Steven Pinker, znany amerykański językoznawca, w wydanej niedawno książce „The Stuff of Thought” przypomina jedną z teorii, która mówi o korzeniach ludzkiego języka – tak zwaną teorię fe! Jej zwolennicy twierdzą, że jednymi z pierwszych dźwięków, jakie wydawali nasi przodkowie, były te wyrażające silne emocje, takie jak ból, wstręt, radość, strach, obrzydzenie. Z czasem owe nieartykułowane odgłosy nabrały arbitralności i stały się pierwszymi słowami. A żadne wyrażenia w takim stopniu jak przekleństwa nie niosą ładunku emocjonalnego. Czy to znaczy, że klęliśmy, zanim jeszcze na dobre zaczęliśmy mówić?
Nie wiadomo. Wiadomo za to na pewno, że słuchanie lub wypowiadanie przekleństw w znacznie większym stopniu angażuje naszą prawą, emocjonalną półkulę mózgową niż lewą. To tutaj, ukryta głęboko pod racjonalnymi warstwami kory mózgowej, w ewolucyjnie starych strukturach mózgu, tkwi nasza skłonność do szafowania wulgaryzmami. Badania neurologiczne pokazują, że całkiem precyzyjnie jesteśmy w stanie określić „ośrodek bluzgów” w naszej głowie. Składają się na niego struktury nazywane jądrami podstawy oraz jądro migdałowate.
Funkcja jąder podstawy polega na kontroli głównych czynności ruchowych automatycznych (to znaczy odbywających się bez naszego udziału) i półautomatycznych (na przykład chodu). Jądro migdałowate zaangażowane jest w wiele aktywności naszego mózgu, jednak jednym z jego głównych zadań jest przetwarzanie bodźców związanych z silnymi emocjami. Co ciekawe – w przeklinanie w niewielkim stopniu zaangażowane są części mózgu odpowiedzialne za procesy związane z mową. Przekleństwa – mimo że są aktywnością czysto werbalną – funkcjonują na bardzo szczególnych prawach. Może to wyjaśniać, dlaczego przy rozmaitych uszkodzeniach mózgu – związanych z wypadkami czy udarami – można stracić zdolność mowy, ale zachować wirtuozerską umiejętność przeklinania. Ba, są nawet schorzenia neurologiczne, których głównym objawem jest spontaniczne i niepohamowane używanie wulgaryzmów. Wszystkie one w jakimś stopniu wiążą się z zaburzeniami jąder podstawy. Kląć jak szewc będą więc niektórzy chorzy na parkinsona, alzheimera, a także pacjenci dotknięci przypadłością o nazwie zespół Tourette’a.
Przeklinanie przymusowe
To ostatnie schorzenie dotyka jednej osoby na dwa tysiące. Trudno ukryć tę przypadłość, bo co kilkanaście minut chory doświadcza epizodów niekontrolowanych ruchów i tików. Blisko 30 procent tourettyków cierpi dodatkowo na koprolalię: patologiczną, niedającą się opanować potrzebę wypowiadania przekleństw lub obscenicznych słów.
Słynny neurolog Oliver Sacks w książce „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” opisał przypadek cierpiącego na zespół Tourette’a mężczyzny:
„Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Raya, miał dwadzieścia cztery lata i był niemal całkowicie pozbawiony możliwości robienia czegokolwiek przez niezliczone, niezwykle silne nerwowe tiki pojawiające się co kilka sekund, całymi seriami. Zaczął na to cierpieć w wieku czterech lat. Był poważnie naznaczony przez to, że jego tiki wzbudzały powszechną uwagę. Pomimo to jego duża inteligencja, dowcip, siła charakteru i poczucie rzeczywistości pozwoliły mu ukończyć z sukcesami szkołę i college. Był ceniony i kochany przez żonę i kilku przyjaciół. Jednak po skończeniu college’u wyrzucano go kolejno z kilkunastu posad – zawsze z powodu tików, a nie niekompetencji – i wciąż znajdował się w rozmaitych kryzysowych sytuacjach, zwykle z powodu swojej niecierpliwości, kłótliwości i szorstkiej błyskotliwej hucpy. Okazało się, że jego małżeństwu zagrażają bezwiedne okrzyki »Kurwa!« albo »Pierdolę!«, jakie wydawał w chwilach podniecenia seksualnego”.
W 2000 roku lekarze z londyńskiego National Hospital of Neurology and Neurosurgery opisali cierpiącego na zespół Tourette’a głuchego, którego przymus przeklinania zmuszał do produkowania wulgarnych znaków języka migowego (znaków językowych, a nie po prostu wulgarnych gestów).
O ile jednak chorzy mają usprawiedliwienie, dlaczego my, zupełnie zdrowi na ciele i umyśle, nie tak znowu rzadko uciekamy się do użycia dosadnego słowa?
Poruszyć mózg do żywego
– Jest przynajmniej kilka wyjaśniających to teorii – mówił podczas jednego ze spotkań promujących książkę „The Stuff of Thought” Steven Pinker. – Aby je zrozumieć, musimy zdać sobie sprawę, w jaki sposób przekleństwa wpływają na mózg. Mówiąc najkrócej – ich zadaniem jest wywołanie u słuchającego emocji. A najsilniejsze z możliwych są emocje negatywne.
