, Chińczycy, Persowie i Hindusi itd. U tych ostatnich bogowie Haoma i Soma byli uświęconymi roślinami halucynogennymi stosowanymi od kilku tysiącleci w kulcie. Rośliny psychoaktywne miały swój udział również w obrzędach pogrzebowych. Psychoaktywny lulek czarny (Hyoscyamus niger L.), który znany był już w epoce brązu w rejonie Alp, przypuszczalnie używali wczesnośredniowieczni Rusowie w trakcie pogrzebu opisanego przez arabskiego kupca i podróżnika Ibn Fadlana. Napój uwarzony z tej rośliny serwowano niewolnicom zabijanym w ofierze dla zmarłego wielmoży. W uzupełnieniu dodajmy, że europejskie czarownice z czasów renesansu używały właśnie lulka czarnego oraz belladonny, mandragory i datury do produkcji tzw. “maści do latania”.


Psychogenne obrazowanie było doznawane przez ludzi we wszystkich kulturach i wszystkich okresach ludzkiej historii. Badaczka E. Bourguignon (1977) stwierdziła wręcz, że ponad 90% spośród rozpatrywanych przez nią 488 społeczności znało zinstytucjonalizowane formy i metody zmieniania stanów świadomości. Środki te były niejako wmontowane w owe kultury i miały sankcje religijne. Społeczności pradziejowe i tzw. prymitywne spożywały narkotyki podczas najważniejszych uroczystości religijnych oraz w obrzędach przejścia (narodziny, inicjacje, pogrzeb). Z czasem narkotyki zastąpiono napojami alkoholowymi (miód, wino i piwo). Te ostatnie produkowano m.in. z zboża skażonego halucynogennym sporyszem. Halucynogeny odegrały ogromną rolę w szamanizmie, obrzędowości i sztuce religijnej. W późniejszych czasach miały niemały wpływ na wielkie procesy społeczne, rewolty i polowania na czarownice. Są one także źródłem wielu baśniowych motywów. Przykładem mogą być postacie krasnoludków, które są efektem zjawiska mikropsiji i makropsji jakie m.in. pojawia się po zjedzeniu muchomorów czerwonych.


Desakralizacja środków halucynogennych a następnie hedonistyczne ich użycie jest podstawową i główną przyczyną pojawienia się problemu masowej narkomanii w dziejach ludzkości. Święte rośliny i psychoaktywne substancje pozbawione sankcji religijnych, zakazów i nakazów kontrolowanych przez daną społeczność, znalazły się w sferze „profanum”. Z kolei wyłącznie przyjemnościowa ich konsumpcja („bez wewnętrznych hamulców” i kontroli społecznej) zrodziła uzależnienia, śmiertelne choroby oraz niekorzystne społeczne i ekonomiczne konsekwencje.

W niniejszych rozważaniach zwrócimy uwagę na dwie rośliny, z których już od neolitu wytwarzano substancje psychoaktywne – mak i konopie. Jednocześnie stwierdzamy, iż jest to pierwsza w fachowym piśmiennictwie polskim publikacja dotycząca tzw. archeologii narkotyków.

MAK I JEGO POCHODNE

Mak jest rośliną jednoroczną występującą w wielu odmianach w wielu rejonach świata. Spośród ponad stu gatunków maku wymienić należy mak polny będący pospolitym chwastem zbożowym i mak lekarski (siewny; Papaver somniferum L.). Mak od najwcześniejszych czasów miał uniwersalne zastosowanie jako środek leczniczy, żywnościowy i narkotyczny. Najwcześniejsze europejskie znaleziska resztek tej rośliny sprzed 6050 lat odkryto na stanowiskach grupy Rhine-Meuse kultury wstęgowej rytej z Basenu Paryskiego z Francji. Młodsze, gdyż pochodzące z okresu 3500-2500 l. p.n.e. (inne datowanie 4200 p.n.e.- Rudgley 2002) znaleziono w połowie XIX w. w Hiszpanii w Cueva de los Murciélagos (Jaskini Nietoperzowej) w Almeria. Odkopano tam szkielety z resztami dobrze zachowanych odzieży oraz kuliste kosze zawierające główki maku. Znaczne ilości ziaren maku a także zupełnie dobrze zachowane jego główki należące do szlachetniejszej, uprawianej postaci maku znaleziono również w XIX w. we wczesnoneolitycznych budowlach palowych w Robenhausen w Szwajcarii oraz na stanowiskach w Steckborn, Niederweil, Moosseldorf. Wiek znalezisk z okolic Mediolanu (Lagozza), Francji (Sabaudia) i Szwajcarii. Roślina ta znana była na południu Polski już w okresie neolitu. Ziarna maku (Papaver somniferum L.), które zmieszane były z nasionami pszenic pierwotnych, niewielką ilością ziaren żyta i chwastów odkryto na stanowisku kultury ceramiki promienistej w Zesławicach, pow. Kraków. Dalsze dowody rozprzestrzenienia się maku w krajach europejskich pochodzą z okresu brązu i żelaza. Z polskich stanowisk kopalnych pochodzą znaleziska nasion maku (Papaver somniferum L) z Biskupina i z Mogiły (Nowa Huta; okres późnorzymski), gdzie wystąpiły m.in. z halucynogennym lulkiem (Hyosciamus niger L.).


Z maku lekarskiego (siewnego; Papaver somniferum L.) otrzymuje się olej oraz opium. Opium produkuje się specjalną metodą ze zgęszczonego soku makowego. W tej procedurze od czasów starożytnych do dziś nic się nie zmieniło. Najstarsze dane pochodzą z Mezopotamii, gdzie już Sumerowie uzyskiwali sok maku z naciętych makówek, zbierany potem następnego dnia rano. Grecki lekarz Dioskurides (I w. n.e.) dokładnie i po raz pierwszy w historii przedstawił ten proces w swojej pracy o środkach leczniczych: ,,Ci, którzy chcą uzyskać sok, powinni po osuszeniu rosy ostrożnie naciąć gwiazdeczkę nożem, ale tak, by nie wszedł on do środka, a torebkę naciąć płytko pionowo po bokach, po czym wypływającą łzę wprowadzić palcem do naczynia i po niedługim czasie czynność powtórzyć, bo sok jest bardzo gęsty i następnego dnia znów się tam znajdzie. Następnie należy go ugnieść w starym moździerzu, uformować pigułki i przechowywać’’ (Księga IV, rozdz.65; za: Rätsch 1992). Za opium uważa się właśnie surowe białe mleczko, które wypływa po nacięciu nie rozerwanej główki Papaver somniferum. Sok szybko zmienia barwę na czerwonobrunatną (brunatną), tężeje i gęstnieje na powietrzu. Tworzy lepką i gumowatą masę o ostrym zapachu, która z czasem twardnieje. Z jednego hektara zasiewów otrzymuje się ok. 8,5 – 9 kg surowego opium. Dane te dają nam pojęcie o ewentualnych areałach zasiewów maku w okresie neolitu, a także mogą służyć do obliczenia pojemności „pojemników” na opium i np. dać odpowiedź na pytanie, jakiej wielkości musiało być pole maku, z którego zebrane opium wypełniło dany „pojemnik”.

PROBLEM FUNKCJI GLINIANYCH FLASZ Z KRYZĄ, FAJEK I ŁYŻEK.

W inwentarzach kultur związanych z ideą megalityczną, do których na terenie Europy Środkowej należy zaliczyć przede wszystkim kulturę pucharów lejkowatych, występują małe gliniane naczynia określane mianem „flasz z kryzą”. Występują w różnych formach na obszarze Europy od Bretanii na zachodzie po Wołyń na wschodzie i od południowej Skandynawii po Morawy. Nader ważny problem ich datowania a zarazem rozprzestrzeniania na tych terenach wymaga podjęcia odrębnych studiów wykraczających poza zakres niniejszego artykułu. Rzecz ujmując generalnie – pojawiają się one ok. połowy IV tysiąclecia p.n.e. Na Wyżynie Małopolskiej naczyńka te są charakterystyczne dla II , klasycznej fazy południowej grupy kultury pucharów lejkowatych i datowane na ok. 3640 – 3480 BC. Jest to okres początkowy w procesie wprowadzania tam nowego systemu gospodarczego i kulturowego oraz czas powstawania średniej wielkości trwałych osad a co za tym idzie stabilizacji i wzrostu populacji.

(Ryc.1)Flasze z kryzą charakteryzują się cylindrycznymi lub lejkowato rozchylonymi przy wylewie szyjkami o różnej wysokości. Cechą wspólną wszystkich omawianych naczyniek jest występowanie tzw. kryzy, niekiedy zdobionej pionowymi żłobkami. Brzuśce tych naczyń mają formę kulista, dwustożkową, baniastą, gruszkowatą a nawet zbliżoną z wyglądu do współczesnego kałamarza. W większości przypadków dna są płaskie, niekiedy kuliste, wyjątkowo formowane w kształcie czworoboku lub pięciokąta lub też ozdobione wzdłuż krawędzi dna plastycznymi guzkami. Krawędzie wylewu czasami posiadają dołki. Podobne pionowe nacięcia pojawiają się też na kryzach. Bywają też okazy zaopatrzone z taśmowate ucha, których krawędzie niekiedy ozdabiają nacięcia. Dość rzadko pojawia się ornament w formie pionowych linii na całym brzuścu lub też rowki te układają się w pasma złożone z 3 linii albo „drabinek” .


Flasze z kryzą swym kształtem przypominają odwróconą główkę makówki (Ryc. 1). Te najbardziej zbliżone do oryginału odkryto na terenie Jutlandii i Szlezwiku – Holsztynu (Ryc. 2).

Ryc. 2. Gliniane flasze z kryzą. a - Dania ; b- Forum, ksp. Brondum, Jutlandia, Dania;c- Fyen, Dania lub Fünen, d.- Skjerngaard, ksp. Skjern, Jutlandia, e- Ohlsdorf, ksp.Eppendorf, Holstein ; f- Sillehoel, ksp.Loit, kr. Apenrade ( Szlezwig); g- Schleswig-Holstein; h- Weibüll, kr. Hadersleben , Schleswig lub Vedbol, Haderslev Oster Amt, Jutlandia.a- wg. Monteliusa (1895), b-d, h- M. Hoernesa (1925),e-h- G. Kossiny (1922).

Ich wysokość waha się od ok. 9 -18 cm. Na terenie Wyżyny Małopolskiej naczynia te zostały dodatkowo zaopatrzone w jedno ucho i z formalnego punktu widzenia są dzbanuszkami. Ornament pionowych nacięć na brzuścu naczyń oraz brak „koronek” (= kuliste lub płaskie dno) nie są bynajmniej przypadkowe. Wynikają bowiem ze ścisłego odwzorowania czynności wykonywanych na ich botanicznych pierwowzorach, tj. nacięć w celu uzyskania soku. Dodajmy, iż podobieństwa do makówek dopatrywali się badacze kultur śródziemnomorskich np. we flakonikach z epoki brązu (ok. 1700-1600 p.n.e.) z Bliskiego Wschodu, Cypru i Egiptu, w których jak wykazały specjalistyczne analizy znajdowało się opium. Neolityczne flasze z kryzą z terenów Europy Północnej i Środkowej również są mniej lub bardziej udatnymi wyobrażeniami makówek i jak się przypuszcza służyły one jako pojemniki do przechowywania opium. Do takich wniosków doszedł m.in. A.Sheratt (1991; 1994), analizując gliniane naczynia z grobów megalitycznych z Tovstrup, koło Ringkobing i zachodniej Jutlandii (Dania) datowanych na ok. 3600 l. p.n.e. Naczynka tego typu występują najczęściej w grobach kultury pucharów lejkowatych, zarówno w grobach płaskich jak i w grobowcach megalitycznych. Stanowią one wręcz standardowe wyposażenie zmarłych. Umieszczano je zazwyczaj przy głowie lub w okolicach pasa nieboszczyka. Znamy je również z terenów osad na południu Polski, np. z Ćmielowa – Gawrońca, Złotej, st. ,,Nad Wawrem”, woj. świętokrzyskie itd., gdzie w inwentarzach ceramicznych stanowią znikomy ułamek procenta. Natomiast znaleziska licznych flasz z kryzą np. z osady w Annopolu na terenie Pojezierza Gostynińskiego mogą, jak sądzę, sugerować nie tyle masowe użytkowanie opium przez lokalną ludność kultury pucharów lejkowatych, co jego produkcję na eksport a więc istnienie tam dużych pól makowych. Domysły te muszą jednak zostać potwierdzone specjalistycznymi badaniami palynologicznymi.

Ten typ naczyń glinianych zanika całkowicie wraz z upadkiem kultury pucharów lejkowatych. Pewne elementy (np. guzkowate dna) istnieją jeszcze na ceramice kultur amfor kulistych i złockiej na terenach Małopolski, lecz mogą one być jedynie dalekim i bezwiednie kontynuowanych ornamentem, niewiele mającego wspólnego z pierwotną funkcją „flasz z kryzą”.


Część ceramiki neolitycznej związana jest bezsprzecznie ze sferą kultową. Są to różnego rodzaju “ołtarzyki”, “lampki” i „kadzielnice” gliniane o oryginalnych kształtach. Występują głównie w neolicie Bałkanów i w epoce brązu znane są z terenów Grecji. Zdaniem A. Sheratta (1991), służyły one jako kadzielnice, na których w celach religijnych spalano substancje halucynogenne aby się nimi za pomocą inhalacji intoksykować. O ile uprawa maku i produkcja opium miały być “wynalazkami” neolitycznych ludów zachodniej Europy o tyle konopie przyszły ze wschodu Europy, gdzie znaleziono wiele tzw. „kadzielnic”.


W ornamentyce naczyń późnej fazy kultury pucharów lejkowatych pojawia się odcisk sznura, który dominować będzie na ceramice wielu kultur III tysiąclecia w środkowej Europie a także we wczesnym okresie brązu. A.Sheratt przypuszcza, iż rozpowszechnienie się ornamentyki naczyń wykonanej odciskiem sznura konopnego, jest efektem pojawienie się na większą skalę innego środka halucynogennego – Cannabis sativa. Jeśli hipoteza ta jest słuszna, oznacza to zarazem, iż już ok. 3000 lat p.n.e. konopie znały ludy wschodniej strefy protocywilizacji megalitycznej. Ornament ten jest podstawowym w kręgu kultur pasterskich ceramiki sznurowej. Domysł ten nie jest pozbawiony racji. Rezygnacja z opium na korzyść innych używek w tej części Europy, wiązała się bowiem z wielkim procesem przemian w tym regionie jaki miał miejsce w III tys. p.n.e. – z upadkiem społeczności neolitycznych i odejściem od rolnictwa. Przypomnijmy, że uprawa maku wymaga odpowiednich gleb, wielomiesięcznej pielęgnacji i ochrony zasiewów a zatem stacjonarnego osadnictwa. Uzyskiwanie soku makowego też jest zajęciem żmudnym. Zasadniczo odmiennie kształtuje się sprawa z konopiami, które zazwyczaj rosną dziko i to najczęściej w miejscach nawożonych naturalnie przez bydło koczowników. Były więc łatwiejsze do pozyskania. Interesująco przedstawia się mapa znalezisk resztek konopi z okresu neolitu wykonana przez W. Dörflera (1990). Znaleziska te dotyczą terenów podgórskich Karpat i Alp, a więc rejonów w których właśnie dominowała gospodarka pasterska.


Do wyżej wymienionej hipotezy należy jednak, moim zdaniem, zrobić zastrzeżenie, iż uprawa maku i konopi (?) znana już wczesnoneolitycznym społecznościom kultury ceramiki wstęgowej oraz wynalazek produkcji i użytkowania opium, marihuany i haszyszu, niekoniecznie musiały pojawić się w tym samym czasie. Wymienione rośliny (szczególnie konopie) użytkowane były również do innych celów niż intoksykacja (np. do produkcji oleju, sznurów, tkanin itp.). Być może w kręgu społeczności kultury pucharów lejkowatych, sądząc po flaszach z kryzą najbardziej zbliżonych swym kształtem do oryginałów botanicznych, pierwsi podjęli się produkcji opium mieszkańcy dzisiejszej Jutlandii i Szlezwiku – Holsztynu i stamtąd „wynalazek” ten powędrował dalej. Weryfikację tej opinii powinny przynieść specjalistyczne badania palynologiczne oraz chemiczne resztek roślinnych, datowania radiowęglowe i in.


Schyłek neolitu wraz z pojawieniem się pasterstwa przynosi bardzo wiele zmian w ówczesnych społecznościach, m.in. wynalazek rydwanu bojowego a także powszechne standardowe wyposażenie pochówków wojowników (tj. broń – łuk ze strzałami, topór kamienny, sztylet oraz zestaw naczyń). Wspomniany już badacz, A.Sheratt (1987) analizując funkcję tej ceramiki doszedł również do wniosku, że jej różnorodność dowodzi istnienia rytualnych uczt, podczas których pito napoje alkoholizowane (por. pierwsze na ziemiach polskich „kieliszki” ze Złotej sandomierskiej; Ryc. ).

Ryc. 3. Gliniane flasze z kryzą. Kultura pucharów lejkowatych. a- Klementowice, pow.Puławy, gr. 2 ; b- Klementowice, pow. Puławy, st. XIII, gr. 1 ; c- Klementowice, pow. Puławy, st. XIV, gr. 5;d- Ćmielów, „Gawroniec“, j. 6; e-. Klementowice, pow. Puławy, st. XIV, gr. 5.a- wg M. Halickiego (1970), b, c, e - wg A. Uzarowicz (1968 i in.); d- Z. Podkowińskiej (1950).

Tego typu uczty stanowią bowiem od najdawniejszych czasów istotną cechę obrzędowości i wręcz etosu indoeuropejskich wojowników i rycerzy oraz ich boskich patronów.

W inwentarzach kultury pucharów lejkowatych spotyka się fajki. Z osad tejże kultury z miejscowości Ćmielów i Złota na Wyżynie Sandomierskiej pochodzą dwie fajki gliniane. Podobne przedmioty odkryto m.in. na terenie Holandii i Niemiec. Jak wykazały specjalistyczne badania spektrograficzne osadów i gliny fajek z Ćmielowa i Złotej wykonane przez mgr inż. L.Koziorowską w 1995 r., nie były one narzędziami używanymi w odlewnictwie miedzi, które wówczas już znano. Wszystko wskazuje więc na to, iż służyły one do palenia roślinnych środków odurzających.

Ryc. 4. Fajki gliniane. Kultura pucharów lejkowatych. a- Ćmielów, st. Gawroniec, b- Złota st.Nad Wawrem.

Na taką możliwość wskazuje m.in. analogiczne znalezisko z pochówku kurhanowego z terenu Rumunii z III tys. p.n.e., gdzie odkryto „główkę fajki” zawierającą zwęglone nasiona konopi .

W inwentarzach kultury pucharów lejkowatych występują także gliniane łyżki. Wszystkie te gliniane przedmioty (łyżki, flasze z kryzą, i fajki), moim zdaniem, mogły służyć do produkcji, przechowywania i konsumowania opium.

Ryc. 5. Pierwsze gliniane kieliszki. Kultura złocka. Złota, st. „Nad Wawrem” i Grodzisko I,jama 207. Wg. Z.Podkowińskiej (1953).

Do palenia opium natomiast podgrzewa się, ugniata, ostrożnie przypieka (patrz: gliniane łyżki!), zalewa wodą, i po pewnym czasie sączy. Przesącz zagęszcza się i rozlewa do małych glinianych garnuszków (patrz: flasze z kryzą!) i poddaje fermentacji trwającej kilka miesięcy. W tym okresie usunięte zostają resztki roślinne. Podczas tego procesu następują też istotne zmiany chemiczne. Oczyszczone opium jest masę plastyczną i aromatyczną. Przy paleniu (patrz: gliniane fajki!), w miejscu żarzenia się alkaloidy są niszczone. Niemniej pozostałe alkaloidy wchłonięte przez układ oddechowy efektywnie i szybko działają na organizm i psychikę człowieka. W tym kontekście dodajmy, że do prażenia (a nie palenia!) syropu makowego mogły służyć również gliniane wazy bogato zdobione pochodzące ze stanowisk megalitycznych z Francji (głównie Bretanii) datowane na IV tys. p.n.e. W użyciu mogły być także mieszanki różnych specyfików. W czasach historycznych bardzo często opium łączono z produktami konopi (ganja, charas, haszysz) i psiankowatymi, a także z żywicą kadzidlaną, olibanum, z kminkiem (Cuminum cyminum) i suszonymi owocami puree.

MAK JAKO FENOMEN KULTUROWY I RELIGIJNY

Aby zrozumieć sens i znaczenie neolitycznych obrzędów związanych z makiem musimy przeanalizować jego fenomen kulturowy i religijny w świecie śródziemnomorskim, gdzie istniał on od neolitu i rozwijał się aż do czasów pojawienia się chrześcijaństwa, i gdzie w starożytności roślina ta miała bardzo silny związek z kompleksem wierzeń „Ziemia-Śmierć – Sen- Zmarli -Odrodzenie- Płodność”.

Jak już mówiliśmy, opium używali już Sumerowie. Dowody znajomości opium oraz jego własności przetrwały na odkopanych na terenie dzisiejszego Iraku, tabliczkach glinianych pochodzących sprzed pięciu tysięcy lat. Znane ono było też Asyryjczykom, czego świadectwem jest m.in. wyobrażenie czczonej także przez Babilończyków asyryjskiej bogini Nisaby z wyrastającymi jej z ramion makówkami. Natomiast pierwsze znane zapisy dotyczące opium w starożytnej Persji pochodzą dopiero z VI wieku p.n.e. Nie brak o tym specyfiku przekazów zawartych w Talmudzie i Biblii. W egipskim papirusie Ebersa (ok. 1500 p.n.e.), wymienia się m.in. konopie i opium, które występuje pod nazwą seter-seref . Wedle mitów, przyrządzania opium miał w Egipcie uczyć zwykłych śmiertelników bóg Toth, występujący potem pod nazwą Hermesa Trismegistosa, boga wtajemniczeń i nauka tajemnych. W grobowcu faraonów z XVIII dynastii odkryto maść z zawartością morfiny będącej składnikiem opium, zaś na wisiorkach z wykopalisk w Biban-el-Molouk umieszczono podobizny makówek. Odkopane w Tel-el-Amarna wazy z błękitnej porcelany także przypominają ich kształt. Źródła pisane wskazują na rozpowszechnienie upraw maku i stosowania opium w Egipcie okresu grecko-rzymskich wpływów (od IV w. p.n.e.). W literaturze greckiej wzmianki na temat maku zamieścili Hezjod (VIII w. p.n.e.; w swojej Teogonii) i Homer (VIII w. p.n.e.; w Odysei IV, 220 n.). Przypuszcza się, iż homerycki nepenthes był właśnie sokiem makowym, opium, rodzajem wywaru zawierającego alkaloidy pospolitego maku lub wręcz preparatem haszyszu. W antycznej Grecji używano opium w celach kultowych podczas fumigacji świątynnych i wyroczni, ofiarowywano bogom i przyjmowano je jako środek odurzający podczas misteriów. Mak z winem i miodem dawano m.in. zawodnikom w czasie treningu przed Igrzyskami Olimpijskimi.


