Psychoneurocybernauta inc!

Bieda materialna, to bogactwo duchowe, Tak iluzjoniści wyprali tobie głowę.

  • Principia Discordia

    Naprzód rycerze Chrystusa,
    Naprzód kapłani Buddy,
    Naprzód owoce Islamu,
    Walczcie do upadłego,
    Toczcie małe potyczki,
    Jednoczcie się
    pod ostrzałem
    Ku Wielkiej Chwale
    Dys-kor-dii.
    Je, je, je, Je, je, je, je, Buuuuuuuuum!
  • Ralph Waldo Emmerson

    Religia jednego wieku staje się literacką rozrywką następnych.
  • Aleister Crowley

    Czyn wole swą, niechaj będzie całym Prawem.

    Nie masz żadnego prawa prócz czynienia twej woli. Czyn ja i nikt inny nie powie nie.

    Każdy mężczyzna i każda kobieta jest gwiazdą.

    Nie ma boga prócz człowieka.

    Człowiek ma prawo żyć wedle swych własnych praw
    żyć tak jak tego chce
    pracować tak jak chce
    bawić się tak jak chce
    odpoczywać tak jak chce
    umrzeć kiedy i jak chce

    Człowiek ma prawo jeść to co chce: pić to co chce: mieszkać tam gdzie chce: podróżować po powierzchni Ziemi tam gdzie tylko chce.

    Człowiek ma prawo myśleć co chce
    mówić co chce: pisać co chce: rysować, malować, rzeźbić, ryć, odlewać, budować co chce: ubierać się jak chce

    Człowiek ma prawo kochać jak chce

    Człowiek ma prawo zabijać tych, którzy uniemożliwiają mu korzystanie z tych praw

    niewolnicy będą służyć

    Miłość jest prawem, miłość podług woli.
  • Terence McKenna

    Skoro już w XIX wieku zgodziliśmy się przyznać, że człowiek pochodzi od małpy, najwyższy czas pogodzić się z faktem, że były to naćpane małpy.
  • Anarchizm metodologiczny

    Anarchizm metodologiczny - jest programem (a właciwie antyprogramem), zgodnie z którym należy z wielką ostrożnością podchodzić do każdej dyrektywy metodologicznej, (w tym do samego anarchizmu) bowiem zaistnieć może sytuacja, w której lepiej jest z anarchizmu zrezygnować (aby nie hamować rozwoju wiedzy) niż go utrzymywać.
    Paul Feyerabend
  • Lustro Rady dotyczące obecności i świadomości

    Aby przejąć władzę nad królestwem, musi się obalić króla; nie wystarczy pokonać kilku dworzan ani podbić kilku wiosek.

    Jeśli więc nie wiemy, jak utrzymywać obecność bez rozproszenia, a zamiast tego pozwalamy sobie zatracić się w rozproszeniu i iluzji, nigdy nie uwolnimy się z niekończącej się transmigracji.

    Jeśli zaś nasz umysł nie rozprasza się i nie zapomina, lecz uzyskuje samokontrolę i utrzymuje obecność swojego prawdziwego Stanu, nie warunkując się iluzją, wtedy staje się esencją wszystkich nauk i korzeniem wszystkich ścieżek.

    Namkhai Norbu Rinpocze
  • Strony

Archiwum kategorii ‘biologia’

Ośrodek bluzgów

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu lipiec 23, 2009

Steven Pinker, znany amerykański językoznawca, w wydanej niedawno książce „The Stuff of Thought” przypomina jedną z teorii, która mówi o korzeniach ludzkiego języka – tak zwaną teorię fe! Jej zwolennicy twierdzą, że jednymi z pierwszych dźwięków, jakie wydawali nasi przodkowie, były te wyrażające silne emocje, takie jak ból, wstręt, radość, strach, obrzydzenie. Z czasem owe nieartykułowane odgłosy nabrały arbitralności i stały się pierwszymi słowami. A żadne wyrażenia w takim stopniu jak przekleństwa nie niosą ładunku emocjonalnego. Czy to znaczy, że klęliśmy, zanim jeszcze na dobre zaczęliśmy mówić?