Dlatego zdaniem Pinkera przekleństwa to słowa kojarzące się nam z czymś groźnym lub obrzydliwym: nadprzyrodzonymi mocami (Bogiem, diabłem, piekłem), przemocą seksualną, gwałtem, chorobą (cholera), fekaliami, grupami ludzi czy zwierząt wywołującymi niechęć (ciota, ciul, czarnuch, świnia). Ich atrakcyjność potęguje fakt, że to słowa powszechnie nieakceptowane, a ich użycie (w miejscach publicznych) jest karalne. Mamy więc przyjemne poczucie, że robimy coś nielegalnego.
W jakich sytuacjach ich używamy? Na przykład, kiedy mamy potrzebę rozładowania napięcia emocjonalnego, w chwilach silnego stresu. Objaśnia to tak zwana hydrauliczna teoria emocji: aby zachować równowagę psychiczną, musimy od czasu do czasu „upuścić nieco emocjonalnej pary”. Przekleństwo będące werbalnym odpowiednikiem agresywnego zachowania nadaje się do tego jak ulał. Pełni funkcję oczyszczającą dla gromadzących się w nas napięć, a przy okazji (najczęściej) nie wikła nas w konieczność fizycznego starcia z przeciwnikiem. Pinker dowodzi, że ten niezwykle stary ewolucyjny mechanizm, który współczesną postać zyskał wraz z rozwojem ludzkiej zdolności werbalizacji uczuć, jest nieobcy także zwierzętom. „Te same części mózgu, które odpowiadają u nas za puszczanie obelżywych wiązanek pod adresem irytujących nas ludzi, uaktywniają się u psa ujadającego zza ogrodzenia na niepowołanych intruzów” – twierdzi naukowiec.
O podobnych obserwacjach poczynionych na szympansach mówi w piśmie „The New York Times” prymatolog Frans de Waal: „Kiedy szympansy stają się poirytowane zachowaniem któregoś ze swych współplemieńców, wydają w jego kierunku bardzo charakterystyczne dźwięki, czasem nawet plują. Można to porównać do używania wyzwisk u ludzi”.
– A słyszeliście kiedyś wrzask kota, któremu ktoś nadepnął na ogon? – pyta znów Pinker. – To ta sama reakcja, która nas, ludzi, skłania do wykrzyknięcia obscenicznego słowa, kiedy z jakiegoś powodu niespodziewanie zranimy się lub uderzymy. Ta werbalna reakcja to odreagowanie, rodzaj swoistego katharsis.
Empatycznie i fatycznie
Choć oczywiście nie zawsze przeklinanie wiąże się z agresją. Czasem, ubarwiając naszą wypowiedź co soczystszymi słowami, chcemy jedynie obrazowo przekazać nasze emocje. Po cóż długo i zawile tłumaczyć przyjacielowi, jak strasznie jesteśmy sfrustrowani tym nieprawdopodobnie pracochłonnym i nudnym zadaniem, które powierzył nam właśnie niezbyt lubiany szef? Dwa pikantne słowa wystarczą, by mózg słuchającego narzekań kumpla właściwie odebrał nasze nastawienie do sprawy. W tym kontekście przekleństwo pełni więc funkcję empatyczną.
Nie tak rzadko zdarza się także, że wulgaryzmy stają się swoistym „cementem społecznym”. Timothy Jay opisuje to zjawisko w swej książce „Why we curse?” („Dlaczego przeklinamy?”). Więziotwórczej roli słów na „k” i „ch” doświadcza się w szatni po nieudanym (lub właśnie bardzo udanym) meczu, jak również w rozmowach przy ekspresie do kawy w biurze.
Co więcej, z badań specjalistów z University of East Anglia wynika nawet, że regularne używanie brzydkich słów przez pracowników podnosi morale w zespole. Zakazanie przeklinania w pracy może podkreślić i wzmocnić silną osobowość szefa, ale niemal na pewno osłabi więzi między pracownikami i negatywnie wpłynie na morale i motywację – ostrzegają badacze.
Pozostała jeszcze funkcja fatyczna niecenzuralnych wypowiedzi, czyli to, co najczęściej określa się jako używanie wulgaryzmów w roli przecinka. Jest to ni mniej, ni więcej, tylko „aktywność językowa zorientowana na nawiązanie lub podtrzymanie kontaktu między rozmówcami (nadawcą i odbiorcą)”. Temu samemu służą wtręty, takie jak: wiesz, no, słuchaj, aha, tak, tak.
No i proszę, przekleństwa są takie brzydkie, a takie pożyteczne! Tymczasem (nieliczni) badacze przekleństw ubolewają, że ta sfera werbalnej aktywności człowieka w bardzo niewielkim stopniu doczekała się naukowego opisu. Gdyby ktoś zatem łączył swą przyszłość z nauką i szukał niewyeksplorowanej niszy: oto jest.
Roboty będzie od jasnej cholery.
Olga Wożniak
“Przekrój” 22/2009
http://przekroj.com.pl/cywilizacja_spoleczenstwo_artykul,4836,0.html