Szczególnie liczne materiały dotyczące interesującego nas zagadnienia pochodzą z terenu Grecji i to już z czasów epokiBogini z Ghazi brązu. W 1959 r. na Krecie w miejscowości Gazi k. Iraklionu odkryto w sanktuarium polnym pięć późnominojskich idoli, przedstawiających różne boginie. Największa z glinianych żeńskich figurek (77,5 cm wys.) wykonująca gest błogosławieństwa, posiada ozdobą głowy, składającą się z diademu, za który wetknięte są trzy makówki . Figurka ta liczy około 4 tys. lat. Farmakobotanik P. G. Kritikos odkrył, że makówki zdobiące głowę tej bogini mają nienaturalne nacięcia, karby ciemniej zabarwione, aby były lepiej widoczne. Pozyskuje się przez nie opium a to właśnie dla starożytnych miało wielki znaczenie. Makówki z nacięciami unaoczniają bowiem czcicielom dar bogini przedstawionej z zamkniętymi oczami i z wyrazem twarzy zdradzającym efekt działania narkotyku. Przypominają im o tego rodzaju przeżyciach, jakie zawdzięczali opium. Razem z figurynką archeolodzy odnaleźli również cylindryczne naczynie, które stanowiło wyposażenie świątyni bogini i zapewne służyło do przygotowywania inhalacji (lub prażenia soku makowego). Jest to jeden z wielu dowodów na to, iż w epoce kultury minojskiej opium używano do celów sakralnych. Mak zaliczyć należy do świętych roślin Minojczyków, albowiem zawarte w jego soku substancje traktowali oni jako symbol nieśmiertelności .

Liczne wyobrażenia główki maku z tego okresu występują na terenie Grecji na ornamentowanych wazach, w elementach naszyjników oraz w formie główek szpilek wpinanych we włosy. Tabliczki gliniane odcyfrowane przez specjalistów również dowodzą istnienia w epoce późnomykeńskiej Krecie i w Pylos na Peloponezie rozległych upraw maku. Znaleziska w sanktuarium w Gazi pozwalają również domniemywać, że w okresie kultury minojskiej znany był sposób prażenia opium na rozgrzanych płytkach glinianych lub też w płaskich naczyniach.


Wedle niektórych badaczy, ośrodkiem antycznej kultury makowej i produkcji opium był właśnie Cypr. W miejscowości Kition na tej wyspie, w prefenickich warstwach w czwartej świątyni odkopano cylindryczną bogato zdobioną fajkę do palenia opium. W świątyni 5 odkryto z kolei cylindryczną wazę podobną do naczynia z sanktuarium bogini w Gazi na Krecie, służącą do inhalacji lub prażenia.


Opium było dość szeroko stosowane w różnych dolegliwościach. Zalecali je i pisali o nim starożytni lekarze Hipokrates (VI/V w. p.n.e.), Heraklides (II w. p.n.e.), Teofrast z Erezos (ok. 370-287 r. p. n. e. ), Teokryt, Atenaios, Diagoras, Diokles i Andreas z Karystos a także “ojciec botaniki’’, Pliniusz Starszy (23 -79 r. n. E.) traktując je głównie jako lek na różnego rodzaju bóle. Najbardziej znany lekarz i “zielarz’’ starożytnego Rzymu, Grek Dioskurides z Anazarbos, działający za czasów Nerona i Wespazjana, opisał diacodon, podstawowy syrop uzyskiwany z maku. Wszyscy wymienieni znali lecznicze, ale i toksyczne działanie opium i skutki, jakie powoduje. W Italii o roślinie tej wzmiankuje Wergiliusz (79 – 19 r. p.n.e ) a także Owidiusz w Metamorfozach. Dodajmy, iż pierwsze zapisy historyczne z Indii datowane są dopiero z VII wieku n.e. a na okres średniowiecza z Chin. Mak w Europie był symbolem marzeń sennych, a nawet śmierci. Bóstwa snu i śmierci sztuka grecka przedstawiała z wiankiem makowym na głowie, albo z pękiem maku w dłoni. Mak zarówno w poezji jak i w przysłowiach europejskich kojarzył się ze snem, letargiem, odurzeniem, obojętnością oraz nieświadomością. Starożytni znali dobrze nasenne, odurzające działanie soku makowego i niebezpieczeństwa z nim związane. Już w V w. p. n. e. Diagoras z Meles i później Erazistaratos z Chios (ok. 305-245 p.n.e.) zalecali całkowite unikanie stosowania opium w lecznictwie. Na niebezpieczne właściwości opium zwracali także uwagę lekarze z okresu V-II w. p.n.e. Słynny lekarz rzymski pochodzenia greckiego z początków naszej ery, Galen, poświęcił właściwościom maku i opium cały rozdział w swoim dziele Medicorum opera quae extant. Twierdzi on mianowicie, iż “opium jest najsilniejszym z narkotyków, które paraliżuje zmysły i przyprawia o sen śmiertelny”. Tenże Galen przepisywał opium m.in. na przewlekłe bóle głowy, zawroty głowy, epilepsje, astmę, kolki, gorączkę, obrzęki, trąd, melancholie i ,,dolegliwości kobiece”.


Stąd też mak był atrybutem Hypnosa (Somnusa, boga snu) i Merpheusa (boga marzeń sennych) oraz Morfeusza (zsyłającego marzenia senne o ludzkich kształtach), Ikelosa i Fantasosa (zsyłających sny o zwierzętach i przedmiotach), Ojnejrosa (boga widzenia sennego), Hermesa Hypnodotesa (”dawcy snu”) i Hermesa Oneiropomposa (przewodnika po marzeniach sennych). W sztuce antycznej często przedstawiany jest mak jako symbol snu. Opium poświęcone było również w późniejszych czasach frankońskiemu Lollusowi (Löllus, Lullus) czczonemu w okolicy miasta Schweinfurt.

Spożywanie maku (a zwłaszcza jego preparatów) wywołuje senność i oszołomienie a tym samym łączy rzeczywistością żywych ze skrajnie odmiennym od niej światem ,,sacrum’’. Tak jak każdy inny narkotyk przenosi spożywającego w zaświaty. Mak nie bez racji był przypisywany niekiedy także bogowi śmierci. W mitologii greckiej mak poświęcony był Thanatosowi (bóg śmierci) i Nocy (Nyks). Również rzymscy bogowie Pluton i Mors noszą na głowie wieńce z maku. Mak jest atrybutem nocy (por. Owidiusz, Metamorfozy, XI, 592-615). Kraina snu i śmierci jest owładnięta śmiertelną ciszą . Owidiusz wspomina, iż maki nad rzeką Lete, która płynęła w Hadesie i należała do ziemi śmierci. Wergiliusz bardziej dobitnie łączy maki i piekielną (podziemną) rzekę. “Lethae perfusa papavera somno” [“...maki, pogrążone w śnie letejskim”] pisze. Usypiający mak, roślina śmierci, rosnąca przy rzece zapomnienia, która oddzielała świat żywych i umarłych, wyznacza granicę, po której przekroczeniu zbędna jest pamięć i wiedza pożyteczna w krainie żywych.

W wielu kulturach mak znajduje również zastosowanie apotropeiczne poprzez jego związek rośliny ze śmiercią. Utrzymuje on na odległość wszelkie szkodliwe duchy, wampiry i demony. Pośredniczące właściwości maku czynią zeń roślinę o dwuznacznym charakterze. Ajtiologiczne wyjaśnienie pochodzenia rośliny również odwołują się do jej powiązań ze śmiercią. Już w starożytnych tradycjach znaleźć można opinię, że maki wyrastają z krwi zabitych wojowników bądź pokonanego smoka. Legendy chrześcijańskie opowiadały, iż kwiaty wyrosły z krwi ukrzyżowanego Chrystusa. Dlatego też stały się symbolem niewinnej śmierci , która wiedzie do nowego życia, do odrodzenia w nowej postaci. Dodajmy, że purpurowy mak od wieków symbolizował zmartwychwstanie. Praktykowane do dziś jedzenie potrawy z maku w czasie świąt (np. wigilia Bożego Narodzenia) jest w istocie poczęstunkiem dla przebywających w krainie śmierci. Słowiańskie pokarmy takie jak kutia, makówki, kluski z makiem, pieróg z makiem, strucla itp. konsumowane były jedynie w okresie świątecznych biesiad związanych z cyklem rocznym oraz świętami życia jednostki (np. dożynek, wesel, styp).

Makowi i jego pochodnym, podobnie jak i innym “transporterom dusz” w zaświaty do wszystkowiedzących zmarłych przypisywano szczególną rolę w zabiegach wróżebnych. Od dawnych wieków przypisywano makowi zdolność sprowadzania stanów profetycznych. Poddawanie się stanom zamroczenia narkotycznego było również powszechne we wszelkiego rodzaju wyroczniach. Makówki stale towarzyszą bogowi odurzenia Dionizosowi (Bachusowi) i jego erotycznym orszakom. Być może podczas dionizyjskich rytuałów i misteriów dodawano do wina opium. Jak przypuszczają niektórzy naukowcy, w skład napoju wtajemniczenia, używanego podczas misteriów eleuzyńskich, wchodził prawdopodobnie obok Claviceps purpurea i Mentha puegium także brunatny sok z maku. Makówki pojawiają się wśród symboli wskazujących na misteria eleuzyjskie (albo przynajmniej na przygotowania do nich). Mak miał sens podobny do zboża tzn. ewokowanie obrazu królowej świata podziemnego. Być może robiono z niego kykeon, eleuzyjski napój (odmienne stanowisko – co do użycia opium patrz: Wasson, Hofman, and Ruck 1978).

Symbolika płodnościowa maku ma źródło w plenności tej rośliny i w obfitości nasion wypełniających makówki Już kreteńsko – mykeńskie wizerunki bogiń z kwiatami maku świadczą o symbolice płodności tej bogatej w nasiona rośliny w świecie przedgreckim i wczesnogreckim. Także i w innych wątkach tradycyjnej mitologii pojawia się związek maku z płodnością. Niezwykłą urodzajność maku, który z jednego nasienia wydaje tysiące nowych ziaren, wykorzystywano, żeby wzbudzić taką samą płodność wszystkiego, co dopiero ma się urodzić. Stąd przypisany był starożytnym boginiom obfitości i płodności, Wielkiej Matki Traków (Cybele), rzymskiej Cererze i greckiej Demeter. Imię tej ostatniej bogini w piśmie linearnym B mogło znaczyć wręcz „Pole makowe”. W misteriach eleuzyńskich jako symbol ziemi, snu i zapomnienia (po śmierci i przed odrodzeniem) makówki ofiarowywano Demeter, bogini ziemi „snopy i mak w obu trzymającej dłoniach’’ (Teokryt, Bukoliki). Właściwości makówki należały do tajemnic Ceres, rzymskiej bogini urodzajów, wegetacji, uprawy roli. Pszenica dająca pokarm, i mak sprowadzający ,,małą śmierć’’, odzwierciedlały jedność życia i śmierci. Równie ważnym powodem wiązania maku z płodnością, było więc przywołanie obrazu śmierci, która poprzedza wszelkie narodziny. Roślina ta była też atrybutem innych bóstw opiekujących się kobietami, położnicami i matkami, np. Hery i Kybele a także dziewiczej Artemidy jako dawnego bóstwa płodności i opiekunki rodzących. Mak służył również w magii płodności i wróżbiarstwie (np. Telephilon, grecka wróżba miłosna z liści maku). Jeszcze dziś u muzułmanów za pomocą maku usiłuje się pokonać bezpłodność. W Grecji powszechnie dekorowano jego motywami posągi Demeter, Afrodyty, Apollina, Hadesa, Asklepiosa i innych bogów. Mak oznaczał miłość i rozkosz. Afrodyta (Wenus, Wenerze) miała pić napój makowy na swoim weselu z Wulkanem. Mak był afrodyzjakiem, który Rzymianie zalecali spożywać 1 kwietnia.


Wedle niektórych chemików, lekarzy oraz publicystów, społeczności starożytnej Grecji, Rzymu i Egiptu dręczone były zjawiskiem masowej narkomanii typowym dla naszych czasów. Niestety, opinia ta jest anachronizmem i jednym z wielu przykładów psychologicznego zjawiska projekcji, tj. przypisywania ludziom pierwotnym i starożytnym mentalności i problemów współczesnych nam społeczności konsumpcyjnych. Halucynogeny w świecie społeczności pierwotnych zazwyczaj używano dla poważnych powodów, tj. dla kontaktu z siłami nadprzyrodzonymi a nie dla przyjemności (Furst 1972, Harner 1973). W tym przypadku miały one niski potencjał uzależniający. Łatwo było też w takich warunkach uzyskać socjalną kontrolę nad obyczajem brania narkotyków. Kontrola ta, co warto podkreślić, jest efektywna nawet wtedy, gdy w grę wchodzą silnie uzależniające narkotyki takie jak opium. Chroni ona większość społeczeństwa od brania go dla przyjemności i jest ona dlatego skuteczna gdyż wiąże narkotyk z treściami symboliczno-rytualnymi, z sacrum. W źródłach antycznych brak jest opisu hedonicznego użycia opium, przyjemnościowego, „dla rekreacji”. Zdaniem włoskiego farmakologa P.Nenciniego badającego ten problem, starożytni nie gustowali w takiej konsumpcji nie tylko ze względu na to, iż dobrze znali i opisywali negatywne efekty opium wpływające na resocjalizację. Opium przede wszystkim dawało obojętność na życie, natomiast ostatecznym celem starożytnych było działanie, obiektywizm, racjonalizacja i pozytywne nastawienie. Z tego właśnie powodu opium nie było akceptowane przez starożytnych Rzymian. Wzorzec cywilizacji zachodniej wyraźnie skierowany jest przeciwko hedonistycznemu konsumowaniu tego psychoaktywnego środka. W tym zakresie istniał silny kontrast między starożytną Grecją a Chinami (tu aktywność i racjonalność – tam wschodnia bierność). Owa opozycja powodowała zupełnie inne podejście w antycznej Europie do spożywania opium i co dalej idzie – rozwoju opiomanii niż miało to miejsce w Chinach. Hedonistyczna konsumpcja opioidów nigdy się nie zadomowiła się w świecie antycznym. Efekt stuporu (osłupienia) spowodowany przez zażycie opium był natomiast wykorzystywany jako realistyczne odczucie śmierci w kultach tajemnych. To zjawisko bynajmniej nie było przyjemne dla mieszkańców świata zachodniego. Ze względu na agrarne pochodzenie użytku rytualnego, maki stały się także symbolem reinkarnacji. We wczesnych wiekach Imperium rzymskiego pochodne maku były przyjmowane w czasie tajemnych (misteryjnych) rytuałów. Odwracalne narkotyczne efekty opioidów pozwalały bowiem na “realistyczne” przedstawienie śmierci i reinkarnacji, jako zamierzone przez orfickie wierzenie o transmigracji dusz (Nencini 1979).


Historia stosowania opium w medycynie i rytuałach kultowych (i religijnych) wiąże się także ze starożytnym Egiptem i rytami wtajemniczającymi w śmierć, organizowanymi ku czci Ozyrysa, oraz z greckimi misteriami orfickimi. W tajemnych kultach, na które miały wpływ orfickie wierzenia w nieśmiertelność dusz oraz ich reinkarnację, stosowano ofiary z maków i przyjmowano pochodne maku, aby przedstawić akt picia letejskiej wody. Dlatego w tych kultach mak stał się czymś więcej niż tylko symbolem misterium narodzin, śmierci i odrodzenia utożsamianym z rytmem wegetacji. Był także symbolem śmierci i reinkarnacji. Symbolika reinkarnacji łączy bowiem, jak to zauważył P.Nencini, rozbieżność między pogrzebowym znaczeniem maków i ich używaniem jako symbolu płodności. Maki odgrywały ogromną rolę w rytach pochodzenia agrarnego. Stosowanie substancji psychotropowych w rytuałach religijnych należało do ściśle strzeżonych sekretów. Biały mak, będący źródłem niezliczonych nasion i soku narkotycznego, symbolizuje cykl śmierci i powtórnych narodzin w tajemnych kultach o pochodzeniu agrarnym. Cykl agrarny – jesień-zima -wiosna skorelowany został ze śmiercią tej rośliny, pobytem jej nasion w ziemi oraz wykiełkowaniem nowego białego maku. Los człowieka powtarza ten cykl w orfickiej koncepcji śmierci ciała, zstąpienia do świata podziemnego i wreszcie ponownych narodzin w nowym ciele. Zażycie opium symbolizuje śmierć zaś przebudzenie z działania narkotyku – powtórne narodziny. Zarówno użycie opium w celu leczniczych jak i rytualnych uzależnia. Nie dawało ono starożytnym społecznościom przyjemności lecz efekt wstrząsu psychicznego, doświadczenia śmierci. Badając pisane źródła antyczne Paolo Nencini, stwierdza dalej, że brak jest w nich wyraźnego opisu uzależnienia od opium. Wszystkie opisy dotyczą wyłącznie terapeutycznego i rytualnego jego spożywania. Tysiącletnie używanie opium spowodowało najwyżej pojawienie się garstki uzależnionych od tego narkotyku. Ówcześni ludzie nie widzieli fizycznego uzależnienia od stałego używania opium. Nikt z nich wręcz nie stwierdził takiego związku. Zatem musiał być to bardzo rzadki wypadek. Istnieje więc wyraźny kontrast między opinią o powszechności jego użytkowania a brakiem informacji o uzależnieniach. Dodajmy, iż dopiero Al- Biruni, arabski lekarz z końca X w., zamieszcza pierwszą w literaturze medycznej wzmiankę, która jest oczywistym, nie budzącym wątpliwości opisem zjawiska uzależnienia od opium oraz tolerancji tego narkotyku . Dowody na rytualne użycie maku są coraz bardziej rzadsze w późnych latach okresu rzymskiego. Używano je jako lekarstwo lecz nie do celów hedonistycznych. Apogeum tych praktyk było za życia cesarza Augusta a potem zjawisko to zanikło. W czasach późnego imperium rzymskiego odnotować można stopniowy zanik symbolicznego użycia maku. Od pewnego momentu trwa jedynie jego użycie medyczne. Św. Ambroży (IV w.), Marcellus Empiricus (IV-V w.), Izydor z Sewilli (VI-VII w.) – wszyscy oni wspominają opioidy ze względu na korzyści terapeutyczne jakie przynoszą one w różnych chorobach. Te wskazówki lekarskie opierają się na tradycji. Później maki przeniesione zostały przez Arabów na wschód. W Europie w tym okresie następuje moment zaniku. Nie wyklucza się, iż narodziny i ekspansja chrześcijaństwa miały związek z likwidacją opium. Mak był bowiem symbolem wierzeń konkurujących z pryncypiami wczesnego chrześcijaństwa. W szczególności wiara w reinkarnację była nie do pogodzenia z chrześcijańskim dogmatem zmartwychwstania. Mak reprezentował cykl życia powracającego i dlatego był nie do zaakceptowania przez chrześcijan. Rytualne użycie maku w kultach tajemnych całkowicie zanika, podobnie zresztą jak i te kulty, gdy zwycięża chrześcijaństwo walczące z całym pogańskim światem. Znika ono do czasu, gdy zastępuje go zwykła narkomania . W przedstawionym powyżej kontekście, mak i jego pochodne w społecznościach neolitycznych kultur megalitycznych w Europie przypuszczalnie również związane były z kompleksem wierzeń „Ziemia – Śmierć – Sen- Zmarli -Odrodzenie (Reinkarnacja) – Płodność” oraz wyobrażeniem Wielkiej Bogini, dominującego bóstwa neolitu Europy, będącej symbolem archetypu Wielkiej Matki. Umieszczanie glinianych pojemników z opium w grobach populacji protocywilizacji megalitycznej także nie jest bez znaczenia. Generalnie rzecz biorąc, obyczaj wkładania środków halucynogennych do mogił zmarłych kontynuowany od paleolitu do naszych czasów, wynikał również z troski o losy pośmiertne różnych elementów duchowych (dusz) zmarłego (szybka ich transportacja w zaświaty) i zapewnienia bezpieczeństwa żywym. Dodajmy, że jeszcze w XIX w. w kieleckim, w zachodniej Ukrainie i w Prusach, istniał zwyczaj sypania maku do trumny lub do grobu. Zabieg ów motywowano tym, że zmarły zajmie się liczeniem ziarenek maku i nie będzie szkodził żywym .

DZIAŁANIE OPIUM NA ORGANIZM I PSYCHIKĘ CZŁOWIEKA

Z opium uzyskuje się różne biologicznie aktywne alkaloidy. Zawiera ono ich ok. 25, m.in. morfinę, kodeinę, tebainę oraz alkaloidy benzyloizochinolinowe (papaweryna, noskapina = narkotyna, narceina, nor-laudanosina, retikulina). Główną substancją biologicznie czynną jest morfina .

Opium posiada zdecydowanie przeciwbólowym działanie. Stosowano go w celach zwalczania bólu cielesnego i duchowego, a także z biegiem czasu do celów politycznych, osobistych, a nawet zbrodniczych. Starożytność zdołała wypracować bardzo różne sposoby zażywania opium. Jednym z najbardziej rozpowszechnionych była inhalacja jego oparów przez nos. Zażywano je także wewnętrznie w postaci soku, tabletek i innych preparatów oraz zewnętrznie jako czopków, maści, nacierań wszelkiego rodzaju oraz płynów – zwłaszcza przy chorobie oczu. W późniejszych czasach za pomocą opium leczono uspokojenie nerwów, katar, grypę, cholerę, reumatyzm, hipochondrię, nadpobudliwość, bezsenność, malarię, rozmaite bóle, gruźlicę. Było również środkiem łagodzącym kaszel. Morfina ma działanie uspakajająco – hipnotyzujące, narkotyczne, przeciwkaszlowe, tłumiące oddech i powodujące zaparcie, jest najlepszym, choć wywołującym groźne w skutkach przyzwyczajenie, środkiem przeciwbólowym. Przypisuje się jej także właściwości afrodyzyjne. Opium działa całkiem odmiennie niż morfina, ponieważ zawiera dużo alkaloidów dodatkowych. Należy do nich tebaina, środek pobudzający, który przeciwdziała morfinie. Papaweryna działa rozkurczowo a kodeina i noskapina silnie przeciwkaszlowo. Działanie opium na organizm człowieka zależne jest od zażytej ilości. Bywa dwojakie, łagodzi, wzbudza marzenia i usypia, lub też zabija. Od sposobu zażywania opium zależy szybkość i intensywność działania oraz jakość doznań. Opium zjedzone działa najwolniej, a jego efekt jest relaksujący i uspokajający. W przypadku palenia działanie jest nieco słabsze od oczekiwanego, gdyż pewien procent uchodzi z dymem lub się spala. Palenie opium może niekiedy wywołać zaburzenia wzrokowe i stany podobne do snu, który palacz pamięta i potrafi opisać. Opioidy (związki naturalne i syntetyczne mające morfinopodobne działanie) oddziaływują na mózg i system nerwowy głównie hamująco; osłabiają ból, większe dawki powodują senność, znika niepokój, panika i strach; obniża się temperatura ciała, ustępuje odruch kaszlu, zwalnia część oddechu; źrenice są zwężone, osłabia się odruch gotowości do szybkiej reakcji. Słabsze jest wydzielanie hormonów płciowych, zwiększa się natomiast wydzielanie prolaktyny i hormonu wzrostu. Naczynia krwionośne rozszerzają się, ciśnienie spada. Perystaltyka jelit staje się wolniejsza, mięśnie rozluźniają się, a zwieracze kurczą. Organizm “zwalnia obroty” i następuje stan krótkotrwałej hibernacji. Opium uzależnia fizycznie. Po zażyciu narkotyku źrenice maksymalnie się zwężają, natomiast podczas kryzysu są silnie rozszerzone. Narkomani długo zażywający opium mają żółte zęby, które szybko się psują i wypadają. Ponieważ opium uśmierza ból, nie czują tego. Skutki działania opium na psychikę opisywane były zarówno przez lekarzy jak i jego użytkowników, w tym XIX wiecznych słynnych pisarzy i poetów europejskich.