Nie wiadomo. Wiadomo za to na pewno, że słuchanie lub wypowiadanie przekleństw w znacznie większym stopniu angażuje naszą prawą, emocjonalną półkulę mózgową niż lewą. To tutaj, ukryta głęboko pod racjonalnymi warstwami kory mózgowej, w ewolucyjnie starych strukturach mózgu, tkwi nasza skłonność do szafowania wulgaryzmami. Badania neurologiczne pokazują, że całkiem precyzyjnie jesteśmy w stanie określić „ośrodek bluzgów” w naszej głowie. Składają się na niego struktury nazywane jądrami podstawy oraz jądro migdałowate.
Funkcja jąder podstawy polega na kontroli głównych czynności ruchowych automatycznych (to znaczy odbywających się bez naszego udziału) i półautomatycznych (na przykład chodu). Jądro migdałowate zaangażowane jest w wiele aktywności naszego mózgu, jednak jednym z jego głównych zadań jest przetwarzanie bodźców związanych z silnymi emocjami. Co ciekawe – w przeklinanie w niewielkim stopniu zaangażowane są części mózgu odpowiedzialne za procesy związane z mową. Przekleństwa – mimo że są aktywnością czysto werbalną – funkcjonują na bardzo szczególnych prawach. Może to wyjaśniać, dlaczego przy rozmaitych uszkodzeniach mózgu – związanych z wypadkami czy udarami – można stracić zdolność mowy, ale zachować wirtuozerską umiejętność przeklinania. Ba, są nawet schorzenia neurologiczne, których głównym objawem jest spontaniczne i niepohamowane używanie wulgaryzmów. Wszystkie one w jakimś stopniu wiążą się z zaburzeniami jąder podstawy. Kląć jak szewc będą więc niektórzy chorzy na parkinsona, alzheimera, a także pacjenci dotknięci przypadłością o nazwie zespół Tourette’a.

Przeklinanie przymusowe
To ostatnie schorzenie dotyka jednej osoby na dwa tysiące. Trudno ukryć tę przypadłość, bo co kilkanaście minut chory doświadcza epizodów niekontrolowanych ruchów i tików. Blisko 30 procent tourettyków cierpi dodatkowo na koprolalię: patologiczną, niedającą się opanować potrzebę wypowiadania przekleństw lub obscenicznych słów.

Słynny neurolog Oliver Sacks w książce „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” opisał przypadek cierpiącego na zespół Tourette’a mężczyzny:

„Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Raya, miał dwadzieścia cztery lata i był niemal całkowicie pozbawiony możliwości robienia czegokolwiek przez niezliczone, niezwykle silne nerwowe tiki pojawiające się co kilka sekund, całymi seriami. Zaczął na to cierpieć w wieku czterech lat. Był poważnie naznaczony przez to, że jego tiki wzbudzały powszechną uwagę. Pomimo to jego duża inteligencja, dowcip, siła charakteru i poczucie rzeczywistości pozwoliły mu ukończyć z sukcesami szkołę i college. Był ceniony i kochany przez żonę i kilku przyjaciół. Jednak po skończeniu college’u wyrzucano go kolejno z kilkunastu posad – zawsze z powodu tików, a nie niekompetencji – i wciąż znajdował się w rozmaitych kryzysowych sytuacjach, zwykle z powodu swojej niecierpliwości, kłótliwości i szorstkiej błyskotliwej hucpy. Okazało się, że jego małżeństwu zagrażają bezwiedne okrzyki »Kurwa!« albo »Pierdolę!«, jakie wydawał w chwilach podniecenia seksualnego”.

W 2000 roku lekarze z londyńskiego National Hospital of Neurology and Neurosurgery opisali cierpiącego na zespół Tourette’a głuchego, którego przymus przeklinania zmuszał do produkowania wulgarnych znaków języka migowego (znaków językowych, a nie po prostu wulgarnych gestów).

O ile jednak chorzy mają usprawiedliwienie, dlaczego my, zupełnie zdrowi na ciele i umyśle, nie tak znowu rzadko uciekamy się do użycia dosadnego słowa?

Poruszyć mózg do żywego
– Jest przynajmniej kilka wyjaśniających to teorii – mówił podczas jednego ze spotkań promujących książkę „The Stuff of Thought” Steven Pinker. – Aby je zrozumieć, musimy zdać sobie sprawę, w jaki sposób przekleństwa wpływają na mózg. Mówiąc najkrócej – ich zadaniem jest wywołanie u słuchającego emocji. A najsilniejsze z możliwych są emocje negatywne.

Dlatego zdaniem Pinkera przekleństwa to słowa kojarzące się nam z czymś groźnym lub obrzydliwym: nadprzyrodzonymi mocami (Bogiem, diabłem, piekłem), przemocą seksualną, gwałtem, chorobą (cholera), fekaliami, grupami ludzi czy zwierząt wywołującymi niechęć (ciota, ciul, czarnuch, świnia). Ich atrakcyjność potęguje fakt, że to słowa powszechnie nieakceptowane, a ich użycie (w miejscach publicznych) jest karalne. Mamy więc przyjemne poczucie, że robimy coś nielegalnego.

W jakich sytuacjach ich używamy? Na przykład, kiedy mamy potrzebę rozładowania napięcia emocjonalnego, w chwilach silnego stresu. Objaśnia to tak zwana hydrauliczna teoria emocji: aby zachować równowagę psychiczną, musimy od czasu do czasu „upuścić nieco emocjonalnej pary”. Przekleństwo będące werbalnym odpowiednikiem agresywnego zachowania nadaje się do tego jak ulał. Pełni funkcję oczyszczającą dla gromadzących się w nas napięć, a przy okazji (najczęściej) nie wikła nas w konieczność fizycznego starcia z przeciwnikiem. Pinker dowodzi, że ten niezwykle stary ewolucyjny mechanizm, który współczesną postać zyskał wraz z rozwojem ludzkiej zdolności werbalizacji uczuć, jest nieobcy także zwierzętom. „Te same części mózgu, które odpowiadają u nas za puszczanie obelżywych wiązanek pod adresem irytujących nas ludzi, uaktywniają się u psa ujadającego zza ogrodzenia na niepowołanych intruzów” – twierdzi naukowiec.

O podobnych obserwacjach poczynionych na szympansach mówi w piśmie „The New York Times” prymatolog Frans de Waal: „Kiedy szympansy stają się poirytowane zachowaniem któregoś ze swych współplemieńców, wydają w jego kierunku bardzo charakterystyczne dźwięki, czasem nawet plują. Można to porównać do używania wyzwisk u ludzi”.
– A słyszeliście kiedyś wrzask kota, któremu ktoś nadepnął na ogon? – pyta znów Pinker. – To ta sama reakcja, która nas, ludzi, skłania do wykrzyknięcia obscenicznego słowa, kiedy z jakiegoś powodu niespodziewanie zranimy się lub uderzymy. Ta werbalna reakcja to odreagowanie, rodzaj swoistego katharsis.

Empatycznie i fatycznie
Choć oczywiście nie zawsze przeklinanie wiąże się z agresją. Czasem, ubarwiając naszą wypowiedź co soczystszymi słowami, chcemy jedynie obrazowo przekazać nasze emocje. Po cóż długo i zawile tłumaczyć przyjacielowi, jak strasznie jesteśmy sfrustrowani tym nieprawdopodobnie pracochłonnym i nudnym zadaniem, które powierzył nam właśnie niezbyt lubiany szef? Dwa pikantne słowa wystarczą, by mózg słuchającego narzekań kumpla właściwie odebrał nasze nastawienie do sprawy. W tym kontekście przekleństwo pełni więc funkcję empatyczną.