KONOPIE -KRÓTKA HISTORIA UŻYTKOWANIA

Ojczyzną dzikich konopi (Cannabis ruderalis) jest, jak się dotychczas sądzi, centralna Azja. Roślina ta była znajdowana w osiedlach ludzkich. Dzikie konopie może osiągać wysokość do 1 m, podczas gdy formy uprawne (Cannabis sativa) rosną znacznie wyżej (przeciętnie 3-4 m). Roślina ta jest dzisiaj rozpowszechniona na całym świecie, wykorzystuje się jej włókna, jadalne owoce, oleje, które są używane w medycynie a także do wyrobu narkotyków. Nasiona konopi mają 30 razy słabsze działanie niż żywica liści kwiatowych, okryw owoców oraz górnych pędów żeńskich roślin zawierających żywice, do produkcji haszyszu.


Kiedy człowiek zaczął użytkować konopie do celów utylitarnych, kiedy zaś zapoznano się z ich właściwościami halucynogennymi, nie bardzo wiadomo. Opinie na ten temat są bowiem zróżnicowane. Jak to wynika z pracy Waltera Dörflera, który zestawił dotychczasowe znaleziska z badań wykopaliskowych, konopie (Cannabis sativa L.) znane były w Europie już w czasach neolitycznych. Odkryto je m.in. w osadzie kultury ceramiki wstęgowej (ok. 4500 l. p.n.e.) w Eisenberg w Turyngii (wątpliwości co do tego datowania -Dörfler 1990). Znaleziono je także na stanowiskach w rejonie Alp, w Szwajcarii, a także w Czechach i w Rumunii (m.in. w osadach kultur Gumelniţa i Cucuteni – faza A). Ilość znalezisk pyłków i ziaren tych roślin oraz fragmentów wyrobów wykonanych z konopi wzrasta w następnych epokach. I tak np. podczas badania późnohalsztackich kurhanów celtyckich w Hochdorf (Badenia – Wittenbergia) zostały odkryte, wraz z różnymi organicznymi szczątkami, także pozostałości szat zrobionych z łyka konopi. Kopalne owoce konopi znane są także z okolic Krakowa z okresu wpływów rzymskich, a także z rzymskich obozów w Neuss i Butzbach. W grobach – statkach królewskich w Oseberg pochodzących z wczesnego średniowiecza zachowały się nie tylko nasiona konopi, ale także ubrania z ich włókien. Odpowiednio spreparowane konopie służyły w średniowieczu (XII w.) jako leczniczy plaster.

Na obszarach należących do Scytów na kopalne dowody istnienia konopi (Cannabis sativa L.) natrafiono podczas wykopalisk na grodzisku w Nemirowie (VI-IV w. p.n.e.). Na ceramice odkrytej w Trechtemirowie, obł. Czerkasy, pochodzącej z VI w. p.n.e. występował motyw w postaci kwiatu konopi (Cannabis sp.). Te i inne badania wykopaliskowe z Ukrainy dowodzą, jak duże gospodarcze znaczenia miała wówczas uprawa konopi.


Najstarsze historyczne wzmianki o uprawie konopi pochodzą natomiast z okresu 4200-3200 p.n.e.,. z Chin. Zarówno włókna konopi, jak i owoce służyły tam już od neolitu jako ważny roślinny materiał. Nazywano je ta-ma , tj. „wielkie włókno” lub „wielkie szaleństwo”. Zapiski medyczne z przełomu wieków II/III donoszą, że okrywy owoców zmieszane z winem używano jako środek narkotyczny podawany przed operacją. Nasiona również były wykorzystywane w medycynie. W Asyrii konopie nosiły nazwę kunabu. W Indiach miały być dopiero znane w latach 900-800 p.n.e., gdzie występują pod nazwą “bhanga”. W czasach Herodota użytkowali je Trakowie. Dowody na uprawę konopi w Azji Mniejszej dostarczył dopiero w 259 p.n.e. Ptolemeusz Filadelfus. Miał je też do swych celów wykorzystywać władca Syrakuz, Hieron II. Następne informacje podaje dziejopis Athenajos (Deipnosophistai). U Rzymian użytkowanie konopi zaświadcza dopiero Varro (37 r. p.n.e.; Rerum rusticarum), następnie Columella (De re rustica), Dioskurides (De materia medica) i Pliniusz. W czasach historycznych konopie takie palili przede wszystkim znani Herodotowi Scytowie. Hezych Aleksandryjski w swoim leksykonie wręcz nazywa konopie scytyjskim kadzidłem. Przekazy starożytnych dziejopisów potwierdzają badania kurhanów sako-scytyjskich z doliny Pazyryku w Górach Ałtajskich, datowanych na V w. p.n.e. W kurhanie nr 2, w którym znajdują się pochówki męski i żeński, w komorze grobowej odkryto wiązkę 6 tyczek związanych rzemieniem oraz prostokątne naczynie z brązu o czterech nogach wypełnione rozkruszonymi kamieniami. W tym samym grobowcu leżało drugie naczynie brązowe również wypełnione kamieniami oraz powyżej 6 dalszych tyczek, które razem z dzbanem leżały pod dużą skórzaną narzutą. Przy jednej z wiązek znajdował się skórzany bukłak z nasionami konopi (Cannabis ruderalis L.). Pomiędzy kamieniami, w brązowym naczyniu, znajdowały się także nasiona, z których część była zwęglona. Poza tym, w grobowcu w 2 małych skórzanych woreczkach znajdowały się nasiona kolendry (Coriandrum sativum L.). W kurhanie 2 w Pazyryku odkopano również nasiona nostrzyka żółtego (Melilotus officinalis LAM), który w Rosji zwany jest jako ,,donnik” i służy jako skuteczny środek przeciwskurczowy, zawiera bowiem kumarynę o takim właśnie działaniu. To zioło jest dzisiaj stosowane w celach korygowania zapachu, jako aromat np. do tabaki. Jednak jego przedawkowanie może wywołać oszołomienie, odurzenie i bóle głowy. Grobowiec wyposażono w dwa komplety przenośnych instrumentów do inhalacji dymami z nasion roślin. Nowożytni szamani azjatyccy używali do kontaktu z duchami i bogami również konopi.

Rośliny halucynogenne lub środki do tego przeznaczone nie wrzuca się do ogniska, gdyż ich dym miesza się z dymem drewna i innego opału nie przynosząc żadnego oczekiwanego efektu. Rozgrzewa się natomiast kamienie, które umieszcza się w brązowej kadzielnicy. Aby nie tracić halucynogennego dymu sporządza się namiot do inhalacji, który swym kształtem przypomina teepe Indian preryjnych. Herodot (IV, 73-75) opisuje taki filcowy rozpinany na trzech żerdziach namiot służący Scytom do rytualnych oczyszczeń dokonywanych po pogrzebie. Konstrukcje te nie były wielkie, ich podstawa miała średnicę 50-60 cm. Miejsca wystarczyło zaledwie na kadzielnicę i jedną osobę a właściwie tylko na jej głowę. Taki namiocik mógł być szybko rozkładany i składany, co ułatwiało jego transport. Sądząc z różnorodności nasion stosowano odpowiednie mieszanki dające pożądany efekt odurzenia w celu kontaktowania się ze światem bogów, demonów i zmarłych. Wedle źródeł greckich również kapłani traccy (Kapnobatai) intoksykowali się konopiami .

Wizje tych ludzi, ich sny i objawienia miały w przeszłych wiekach ogromny wpływ na życie duchowe i społeczne wielu plemion i narodów. Nie przypadkowo Herodot opisywał ich halucynogenne praktyki związane z pogrzebem (sic!!) a nie z hedonistycznymi zabawami. Chodziło bowiem o kontakt ze zmarłym i pomoc jaką udzielali mu żywi wędrując z nim “duchowo” w zaświaty. Niektórzy badacze przypuszczają, że grecka Pytia również inhalowała się dymem lulka czarnego, pokrzyku jagody lub właśnie konopi. Pamięć o tym właśnie środku zachowała się w folklorze europejskim, gdzie występuje jako atrybut poznania. Dodajmy również, iż mieszankę zrobioną z konopi, lulka i opium mieli stosować średniowieczni terroryści muzułmańscy, znani pod nazwą assasynów tj. haszyszystów .


Tego typu inhalacje praktykowano również w czasach historycznych. W tym przypadku dotyczyło to leczenia zębów. Wedle receptury Szymona z Łowicza z 1535 r. :” Kiedy komu robacy w zębiech, tedy weźmij siemienia konopnego, warz je w nowym garczku i kamienie w nie włóż rozpalone , tedy się nad parą ową nachylisz, tedy robacy wypadną – rzecz jawna jest”. Konopie miały również zastosowanie w medycynie ludowej wielu ludów starożytnych i współczesnych. Posługiwano się nimi w magii apotropeicznej, wróżebnej, niszczącej i miłosnej. Przy sianiu konopi obowiązywały odpowiednie rytuały i magiczne zaklęcia. Z przekazów etnograficznych również wynika, że w niektórych częściach Europy wsch., przy żniwach konopi, garść nasion była rzucana w ogień, jako dar dla zmarłych. W Polsce, Rosji i na Litwie zachował się zwyczaj przygotowywania potrawy z konopi w wigilijny wieczór, która jest przeznaczona dla dusz odwiedzających dom w wigilijną noc.

DZIAŁANIE SUBSTANCJI UZYSKIWANYCH Z KONOPI NA ORGANIZM LUDZKI

Znane jest kilka sposobów używania haszyszu – wdychanie, palenie i spożywanie. W przypadku dwóch pierwszych używane są liście górne, wierzchołki łodyg i nasiona konopi. Jedzona jest natomiast żywica uzyskiwana głównie z kwiatostanów żeńskich. Jest ona odpowiednio zbierana, prasowana i często mieszana z innymi ingrediencjami, m.in. z muchomorami. Z konopi uzyskuje się także „haszowy olej” będący produktem destylacji liści, który również jest palony. Psychoaktywnym chemicznie składnikiem znajdującym się w liściach i nektarze kwiatowym wierzchołków żeńskich konopi jest tetra-hydrokannabinol – THC. Od zawartości THC zależy moc narkotyku i jego efekt. Zawartość THC w konopiach zależy nie tylko od tego, która część rośliny została wykorzystana do produkcji, lecz również od cech samej rośliny, sposobu obróbki, regionu geograficznego i okresu zbierania. THC w większych ilościach jest silną trucizna, zakłócającą wiele umysłowych i fizycznych funkcji. THC palony bardzo szybko dostaje się do krwiobiegu . Jednocześnie działa na mózg oraz układ nerwowy, jednakże nie na wszystkie struktury mózgowe jednakowo. Zmiany fizyczne to zaczerwienienie powiek, suchość śluzówki ust i nozdrzy, praca serca przyspieszona, lekki wzrost ciśnienia. Następuje odwodnienie organizmu, stąd rośnie “wilczy apetyt” i silne pragnienie. Ogólnie rzecz biorąc w upojeniu haszyszem następują trzy fazy. Pierwsze objawy psychiczne to lekkie podniecenie i zalęknienie. Początkowy niepokój (u początkujących) nagle przechodzi w euforię, wesołość, ataki śmiechu. Potem pojawia się uczucie euforii, błogie odprężenie i rozkosz, leniwa, uległa życzliwość, spowodowana nerwowym rozluźnieniem. Ten właśnie etap został odnotowany w relacji Herodota (“Scytowie ryczeli z zadowolenia”). Jak wynika z relacji Baudeleire’a po pierwszej fazie wesołości następuje moment uspokojenia, potem uczucie chłodu w kończynach i wielkie osłabienie wszystkich członków (“ ręce jak z waty”), poczucie ogłupienia i oszołomienia. Dalsze zmiany to – rozszerzenie się źrenic i rozpłynięcie się oczu w ekstazie, bladość twarzy, zaciskanie się warg i ich zapadanie w głąb jamy ustnej, krótki, szybki oddech, ściśnięte gardło, podniebienie wysycha z pragnienia, leniwy błogostan, głębokie, chrapliwe westchnienia, od czasu do czasu mimowolny dreszcz. Lekarz, specjalista od uzależnień narkotykowych, S. P .Petrović (1988), stwierdza, że równocześnie ze zmianami fizycznymi następuje przeistoczenie postrzegania czasu i przestrzeni, rozproszenie uwagi, myślenie fragmentaryczne i zaburzenia pamięci. Znika poczucie własnego ja, staje się ono zależne jest od sugestii zewnętrznej. Większe dawki haszyszu powodują występowania oznak depersonalizacji, gdyż osobnik intoksykowany zatraca kontakt emocjonalny z otaczającym go światem. Pojawiają się u niego zniekształcenia wzrokowe, halucynacje i myśli paranoidalne. Wszystkie te doznania (“wrzenie wyobraźni”) opisali z własnych doświadczeń poeci i pisarze (m.in. Baudelaire; Gautier; Huxley). Występuje także zjawisko mikro- i makropsji . Niektórzy haszyszyści relacjonują również wrażenie “unoszenia się w powietrzu” lub “pływania na falach”. Dla osobników archaicznych, będących typem “homo religiosus”, owe przeżycia dostarczały materiału do tworzenia magicznych szamańskich światów. Na koniec dodajmy opinię cytowanego lekarza, który obserwował również często występujące u pacjentów – narkomanów ostre reakcje psychotyczne. Wśród specjalistów uważa się, że narkotyk ten jest swego rodzaju katalizatorem powodującym uzewnętrznienie się skłonności psychotycznych, które dany człowiek nosi w sobie. Osoby wrażliwe są szczególnie podatne na dodatkowe stresy jakie atakują funkcje psychiczne w przypadku narkotyków zmieniających stany świadomości. Permanentne nadużywanie haszyszu przez nie może spowodować silne zaburzenia psychomotoryczne i funkcje poznawcze. Haszysz bowiem wywołuje średnie a niekiedy wręcz silne uzależnienie psychiczne, natomiast uzależnienie fizyczne jest znikome. Nie wywołuje on oznak głodu fizycznego.

PODSUMOWANIE.

Badania nad użytkowaniem środków psychoaktywnych przez społeczności neolitycznych kultur związanych z ideą megalityczną są dopiero rozpoczęte. Bez wątpienia problem ten istniał i odgrywał istotne znaczenie w życiu religijnym i obrzędowości. Doświadczenia „odmiennych stanów świadomości” typowych zarówno dla szamanizmu, jak wykorzystywanych w starożytnych kultach misteryjnych i tajemnych związkach religijnych odsłaniały mistom inny, niewidzialny dla zwykłych ludzi świat duchów, demonów i bogów. Bez wątpienia miały wielki wpływ na powstawanie różnych koncepcji zaświatów i „życia po życiu”, w tym wierzeń w reinkarnację. Problem szamanizmu w epoce kamienia jest sygnalizowany w licznych opracowaniach. Nie ma tu miejsca na jego poruszanie, choć wiąże się on dość ściśle z tematem tej pracy. Szereg znalezisk (m.in. bębnów glinianych w grobach i na terenie osad) i symboli wskazuje, iż szamańskie techniki osiągania transu istniały również w kulturach megalitycznych Europy. W obrządku pogrzebowym tej formacji czytelne są również pośmiertne inicjacje zmarłych typu szamańskiego pod patronatem Wielkiej Matki .

Pytania o pierwotne „centrum” produkcji opium w Europie, drogi i czas rozprzestrzenienia się różnych środków psychoaktywnych w neolicie, ich wpływu na ówczesne życie religijne, wymianę międzygrupową, ekonomię, medycynę i procesy społeczne, pozostają otwarte i czekają na dalsze specjalistyczne badania i wiarygodne, wyczerpujące odpowiedzi.


Spis rycin:

Ryc. 1. Makówki.

Ryc. 2. Gliniane flasze z kryzą. a – Dania ; b- Forum, ksp. Brondum, Jutlandia, Dania;

c- Fyen, Dania lub Fünen, d.- Skjerngaard, ksp. Skjern, Jutlandia, e- Ohlsdorf, ksp.Eppendorf, Holstein ; f- Sillehoel, ksp.Loit, kr. Apenrade ( Szlezwig); g- Schleswig-Holstein; h- Weibüll, kr. Hadersleben , Schleswig lub Vedbol, Haderslev Oster Amt, Jutlandia.

a- wg. Monteliusa (1895), b-d, h- M. Hoernesa (1925),e-h- G. Kossiny (1922).

Ryc. 3. Gliniane flasze z kryzą. Kultura pucharów lejkowatych. a- Klementowice, pow.

Puławy, gr. 2 ; b- Klementowice, pow. Puławy, st. XIII, gr. 1 ; c- Klementowice, pow. Puławy, st. XIV, gr. 5;d- Ćmielów, „Gawroniec“, j. 6; e-. Klementowice, pow. Puławy, st. XIV, gr. 5.

a- wg M. Halickiego (1970), b, c, e – wg A. Uzarowicz (1968 i in.); d- Z. Podkowińskiej (1950).

Ryc. 4. Fajki gliniane. Kultura pucharów lejkowatych. a- Ćmielów, st. Gawroniec, b- Złota st.

Nad Wawrem.

a- wg. Z.Podkowińskiej (1950), b- B.Matraszek (1999-2001).

Ryc. 5. Pierwsze gliniane kieliszki. Kultura złocka. Złota, st. „Nad Wawrem” i Grodzisko I,

jama 207. Wg. Z.Podkowińskiej (1953).

Fot. 6.- Gliniane flasze z kryzą. Kultura pucharów lejkowatych. Klementowice, pow. Puławy. Zbiory PMA w Warszawie. Fot. S.Szwarc- Bronikowski.

Fot. 7.- Gliniane fajki ze Złotej st. „Nad Wawrem” i Ćmielowa , st. Gawroniec, woj. świętokrzyskie. Kultura pucharów lejkowatych. Fot. S. Szwarc- Bronikowski.

http://strych.most.org.pl/J.T.Babel15.htm

Fot. 8. Gliniany minojski idol – Wielka Bogini – z Gazi na Krecie. Wg P. Nenciniego (1997).

Fot. 9. Bogini Ceres z atrybutami, m.in. z makiem. Relief Tellus z rzymskiego Ara Pacis

Augustae. Wg P.Nenciniego (1997).

Opublikowany w szamanizm | Komentarzy: 2 »

Berserkerzy – wybrańcy Odyna

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu styczeń 12, 2009

Autor Jorund

Tu, pośród wiru europejskich ras, plemiona z Islandii wniosły ducha walki, danego im przez Thora i Wodina, a okazywanego przez berserkerów na wybrzeżach Europy, a także Azji i Afryki. Ludzie w końcu myśleli, że to wilkołaki przybyły.
- Bram Stoker, Drakula

Rok 793, napad barbarzyńców niszczy kościół na Lindisfarne – zaczyna się „epoka Wikingów”. Przez następne kilkaset lat Europa będzie nękana ich rozbójniczymi napadami. „Od furii normańskiej uchroń nas Boże…” – słowa tej modlitwy padały z ust przerażonych ludzi, gdy tylko na horyzoncie dostrzeżono pierwsze drakkary wiozące na swych pokładach okrutnych, pogańskich wojowników. Taki właśnie obraz Wikinga utrwalił się w pamięci Europejczyków, a to za sprawą „wybrańców Odyna” – berserkerów.

Sam   Odyn   (Woden,  Wodan,  Wuotan)   był  naczelnym   bóstwem   plemion   skandynawskich  i  germańskich, jako ojciec bogów patronował wojnie oraz śmierci, ale także magii. To  właśnie  on  zsyłał na walczących wojowników furię i dar przemiany w dzikie zwierzęta. To do jego siedziby (Walhalli) trafiali oni po śmierci. To Odynowi towarzyszyły dwa potężne wilki – Geri i Freki.

Zajmijmy się jednak samymi berserkerami. W okresie wczesnego średniowiecza plemiona Skandynawów prowadziły liczne wojny (pomińmy ich przyczyny),  czego  efektem  było  wysunięcie się na pierwsze miejsce kasty wojowników. To od nich zależało być albo  nie  być  danej społeczności. Sama ta warstwa nie była jednolita. Po pewnym czasie drogą, nazwijmy to „naturalnej selekcji”, wyodrębnili się z niej ci najlepsi, czyli najsprawniejsi w walce i najbezwzględniejsi. Wojów tych walczących w szale, odpornych na rany zadane niemagiczną bronią nazywano berserkerami – ludźmi w „niedźwiedzich koszulach”. Nazwę  berserk wywodzi  się  z islandzkiego „ber” – „niedźwiedź” i  „serk” -  „koszula”  bądź od germańskiego „bar” – „nagi, goły”. Ma to związek z faktem, iż do walki berserkerowie przywdziewali zwierzęce skóry m. in. niedźwiedzi. Tak więc wobec wojownika mającego na sobie kolczugę czy zbroję łuskową mogli uchodzić za „nagich”.

Wyruszając w bój wypijali oni specjalny napar z pewnych gatunków muchomorów (o których później), którego działanie można było przedłużyć i spotęgować pociągając co pewien czas kilka łyków piwa. Napar ten miał wywoływać bitewny szał – wojownik zaczynał krzyczeć i wyć, toczyć pianę z ust, gryźć brzeg tarczy, doświadczał psychicznej transformacji w bestię (niedźwiedzia, wilka lub byka). Jego siła i wytrzymałość ulegały zwielokrotnieniu, potęgowała się agresja i znikał lęk przed wrogiem. Berserker uzyskiwał też pozorną odporność na ciosy, ale tak naprawdę to działanie narkotyku powodowało niezdolność do odczuwania bólu i zmniejszone krwawienie z ran. Wyjście z transu powodowało wyczerpanie organizmu,  zwiększał się upływ krwi. Należy wspomnieć, że berserkerzy walczyli przeważnie w   dwunastoosobowych   drużynach  a   dar  berserkerstwa  mógł  być  dziedziczony,  co  uznawano  za szczególną łaskę Odyna. Tak było z Kweldulfem („Nocnym Wilkiem”), jego wnukiem Egilem i synem Skallagrimem.  Innymi  znanymi  berserkerami  byli  Otrygg  („Saga o Njalu”) i  Ljot  zwany  Białym („Saga o Egilu”). Transformacja w bestię mogła nastąpić na życzenie wojownika lub w sposób niekontrolowany za sprawą rzuconej klątwy. Faktem  pozostaje  natomiast  to, iż berserkerzy  w  późnym  wieku  cierpieli na ataki szału stając się zagrożeniem dla swej rodziny i społeczności. Kończyło się to dla nich wyjęciem spod prawa i przymusową banicją. Tacy ludzie ukrywali się w lasach żyjąc z rozbójnictwa. To właśnie oni był potem bohaterami legend o przerażających wilkołakach. Często przyczyną takiego zachowania była likantropia („wilkołactwo”), choroba psychiczna polegająca na wmawianiu sobie, że jest się wilkiem. Choroba ta wiąże się z kolei z grupą berserkerów zwaną ulfhedhnar – „ludźmi w wilczej skórze”.

Jak wspominałem wcześniej w skład napoju, który pili berserkerzy przed każdą bitwą wchodziły pewne gatunki muchomorów, a mianowicie muchomor czerwony Amanita muscaria) i muchomor plamisty (Amanita pantherina). W czasach przedchrześcijańskich grzyby te były szeroko stosowane w praktykach szamanów z terenów Europy i Azji. Muchomor czerwony poświęcony był Odynowi zwanemu „panem kruka” (z powodu tego, że służyły mu kruki Muninn i Huginn). Natomiast „chlebem kruka” plemiona germańskie nazywały muchomory czerwone. Odyn władał także włócznią Gungnir (symboliczny „boski” grom) wykonaną z gałęzi jesionu Yggdasill. W wielu mitach i baśniach euroazjatyckich mówi się, iż tam gdzie uderzy piorun wyrośnie właśnie muchomor.

Świeże muchomory czerwone bardzo słabo oddziaływują na psychikę, dopiero ususzone, na skutek dekarboksylacji kwasu ibotenowgo i powstania  muscimolu, mają  silne  działanie  psychoaktywne. Grzyby  te znacznie różnią się zawartością aktywnych substancji, choć przeważnie wystarczy  jedna  sztuka by wywołać zmiany w zachowaniu i  postrzeganiu  otoczenia, a przy dużych  ilościach  mam  już do czynienia z halucynacjami, napadami szału i ślinotokiem. Co ciekawe nie zanotowano jeszcze przypadków śmierci wywołanej spożyciem tego gatunku muchomora.

W przypadku muchomora plamistego również najsilniej działającą na psychikę substancją jest muscimol powstający z kwasu ibotenowego w procesie suszenia. Również, ale nie tylko, gdyż wyróżnia się około pięciu słabiej działających związków. Tak więc najprostszym  do  osiągnięcia efektem w razie stosowania tego muchomora i jak sądzę najmniej pożądanym jest śmierć – wcale nie natychmiastowa. Już po czterech niedosuszonych grzybach można zostać kaleką. W przypadku mniejszych dawek doświadczyć można silnych halucynacji, pojawia się euforia i poczucie własnej mocy.

Na tym kończę swe rozważania na temat legendarnych berserkerów, oby pamięć o nich nigdy nie zginęła niczym chwała zdobyta mężnym czynem.

http://www.nidhogg.oskbraniewo.pl/strony/berserkerzy.htm
http://pl.wikipedia.org/wiki/Berserk_(mitologia)

Opublikowany w magia, szamanizm | Otagowane: , , | Zostaw Komentarz »

Po muchomorze będzieez zawsze w dobrym humorze

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu styczeń 11, 2009

Ci, którzy sądzą, że bajki powstawały jedynie z miłości do dzieci, mylą się. Tworzono je z miłości do… narkotyków

Wszyscy znają baśń o królewnie Snieżce i siedmiu krasnoludkach. Krasnoludki to, zgodnie z legendą, ludek raczej przyjazny, nosi się kolorowo, ma spiczaste czapeczki i brody. Zobaczyć je najłatwiej w lesie. Być może dlatego, że rosną tam muchomory czerwone amonita muscaria. Niewykluczone, że królewna Snieżka, błądząc po kniei, najadła się podejrzanych grzybów zobaczyła coś, czego nie ma. A jeśli nie Snieżka, to przynajmniej wieśniaczka, która w narkotycznym widzie dostrzegła malutkie istoty, o czym nie omieszkała poinformować sąsiadów. Od słowa do słowa powstała bajka, którą po jakimś czasie spisał człowiek pióra, nadając tej fikcji rangę literacką. A wszystko to przez małego czerwonego muchomora…

Silnie trujący muchomor czerwony, rosnący powszechnie w lasach całej niemal Eurazji i Ameryki Północnej, powoduje zjawisko mikropsji — przedmioty otaczające amatora tych grzybów widziane są przez niego w pomniejszeniu. Mikropsja i makropsja — widzenie przedmiotów małymi bądź nienaturalnie powiększonymi to zaburzenia, które obok pelopsji (bliskie widzenie przedmiotów) i telopsji (widzenie oddalone) spotyka się przy rozmaitych urazach głowy. Najczęściej bywają skutkiem mechanicznych uszkodzeń okolicy skroniowej czaszki. Muchomor amanita muscaria tymczasem, spożyty w odpowiedniej dawce, powoduje takie właśnie halucynacje. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że w ludowych podaniach o krasnalach sporą rolę odegrały czerwone muchomory. Lud szukający tanich możliwości odurzania się obficie korzystał z dobrodziejstw lasów i kniei — halucynogennych grzybów na naszej szerokości geograficznej jest wszak pod dostatkiem.

Krasnale i inne istoty nienaturalnej wielkości zamieszkują legendy wielu kultur — niewątpliwie stosowanie muchomorów nie tylko celów religijnych nie pozostało bez wpływu na kształt owych opowieści.

Działanie grzybów przebiega w trzech fazach — około 15 minut po spożyciu człowiek staje się bardzo pobudzony, śpiewa, głoś się śmieje, energicznie porusza. Później dochodzą halucynacje wzrokowej słuchowe — faza widzenia krasnoludków i olbrzymów właśnie, albowiem różnym wizjom towarzyszy wrażenie zmniejszania się lub powiększania przedmiotów. Amatorzy grzybów widzą też ponoć często ludzi-muchomorów (czyż czapeczki krasnali nie kojarzą się z kapeluszem grzyba?), zaś kępka trawy może przybrać rozmiary lasu. Wreszcie pojawia otępienie i solidny kac. Grzyby halucynogenne według badaczy posiadają bardzo silne właściwości uzależniające.

Grzybki z mlekiem, raz!

Przed naszą erą muchomor czerwony stosowano głównie podczas szamańskich obrzędów religijnych, znano go na terenie od Skandynawii po Kamczatkę, a także w Ameryce Północnej i starożytnych Indiach. Niedawno jeszcze muchomor był niezwykle popularnym środkiem halucynogennym na Syberii. Plemiona syberyjskie traktowały zresztą handel muchomorami jako bardzo intratne zajęcie. Nic dziwnego, skoro za kawałek grzyba można było, jak podają źródła, dostać całego renifera.

Grzyby myto i suszono na słońcu. W czas obrzędów spożywano zazwyczaj od 1 d 3 sztuk. Historyk z Oksfordu Richard Rudgleyc podaje jednak w swoim eseju „Alchemia kultury”, że szamani syberyjscy spożywali nawet do 12 grzybów jednorazowo! W źródłach p chodzących z tych rejonów pojawiają się opisy mówiące, że zjadano ćwiartkę kapelusza dużego grzyba lub 2 mniejsze muchomory, łącz je z mlekiem renifera, sokiem z żurawin albo czarnych jagód. Litewski sposób przyrządzania muchomorów proponował z kolei mieszanie ich z alkoholem, najczęściej z wódką.

Muchomor amanita muscaria był popularną używką przez setki lat w najróżniejszych miejscach świata. Nie można wykluczyć, że przedziwne istoty zaludniające karty rosyjskich baśni, ot choćby popularny konik Garbusek zdeformowane przez halucynacje zwierzę — podobnie jak nasze swojskie krasnale — wywodzi swój rodowód od eksperymentów z grzybami. Także kirgiska baśń o wiele mówiącym tytule „Co jest największe?” niewątpliwie ma coś wspólnego z mikropsją i makropsją. W tej historii kości byka pożartego przez orla w tym samym czasie stają się obszerną skalną dolin w której odpoczywają wędrowcy, i małym paprochem w oku pastucha. Postaci zaludniają baśń są na przemian ogromne i maleńkie i nie wiadomo, gdzie jest właściwy punkt odniesienia. Badacze doszukują się wpływu grzybów w starogermańskich mitach o Walhalii, ale także w indyjskich wedach, zwłaszcza w Rygwedzie i Aweście. Także na rodzimym gruncie możemy wskazać wpływy grzybów na kulturę ludową. Etnolog z Uniwersytetu Wrocławskiego Mirosław Marczyk wspomina w swojej książce „Grzyby w kulturze ludowej”, że na Kresach przypisywano im dość niezwykłe pochodzenie. Otóż leśne karły, gryzące ludzi, zostały zamienione w grzyby. Oczywiście za karę za złe zachowanie. Marczyk podaje także legendę, pochodzącą z okolic Stanisławowa, o „czerwonolicych”, złośliwych ludzikach, które miały niepokoić świętego Piotra, za co ten zamienił je w grzyby.

I Gargamel też!

Z ludowych podań zjawisko zmniejszania się i powiększania przeniknęło do literatury, a potem do popkultury. Pisarz Lewis Carroll, autor „Alicji w Krainie Czarów” oraz „Alicji po drugiej stronie lustra”, dość gruntownie zapoznał się z owym zjawiskiem, czytając pracę brytyjskiego antropologa Mordechaja Cooka poświęconą grzybom. Uwagę pisarza zwrócił zwłaszcza opis działania muchomora czerwonego i jego wpływu na postrzeganie rzeczywistości. Stąd zapewne często powtarzające się w przygodach Alicji nagłe powiększenia i pomniejszenia, będące skutkiem zjedzenia grzybów. „Alicja oderwała ząbkami odrobinkę z kawałka [grzyba] trzymanego w prawej ręce, żeby spróbować, jaki to da wynik. W następnej chwili poczuła gwałtowne uderzenie w podbródek: uderzyła nim we własną stopę! (…) Brodę miała tak mocno przyciśniętą do stopy, że nie było już niemal miejsca do otwarcia ust. ale dokonała tego wreszcie i zdołała połknąć część kawałka trzymanego w lewej ręce.

— No, w końcu uwolniłam głowę — powiedziała Alicja uradowanym głosem, w którym pojawiła się jednak po chwili nutka trwogi, gdy odkryła, że nigdzie nie może dostrzec własnych ramion: spoglądając w dół widziała tylko niezwykłej długości szyję, która jak łodyga wznosiła się z leżącego daleko w dole morza zielonych liści”. (tłum. M. Słomczyński)

O działaniu muchomora wiedział też dobrze Jonathan Swift, zaludniając karty powieści o przygodach Guliwera liliputami i olbrzymami. Dziś mikropsja nie dziwi nikogo — nawet popularna wieczorynka dla dzieci o Smerfach ma wiele wspólnego z amanita muscaria. Niebieskie małe stworzonka, gnębione przez złego czarownika Gargamela, mieszkają w chatkach wydrążonych we wnętrzach grzybów.

Grzybom w tradycji ludowej przypisywano zawsze dwuznaczną rolę – stworzenia niepodobne do zwierząt, mało przypominające rośliny, bo niewyrastające z ziaren, lecz z jakiejś tajemniczej niewidocznej grzybni, budziły lęk i zaciekawienie. Działanie halucynogenne niektórych z nich, wykorzystane przez szamanów czy wojowników do obrzędów religijnych, przeniknęło do świata zwykłych ludzi w postaci owych podań i legend o krasnalach czy olbrzymach, kształtując ludzką wyobraźnię i dając możliwość I stworzenia tak pięknych baśni jak ta o królewnie Snieżce i siedmiu krasnoludkach.

Anna Dziewit
http://forum.wprost.pl/glowne/?w=111342

Opublikowany w Magia chaosu, szamanizm | Zostaw Komentarz »

Maria Czaplicka

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu styczeń 10, 2009

Krzepka, nigdy na nic się nieuskarżająca Maria Czaplicka, samotna i tonąca w długach, napisze “My Siberian Year” i “The Turcs of Central Asia”, wygłosi kilkadziesiąt odczytów, zostanie przyjęta do paru towarzystw naukowych, by następnie u szczytu sławy, nazajutrz po odmowie z uniwersytetu w Bristolu, gdzie spodziewała się otrzymać wreszcie stałą posadę, popełnić spektakularne samobójstwo. Opowieść o Marii Czaplickiej, antropolożce

Kartka Czaplickiej do Orkana z ParyżaFot. Biblioteka Narodowa

Kartka Czaplickiej do Orkana z Paryża

Na moim stole piętrzą się jej papiery. Stustronicowy “Scrapebook” cudem wydobyty z archiwum uniwersytetu w Pensylwanii, obok korespondencja z Orkanem, odbitka z oryginału przechowywanego w Bibliotece Jagiellońskiej. Jej książki (wydane staraniem Davida Collinsa w roku 1999 u Curzona), artykuły i zdjęcia.

Najważniejsze są dwa. Na pierwszym (patrz obok) widać ją w “półpostaci”, w kostiumie nieulękłej podróżniczki. Czarny skórzany płaszcz, rosyjska czapka uszanka, lekki uśmiech, wzrok utkwiony ponad głową widza. Zdjęcie drugie (ostatnie w tekście) poważniejsze i zdecydowanie niekorzystne. Gładko uczesana, w czarnym żakiecie z białymi wyłogami siedzi w fotelu, grzecznie trzymając ręce na bocznych oparciach. Górne oświetlenie sprawia, że jej wargi, na poprzednim zdjęciu też nie nazbyt wydatne, sprawiają wrażenie cienkich i jakby zaciśniętych.

Takie panny jak ona

To nazwisko powtarzało się we wszystkich bibliografiach szamanizmu: Maria Antoinette Czaplicka “Aboriginal Siberia”, Calderon Press, Oksford 1914. W akademickiej Anglii tego okresu nie spodziewałam się znaleźć już nikogo z Polski – oczywiście poza Bronisławem Malinowskim. Nazbyt dosłownie wzięłam “Oxbridge” – sugestywną karykaturę Oksfordu i Cambridge pióra Virginii Woolf odmalowującą angielskie uniwersytety początku wieku jako bastiony patriarchatu, wrogie, niedostępne kobietom. Tymczasem “Własny pokój” Woolf powstał prawie dwadzieścia lat po tym, jak Maria Antonina Czaplicka przyjechała do Oksfordu i – mimo że kobietom wciąż jeszcze nie było wolno deptać jego słynnych trawników (miały chodzić wyłącznie żwirowymi ścieżkami) – po prostu zaczęła tam studiować. Początkowo afiliowano ją w londyńskim Bedford Women’s, a następnie w oksfordzkim Somerville College, jedynym miejscu, gdzie tolerowano takie panny jak ona. Rzecz działa się w kraju, w którym – przypomnijmy – kobiety ciągle jeszcze pozbawione były prawa wyborczego wywalczonego przez sufrażystki w roku 1918.

Czaplicka szybko zwróciła na siebie uwagę etnologa C.G. Seligmana z London School of Economics i religioznawcy R.R. Maretta z Oksfordu, najżyczliwszego w stosunku do kobiet antropologa epoki. Już dwa lata później, w roku 1912, jako druga w Europie uzyskała pod jego kierunkiem doktorat z antropologii. Ta “druga” była jednak w tym sensie “pierwsza”, że zdobyła swój dyplom przed Bronisławem Malinowskim (doktorat w 1916).

Bliźnięta

Do pewnego momentu byli właściwie bliźniętami. Urodzili się w tym samym – 1884 – roku. Oboje kształcili się w naukach ścisłych – ona w zakresie geografii i przyrodoznawstwa, on fizyki – i tak samo porzucili swe zainteresowania na rzecz nowej wówczas nauki, antropologii. W tym samym roku – 1910 – wyjechali z Polski, choć tylko Czaplicka była stypendystką Kasy im. Mianowskiego. Oboje rozpoczynali karierę od anglojęzycznych monografii będących kompilacją źródeł z drugiej ręki – Czaplicka pisała o syberyjskim szamanizmie, Malinowski o australijskich aborygenach. Oboje studiowali etnologię pod kierunkiem Seligmana, oboje też związali się następnie z Marettem (przy czym to Czaplicka załatwiła Malinowskiemu sekretarzowanie u niego). Oboje, najpierw ona, studiowali w słynnej London School of Economics (choć tylko Malinowskiemu zaproponowano w niej wykłady). Dokładnie w tym samym roku wyjechali na wyprawy terenowe, Czaplicka na Syberię, Malinowski na wyspy Pacyfiku. Z wypraw powrócili z bogatym łupem i oboje zdecydowali się pozostać na stałe za granicą.

Tu jednak, w roku 1918, kończą się podobieństwa. Chorowity Bronisław Malinowski, świeżo poślubiony Elsie Masson, z zawodu pielęgniarce, córce profesora z Melbourne, wyda wkrótce “Argonautów Zachodniego Pacyfiku” i jako klasyk gatunku otrzyma kolejno stanowiska i tytuły stałego wykładowcy, docenta, a następnie profesora w London School of Economics. Krzepka, nigdy na nic się nieuskarżająca Maria Czaplicka, samotna i tonąca w długach, napisze “My Siberian Year” i “The Turcs of Central Asia”, wygłosi kilkadziesiąt odczytów, zostanie przyjęta do paru towarzystw naukowych, uzyska dwa prestiżowe stypendia (trzyletnie Mary Ewert Lecturer in Oxford i Nagrodę Królewskiego Towarzystwa Geograficznego im. Murchisona), by następnie u szczytu sławy, nazajutrz po odmowie z uniwersytetu w Bristolu, gdzie spodziewała się otrzymać wreszcie stałą posadę, popełnić spektakularne samobójstwo.

Początek

Każdą historię, szczególnie zaś historię bez happy endu, czyta się, jak wiadomo, od końca. Ale akurat to życie trzeba koniecznie opowiedzieć od początku. Maria Antonina Czaplicka urodziła się w Warszawie jako córka Zofii Zawiszy i Feliksa Lubicz-Czaplickiego. Miała przynajmniej dwie siostry. O stosunkach panujących w jej rodzinie nie wiemy nic – oprócz tego, że “chwilowo zacieśniły się” w roku 1911, w okresie ciężkiej choroby, na którą zapadła w pół roku po wyjeździe z kraju, i że w okresie rekonwalescencji matka pojechała z nią “do wód”. Czaplicka ukończyła “pierwszorzędne gimnazjum” w Warszawie, po czym zaczęła się kształcić na nauczycielkę pod kierunkiem Anny Szycówny. W latach 1905-06 w obawie przed zamętem rewolucyjnym schroniła się wraz z rodziną w Lipawie (Libau) na Łotwie, gdzie zdała egzamin nauczycielski w Gimnazjum Nikołajewskim. Od 1906 do 1909 studiowała przyrodoznawstwo w Towarzystwie Kursów Naukowych pod kierunkiem m.in. Wacława Nałkowskiego i Stanisława Kalinowskiego, uczyła geografii, a także zarabiała na życie jako sekretarka.

Nie wiemy, kiedy poznała Władysława Orkana, młodopolskiego pisarza i dramaturga. Znamy tylko ich korespondencję. To dzięki niej poznajemy młodzieńcze poglądy Czaplickiej, demokratyczne i antyklerykalne. “Hrabstwo Zamoyscy ze swemi 170 folwarkami robią wrażenie feodalne. Miljony stopni hierarchicznych. Po co to wszystko? Czemu nie tak, jak serce, dusza pragną?”. Zachował się też wiersz zatytułowany “Procesja” datowany: “Boże Ciało 1910″: I choć dzwonów ton radosny,/ W złocie idzie ksiądz,/ Sercom naszym nie do wiosny,/ Nie dają się sprządz./ Idą kornie, suną ślepo,/ Intonując śpiew. Ale na dnie szumi rzeka,/ Przytłumiony gniew.

To nic

W roku 1910 dzięki stypendium Mianowskiego jedzie do Anglii. 4 listopada wysyła Orkanowi pierwszą pocztówkę. Skarży się na ciężką podróż i chorobę morską na kanale La Manche. “Mam językową trudność – pisze – ale to nic. Nadto zimno w pokoiku. Ludzie i jedzenie takie inne. Ale to nic”. To zdanie będzie refrenem jej listów.

Kolejna kartka, pisana w styczniu 1911, ukazuje ją “w szalonej pracy”, “nic i nikogo poza nią nie widzącą”. Martwi się, że “zakres etnogeografji taki szeroki”, a ona ani stroniczki nie ma jeszcze do druku. “Ciekawe, choć rzadkie mam wykłady (…) oraz angielskiego lekcje” – donosi. Tych lekcji udziela jej zapewne Henry Usher Hall, amerykański dżentelmen studiujący w tym samym czasie w London School of Economics, starszy o lat osiem, uczestnik jej przyszłej wyprawy syberyjskiej.

Nauka idzie pannie Marii jak z płatka. “Pracuję dużo, ale najwięcej sama, tedy nie rozumiem, skąd tyle wyróżnień na uniwersytecie i w świecie naukowym tu mnie spotyka” – pisze w lutym nieco kokieteryjnie. Wobec tego, że dotychczasowe kartki do Orkana utrzymane były w tonie stosownego dystansu (“Drogi Panie Władysławie”), ten właśnie list zaskakuje poufałym zakończeniem: “Ślę Ci myśli i pragnienia nieokiełzane”. Dodać trzeba, że korespondent jest człowiekiem żonatym, niedawno urodziła mu się córeczka Zosia. Czaplicka kilkakrotnie pyta o zdrowie “maleńkiej”, raz nawet prosi o przysłanie zdjęcia. Pozdrawia też małżonkę.

Choć w listach słychać tylko głos Czaplickiej, wyraźny jest w nich ślad rozmów, jakie prowadzili. Osoba, która z tych listów wyziera, nie ma najlepszego zdania o sobie. “Podzielam zdanie Twoje co do wszystkiego, tylko nie co do wiary w osobiste szczęście. Ale przecie i bez tego można żyć porządnie, a nawet jeszcze więcej szczytnie. Wiedzie mi się, mam wielką pomoc w uznaniu wszystkich, a tak ciężko… Proszę, pisz o sobie i bądź zawsze takim świętym i lepszym ode mnie” (11.02.1911).

Ona, “kobieta-człowiek”, “wolna-trwodze daleka”, jest co prawda silna, ale ta siła służy jej przeważnie do przyjmowania na siebie coraz to nowych ciężarów. Tym bardziej że dziwnym kultem otacza cierpienie. Dziś wydaje się to niezrozumiałe, ale było bardzo w stylu epoki, dla której odkrycie, że cierpienie bywa chorobą, miało stać się przełomem. “Zrobiłam się cicha i wyczekująca na nieszczęście, które by mnie złamało. Już pewno takiego nie będzie…” – pisze prowokacyjnie w marcu. Na odzew ze strony życia nie musi długo czekać. Jeszcze w marcu zaczyna chorować (“ślepa kiszka”). Ze względu na koszta stara się odsunąć operację, co okazuje się niemożliwe, bo płyn zalał już otrzewną. Z późniejszego listu dowiemy się, że chorobę bardzo przeżywała, “w noc przed operacją całą przeszłość przebiegła”. “Gdyby nie to, że wszędzie opiekują się [mną] przyjaciele (na których Ty wymyślasz), nie wiem, co by ze mną było – donosiła Orkanowi po kryzysie. – Ale w rzeczywistości nawet w nocy któraś z pań czuwa, lekarze niewiele żądają, pokój w kwiatach…”.