Nie tak rzadko zdarza się także, że wulgaryzmy stają się swoistym „cementem społecznym”. Timothy Jay opisuje to zjawisko w swej książce „Why we curse?” („Dlaczego przeklinamy?”). Więziotwórczej roli słów na „k” i „ch” doświadcza się w szatni po nieudanym (lub właśnie bardzo udanym) meczu, jak również w rozmowach przy ekspresie do kawy w biurze.
Co więcej, z badań specjalistów z University of East Anglia wynika nawet, że regularne używanie brzydkich słów przez pracowników podnosi morale w zespole. Zakazanie przeklinania w pracy może podkreślić i wzmocnić silną osobowość szefa, ale niemal na pewno osłabi więzi między pracownikami i negatywnie wpłynie na morale i motywację – ostrzegają badacze.
Pozostała jeszcze funkcja fatyczna niecenzuralnych wypowiedzi, czyli to, co najczęściej określa się jako używanie wulgaryzmów w roli przecinka. Jest to ni mniej, ni więcej, tylko „aktywność językowa zorientowana na nawiązanie lub podtrzymanie kontaktu między rozmówcami (nadawcą i odbiorcą)”. Temu samemu służą wtręty, takie jak: wiesz, no, słuchaj, aha, tak, tak.
No i proszę, przekleństwa są takie brzydkie, a takie pożyteczne! Tymczasem (nieliczni) badacze przekleństw ubolewają, że ta sfera werbalnej aktywności człowieka w bardzo niewielkim stopniu doczekała się naukowego opisu. Gdyby ktoś zatem łączył swą przyszłość z nauką i szukał niewyeksplorowanej niszy: oto jest.
Roboty będzie od jasnej cholery.

Olga Wożniak
“Przekrój” 22/2009

http://przekroj.com.pl/cywilizacja_spoleczenstwo_artykul,4836,0.html

Opublikowany w biologia, ewolucja | Otagowane: | Zostaw Komentarz »

Molecular Visualizations of DNA

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu marzec 10, 2009

Amazing CGI visualization of molecular biology’s central dogma. It shows animations of DNA coiling, replication, transcription and translation.


It was created by Drew Berry of the Walter and Eliza Hall Institute of Medical Research

Opublikowany w biologia | Otagowane: | Zostaw Komentarz »

Children of Evolution

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu marzec 3, 2009

Opublikowany w biologia, ewolucja | Otagowane: | 1 komentarz »

Czy komputery będą kiedyś świadome?

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu luty 8, 2009

Włodzisław Duch

Katedra Informatyki Stosowanej UMK

Pełne zrozumienie natury ludzkiej jest obecnie jednym z najważniejszych wyzwań stojących przed nauką, a przyswojenie tej wiedzy będzie nie mniejszym wyzwaniem dla nauk humanistycznych a także tych religii, które chcą być w zgodzie z nauką. Tradycyjne spojrzenie na świat, zaprzeczające istnieniu biologicznie uwarunkowanej natury ludzkiej podsumował Steven Pinker w wydanej w Polsce w 2004 roku książce pod tytułem „Tabula rasa. Spory o naturę ludzką”. W bardziej dosłownym tłumaczeniu książka ta nosi tytuł „Tabula rasa. Współczesne wypieranie się natury ludzkiej”, znacznie silniej akcentujące przekonanie autora, że nadal ulegamy trzem mitom, leżącym u podstaw rozumienia ludzkiej natury: człowiek to niezapisana tablica, wychowanie może ukształtować jego umysł w dowolny sposób; człowiek pierwotny był z natury dobry, zepsuła go cywilizacja; niematerialny duch podejmuje wolne decyzje i kieruje działaniami materialnego ciała.

Genetyka zachowania (zwana również genetyką kognitywną) pokazała, że nie tylko poważne upośledzenia, lecz wiele cech charakteru i osobowości ma biologiczne podłoże. Badanie związków pomiędzy genami a różnego rodzaju zaburzeniami rozwojowymi i chorobami psychicznymi jest obecnie jedną z najszybciej rozwijających się gałęzi nauk o mózgu. Zagadnienie jest oczywiście bardzo skomplikowane, gdyż wymaga zrozumienia roli licznych, współpracujących ze sobą genów odpowiedzialnych za budowę neuronów i innych komórek wpływających na działanie układu nerwowego, powiązania procesów z udziałem dużych grup neuronów z zachowaniem organizmu i jego możliwościami poznawczymi.