Z listu wynika, że już wówczas korespondent “wymyślał na przyjaciół”. Widać też, że autorka zakorzeniła się w angielskim, bo w listach pojawiają się pierwsze kalki językowe.

I see no sin…

W odróżnieniu od Marii Komornickiej, która znajdowała Anglię “zimną jak lodowiec, pod którego wpływem gasną, sycząc jak rozpalone węgle, gdy się je poleje wodą, wszelkie gorętsze porywy”, Czaplicka zamierza przystosować się do angielskiej powściągliwości. “Oksford i Cambridge ogólnie rzecz biorąc nie uznają kobiet, ale ja nie narzekam” – mówi. Dzieli czas między Bibliotekę Brytyjską, uniwersytet, bywa na koncertach, mityngach. “Na soboty i niedzielę zawsze staram się wyjechać na wieś, która w Anglii jest nawet ładniejsza niż u nas, ale nie tak kochana” – donosi wiosną roku 1911.

W liście pisanym w Wielki Piątek Maria wspomina Tatry, zapewne jakiś wspólny z Orkanem w nich pobyt („Pamiętam nawet skrzypienie śniegu”). „Pisz mi o sobie i (jeśli to naturalnie z Ciebie wypłynie) o nas” – prosi. Do listu dołączony jest fragment wiersza Roberta Browninga z frazą: „I see no sin…” („Nie znam grzechu”). Potem wymowny komentarz: „W ogóle snuję na temat »hygjeny duszy «, która by normowała zarówno przeduchowienie i przecieleśnienie. Widzę Cię, jak patrzysz na mnie z fotografii. Pisz”. I dopisek: „Kiedy poezje wyjdą?”.

Poezje Czaplickiej nie były dobre i nie wyszły nigdy. Nie wiadomo, czy Orkan w ogóle się o to starał. Można się domyślać, że niektóre z nich mogły boleśnie ranić jego męską dumę. Spomiędzy częstochowskich rymów wiersza “Prawda o mej duszy” wyziera świadoma kobiecość, ale i androgyniczna ambiwalencja: Kobiece tylko posiadam ciało,/ Lecz anormalną duszę,/ Co w darze obu płciom się dostało,/ Ja w sobie ścierpieć muszę.

Cierpienia mego nie powierzę-ć tajny!/ Co Cię obchodzić może ludzki ból?/ Ty więcej cenisz mój powab sprzedajny,/ Więc dam Ci złudę, żeś mój Pan i Król. (“Wieczna kobiecość”).

W jednym z listów Czaplicka stawia w końcu pytanie: “Ciekawam, czy widząc mnie w swych projektach na przyszłość, pojmujesz to idealnie (w co nie wątpię), czy realnie (czego technicznie jestem ciekawa)”.

Wiatr taki silny

Nie znamy żadnej z odpowiedzi Orkana. Nie wiemy też, czy zapis na odwrocie kartki z 4 maja 1911 roku (z widokiem samotnego klifowego wybrzeża) nie stanowi aluzji do jego nazwiska: “Wiatr taki silny, tak bardzo czuję się nań wystawioną”. Pisarz podejmuje desperacką próbę ściągnięcia Marii do kraju. Zapada na zdrowiu (lub symuluje chorobę) i wzywa ją do siebie. Odpowiedź brzmi: “Nie mam pieniędzy i sił (czasu oczywiście, ale o to mniejsza), gdyby jednak nie było lepiej w ciągu tych dni, a usposobienie moralne szwankowało – czekam na depeszę i przyjadę, choć na krótko (…). Proszę o szczerość i bezwzględność, do której chorzy mają prawo. (…) Z niepokojem śledzę w wyobraźni Jego cierpienie. Cóż słowa pomogą? Tak bardzo pragnę, by nie cierpiał”.

List z nadrukiem “London School of Economics. The Common Room” datowany jest dopiero miesiąc później, na 30 maja 1911 roku: “Nie piszę, będąc bardzo, ale to bardzo zajętą (…). Poza tym floty nie mam”. (Ten refren, czasem w postaci “jeżeli moneta pozwoli”, powraca równie często jak wcześniejsze “to nic”). Następne zdanie jest już trochę na siłę: “Naprawdę cieszę się, że ma On przy sobie przyjaciół, żonę i możliwą opiekę sanitarną i radabym przysłać myśli jak najlepsze i wszystko, co mogę, co mam prawo”.

Dopiero pod koniec wakacji 1911 roku pojawiają się w życiu Marii widoki na przyjazd do Polski. „…tak bym chciała Ciebie zobaczyć – zwierza się i apeluje zarazem. – Nawzajem nam się to należy, nawzajem jest potrzebne do dalszego szerokiego życia, i ufam, że więcej sił niż zgryzoty doda”. Czaplicka przyjeżdża jesienią 1911 roku. W Krakowie planują sekretnie spotkanie. „Jest dziś 4ty – pisze Maria do Władysława. – Miałam wyjechać, ale zatrzymuję się jutro i pojutrze, byś mógł choć na parę godzin przyjechać. Dłużej nie mogę jak do 7/IX najdalej, proszę o natychmiastową odpowiedź (depesza »nie «, Kraków, Wróblewska 14, Długa wystarczy, lub przyjazd)”. Nie wiadomo, czy do rendez-vous doszło. Tu zaczyna się prawie roczna luka w korespondencji.

Gdy znów słychać głos Marii (3.08.1912), donosi ona o triumfie “przechodzącym wszelkie (…) oczekiwania” – chodzi zapewne o oksfordzki dyplom, który właśnie uzyskała. “Do kraju nie wiem kiedy przyjadę” – pisze. Znajduje jednak czas, by we wrześniu z koleżankami z Somerville College przejść całą Normandię i z Mont Saint-Michel wysłać do Orkana karteczkę (z górą św. Michała na odwrocie, 15.09.1912). Jej ton musiał go rozeźlić, skoro wywołał odpowiedź: “Kartkę Jego w tej chwili dostałam, tylko jej zupełnie nie rozumiem. (…) Poza tem, co się wkoło mnie może dziać, nie znaczy się, żeby działo się we mnie. Pustawo w tłumie, tłumno, gdy jestem sama. Ot i wszystko” (23.11.1912). I list ostatni, zapowiadający już rychłe rozstanie: “Widzę (…) z Jego listu, że mnie Pan zupełnie nie rozumie, pisze z goryczą i potępieniem, życzy szczęścia – jakiego? Dam mu znać, kiedy będę w Galicji tylko w tym wypadku, jeśli On bardzo tego będzie chciał również i potrzebował”.

Wycinki

Skąpe są źródła naszej wiedzy o Marii Antoninie Czaplickiej. Poza oksfordzkim kompletem dokumentów, którym opiekowały się jej przyjaciółki, do przetrwania obu pozostałych zbiorów przyczynili się dwaj mężczyźni, z którymi Czaplicka była związana – Orkan i Henry Usher Hall. Symbolicznym zbiegiem okoliczności obaj (lub bibliotekarze opracowujący ich spuściznę) zatarli autorstwo Czaplickiej, włączając sporządzone jej ręką źródła we własne dziedzictwo. W Bibliotece Jagiellońskiej próżno szukać “Marii Antoniny Czaplickiej”. Jej listy figurują w indeksie “Władysława Orkana”. Także źródło drugie, “Scrapebook for clippings related to Marie A. Czaplicka, her expedition, 1913-19″, stustronicowy zbiór wycinków prasowych dokumentujących rozwój jej kariery, sygnowany jest nazwiskiem Halla. Po jej śmierci wraz z kompletem materiałów dotyczących ekspedycji syberyjskiej został on – zgodnie z jej wolą – przekazany Henry’emu. Materiały nigdy nie zostały opublikowane.

Zbiór wycinków ujawnia rękę zbieraczki. Na przykład pod notatką przedstawiającą ją jako “wybitną rosyjską badaczkę”, która wygłosiła referat na temat wpływu środowiska na idee religijne tubylców Azji Północnej (“The Birmingham Daily Post”, 17.09.1913) znajduje się doklejka podpisana jej charakterem pisma: “Sprostowanie. Panna M.A. Czaplicka, która w poniedziałek wygłosiła referat w Sekcji Antropologicznej Towarzystwa Brytyjskiego, została omyłkowo przedstawiona jako Rosjanka. W rzeczywistości jest ona narodowości polskiej”. Obok licznych wzmianek o akcjach dla Polski, w tym zawiadomienia o “wiecu polskim w sprawie Gdańska i dostępu Polski do morza”, pojawia się afisz międzynarodowego mityngu sufrażystek, a także bilet na uroczysty obiad z udziałem “Doktora Weizmanna, syjonisty, i barona Rotschilda”, gdzie omawiano problem emigracji Żydów do Palestyny.

W tytułach prasowych rzadko występuje jej nazwisko, dla Anglików wyraźnie trudne. Za to w tekście można odnotować aż sześć jego wersji: (“Miss Czaplika”, “Czaphika”, “Czaplicka” z odwróconym daszkiem nad “c”, “Czapicka”, “Czapiska” i “Czlapicka”). Jeszcze przed wyprawą syberyjską, a tym bardziej później, prasa angielska wysławiała ją sensacyjnymi tytułami w rodzaju: “Uczona dama” (“Daily Telegraph, 17.09.1913), “Dama przewodzi uczonym. Prymitywne życie na Syberii. Ekspedycja w celu studiowania nieznanych ras” (“The Daily Chronicle”, 22.05.1914), “Nieustraszona badaczka. Trzy tysiące mil saniami po Syberii. Pierwsza biała kobieta, jaką oglądali tubylcy” (“The Daily Chronicle”, 8.09.1915), “Kobieta z Oksfordu na Syberii. Tubylcy nic nie słyszeli o wojnie” (“Evening News”, 8.09.1915).

Trzy tygodnie w namiocie

Relacjonując ekspedycję jenisiejską, gazety pisały o sześciorgu uczestników, choć dwóch z nich (leśnik i przyrodnik) w ogóle do Rosji nie wyruszyło, zaś dwie panie, ornitolożka Maud Haviland i malarka Dora Curtis, przerwały wyprawę pod koniec lata 1914 na wieść o wybuchu pierwszej wojny światowej. Ryzyko zimowania na Syberii podjęło tylko dwoje: Czaplicka i jej znajomy Hall, wówczas już kurator muzeum uniwersytetu w Pensylwanii. Wobec oczywistego naruszenia dobrych obyczajów, jakim było syberyjskie tete-a-tete, dziennikarze podkreślali, że wzięli oni ze sobą “namiot podobny do tego, którego używał kapitan Scott w swej ostatniej podróży, tyle że podbity wełną i podzielony na przedział męski i kobiecy”. Mieszkali w nim zresztą sporadycznie, większość czasu spędzając w siedzibach tubylców. Na wykonanym przez Czaplicką zdjęciu namiot ten pojawia się w scenerii syberyjskiego lata. U wejścia stanęła panna Curtis, obok, z bronią w ręku, przykucnęła panna Haviland, a Henry Hall z miną konkwistadora usiadł na ziemi w twarzowym korkowym hełmie i sztylpach.

Wyczyn ich wzbudził w świecie zachwyt i zgrozę: “To rzecz niesłychana, aby młoda kobieta z tak skromnym wyposażeniem materialnym przedsięwzięła podróż zimową na przestrzeni wielu tysięcy mil w strasznej dziczy rozciągającej się między dolinami Jenisieju i Leny, nie mogąc liczyć “na nic lepszego poza gościnnością tubylców” – zachłystywało się “The Athenaeum”. O gościnności tubylców Czaplicka miała widać dużo lepsze mniemanie, skoro powierzała im życie własne i Halla: “Gdy przybywaliśmy do ich obozowiska, musieli nas wpuścić. Inaczej zginęlibyśmy z zimna” (“The Evening News”). Za schronienie i rozmowy odwdzięczali się tubylcom leczeniem ran i stłuczeń. Wieźli ze sobą kufer załadowany najprostszymi lekami i “czasem potrafili być użyteczni”. Stanowi to skądinąd ciekawy kontrast z obyczajami chorowitego Bronisława Malinowskiego, który w czasie swych wieloletnich pobytów w tropikach konsekwentnie leczył tylko siebie (wyjątek na s. 432 “Dziennika”, gdy “sprzedawał [leki] za pióra rajskiego ptaka”).

“Zimą, mimo rozmaitych trudności i niebezpieczeństw, przebyli trzy tysiące wiorst po zamarzniętych rzekach i jeziorach, górach i kamienistych dzikich płaskowyżach” (“Oxford Chronicle”). Poruszali się w osobliwych pojazdach – wielkich wiklinowych koszach na kołach zaprzężonych w koniki stepowe. Pisze Czaplicka: “Kosze te do połowy wypełnione są sianem, na którym człowiek siedzi z wyprostowanymi nogami i zastanawia się – o ile pomiędzy jednym podrzutem a drugim w ogóle można się nad czymkolwiek zastanawiać – nad beznadziejną nieskutecznością siana w porównaniu z resorami”. Celem wyprawy był leżący za kręgiem polarnym kraj Tunguzów, “gdzie nie docierali ani rosyjscy myśliwi, ani kupcy”. Każdego ranka zatrzymywali się w czumach (namiotach) tubylców i starali zaprzyjaźnić z mieszkańcami. Rozmawiali z nimi, mierzyli ich czaszki, obserwowali codzienność i świąteczne rytuały. W zamian za przedmioty, które od nich otrzymywali, dawali im herbatę, tytoń i angielski ser, który “bardzo [tubylcom] smakował”.

Histeria arktyczna

Oryginalnym wkładem Czaplickiej w historię etnografii są jej badania nad syberyjskimi wierzeniami magiczno-religijnymi osnutymi wokół transowej podróży szamana, który na Syberii bywał kapłanem, lekarzem, a często i wodzem. Zgodnie z duchem epoki Czaplicka uważała szamanizm za zjawisko z zakresu psychopatologii i wywodziła je z tzw. histerii arktycznej, zaburzenia nerwowego przytrafiającego się kobietom i mężczyznom mieszkającym za kręgiem polarnym. W czasach, gdy histerię wciąż jeszcze uznawano za przypadłość, na którą jedynym lekarstwem jest zamążpójście, pisząca o niej niezamężna kobieta musiała stanowić jawną społeczną prowokację. Mówiąc o “histerycznym” podłożu szamanizmu, Czaplicka składała ofiarę Zeitgeistowi, by już bez obciążeń zająć się zjawiskiem.

Jej teksty etnograficzne zdradzają ogromną chłonność na rzeczy obce. Pomijając nieszczęśliwe uwagi o brzydocie tubylców, protekcjonalność tak charakterystyczna dla stylu epoki w jej pisarstwie właściwie nie występuje.

W “My Siberian Year” spotykamy opis seansu szamańskiego z jej udziałem. “Duchy cię znają” – usłyszała od szamana, do którego zwróciła się z pytaniem, jak będzie się wiodło Polakom, zanim znów się z nimi połączy. Otrzymuje odpowiedź, że po szczęśliwym powrocie do kraju stwierdzi, że “jej trzy domy stały się jednym”. Jak łatwo się domyślić, w tej przepowiedni Czaplicka rozpoznała zjednoczenie trzech zaborów w roku odzyskania przez Polskę niepodległości.

O tym, jak Maria dawała sobie radę w warunkach arktycznych, wiemy niewiele. W listach adresowanych do sponsorów mówi o sobie mało i niechętnie. Listy do niezawodnej miss Penrose, przełożonej Somerville College i protektorki, kończą się najczęściej: “Nie chciałabym Pani rozczarować pracą, której się podjęłam”, albo też: “Jest moim jedynym pragnieniem, abym zebrała dość materiału do książki, którą chciałabym ofiarować Pani w zamian za wszystko, co dla mnie zrobiła”. Trudności można się domyślać jedynie na podstawie napomknień współtowarzyszek, które przerwały wyprawę. Na przykład malarka Dora Curtis skarżyła się w liście do miss Penrose, że Czaplicka była gotowa brnąć 30 km przez tundrę w mchu po kolana, “ledwie o kawałku chleba i u celu nadal być niezadowoloną”. “To, że jest do tego zdolna, świadczy o jej wielkim duchu, ale boję się, że drogo za to zapłaci” – pisała. Czaplicka nie pozostawała jej dłużna, odwzajemniając się złośliwościami na temat malowania, a po tym jak Curtis opublikowała wspomnienia syberyjskie, zarzucała jej naiwność i brak kompetencji.

Także Henry’emu Hallowi malarka wystawiła opinię zdecydowanie niepochlebną. „W ogóle nie uważam go za człowieka uzdolnionego – pisała do miss Penrose. – Przeciwnie, mieliśmy wiele okazji przekonać się o czymś wręcz odwrotnym”. Po przeczytaniu w „Scrapebook” wypowiedzi Halla dla „Philadelphia Evening Bulletin” (28.02.1916) w jej słowa nietrudno uwierzyć. Tytuł notatki: „Badacz o życiu plemion syberyjskich”. Dwa podtytuły: „Juracka żona kupiona za sto reniferów – mówi H.U. Hall po powrocie z 2500-milowej podróży” i: „Czterdzieści stopni poniżej zera”. Następują cytaty z Halla: „ »Śmiej się i jedz « – do tego sprowadza się filozofia plemion syberyjskich. Mają jeden instrument muzyczny – jeżeli można to nazwać w ogóle instrumentem – podobny do drumli (…), a także bębny, w które walą przy każdej nadarzającej się okazji. Wielu z nich praktykuje poligamię. Co do liczby żon – nie ma reguły. Za każdym razem, gdy Tunguz lub Jurak zgromadzi sto renów, kupuje sobie żonę”.

Lata chude

Przez jakieś trzy-cztery lata po powrocie z Syberii Czaplicka chodzi jeszcze w glorii “nieustraszonej podróżniczki”. W latach 1916-18 jako jedyna kobieta wykłada w Oksfordzie. Dwa lata później zostaje wybrana na członka Królewskiego Towarzystwa Geograficznego i otrzymuje prestiżowy Murchison Grant uznawany za największy zaszczyt w dziedzinie odkryć geograficznych. Jednak wykłady oksfordzkie podobnie jak pieniądze z nagrody wkrótce się kończą.

Datowany na 20 marca 1919 roku list do Malinowskiego wskazuje, że od pewnego czasu Czaplicka intensywnie szuka pracy: „Na przyszły rok, tj. na jesieni, człowiek, którego miejsce na czas wojny wzięłam, powróci, mnie coś niecoś ofiarują, pewnie wykłady itp., ale tak mało to będzie materialnie, że przy całym uznaniu Oksfordu dla mnie, a mnie dla Oksfordu może się rozłączymy”. Z notatki w „Daily Sketch” z lutego tego roku (zatytułowanej „Umysły i piękno”) wynika, że poważnie liczyła się nawet ze zmianą pola zainteresowań: „Panna Czaplicka mówi, że jej nowa książka o ekonomicznej przyszłości Syberii będzie wkrótce gotowa. Jest ona czarującą, błyskotliwą osobą, z wyglądu ani trochę niepodobną do typowej oksfordzkiej »niebieskiej pończochy «” [pogardliwe określenie sawantki, które Słownik Collinsa objaśnia następująco: „zdolna, wyedukowana kobieta, którą bardziej interesują akademickie ideały niż kobiecy sposób postępowania”].

I wtedy na horyzoncie pojawiła się propozycja Amerykanów. 5 maja 1919 roku “Sunday Herald” informował: “Panna Czaplicka, jedyna wykładowczyni w Oksfordzie, jedzie we wrześniu do USA, gdzie ma roczny kontrakt w Columbia University”. Prawdopodobnie w związku z tym już w czerwcu złożyła rezygnację z przewodniczenia założonemu przez siebie Folk Lore Club w Oksfordzie. Jednak kontrakt amerykański nie wypalił. Wprawdzie Czaplicka odwiedziła Amerykę na przełomie roku 1919 i 1920, a nawet dała kilka wykładów, ale to wszystko.

Zapewne widziała się też z Henrym Hallem, nie wiemy jednak, czy już wówczas dowiedziała się o jego planowanym małżeństwie z panną Francis Jones z Nowego Orleanu, “głośną malarką i rzeźbiarką, wielce pomocną mu w pracy”. W tym samym roku zdążyła jeszcze być w Berlinie, a w dniach bitwy pod Radzyminem odwiedziła Warszawę. Jesienią roku 1920 wróciła do Anglii, gdzie udało jej się zdobyć roczny kontrakt na Wydziale Anatomii uniwersytetu w Bristolu.

To właśnie nieprzedłużenia tej umowy nie przetrzymała. 26 maja 1921 roku o piątej po południu połknęła “substancję żrącą” (“corrosive sublimate”, jak pisała May Staveley do miss Penrose z 30.05.1921) i w rezultacie krwotoku spowodowanego trucizną około północy zmarła. Oficjalną przyczyną śmierci podaną w nekrologach, a także w liście do kolegów, był atak serca. “Mówimy, że zmarła wskutek niewydolności serca, i tak w istocie było” – objaśniała May Staveley w poufnym liście do przełożonej Somerville College. Inna przyjaciółka Czaplickiej, Barbara Freire-Marecco, pisała miesiąc później do Henry’ego Halla: “Od pewnego czasu skarżyła się na złe samopoczucie i wyczerpanie (…). Kilka miesięcy temu rozporządziła, by wszystkie manuskrypty i papiery odnoszące się doraportu o ekspedycji jenisiejskiej zostały przekazane Tobie w nadziei, że skończysz go i opublikujesz”.

Nie odnaleziono dziennika Marii Czaplickiej. Ciągle szukamy innych źródeł do jej biografii. Zarówno jej korespondencja z Orkanem, jak i przesłany Hallowi “Scrapebook” zostały ocenzurowane przez adresatów. W tej sytuacji duża część jej życia i śmierci ciągle jest pogrążona w milczeniu. Gdyby jednak pod bezgłos Czaplickiej podłożyć głos innej szalonej studentki “Oxbridge” na przełomie wieków, Marii Komornickiej, usłyszelibyśmy pewnie o “szalonej trudności istnienia dla istoty rozwiniętej naszych czasów, gdy ma nieszczęście być kobietą”, o dobiegającej zewsząd drwinie z jej naiwnego zapału, o “zawodzie tym większym, im większa była ułuda, im silniejsze było pragnienie”.

W świecie, który okazał się tym, czym się w końcu okazał, samobójstwo Czaplickiej mogło być, przynajmniej w jej własnych oczach, nie autodestrukcją, ale aktem samozachowawczym. To, co ów akt zachowywał, znalazło się po prostu w śmiertelnym konflikcie z życiem, a ona, po długich targach, postanowiła zapłacić żądana cenę.

Dziękuję Pani Ewie Dżurak z Uniwersytetu w Harwardzie, Pani Paulinie Adams z archiwum Somerville College i Panu Johnowi Weeksowi z University of Pennsylvania Museum Library za okazaną mi pomoc

Tekst jest fragmentem książki Joanny Tokarskiej-Bakir “Dziennik literożerczyni”, która ukaże się w tym roku w wydawnictwie W.A.B.

Korzystałam z następujących źródeł:

- “Scrapebook for clippings related to Marie A.Czaplicka, her expedition, 1913-19, by Henry Usher Hall” własność University of Pennsylvania Libraries,

University Museum Library, USA; – korespondencja Władysława Orkana z lat 1910-12,

k. 116-171, (sygn. mikrofilmu 47 496), w zbiorach działu rękopisów Biblioteki Jagiellońskiej;

- “Collected Works of M.A. Czaplicka”, tomy 1-4, opracował i wstępem opatrzył David Collins, Curzon Press 1999;

- D.N. Collins, J. Urry “Maria Antonina Czaplicka. Życie i praca w Wielkiej Brytanii i na Syberii”, “Lud”, t. 82/1998, s. 61-74;

- I. Filipiak “Malcontenta w Cambridge”, “Katedra”, nr 3/2001, s. 163-199;

- I. Filipiak “Własny pokój, własna twórczość”, (wstęp do książki V. Woolf “Własny pokój”), Warszawa 1997;

- G. Kubica “Maria Antonina Czaplicka” (nota biograficzna w książce B. Malinowskiego “Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu”, wstęp i opracowanie Grażyna Kubica), Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 730-734 oraz 23-24.

Joanna Tokarska-Bakir

http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53662,1299859.html

Opublikowany w szamanizm | Zostaw Komentarz »

HALUCYNOGENY

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu styczeń 8, 2009

Rośliny halucynogenne są używane na różne sposoby. Zależy to od materiału roślinnego, od aktywnych związków chemicznych, od kultury, regionu i od innych rzeczy. Ludzie pierwotnych kultur na każdym kroku wykazywali ogromną pomysłowość jeżeli chodzi o sposoby przyjmowania tych roślin.

ROŚLINY MOGĄ BYĆ JEDZONE, jako surowe lub suszone, jak np pejotl i teononacatl, lub można pić sok wyciskany z liści, jak w przypadku Salvii divinorum (z Meksyku). Czasami można jeść produkt pochodny od rośliny, jak np. w przypadku haszyszu. Często pije się napój: ayahuasca, caapi, albo yajé z kory winorośli; kaktusa San Pedro; wino jurema; iboga; liście toloache; albo gniecione nasiona meksykańskiego powoju. Pierwotnym kulturom Nowego Świata  przypisuje się zwyczaj palenia tytoniu, jednak dzisiaj jest to również popularna metoda przyjmowania konopii indyjskich. Narkotyki inne niż tytoń, takie jak tupa, mogą być również palone.

SNUFFING (inaczej: wciąganie nosem) to preferowana metoda użycia kilku halucynogenów takich jak: yopo, epena, sébil, rapé dos indios. Podobnie jak palenie, tak samo wdychanie nosem jest zwyczajem Nowego Świata. Istnieje również kilka szczepów indian Amerykańskich, którzy przyjmowali halucynogeny doodbytniczo, jak w przypadku Anadenanthera.
Jedna z ciekawszych metod wywoływania efektów narkotycznych, to afrykański zwyczaj nacinania głowy i wcierania w ranę soku z przeciętej cebulki gatunku Pancratium. Ta metoda jest pierwotnym odpowiednikiem nowoczesnej metody podskórnej.
Można stosować różne metody, w zależności od różnych części roślin. Żywica Virola , na przykład, czasami jest lizana, ale zwykle przygotowywana w formie sproszkowanej tabaki, czasami jest znowuż robiona w formie kulek do nosa, czasami się ją zjada, a czasem wędzi.

ROŚLINNE DODATKI lub domieszki do halucynogenów w ostatnim czasie wywołały spore zainteresowanie badaczy. Dodatkowe rośliny bywają dodawane zazwyczaj w celu zwiększenia, zmiany, lub wydłużenia transu narkotycznego. Praktykuje się to w przypadku napoju ayahuasca, caapi, lub yajé, przygotowywanych zazwyczaj z Banisteriopsis caapi lub B. inebrians. Dodaje się zazwyczaj dodatki takie jak: liście Psychotria viridis albo Banisteriopsis rusbyana, które same zawierają halucynogenne tryptaminy; albo Brunfelsię lub Bielunia, obydwa same w sobie są halucynogenne.


HALUCYNOGENY STAREGO ŚWIATA
Istnieją dowody wskazujące na to, że ludzie Starego Świata, czyli mieszkańcy Europy, Azji, Afryki, w mniejszym stopniu stosowali rodzime rośliny w celach halucynogennych, niż ludzie z Nowego Świata, czyli obydwu Ameryk.

Są powody aby twierdzić, że wegetacja jednej półkuli ziemskiej jest uboższa, a druga bogatsza w występowanie halucynogennych roślin. Czy stąd ta różnica ? Czy człowiek Starego Świata nie odkrył wielu halucynogennych roślin ? Czy niektóre z nich są zbyt toksyczne aby mogły być powszechnie używane ? A może człowiek Starego Świata był kulturowo mniej zainteresowany narkotykami ? Nie znamy odpowiedzi na te pytania. Ale wiemy, że Stary Świat ma mniej rozpoznanych gatunków psychoaktywnych niż Nowy Świat: Dla porównania na 15-20 gatunków o właściwościach halucynogennych z wschodniej półkuli, przypada średnio ponad 100 gatunków z półkuli zachodniej również o tych samych właściwościach.

Jednak jest jeszcze kilka halucynogenów Starego Świata cieszących się dziś ogromną popularnością na całym świecie. Są to niewątpliwie Konopie indyjskie, – najbardziej rozprzestrzeniony z wszystkich halucynogenów. Kilka roślin psiankowatych było kojarzonych w średniowieczu z wiedźmami i czarownicami. Są to: wywar z lulka czarnego, belladona i mandragora, która niezwykle wpłynęła na kulturę europejską, medycynę, a nawet historię. Niektóre odegrały bardzo ważną rolę religijną we wczesnej aryjskiej kulturze północnych Indii.

Rola halucynogenów w rozwoju kultury i społeczeństwa Starego Świata nie jest dokładnie zbadana. Choć z każdym dniem poznaje się ją coraz bardziej jest nadal duże zapotrzebowanie na zbadanie ich zastosowania we wschodniej półkuli.





GRZYBY TRUJĄCE, Muchomor czerwony Amanita muscaria może być jednym z najstarszych halucynogenów człowieka. Jest sugestia, że dziwne efekty po jego zjedzeniu przyczyniły się do wczesnych pojęć bóstwa.
Muchomor czerwony Amanita muscaria rośnie na północnych i umiarkowanych strefach obydwu półkul. Euro-azjatycki gatunek ma piękny (od głębokopomarańczowego do krwistoczerownego) kapelusz nakrapiany białymi ciapkami. Kapelusz standardowego północnoamerykańskiego gatunku jest trochę jaśniejszy (od kremowo do pomarańczowo-żółtej barwy). Występują też różnice chemiczne między tymi dwoma gatunkami, z jednej i drugiej półkuli. Muchomor amerykański jest dużo mniej halucynogenny niż ten europejski.


Amanita muscaria zwykle rośnie w symbiozie z brzozami

Użycie tego grzyba jak orgiastyczny i szamański środek upajający zostało odkryte w Syberii w 1730. Później, jego użytkowanie było odnotowane wśród kilku odizolowanych plemion ugrofińskich (Ostyak i Vogul) w zachodniej Syberii i trzech pierwotnych plemionach (Chuckchee, Koryak i Kamchadal) w północno-wschodniej Syberii. Te plemiona nie miały żadnego innego “napoju odurzającego” dopóki nie poznali w ostatnim czasie alkoholu.
Mieszkańcy Syberii spożywają grzyb na samo, suszone lub przypiekane delikatnie na ogniu, czasami jedzą je z mlekiem renifera lub z sokiem dzikich roślin takich jak Vaccinium i Epilobium. Gdy grzyby są jedzone na samo, to są tylko zwilżane w ustach i połykane, bywa również tak, że kobiety zwilżają je i robią z nich kulki łatwe do przełknięcia dla mężczyzn.
Bardzo starą i ciekawą praktyką współplemieńców, jest rytualne picie moczu ludzi, którzy zostali odurzeni grzybem. Aktywne związki przechodzą z moczem praktycznie w niezmienionej formie, lub jako aktywne ich pochodne. W konsekwencji, kilka grzybów może odurzyć wiele osób.

Mężczyzna Chukchee z Syberii z drewnianym naczyniem na mocz, zawracając mocz do obiegu wzmacnia i podtrzymuje działanie grzybu Amanita muscaria.



Objawy po takich grzybach są różne, ale zazwyczaj jeden lub kilka grzybów wywołują stany kurczenia się, drżenia, drobne konwulsje, drętwienie kończyn i uczucie spokoju nacechowanego szczęściem, pragnienie aby zaśpiewać, zatańczyć, barwne widzenia i postrzeganie przedmiotów jako większe niż są. Może się zdarzyć przejście do głębokiego snu. Uczestnicy miewają często ciekawe wizje, np. stary członek plemienia, twierdził, że właśnie się narodził. Na wizje mają wpływ również wierzenia religijne.

Ostatnie badania dowodzą, że grzyb ten mógł być tajemniczą somą napojem bogów starożytnych Indii. Tysiące lat temu, aryjscy zdobywcy, którzy przemierzali przez Indie, czcili jakąś substancję halucynogenną, pijąc ją podczas ceremonii religijnych. Jest dużo hymnów na temat tej substancji w indyjskiej Rigwedzie, są one poświęcone właśnie tej substancji i skutkom, które wywołuje.

Soma stopniowo wyszła z użycia i jej tożsamość jest zagadką od 2 000 lat. Podczas ostatniego stulecia sugerowano ponad 100 roślin, które mogły być somą,  jednak żadna nie odpowiadała dokładnie opisom znalezionych w tych hymnach. Jedna z ostatnich prac etnobotanicznych, identyfikuje ją właśnie jako A. muscaria, sugestia ta powstała dzięki odniesieniu w vedas, gdzie wspomniano o ceremonialnym piciu moczu, a jak wiadomo głównym składnikiem grzyba jest muscimol (znany tylko w tym grzybie), odpowiedzialny za halucynacje, który pozostaje niezmieniony, po przejściu przez organizm człowieka.

Dopiero w ostatnich latach został poznany aktywny związek tego grzyba. Przez lata sądzono, że była nim muskaryna, jednak obecnie wiadomo, że występuje ona w tak małych ilościach, że nie mogła odpowiadać jako główny składnik wywołujący halucynacje. Naukowcom udało się wyodrębnić również inne związki chemiczne. Jednym z nich jest muscimol, główna aktywna zasada, inną są takie jak muscazon itp., są jednak również w zbyt małych ilościach aby były w głównej mierze odpowiedzialne za stan upojenia.
A. muscaria wziął swoją nazwę od wielowiekowego zastosowania w Europie, jako środek zwalczający muchy. Grzyby były umieszczane w otwartym naczyniu. Muchy zwabiane do grzyba, ulegały owadobójczym właściwościom tej rośliny.


Mapa północnej Eurazji ukazująca rejony zdominowane przez sosny i brzozy, gdzie typowo rośnie Amanita muscaria, oraz obszary zasiedlone przez etniczne grupy używające tego grzyba jako halucynogenu.



AGARA (Galbulimima Belgraveana)
to wysokie drzewo lasów Malezji i Australii. W Papui, miejscowe plemiona robią napój przygotowywany z gotowanych liści i kory o nazwie ereriba. Gdy piją napój następuje gwałtowne odurzenie, ostatecznie wpadają w głęboki sen, podczas którego doświadczają wizji i fantastycznych snów. Dotychczas udało się wyizolować z tego drzewa około 28 alkaloidów i chociaż są to związki biologicznie aktywne, to nie poznano jeszcze ich psychotropowej zasady działania. Agara jest jednym z czterech gatunków Galbulimima i należy do rodziny Himontandraceae, rzadka rodzina związana głównie z magnoliami.

ERERIBA, nieokreślony gatunek Homalomena, to mocne zioło, którego narkotyczne efekty ujawniają się przy spożyciu z liśćmi i korą agary. Aktywny składnik chemiczny nie jest znany. Ereriba jest członkiem rodziny Araceae, (aroidów). Jest jakieś 140 gatunków Homalomena występujących w tropikalnej Azji i Ameryce Południowej.


KWASHI (Pancratium trianthum) – roślina jest używana jako psychoaktywna przez buszmenów z plemienia Dobe z Bostwany. Cebulka tej wieloletniej rośliny jest wcierana w nacięcie głowy, co wywołuje halucynogenne wizje. Nie znamy chemicznej zawartości tej rośliny. Z 14-stu innych gatunków Pancratium, głównie z Azji i Afryki, w wielu wyodrębniono psychoaktywne związki, przeważnie alkaloidy. Niektóre gatunki są mocnymi lekami nasercowymi. Pancratium należy do rodziny amarylkowatych (Amaryllidaceae).

GALANGA lub MARABA (Kaempferia galanga) jest ziołem bogatym w oleistą esencję. Pierwotnie w Nowej Gwinei zjadano cebulki tej rośliny jako halucynogen. Lokalnie używana jako przyprawa i podobnie jak pozostałe 70 gatunków tego rodzaju jest lokalnie używana w medycynie regionalnej na bóle głowy i środek na gojenie się oparzeń i ran. Należy do rodziny imbirowatych - Zingiberaceae. Nie wyodrębniono dotychczas psychoaktywnych związków.



Pole konopii w Afganistanie , ukazuje częściowy zbiór niskich,
stożkowatych, dorosłych Cannabis indica.


MARIHUANA, HASZYSZ, lub HEMP (gatunek rodzaju Cannabis), nazywana również: Kif, Bhang, lub Charas, jest jedną z najstarszych roślin uprawnych. Jest także jednym z najbardziej rozpowszechnionych ziół których uprawa wydostała się poza naturalny obszar, praktycznie wszędzie, nawet w takie miejsca jak obszary polarne i leśne tropiki równikowe.
Konopie są źródłem włókna konopnego , owoców jadalnych, przemysłowego oleju , lekarstw , i narkotyków. Pomimo jej wieków sławy i ekonomicznego znaczenia , roślina jest nadal niewłaściwie odbierana , charakteryzowana bardziej przez to czego nie wiemy o niej, niż przez to co wiemy.
Konopie są zaliczane do ziół jednorocznych, są rośliną ekstremalnie zmienną mogącą dorastać do 18 stóp wysokości. Najlepiej kwitnie rosnąc na bogatych w azot ziemiach w pobliżu ludzkich zabudowań. Stąd wzięła się nazwa “camp follower”, czyli podążająca za miejscem osiedlenia człowieka.
Roślina jest zwykle rozdzielnopłciowa, czyli męska i żeńska forma są różnymi roślinami. Męska, lub pręcikowa roślina jest zwykle słabsza niż roślina żeńska (czyli posiadająca słupki). Kwiaty z słupkami rosną na liściowej części rośliny.
Odurzające składniki są zwykle skoncentrowane w żywicy wydobywanej z kwiatów płci żeńskiej rośliny i sąsiadujących z nimi liści.

http://www.aztekium.pl/_shared/goldenguide/g21-30.shtml.htm

Opublikowany w szamanizm | Zostaw Komentarz »

WIKINGOWIE, WILKOŁAKI I HALUCYNOGENY

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu styczeń 5, 2009

cz. I

“W roku [793 n.e.] ukazały się przerażające znaki nad Northumbrią, które mocno przestraszyły mieszkańców. Były to wielkie wiry powietrzne i pioruny, a w powietrzu widziano plwające ogniem smoki. Wkrótce po tych znakach nastąpił wielki głód, a nieco później, w tym samym roku, napady pogan zniszczyły w straszliwy sposób Bogu poświęcony kościół na Lindisfarne, siejąc mord i rabunek.”

(Kronika anglosaska)

Rok 793 tradycyjnie przez historyków określany bywa jako początek “epoki Wikingów”, których rozbójnicze najazdy przez kilkaset następnych lat nękały ludy europejskie. Obecnie, w dobie jednoczącej się Europy współcześni historycy wspomagani przez archeologów, starają się wskazywać na te elementy z przeszłości naszego kontynentu, które jednoczyły różne społeczności, na wymianę handlową, okresy pokojowego współżycia i kolonizacji, wzajemnego przenikania się kultur itd. Jednakże mimo upływu wieków, dociekliwych badań naukowych oraz licznych i znaczących odkryć wykopaliskowych, które ukazują świat wczesnośredniowiecznej Skandynawii w obiektywnym świetle, wciąż w zbiorowej pamięci Europejczyków dominuje postać krwawego, okrutnego wojownika – Wikinga i jego długa “smocza łódź” – drakkar. Właśnie tej postaci poświęcimy niniejsze rozważania.

Jak się sądzi, przyczyny wielkiej ekspansji Skandynawów miały charakter wewnętrzny i zewnętrzny, leżały bowiem zarówno w przeludnieniu skalistej krainy północy i w stosunkach politycznych tam panujących jak i w słabości militarno-politycznej wielu państw ówczesnego świata. Stosunkowa łatwość szybkiego wzbogacenia się, tworzyła zachęcający klimat do organizowania licznych wypraw oraz opiewany przez rodzimych skaldów i sagamandrów etos wojownika – łupieżcy.

Organizatorami grabieżczych rajdów byli słynący z wojennego szczęścia wodzowie i królowie, którzy zazwyczaj uważani byli za potomków najwyższego germańskiego boga. To on miał być np. przodkiem późniejszych władców angielskich i saksońskich. Jak rozumiano ów związek świadczy zwrotka 12 wiersza “Pieśń o Haraldzie Grafell”, ułożonego przez skalda Glumra Geirasona, która mówi, że “w królu był sam Sig – Tyr ” (t.j. Odin). Pierwszy człon określenia tego boga łączy się z pojęciem walki, przewagi i zwycięstwa. Oznacza to także, iż w królu w czasie bitwy objawiał się ten bóg i skutecznie kierował jego słowami i czynami.

Przypomnijmy, że naczelnym bóstwem Germanów był Wodan (st.nord. Ođinn, anglo-sax. W_den, st. sax. Woden, st. frank. Wodan, st.górn.niem. Wutan, Wuotan). Był on ojcem bogów, bogiem poezji, śmierci, wojny, magii, run i ekstazy. Był także bogiem poległych w walce i reprezentujących ich wojennych związków mężczyzn – “w_d” (“* W_danaz” – pan “w_d”), a więc bogiem wtajemniczenia wojowników. Już Tacyt (Publius Cornelius Tacitus), historyk rzymski żyjący w latach 55/56 – 120 n.e. wśród naczelnych bóstw Germanów wymienił m.in. Merkurego (tj. Wodana), najbardziej czczonego, któremu w oznaczonych dniach mieli oni składać ofiary ludzkie (Germania, 9).

(…)

Zmiany jakie zaszły w społecznościach germańskich w epoce brązu i początkach epoki żelaza, w dobie demokracji wojennej, wędrówki plemion oraz niekończące się wojny jakie prowadziły te ludy, doprowadziły do wysunięcia na pierwsze miejsce klasy wojowników. To oni mieli decydujące znaczenie w ówczesnych populacjach i decydowali o ich życiu i śmierci.

Pierwszoplanową rolę odgrywali oczywiście mistrzowie walk oraz inicjacji wojowników, nauczyciele zabijania, wielcy manipulatorzy i deformatorzy psychiki, którzy z młodych chłopców potrafili uczynić sprawne, niesłychanie skuteczne w boju maszyny i krwiożercze, bezlitosne bestie. Albowiem wojna zawsze była sytuacją niezwykłą dla życia społeczności, stanem permanentnego śmiertelnego zagrożenia, w którym objawiają się skrajne uczucia ludzi – od wielkiego poświęcenia począwszy, aż po sadystyczną żądzę zemsty i niepohamowanego mordu. Skala jest wielka, lecz bezwzględnie dominują w niej uczucia negatywne.

Warstwa wojowników nie była jednolita. W trakcie licznych walk wyłonili się z niej ci najlepsi, najsprawniejsi a zarazem najokrutniejsi – “arystokracja miecza i krwi”, ci, co bronili swe plemię przed wrogami i dostarczali mu obfitych łupów i niewolników. Zasługi ich znajdowały sowitą zapłatę nie tylko na tym, lecz również na “drugim świecie”. Elita posiadała własny elitarny zaświat, własną bliską bogom krainę zmarłych. Odin ich bóg i zarazem wzorcowy mistrz inicjacji prowadził ich do Walhalli, swojej krainy szczęśliwości i wyznaczał im zaszczytną misję kosmiczną. Czynił ich wręcz współodpowiedzialnymi za losy tego świata i całego Kosmosu.

Członków elity wojennych społeczeństw germańskich aż do schyłku ery wikingów w Skandynawii nazywano berserkami, mężami w niedźwiedzich koszulach, magicznie przekształconymi w bestie, wojami walczącymi w amoku, siejącymi strach i śmierć.  ” Wodan, czyli gwałtowność, prowadzi wojowników i daje ludziom siłę przeciw wrogom” – zanotował w XI w. kronikarz Adam z Bremy w “Gesta Haburgensis ecclesiae pontificum”.

(…)

Z postacią berserka łączą się liczne nowożytne opowieści, legendy i wierzenia o wilkołakach. Podobne zjawiska notuje się  nie tylko u ludów indoeuropejskich lecz także wśród narodów afrykańskich, u Indian amerykańskich i na Dekanie. Wiele nazw grup etnicznych bierze się od słowa “wilk” (np. Luwijczycy, Lukanowie, Luceres, Hirpini, Dacy, Likaonowie, Hyrkanowie, Lykokranci, zachodniosłowiańscy Lucice itd.), co dowodzi starożytności inicjacji wilkołackich. Zainteresowanych tym tematem odsyłam do książek L.P.Słupeckiego “Wilkołactwo” i “Wojownicy i wilkołaki”.

Transformacja duchowa w drapieżnika (wilk, niedźwiedź, lew), byka, psa bojowego lub zwierzę antastyczne np. smoka, była typowa dla obszaru Europy.

Generalnie rzecz biorąc, u Indoeuropejczyków miejsca inicjacji wilkołackich znajdowały się na krańcach świata ludzkiego, w puszczy, nad wodą, na szczycie dzikiej góry, w zamkniętym kręgu kultowym lub w kultowej chacie. Zaopatrzone były one w symbole Centrum (axis mundi), “bramę” do świata podziemnego. Inicjacje wilkołackie odbywały się w zimie, w czasie pełni księżyca około dnia przesilenia słonecznego. Adeptów rozbierano do naga (= ostateczne zerwanie ze światem ludzi). Transowa muzyka towarzyszyła ekstatycznym tańcom. Serwowano im napoje halucynnogenne i zadawano ciałom cierpienia. Kandydaci poddawani byli rytualnej śmierci, zakopywano ich w ziemi, pogrążano w wodzie lub dotykano skrwawionym mieczem. Potem powstawali do nowego życia jako wilczy bracia. Wdziewali na siebie wilczury i uczestniczyli w uczcie kanibalskiej. Odrażający zwyczaj picia krwi wroga i kanibalizm były pogwałceniem szczególnie silnego tabu, wstrząsem psychicznym wyzwalającym tłumione instynkty i wprowadzającym w amok.