Końcowym etapem tego procesu jest próba zrozumienia, jak stany mózgu tworzą nasz świat wewnętrzny, nasze myśli, wrażenia, radości i smutki. O ile zrozumienie korelacji aktywności genów z zachowaniem i możliwościami poznawczymi zwierząt i ludzi nie stwarza większych problemów to relacje pomiędzy stanami mózgu i stanami umysłu wydają się wielu ludziom nadal tajemnicze. Dlaczego tak się dzieje? Regulacja wewnętrznego stanu organizmu może odbywać się w większości w sposób automatyczny, nie wymagając podejmowania wielu decyzji. Przetrwanie we wrogim środowisku wymaga przewidywania, planowania i reagowania na różne niebezpieczeństwa, a więc reprezentacji i szybkiego przetwarzania informacji przydatnej do działania w świecie. Postrzegamy, podejmujemy decyzje i działamy. Skomplikowane mechanizmy poznawcze i emocjonalne, odpowiedzialne za te procesy są głęboko ukryte przed świadomym umysłem. Ich znajomość mogłaby jedynie przeszkodzić w sprawnym działaniu, tak jak myślenie o mechanice działania fortepianu może przeszkodzić pianiście w wykonaniu skomplikowanego pasażu. Komputery również wykonują określone zadania nic nie wiedząc o swojej konstrukcji. Są więc dobre powody, dla których niewiele wiemy o swoich umysłach i sama introspekcja niewiele nam powie.

Dopóki mózg dobrze działa wytwarzany przez niego obraz świata i reprezentacja „ja” w tym świecie wydaje się nie mieć wiele wspólnego z jego pobudzeniami. Wiemy jednak ponad wszelką wątpliwość, że takie powiązanie istnieje. Jak należy je rozumieć? Świat, który widzimy, nie jest rzeczywistym światem, widzimy i odczuwamy jedynie stany swojego umysłu. To, co jednemu z nas śmierdzi, innemu może pachnieć, zapach nie istnieje więc obiektywnie. To, co jednemu smakuje, innemu wydaje się obrzydliwe, smak również nie istnieje obiektywnie. Zgadzamy się więc, że świat smaków i zapachów jest bardzo subiektywny, ale to samo dotyczy innych zmysłów. Różnimy się słuchem, i to nie tylko słuchem muzycznym: wiele dźwięków mowy wyraźnie odmiennych dla chińskiego czy wietnamskiego ucha brzmi dla nas jednakowo. Dla japońskiego ucha „rój” i „luj” brzmi dokładnie tak samo. Osoby cierpiące na rozmaite afazje akustyczne nie rozpoznają odgłosów zwierząt lub sygnałów akustycznych. Każdy z nas widzi też świat nieco inaczej, dostrzega w różny sposób szczegóły, ruch, kolory. Złudzenia wzrokowe pokazują, jak statyczne obrazy kolorowych kół poruszają się, lub ten sam kolor wywołuje całkiem inne wrażenie w zależności od otoczenia. Zmysł równowagi i czucia też nie jest wyjątkiem i wprowadza nas czasem w błąd, tworząc wrażenie unoszenia się w powietrzu, poczucie czyjejś obecności w pustym pokoju i inne dziwne odczucia.

Rysunek ruchomy kół, ze strony WWW Akiyoshi Kitaoka

Jaki jest więc naprawdę ten świat? Zależy dla kogo! Postrzegamy wszystko w sposób subiektywny, gdyż odczuwamy tylko stany swojego mózgu. Mniej niż jedno na dziesięć milionów połączeń w mózgu łączy go ze światem zewnętrznym (dla wzroku mamy około 1.2 mln, a dla słuchu zaledwie 30.000 połączeń, podczas gdy liczba wewnętrznych połączeń w mózgu jest rzędu 100 bilionów). Korelacja stanu pierwotnej kory wzrokowej z sygnałami dochodzącymi z siatkówki wynosi zaledwie kilkanaście procent, za pozostałe ponad 80% odpowiadają informacje płynące z innych obszarów kory. Mózg zajmuje się więc przede wszystkim sam sobą, analizuje i interpretuje własne pobudzenia. Niezwykle gęsta sieć połączeń neuronów stwarza przestrzeń, w której możliwe jest bogate życie wewnętrzne.

Przypisujemy podejmowane decyzje swojemu ‘ja’, ale badając pobudzenia mózgu metodami neurobrazowania lub analizując jego elektryczne potencjały (czyli elektroencefalogram, EEG) można w niektórych eksperymentach dowiedzieć się jaką decyzję podjął mózg zanim dowie się o tym jego właściciel! Mówiąc bardziej precyzyjnie, można zobaczyć decyzję zanim procesy tworzące ‘ja’ przez ten mózg się o tym dowiedzą! O tym, jaką decyzję podjął mózg ‘ja’ dowiaduje się obserwując aktywność kory czołowej, a więc obszarów kontrolujących działanie, ruchy ciała. Działając na mózg zmiennym polem magnetycznym można też wpłynąć na podejmowane decyzje w sposób niezauważalny dla uczestniczącej w eksperymencie osoby: np. jeśli ma ona przypadkowo naciskać przyciski raz prawą a raz lewą ręką będzie przez 80% czasu naciskać przycisk prawą ręką, cały czas będąc przekonana, że podejmuje wolne decyzje.

Stosowane obecnie metody podglądania aktywności mózgu są nadal bardzo prymitywne. Początkowo metody te pozwalały odróżnić tylko proste wyobrażenia lub intencje dotyczące ruchu lewą lub prawą ręką lub nogą, ale w 2007 roku pokazano, że można też odróżnić znacznie bardziej subtelne stany mózgu, związane z podjęciem decyzji czy dodać czy odjąć dwie liczby od siebie. W jaki sposób podejmujemy decyzje? Pojawiają się w naszych umysłach i przypisujemy je swojemu ‘ja’, które w jakiś tajemniczy sposób ma dysponować wolą. Taki opis sytuacji oczywiście niczego nie wyjaśnia. Czasami pojawiają się też decyzje alternatywne, wahamy się pomiędzy kilkoma rozwiązaniami, ale ponieważ nie jesteśmy świadomi większości procesów zachodzących w mózgu nie zdajemy sobie sprawy z tego, skąd się te decyzje biorą. Najbardziej prawdopodobny mechanizm to szybkie, równoległe wyobrażanie sobie różnych sytuacji, zachodzące w korze przedczołowej i ich jednoczesna emocjonalna ocena. Konkurencja pomiędzy konfiguracjami pobudzeń neuronów realizujących te procesy pozostawia tylko te decyzje, które są optymalne z punktu widzenia spodziewanych emocji. Oceny dotyczą nie tylko wyników bezpośrednich działań, lecz mogą uwzględnić też dłuższą perspektywę, dlatego zgadzamy się na chwilowe cierpienie oczekując późniejszej nagrody.