Germańscy “nadludzie” inicjowani byli w tajnych stowarzyszeniach wojowników (“Mannerbunde”). Ich inicjacje miały mroczny, demoniczny charakter typowy dla gnozy “lewej ręki”. Odbywały się one w “domu mężczyzn”, w chacie w lesie. W wielu sagach skandynawskich, szczególnie w “Sadze o Volsungach”, zachowały się informacje o przebiegu takich inicjacji. Próby zaczynały się już pod opieką matki. Był to okres prześladowania przez wrogów a zarazem szczególnej opieki Odina, izolacja i odosobnienie. Sama inicjacja obejmowała typowe militarne próby odwagi i wytrzymałości fizycznej a także wprawienie się w kontroklowaną ekstazę, potęgujacą agresję, siłę fizyczną, wytrzymałość na zmiany temperatury, okrucieństwo, stłumienie bólu i lęku przed wrogiem. Praktykowano również rytualny kanibalizm. Zdaniem Jeana Przyluskiego, badacza wilkołactwa, początkowo berserkerzy zabijali i spożywali starych konfratrów, potem dopiero zaczęli zastępczo stosować napoje oszałamiające. Wierzono, że spożycie ciała człowieka – wilka, pozwala samemu stać się wilkołakiem. W magiczny sposób przejmowało się moc i wszelkie właściwości spożywanego.

(…)
Ludy Skandynawii już co najmniej w epoce brązu znały skutecznie działające substancje psychoaktywne, które były znakomitymi środkami zagrzewającymi do ciężkiej pracy lub walki. Wojownicy po ich zażyciu w stanie całkowitego obłąkania dokonywali czynów wręcz niemożliwych.

(…)

“Berserkerzy Odina nie tylko przypominali wilki i niedźwiedzie (…) swoją siłą i krwiożerczością, ale do pewnego stopnia sami byli tymi zwierzętami ” – twierdzi G.Dumezil, wybitny znawca mitologii indoeuropejskich. Można ich było wręcz określić jako zwierzęta drapieżne pochodzenia ludzkiego. Kontrolowany amok wojenny czynił z nich bezlitosne, okrutne bestie. To oni i ich przodkowie, wojownicy indoeuropejscy potrafili podczas walki psychicznie utożsamiać się z najgroźniejszymi zwierzętami, dając tym samym początek niezliczonym podaniom, legendom i baśniom o wilkołakach.

(…)

Cechy bereserkerskie były dziedziczone, czego najlepszym przykładem może być Ulf zwawny Kweldulfem (“Nocnym Wilkiem”), jego wnuk Egil oraz syn Skalla – Grim, o którym król Harald powiedział : “Kiedym miał przed sobą ten wielki, łysy łeb, zobaczyłem, że mu wilkiem z oczu patrzy. Skoro się tylko dorwie, pozabija mi moich najlepszych ludzi” (Saga o Egilu, 25).

Wytrzymałość tych wojowników była zdumiewająca. Islandzki berserk Otrygg znany z “Sagi o Njalu” (103), potrafił przejść przez dwa płonące ogniska (= odporność na wysokie temperatury) i tylko lek przed czarami chrześcijan nie pozwolił mu przekroczyć płomieni roznieconych przez wyznawców Chrystusa.

Istotą berserka, jak to mówiliśmy, był szał. Kiedy Ljot Blady przybył na holmgang (pojedynek), by zabić Fritgeira, wtedy – jak powiada “Saga o Egilu” (64) – “Zaczął nakładać odzież

odpowiednią do boju i zbroję; na końcu wziął do ręki miecz i tarczę. Był to olbrzym o nadludzkiej sile. Gdy szedł łąką ku holmowemu boisku, ogarnął go szał berserka, ryczał jak zwierz i gryzł własną tarczę”. Ta sama saga mówi (27), że ” z tymi, którzy się przemieniają w wilki albo dostają berserkerowego szału, sprawa się tak ma, że póki owa przemiana trwa, są tak mocni, że nikt i nic nie jest w stanie im się przeciwstawić, lecz skoro minie, wówczas są zupełnie wyczerpani z sił.”

(…)

Umiejętność wprowadzania się w szał bojowy znana była również ludom celtyckim, z którymi przez wiele wieków wojowali Germanowie. Znakomity opis furii wojennej deformującej ciało (ang. warp-spasm) w jaką wpadł heros irlandzki Cúchulainn (“Pies Culanna”; syn lub wcielenie boga Luga) pochodzi ze średniowiecznego utworu “Táin Bó Cuailnge” :

“I ogarnął Cúchulainna pierwszy szał, i przekształcił go w potwora Szkaradnego, Bezkształtnego i Niesłychanego. Golenie jego, kości jego, kosteczki jego od czubka głowy aż po palce stóp zatrzęsły się niby drzewo w czas powodzi albo też trzcina miotająca się pod naporem nurtu. Ciało skręciło się wewnątrz skóry, stopy i kolana odwinęły się w tył, a pięty ruszyły do przodu. Ścięgna pięt przekręciły się ku goleniom, a każde zawiązało węzeł wielki niby pięść wojownika. Ścięgna głowy napięły się od skroni aż po kark w kłęby większe niźli głowa miesięcznego dziecka. Twarz zmieniła w purpurową kulę. Oko zassało w oczodole tak głęboko, aż nawet dziki żuraw nie wyciągnąłby go z czeluści. Drugie oko spływało wzdłuż policzka. Usta rozwarły się, wargi rozłupały przez szerokość szczęk, aż gardło pokazało wnętrzności. Płuca i wątroba zatrzepotały u podniebienia. Warga dolna waliła o górną z hukiem godnym sapnięcia lwa. Flaki, skręcone wściekle niby runo górskiego tryka, wywalały się poprzez przełyk. Serce biło w piersi na podobieństwo psiego ujadania albo niby ryk lwa walczącego z niedźwiedziami. Mgła i ogień buchały w krwawych chmurach gotujących się nad ogarniętym szaleństwem ciałem. Włosy głowy Cúchulainnowej splątały się niby krzew cierniowy tak gęsty, że gdyby królewska jabłoń zatrzęsła nad nim owocem, nie wiadomo, czy jakie jabłko przebiłoby się przez ostrze jego włosów. Najeżyła je bowiem wściekłość. Brwi bohatera uniosły się niby aureola. Okrągła jak ryj, twarda niby brus, na którym ostrzy się miecze… I ruszył waląc w tarczę, krzycząc na woźnicę rydwanu. A ze środka jego czaszki strzeliły magiczne mgły podobne do masztu ogromnego okrętu, podobne do ciemnego bluzgnięcia krwi, podobne do dymów królewskiego domu w tę godzinę, gdy służba czeka na wracającego u schyłku zimowego dnia władcę.”

(przekł. E.Bryll i M.Goraj)

Powyższy tekst, w sposób poetycki opisuje zmiany psychofizyczne zachodzące w ciele wojownika (częściowo obserwowane przez innych i zarazem osobiście odczuwane przez samego bohatera), po zażyciu silnych środków psychoaktywnych. Twarz celtyckiego herosa przypomina wyrzeźbione w XIII – wiecznym drewnianym kościółku (stavkyrkor) w Hegge (Norwegia) oblicze …Odina wykrzywione berserkerskim szałem.

*******

“Magiczna ” transformacja człowieka w zwierzę, nie jest wyłącznym “wynalazkiem” wojowniczych przodków dzisiejszych Europejczyków i umiejętność ta bynajmniej nie należy do zamierzchłej przeszłości. Przemianę człowieka w drapieżnika praktykowało wiele ludów Afryki, Azji i Ameryki. Utożsamiano się z wilkiem i szakalem saharyjskim, kojotem północnoamerykańskim, tygrysem indyjsko – indonezyjskim, lampartem zachodnioafrykańskim, hieną abisyńską, jaguarem południowoamerykańskim, lwem, niedźwiedziem syberyjskim itd.

Zdaniem badacza tej problematyki R.P. Eckelsa, wiara w wilkołactwo oraz informacje o różnego typu transformacjach ludzi w bestie, mają swe przyczyny w obserwacjach takich faktów jak: choroby (psychozy, epilepsja, paranoja, szał wścieklizny), zjawiska społeczne (tajne bractwa, banici, żołnierze – szaleńcy) oraz rzadkie stany psychiczne z zakresu psychotroniki. Do tych ostatnich należą sugestie czarowników – szamanów, autosugestie, zauroczenia, stany półsnu – półjawy, telepatia i sympatia na odległość.

Psychiczna transformacja w bestię mogła nastąpić za przyzwoleniem i chęcią kandydata na wilkołaka (szczególnie dotyczy to członków tajnych związków), a także wbrew woli człowieka, na skutek choroby psychicznej (likantropia) lub celowego działania czarowników.

Pewne światło na problem celowej deformacji psychicznej rzucają współczesne badania etnologiczne prowadzone we wschodniej Afryce. Mówią one o zabiegach magicznych stosowanych przez szamanów skupionych w tajnych związkach na terenie Tanzanii. Ludzie ci posiadają m.in. umiejętność stosowania różnorakich środków powodujących śmiertelne zagrożenie życia oraz przemianę młodzieńców w tzw. ludzi – lwy (mbojo). Człowiek – lew był m.in. karmiony przez szamankę jadłem składającym się z surowego małpiego lub psiego mięsa zmieszanym z silnym środkiem obezwładniającym umysł. W końcowym etapie obróbki psychicznej młodzieniec przechodził całkowitą i bezpowrotną zmianę osobowości – psychiczną transformację w lwa. Poruszał się jak to zwierzę. Nosił na sobie również szczelnie przylegającą do ciała skórę lwa i nasadzony na głowę lwi pysk. W podobny sposób preparowani są wschodnioafrykańscy niewolnicy zwani vizuu oraz karaibscy zombi – “żywe trupy”.

(…)

Inicjacje wilkołackie będące gnozą “lewej ręki”, odwołują się do najmroczniejszych sił tkwiących w ludzkiej psychice. Psychoanalitycy nazywają je archetypem Antypersony, chrześcijanie mówią wprost o Szatanie. Zjawisko psychicznej transformacji człowieka w zwierzę na skutek celowych działań lub też straszliwej choroby mają wspólną przyczynę. Amerykański naukowiec czeskiego pochodzenia, Stanisław Grof od dziesięcioleci badający strukturę podświadomości człowieka, stwierdził istnienie tzw. doznań transpersonalnych, w trakcie których można doświadczyć “świadomości” zwierzęcia (np. głodnego węża, żółwia itd) a nawet rośliny. Tą iście szamańską umiejętność czasowego wykorzystania doznań transpersonalnych posiadali m.in. skandynawscy berserkerzy.

Cz. II

“Są oni opętani przez różne wizje, przerażające lub przyjemne [...] z powodu których niektórzy skakali, tańczyli, inni płakali i byli przerażeni, jeszcze innym wydawało się, że niewielka szpara jest tak szeroka jak drzwi, a beczułka wody głęboka jak morze”.

Stefan Kreszennikow (1755)

Zażyty wewnątrz, wzbudza w ciele ludzkim nader niebezpieczne, lubo nie zawsze śmiertelne zjawiska. Upojenie, pomieszanie zmysłów, zapamiętała śmiałość, wściekły gniew, drżenie członków [...]. Niekiedy zda się im, że się przemienili w olbrzymów; tu następuje zapamiętała wściekłość; hałasują i szaleją, aż burzliwą tę scenę, po gwałtownym natężeniu nerwów, głęboki sen zakończy.”

Józef Gerard-Wyżycki (1845).

Zarówno w trakcie inicjacji berserkerskich jak i przed rozpoczęciem walki Wikingowie zażywali bardzo silne środki psychoaktywne. Jakie? Od kiedy właściwie ludzie narkotyzowali się i po co to robili?

Historia narkotyków jest tak stara jak dzieje ludzkości.

W czasach, gdy nie znano jeszcze rolnictwa i hodowli, ludzie przez dziesiątki tysięcy lat żywili się tym, co upolowali, złowili lub zebrali w lesie. Wtedy właśnie w paleolicie i mezolicie “przetestowano” wiele roślin pod względem ich właściwości jadalnych. A przy okazji ujawniło się działanie halucynogenne wielu z nich. Najwcześniejsze dane pochodzą już ze starszej epoki kamienia.

Ostatnie badania nad techniką malarską wspaniałych paleolitycznych malowideł jaskiniowych we Francji wykazały, ze farby użyte do ich wykonania zawierały substancje halucynogenne. Dzieła te tworzono, biorąc farbę do ust, mieszając ją ze śliną i wydmuchując na ścianę groty. Efektem tej techniki były wizje narkotyczne, uwidocznione potem na ścianach jaskiń.

Kolejnym dowodem są znaleziska pyłków roślin halucynogennych odkrytych na licznych stanowiskach prahistorycznych, zwłaszcza w grobach. Najstarsze pochodzą z Szanidar (Irak) a związane są już z człowiekiem neandertalskim. Podobne pyłki znajdowały się w grobie kapłanki z wczesnego neolitu w Çatal Hüyük (Turcja) oraz na megalitycznym stanowisku na wyspie Jersey koło Wielkiej Brytanii.

W neolicie Europy Środkowej, mamy przede wszystkim do czynienia z opium uzyskanym z maku. Już w XIX w. odkryto ziarenka tej rośliny wśród wczesnoneolitycznych budowli palowych w Robenhausen w Szwajcarii. Na ślady związane z użytkowaniem opium natrafiono także na stanowiskach neolitycznych w północnej Italii i w Niemczech. Ziarenka maku lekarskiego (Papaver somniferum L.) odkopano także w Polsce, we wsi Zasławice (woj. małopolskie) na stanowisku kultury ceramiki promienistej oraz w osadzie kultury łużyckiej w Biskupinie.

Na czasy neolitycznej protocywilizacji megalitycznej , do której zaliczana bywa również kultura pucharów lejkowatych, datują się znaleziska małych glinianych naczynek, tzw. flasz z kryzą. Występują one na obszarze od Bretanii na zachodzie po Wołyń na wschodzie i od południowej Skandynawii po Morawy. Są to wyobrażenia makówek i wyglądają niemal identycznie jak egipskie flakony na opium pochodzące z późnej epoki brązu. Bez wątpienia były to pojemniki na ten narkotyk. W czasach przedchrześcijańskich, mak i opium poświęcone było greckim bóstwom m.in. Demeter, Afrodycie, Morfeuszowi, Hypnosowi a także Tanathosowi.

Neolityczne “flasze z kryzą” znajdowane są na terenie osad, gdzie stanowiły znikomy procent wszystkich materiałów ceramicznych. Przede wszystkim zaś wchodziły one w skład wyposażenia grobowego. W mogiłach ludności kultury pucharów lejkowatych lokowano je zazwyczaj tuż przy głowie zmarłego. Generalnie rzecz biorąc, obyczaj wkładania środków halucynogennych do grobów kontynuowany od paleolitu do naszych czasów, wynikał z troski o losy pośmiertne duszy zmarłego, (szybka jej transportacja w zaświaty) i zapewnienia bezpieczeństwa żywym. Jeszcze w XIX w. w rejonie Gór Świętokrzyskich, na zachodniej Ukrainie i w Prusach, istniał zwyczaj sypania maku do trumny lub do grobu. Zabieg ów tłumaczono tym, że zmarły zajmie się liczeniem ziarenek maku i nie będzie szkodził żywym. Jak widać, funkcja apotropeiczna skutecznie wyparła wcześniejszą motywację.

Z czasów kultury pucharów lejkowatych z miejscowości Ćmielów i Złota, woj. Świętokrzyskie pochodzą fajki gliniane. Służyły one do palenia środków odurzających, prawdopodobnie konopi (Cannabis sativa L.), których ślady znajdowane są na licznych stanowiskach archeologicznych w Europie Śr. już od wczesnego neolitu. Konopie znane są m.in. z osady kultury ceramiki wstęgowej (ok. 4500 l.p.n.e.) w Eisenberg w Turyngii, z kultury Narwa oraz z grobów germańsko-celtyckich sprzed 2500 lat itd. Te halucynogenne rośliny palili znani Herodotowi Scytowie. Przekazy starożytnego historyka greckiego potwierdzają współczesne badania wykopaliskowe grobów arystokracji scytyjskiej, w których znajdowano nasiona konopi w specjalnie do tego celu wykonanych woreczkach.

Psychoaktywny lulek czarny (Hyoscyamus niger L.) znany był już w epoce brązu z rejonu Alp. Pyłki tej rośliny odkryto także w Biskupinie, najsłynniejszym polskim stanowisku archeologicznym. Roślina ta wchodziła w skład znanych w Średniowieczu i renesansie Europy “maści czarownic”, dającej wrażenie lotu. Lulka czarnego przypuszczalnie używali wczesnośredniowieczni Rusowie w obrzędach pogrzebowych opisanych przez arabskiego kupca i podróżnika Ibn Fadlana. Napój uwarzony z tej rośliny serwowano niewolnicom zabijanym w ofierze dla zmarłego wielmoży. Z kolei Galowie właśnie lulkiem mieli zatruwać ostrza oszczepów. Nawiasem dodajmy, że inne trująca ziele, cykuta (szalej, Conium maculatum), którą uśmiercono Sokratesa, poświęcona była w Skandynawii i Anglii Wodanowi/Odinowi.

Różnego typu narkotyki stosowane były przez ludy starożytne w obrzędach religijnych. Znali je Indianie obu Ameryk, Grecy (Pytia, misteria eleuzyjskie), Asyryjczycy, Chińczycy, Persowie i Hindusi. U tych ostatnich bogowie Haoma i Soma byli uświęconymi roślinami halucynogennymi stosowanymi od kilku tysiącleci w kulcie.

Wśród rysunków naskalnych z Tassili z terenów Sahary datowanych na późny neolit znajdują się przedstawienia tańczących w ekstazie postaci antropomorficznych z halucynogennymi grzybami oraz postać szamana z głową w formie łba pszczoły. Z jego ciała wyrastają grzyby. Trzyma je również w swoich dłoniach. Z Bałkanów z kręgu neolitycznej kultury Vin_a, pochodzą natomiast kamienne rzeźby grzybów. Z kolei na epokę brązu datuje się ciekawy posążek będący obecnie w posiadaniu Muzeum Archeologicznego w Atenach. Przedstawia on kobietę z dzieckiem w ręku. Głowa dziecka przyozdobiona jest kapeluszem grzyba.

Wiele wizerunków grzybów halucynogennych, zapewne muchomorów (Amanita muscaria), odkryto w Skandynawii. Wyobrażano je m.in. na brzytwach z okresu brązu służących, jak się sądzi, do celów kultowych (inicjacje, ofiary, obrzędowe ścinanie włosów ludzi i zwierząt). Ten gatunek grzybów zasługuje na naszą szczególną uwagę.

Już w roku 1784 Smamuel Ödman jako pierwszy postawił hipotezę o stosowaniu przez Wikingów muchomorów dodawanych do alkoholowego napoju podnoszącego ich męstwo do rozmiarów szaleńczej odwagi, a rozpijanych przed każdą bitwą.

” W czasach dawnych używali go [tj. muchomora - przyp. JTB ] szermierze północni, kiedy mieli iść w zapasy, dla wzbudzenia w sobie wściekłości”, pisał w 1845 r. J. Gerard-Wyżycki.

Analogicznie wnioski wysunął F.Ch. Schübler (1886), R.Nordhagen (1930) i wielu innych badaczy. Szał bojowy berserków lub ulfhednar (“ludzi w skórze wilka”) zwany berserka-gĺng (lub berserksgang) wzmagały środki halucynogenne, grzyby berserkjasveppur (Amanita muscaria) - dowodził w 1929 r. F. Grřn, zał. w 1953 r. Ramsbottom opisał skutki zażywania tych grzybów przez berserków.

Inny badacz historii środków psychoaktywnych, John Mann (1994) stwierdził natomiast, że grzyby Amanita muscaria (muchomor czerwony) wcześniej mogły być źródłem halucynacji dla wojowników skandynawskich, jednak w przypadku furii wojennej bardziej odpowiednim wydaje mu się był gatunek Amanita pantherina (muchomor plamisty) wywołujący obłęd.

Jak wynika z powyższych danych, najbardziej rozpowszechnioną i zarazem najbardziej prawdopodobną jest hipoteza związana z grzybami Amanita muscaria. Niezwykła wytrzymałość, niewrażliwość na ból uczestniczących w wyprawach wojennych Wikingów była efektem rytualnego wypijania przed bitwą wzmacniającego napoju, którego głównym składnikiem był muchomor czerwony.

Istnieje ponad 50 różnych gatunków halucynogennych Amanita muscaria występujących na terenie Europy, Azji, Afryki i Ameryki Półn. Mają one związek symbiotyczny z brzozami, sosnami i dębami.

W czasach przedchrześcijańskich muchomor czerwony powszechnie stosowano w trakcie obrzędów religijnych (głównie typu szamańskiego) na prawie całym obszarze Euroazji – od Skandynawii po Kamczatkę oraz w Ameryce półn. Na Syberii muchomor czerwony był przez wieki najbardziej rozpowszechnionym środkiem halucynogennym. Znali go Czukcze, Itelmeni (Kamczadale), Koriacy, Jukagirzy, Tunguzi, Jakuci, Chantowie (Ostiacy) oraz ludy samojedzkie. Źródła historyczne mówią o używaniu ich przez plemiona syberyjskie już w XVI w. Zostały one później wyparte przez alkohol, głównie wódkę. Grzyby te konsumowane były również przez pierwotnych Słowian i inne ludy indoeuropejskie a także przez szamanów lapońskich (Sami) i północno-amerykańskich Indian. U ludów zachodniej Syberii i wschodniej Europy (np. Wogulów, Mordwinów, Czeremisów) grzyb ten nosi nazwę “pankh”, “bang” itp. (z irańskiego słowa “bangha”, która oznacza konopie – haszysz). Te ostatnie nagminnie stosowały ludy irańskojęzyczne - Scytowie, Sakowie, Partowie i Massageci (intoksykacja poprzez inhalacje).

Niektórzy badacze, uważają, że jeszcze w początkach XIX w., w czasach wojny szwedzko-norweskiej, żołnierze z värmlandzkiego regimentu zagrzewali się do boju spożywając muchomory czerwone. Jeden z oficerów tego regimentu wspominał, że w 1814 r. po zjedzeniu grzybów żołnierze walczyli z furią i pianą na ustach. Analogicznie zachowywali się w Fehérvár (Węgry) w 1945 r.żołnierze radzieccy, którzy – jak wspomina S.Kuylenstierna-Andrassy (1948) – po skonsumowaniu “trujących grzybów” zamienili się w bestie i walczyli “jak wściekłe psy” a potem osłabieni wysiłkiem, gwałtownie zapadali w ciężki sen. Najprawdopodobniej w oddziałach tych służyli Sybiracy dobrze znający właściwości omawianych grzybów. Interesujące są również opisy sporządzone przez R.Nordhagena dotyczące intoksykowanych muchomorami czerwonymi pacjentów . Chorzy śpiewali, śmiali się, skakali, bili rękami, potem wyczerpani spali i obudziwszy się byli zupełnie normalni.

(…)

Grzyby używane przez ludy syberyjskie były myte i suszone na słońcu. Zasadniczo zjadano od 1-3 szt. Niekiedy szamani syberyjscy spożywali do 12 grzybów jednorazowo. Według innych danych z Syberii, zjadano 1/3 kapelusza dużego grzyba lub 2 małe suszone na słońcu muchomory razem z mlekiem renifera, sokiem żurawiny (Vaccinium oxycoccus) lub brusznicy (Vaccinium vitis idaea), rzadziej z sokiem z czarnych jagód (borówek). Na Litwie natomiast grzyby te mieszano z wódką.

“Kamczadale robią z muchomora z dodatkiem wierzbówki wąskolistnej (Epilobium angustifolium) napój mocny, którego użycie sprawia im przyjemne fantazje i marzenie. W zachwyceniu tem, miewają widzenia duchów, śpiewają i przepowiadają w sposób uroczysty duchem prorockim ” (J.Gerard-Wyżycki, 1845).

Zdaniem Jocelsona (1905) i Bogoraza (1909), którzy byli członkami wyprawy naukowej Jessupa, na Syberii grzyby zbierano w sierpniu, kiedy charakterystyczne karmazynowo-czerwone kapelusze były rozwinięte. Tylko młode dziewczyny mogły zbierać grzyby i suszyć je. Korjacy nie jedli muchomorów świeżych, gdyż obawiali się ich toksycznych efektów. Dlatego też suszyli je na słońcu. Kobietom, jakkolwiek nie dopuszczane były do jedzenia grzybów, pozwalano na żucie i trzymanie kawałków grzybów w swoich ustach przez dłuższy czas bez połykania.

W Skandynawii natomiast muchomory czerwone suszono jesienią i spożywano w okresie przesilenia dnia z nocą, dokładniej – w środku zimowej nocy w czasie inicjacji wilkołackich (berserkerskich).

Z kolei u Chantów, po całodziennym poście szaman zjadał 3 lub 7 grzybów. Były to liczby kosmologiczne. Wyjątkowo zdarzało się konsumowanie większych ilości, np. ponad 20 szt. Potem szaman kładł się na kilka godzin spać. Budził się raptownie, wstrzasany drżeniem i ogłaszał, co mu przekazały duchy. Potem szaman znów zasypiał, aby dopiero nazajutrz przystąpić do odbywania seansu.

(…)

Działanie halucynogenne po zażyciu połowy wysuszonego grzyba pierwszy opisał generał Józef Kopeć w 1837 r., zesłaniec syberyjski, który poznał go na Kamczatce pod koniec XVIII w. Jego wizja krainy szczęśliwości, pełnej pięknych ogrodów, kwiatów, owoców i kobiet, była analogiczna do tej jaką np. przekazywały opowieści celtyckie o Zaświatach. O podobnych swoich wizjach mówił 200 lat po Kopciu Christopher Mayhew. Stąd m.in. E.Rowan i T. White (1997) piszą o znajomości tych halucynogenów u Celtów. Natomiast inni badacze twierdzą, iż ten typ halucynogenów dawał w efekcie wizje Innych Światów i Krain Zmarłych oraz bogów (Ogród Hesperyd, Pola Elizejskie, wyspa Leuke, Wyspy Blestu, Avalon, Horaisan, Uttarakuru, Ogród Edenu, Ynisvitrin – Wyspa Szkła, Glasberg – Szklana Góra itd, itp.). Zdaniem wybitnego mykologa, R.G.Wassona, to właśnie z muchomora czerwonego wykonywano najświętszy napój Ariów – halucynogenną somę.

Badania etnofarmakologiczne, dane etnologiczne, obserwacje kliniczne oraz relacje różnych testerów pozwalają dość dokładnie określić działanie spożytych muchomorów czerwonych na ciało i psychikę człowieka.

(….)

…….wróćmy do Germanów, Wikingów i berserków, u których te środki halucynogenne w magiczny sposób związane były z najwyższym bogiem.

Cytowany już wcześniej Ch.Rätsch (1994) próbował powiązać poszczególne rośliny i grzyby z określonymi postaciami mitologii germańskiej. Według jego hipotezy, lulek czarny przypisać należy Donarowi/Thorowi i Bil [?], konopie – Freji i Frejowi, mak (opium) – Lollowi (Lollusowi) [??], mandragorę – Idunn oraz Albrunie zaś beladonnę (Atropa belladonna) walkiriom. Muchomory czerwone (tzw.”grzybki latające”) poświęcone były natomiast, nie bez racji, Wodanowi/Odinowi.

Odin nosił przydomek “Hrafnáss” (“bóg kruka”), gdyż towarzyszyły mu dwa kruki Muninn i Huginn. Literatura skaldyczna używa także określenia “Munins tugga”, tj. jadło kruka Muninna. Może ono odnosił się również do “chleba kruka”, dawnej szeroko rozpowszechnionej w świecie germańskim nazwy muchomorów czerwonych. Grzyby te zapewne związane były z krukami Odina, które symbolizowały siły intelektualne tego boga, myśl i pamięć. Były zatem niejako “pokarmem” dla nich. Dodajmy, że np. w antycznej Grecji grzyby halucynogenne zwane były “pożywieniem bogów” (broma theon) i “bo__ trawą”. Inne ludy nazywały je także “chlebem diabła” i “strawą martwych”.

Bezpośredni związek Wodana (Odina) z muchomorami poświadcza folklor z południa Niemiec. W jednej z legend bóg ten odjechał na swym koniu w wieczór wigilijny ścigany przez diabły. Koń zaczął tak galopować, aż czerwonoplamista piana kapała z mu z pyska. Tam gdzie upadła na ziemię w następnym roku pojawiły się biało cętkowane czerwone kapelusze muchomorów.

Przypomnijmy, że etymologię imienia Odin wywodzi się od óđr – st. nord. furia, niem. Wut – wściekły gniew, złość, goc. wots – opętanie. Odin będący natchnieniem i furią jest zarazem patronem poetów jak i wojowników. Dlaczego? To dość dziwne zestawienie można wytłumaczyć jedynie efektem zażycia jednego (wizje zaświatów, etc) lub wielu (szał wojenny berserka) muchomorów czerwonych.

Grzyby te wyobrażone na brzytwach z epoki brązu z terenu Skandynawii, jak wykazała to szczegółowa analiza, wiąże się bardzo ściśle z ówczesnym szamańskim modelem świata i z wędrówką duszy do krainy zmarłych.

Nie wykluczone zatem, że wizje Walhalli i Ragnarök – zmierzchu bogów, były również wynikiem zażywania muchomorów czerwonych. Efekt tzw. “good trip” dawał wizję szczęśliwej, boskiej krainy wojowników zabawiających się w towarzystwie walkirii ucztami i pojedynkami. Z kolei efekt “bad trip” był przyczyną pojawienia się wizji totalnej wojny ludzi, demonów i bóstw, kosmicznego pożaru (Muspell) i całkowitego zniszczenie dotychczasowego świata bogów oraz gatunku ludzkiego. Ucztujący berserkerzy radują się w niebiańskich pałacach Odina i Freji a jednocześnie mają pełną świadomość nieuchronnej własnej zagłady (efekty psychiczne: stany od euforii po głęboką depresję, stany radości “podszytej” grozą i panicznym strachem).

Wedle mitycznych wyobrażeń, bogowi berserków – wilkołaków, Odinowi (Wodanowi) towarzyszyły dwa wilki (Freki i Geri), lecz na końcu świata on sam, najwyższy bóg zostanie pożarty właśnie przez kosmicznego wilka Fenrira. Szał zostanie pochłonięty przez jeszcze większą furię bojową (= efekt indukcji).

Przy okazji warto tu zwrócić uwagę na jeszcze jedną postać z mitologii skandynawskiej, na Gullweig, zaliczaną do grupy bogów Wanów. Wedle podań eddaicznych bogowie ci odznaczali się wybujałą erotyką, wiedzą magiczną, mądrością, jasnowidztwem oraz metaforycznym tajemnym językiem. Ich nazwa Vanir (st.isl.) pochodzi z indoeuropejskiego *wen- “kochać, pożądać”. Z Wanami walczyli Asowie, którymi przewodził Odin. Wspomnienie owej wojny zawiera “Przepowiednia Wieszczki” (21). Czytamy w niej:

“Pamięta ona wojnę, tą pierwszą na świecie,

Gullweig w niej życie od włóczni straciła

I gdy na Odinowym stosie ciało jej spalano,

trzykrotnie spalona, po trzykroć ożyła.

I jeszcze dotychczas żywa w dalszym ciągu.”

Gullweig była piękną i lśniącą jak złoto wieszczką z rodu Wanów. Jej imię pochodzi od st.isl. gull =”złoto” i veig = “napój” a więc “Złoty Napój”. Niektórzy badacze wywodzą drugi człon jej imienia od st.isl. vig = “bój” albo gockiego weibs =”wieś”(?). Jeszcze inni tłumaczą to imię jako “Żądza Złota” i uważają ją za kobiecą postać uosabiającą pożądanie bogactwa. Niekiedy określa się ją jako hipostazę bogini Freji. Gullweig miała zostać wysłana przez Wanów do Asów, by wzbudzić ich pożądanie. Zamach na jej życie stał się przyczyną wojny. Mimo oporu Asowie ulegli “żądzy złota”. Wersy o potrójnym zmartwychwstaniu Gullweig łączy się zazwyczaj z metalurgią złota, kolejnym oczyszczeniem w ogniu.

Sądzę, że można popatrzyć na ów problem nieco inaczej. Gullweig jest wieszczką, którą nie można zabić gdyż odżywa po śmierci. Nie może jej pokonać nawet najwyższy bóg Odin swą magiczną włócznią. Jakie czary zna ta kobieta? Złoto z racji swej rzadkości w przyrodzie oraz innych właściwości jest jednym z najcenniejszych metali. W wielu religiach symbolizuje nieśmiertelność. Złote ciała mają bogowie, złote są nieba, złota jest broń i narzędzia bogów. Gullweig posiada tajemnicę nieśmiertelności. Kim lub czym jest zatem Złoty Napój? W następnej zwrotce “Przepowiedni Wieszczki” nazywa się ją Heidi (st.isl. Heidhr = “wiedźma”):

“Heidi ją zwano, gdy w domy wchodziła:

Wieszczyć dobrze umiała o_ogiem,

Czary rzucać umiała, umysły omamiać,

Złym kobietom radość to sprawiało.”

A zatem wiedźma – szamanka, która działa na korzyść “złych kobiet”. O nich to właśnie mówi zwrotka “Pieśni Najwyższego” (155). Odin chwali się:

“Pieśń dziesiątą znam: gdy czarownicę ujrzę

Lecące w powietrzu,

Wtedy tak uczynię, że się zabłąkają,

Postaci swej nie odnajdą,

I nie odnajdą swej duszy”.

Mówi się tu o czarownicach, które zostawiwszy ciała w domach (= typowy szamański stan transowy), fruwały nad ludzkimi zagrodami. Wierzono, że zaklęciem można było spowodować, by nigdy nie odnalazły swoich domów oraz swych ciał. Znane z późniejszych wieków, głównie z czasów renesansu, bezlitośnie tępione przez Kościół i palone na stosach czarownice europejskie, używały w tym celu specjalnych “maści do latania” zawierających silnie środki halucynogenne.

Na Syberii już dość dawno spostrzeżono, iż mocz wydalany po spożyciu grzybów zawiera znaczące ilości aktywnych substancji halucynogennych. Dlatego też stosując pierwotny recykling utylizowano go, pijąc mocz i znów wpadając w trans, aż do zupełnego wyjałowienia uryny. Pito mocz własny, lub rozdzielano go wśród pomniejszych (uczniowie pili mocz swego mistrza – szamana, biedota mocz bogaczy). Jedne z pierwszych relacji o tych zwyczajach przekazali m.in. Oliver Goldsmith (1762) i Filip von Strahlenberg oraz Józef Gerard-Wyżycki (1845). Georg Steller (1774) tak relacjonuje o Korjakach, wśród których spędził kilka lat:

“Po upływie około pół godziny osoba taka była kompletnie odurzona, doświadczając niezwykłych wizji. Ci, którzy nie mogli sobie pozwolić na ten stosunkowo drogi specyfik, pili mocz tych, którzy go jedli, po czym zachowywali się tak samo jak odurzeni grzybem, o ile nie byli bardziej odurzeni. Mocz wydaje się mieć większą moc od samych grzybów i działa nawet na czwartą lub piątą w kolejności osobę.”

*****

W tym miejscu powróćmy do mitów skandynawskich. Gullweig (“Złoty Napój”), powód pierwszej wojny między Asami i Wanami, była nieśmiertelna tak jak indyjski Soma i irański Haoma oraz tak jak oni była jasnowidząca. Kolor złoty to przede wszystkim kolor moczu, w którym znajdują się nierozkładalne przez ludzki organizm substancje dające efekt halucynacji. “Złoty napój” może być więc trzykrotnie przepuszczany przez ciało człowieka, wydalany z moczem i znów pity. To samo jest dowodem na jego nieśmiertelność. Jasnowidzenie Gullweig również ma związek z intoksykacją muchomorami czerwonymi. Została ona przebita magiczną włócznią Odina, co również nie jest przypadkowe.

Bóg ten zwany był także “Panem Włóczni” (geirs drótinn). Posiadał magiczną dzidę Gungnir (“chwiejąca się”, “kołysząca się”) zrobioną z gałęzi Drzewa Kosmicznego – Yggdrasill. Jej grot hartowany w mleku, krwi, smole i miodzie pokrywały tajemne runy mocy. Włócznią tą Odin zabijał wybranych wojowników w bitwie, aby potem przyjąć ich u siebie w Walhalli. Broń ta symbolizowała skondensowane Światło kosmiczne, przede wszystkim - Światło pioruna – błyskawicę. Analogiczną symbolikę posiadały również włócznie bogów celtyckich, np. boga Światła i wojny, Luga.

Odin uderza włócznią – piorunem w Gulweig, lecz – co jest znamienne – nie może jej uczynić żadnej krzywdy. Wręcz przeciwnie, wzmacnia ją. W Europie, Azji i Ameryce wiele mitów, przysłów, przedmiotów, określeń językowych wiąże grzyby z burzą, gromem i błyskawicą. Często mówi się o ich boskim pochodzeniem. Dość powszechnie wierzono, że grzyb rośnie nie na skutek opadów deszczu lecz od uderzeń pioruna. Przekonanie to istniało w Grecji, Rzymie, Indiach, Kaszmirze, Iranie, u arabskich Beduinów, na Dalekim Wschodzie, w Oceanii, oraz u meksykańskich Indian. W Ameryce Płn. na zachód od Gór Skalistych twierdzono, że grzyb bezpośrednio rodzi się z pioruna. Istnieje ścisły związek grzybów z błyskawicą i bogiem Gromodzierżcą. W wielu baśniach i mitach euroazjatyckich opowiada się, że tam gdzie uderzy piorun wyrośnie muchomor czerwony (Amanita muscaria). Dodajmy, że indyjska Soma jest właśnie dzieckiem boga burzy i matki Ziemi. Grzyby są potomstwem Gromowładcy zrzuconymi z nieba i przemienionymi m.in. w chtoniczne zwierzęta. Starogrecka nazwa jednego z rodzajów grzybów znaczy dokładnie “uderzenie błyskawicy” i ma związek z Zeusem Kerauniosem (“Gromodzierżcą”). U wielu ludów grzyby zwane są także “diabelskimi, czarcimi palcmi”. “Czarcie strzały” to z kolei z ludowa nazwa belemnitów, którymi Gromodzierżca porażał swoich przeciwników. Tam gdzie istnieje związek grzybów z gromem odbija się to już w samej nazwie grzyba (st.rus. “gromowik”, słow. “molnjena goba” = “grzyb błyskawicowy”, maoryski Whatitiri = “grzyb”,”piorun”, chińsk. lejczincju_ “grzyb przestraszony piorunem”, lejszenczju_ – “grzyb grzmotu”, mong. tienriin ku pri tiengri = “niebo” itd). Wierzono, że grzyby pochodziły z boskiego nasienia i miały też związek z niebiańskim moczem. Zostały włączone siłą w triadę idei “życie – śmierć – płodność”. Istniały w niebie jako boże dzieci. Rosły na ziemi jako przeobrażone dzieci Gromowładcy. Łączyły wszystkie sfery Kosmosu, niebo z ziemią.

Halucynogenny napitek nieśmiertelności w części przygotowany z muchomorów czerwonych służył do szamańskich podróży do nieba i piekła. Właśnie te grzyby spełniały niekiedy funkcję bibilijnego Drzewa Poznania Dobra i Zła jak to widać np. na fresku w kaplicy w Plaincourault [XIII w..].

Na koniec dodajmy, że muchomory współwystępują w lesie z dębami, a te w wielu mitach różnych ludów właśnie drzewami boga burzy i piorunów.

Znamienny jest również związek Gullweig z ogniem, tak charakterystyczny np. dla aryjskiej Somy. Ogień Odina to żar magiczny wypełniający ciało wojownika podczas walki, którą toczy w stanie transu wojennego, po spożyciu “złotego napoju”. Gullweig jest zatem, moim zdaniem, germańską wersją *saumy (somy, haomy), świętego indoirańskiego halucynogennego napoju.

Jeżeli prawdziwa jest hipoteza łącząca twórców protocywilizacji megalitycznej z Wanami znanymi z mitów północnogermańskich, to staje się jasne, że wzorcowymi mistrzyniami wtajemniczeń były boginie Wanów oraz ich ziemskie naśladowczynie – czarownice. W neolicie musiało więc dojść do spotkania dwóch typów inicjacji wojennych, gnozy “męskiej”, z której w późniejszych czasach rozwinęły się wtajemniczenia Odina, wielkiego szamana wojennego i psychopomposa oraz starej gnozy “żeńskiej” opartej na rytach płodnościowych. Najistotniejszym celem owych obrzędów była zmiana świadomości a zarazem osobowości adepta poprzez ujawnienie mu ukrytej “prawdziwej rzeczywistości”, jego misji kosmicznej, powołania oraz przyszłego losu pośmiertnego.

Hipostazami halucynogennej somy/haomy stali się bogowie – indyjski Soma i perski Haoma. W przypadku “złotego napoju” powstał obraz boginki – czarownicy. Jako szamanka, Gullweig reprezentuje prastarą gnozę Wielkiej Matki i z tej racji wchodzi w nieuchronny konflikt z patriarchalną gnozą inicjacji Odina. Po mitycznej wojnie bogów między Wanami a Asami oraz zawarciu pokoju, nastał czas współdziałania, czas wzajemnego przenikania się ludzkich kultur i obyczajów. Po zaakceptowaniu konkurencyjnych technik transowych, muchomory czerwone włączono do kultu Odina a “złoty napój” zaczęto stosować w mrocznych inicjacjach berserkerskich (wilkołackich). Wywar z muchomorów pity przez berserków przed walką dawał bowiem efekty dokładnie opisane w “Rigwedzie” i “Aweście” (np. makropsja i mikropsja).

Społeczności pradziejowe i tzw. prymitywne spożywały narkotyki podczas najważniejszych uroczystości religijnych oraz w obrzędach przejścia (narodziny, inicjacje, pogrzeb). Z czasem narkotyki zastąpiono napojami alkoholowymi (miód, wino i piwo). Te ostatnie produkowane np. z jęczmienia skażonego halucynogennym sporyszem. Badaczka E. Bourguignon stwierdziła wręcz, że 90% spośród rozpatrywanych przez nią 488 społeczności pierwotnych znało zinstytucjonalizowane formy i metody zmieniania stanów świadomości. środki te były niejako wmontowane w owe kultury i miały sankcje religijne.

Halucynogeny zawsze odgrywały szczególną i ogromną rolę w obrzędowości i sztuce religijnej. Początkowo użytkowano je nie dla własnej, czczej przyjemności oraz doznawania “odjazdowych wizji”, lecz wyłącznie w celu kontaktu z niewidzialnym światem bogów, duchów i zmarłych przodków. O tych wewnętrznych przeżyciach ludzi pierwotnych mówi nam ich sztuka: malowidła, rzeźby, ornamentyka naczyń i narzędzi. Sztuka zamierzchłych epok zrodziła się z głębokich, wstrząsających doświadczeń psychicznych, które wymagały uzewnętrznienia, zadokumentowania ich religijnej doniosłości. Nikt bezkarnie nie odważył się wkraczać do krainy duchów, w mroczne głębiny własnej podświadomości.

W późniejszych wiekach środki psychotropowe miały również niemały wpływ na wielkie procesy społeczne – rewolty i polowania na czarownice. Od niepamiętnych czasów są one źródłem wielu baśniowych motywów. Mało kto wie, ze elfy, gnomy a przede wszystkim krasnoludki, ukochane postacie naszego dzieciństwa, to efekt zjedzenia muchomorów. Zjawisko mikropsji i makropsji wykorzystał Daniel Defoe w swoich opowieściach o przygodach Guliwera. Efekty te zostały doskonale opisane przez Lewisa Carrolla (tj. Ch.L.Dodgsona) w “Alice’s Adventures in Wonderland” oraz “Though the Looking Glass” (tłum. polskie “Alicja w Krainie Czarów” i “Co Alicja widziała po drugiej stronie lustra” ). Zacytujmy fragment dla przykładu:

“Po minucie lub dwóch Gąsienica wyjął z ust cybuch nargili, ziewnął raz czy dwa razy i otrzasnął się. Później zszedł z grzyba i odpełznął pośrod trawy, rzucając tylko w przejściu: – Jedna strona uczyni cię wyższą, druga strona uczyni cię niższą.

-”Jedna strona czego? Druga strona czego?” – pomyślała Alicja.

- Grzyba – powiedział Gąsienica, zupełnie jak gdyby usłyszał to wypowiedziane na głos; jeszcze chwilka i zniknął jej z oczu. [...] oderwała ząbkami odrobinkę z kawałka trzymanego w prawej ręce, żeby spróbować, jaki to da wynik. W następnej chwili poczuła gwałtowne uderzenie w podbródek: uderzyła nim we własną stopę!” [...] Brodę miała tak mocno przyciśniętą do stopy, że nie było już niemal miejsca do otwarcia ust, ale dokonała tego wreszcie i zdołała połknąć część kawałka trzymanego w lewej ręce.

- No, w końcu uwolniłam głowę – powiedziała Alicja uradowanym głosem, w którym pojawiła się jednak po chwili nutka trwogi, gdy odkryła, że nigdzie nie może dostrzec własnych ramion: spoglądając w dół widziała tylko niezwykłej długości szyję, która jak łodyga wznosiła się z leżącego daleko w dole morza zielonych liści”.

(tłum. M.Słomczyński).

***********************************************************

Demitologizacja przyrody i desakralizacja świata nie uwolniły współczesnego człowieka od stresów. To co przez tysiąclecia służyło religii dziś wymknęło się niestety spod kontroli w naszej racjonalistycznej cywilizacji. Narkomania stała się ciężką chorobą i śmiertelnym zagrożeniem dla milionów mieszkańców planety Ziemia.

Opublikowany w szamanizm | Zostaw Komentarz »