Ten sam mechanizm pozwala nam rozstrzygać moralne dylematy. Pacjenci z uszkodzonymi obszarami brzuszno-przyśrodkowej części kory przedczołowej w prawej półkuli mózgu (rvm-PFC) mają problemy nie tylko z ocenami emocjonalnymi, ale również niektórymi ocenami moralnymi. Typowa sytuacja, w której bada się moralne zachowania obserwując jednocześnie działanie mózgu wygląda tak: wyobraź sobie, że kontrolujesz
zwrotnice na kolei i widzisz szybko nadjeżdżający z za zakrętu pociąg, a na torach pracują robotnicy. Jeśli nie zrobisz nic zginie pięć osób, jeśli przestawisz zwrotnicę pociąg zabije tylko jedną osobę. Prawie wszyscy w takiej sytuacji, łącznie z pacjentami z uszkodzonym obszarem rvm-PFC, decydują się na przestawienie zwrotnicy. Różnice dotyczą problemów, w których działanie powoduje dotkliwą stratę osobistą. Wyobraź sobie, że mieszkasz w wiosce, która jest przeszukiwana przez barbarzyńskich najeźdźców; wszyscy schowali się pod podłoga jednego z domów i zginą, jeśli zostaną odkryci. Twoje małe dziecko zaczyna płakać, czy będziesz go powstrzymywać aż się zadusi, czy też pozwolisz mu płakać, a tym samym wszystkim zginąć? W sytuacji takich osobistych konfliktów moralnych ujawniają się wyraźne różnice. Pacjenci z uszkodzonym obszarem rvm-PFC ponad dwukrotnie rzadziej wybierają zaduszenie własnego dziecka. W mniej drastycznych testach nie są zdolni by poświęcić krótkoterminowe zyski dla wysoce prawdopodobnej wygranej w dłuższym czasie. Mózg ma wysoce wyspecjalizowane obszary, których uszkodzenia powodują specyficzne, często bardzo subtelne objawy.

Postęp w dziedzinie obserwacji aktywności mózgu jest szybki i można sobie wyobrazić, że w przyszłości podglądanie aktywności mózgu pozwoli nam poznać prawdziwe intencje, upodobania, a nawet skryte myśli, których ‘ja’ tworzone przez tenże mózg jeszcze nie zna! „Poznaj samego siebie” nabierze wówczas całkiem nowego znaczenia. „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono” również. Ponieważ moje ‘ja’, jeden z wielu procesów, jakie zachodzą w mózgu, nie do końca potrafi przewidzieć reakcje całego mózgu, potrafimy sami siebie zaskoczyć. Czasami sam się siebie pytam, czemu postąpiłem w sposób niezgodny ze swoimi przekonaniami lub oczekiwaniami? Nie wiem, podkusiło mnie jakieś licho, „to” było silniejsze ode mnie. Czym jest to ‘ja’ i czym jest „to coś” silniejsze niż ‘ja’, które się „siebie” pyta? Dopóki myślimy, że ‘ja’ mam mózg, a nie mózg ma „mnie”, takie paradoksalne stwierdzenia pozostaną niezrozumiałe. Tradycyjnie psycholodzy powoływali się tu na pojęcie „podświadomości”, ale nauki o mózgu oferują odmienny punkt widzenia. ‘Ja’ jest tu wewnętrznym modelem, zbiorem wyobrażeń o sobie pozwalającym na niezbyt doskonałe przewidywanie decyzji całego mózgu. Siedliskiem tych procesów jest kora przyśrodkowa, kora zakrętu obręczy, które aktywizuje się w testach werbalnych, przestrzennych, emocjonalnych, zawiązanych z rozpoznawaniem własnej twarzy, czyli w sytuacjach kontrastujących to, co odnosi się do ‘ja’ z tym, co odnosi się do innych. Są to dobrze ukryte obszary mózgu, rzadko ulegające uszkodzeniom, pośredniczące w komunikacji pomiędzy licznymi podkorowymi strukturami układu limbicznego, odpowiedzialnego za emocje i motywacje, pniem mózgu regulującym stan całego organizmu, ogólną przytomność i mechanizmy uwagi, oraz innymi obszarami kory mózgu.

‘Ja’ nie jest wcale monolitem. Na to, co określamy jako ‘ja’ składa się wiele funkcji. „Proto-ja” związane jest z podstawowymi informacjami o stanie ciała i wewnętrznym stanie mózgu, informacji, które mózg interpretuje jako poczucie istnienia. Jestem, bo czuję. Uściśleniem tych informacji jest orientacja ‘ja’ w przestrzeni: odczuwam świat z punktu widzenia swojego ciała, które zajmuje określoną pozycję względem innych obiektów. Autobiograficzne ‘ja’ wiąże się z wspomnieniami o sobie w różnych sytuacjach, pamięcią siebie, która nas określa. Społeczne ‘ja’ oparte jest na relacjach z innymi ludźmi, rolami, w
które się wcielamy. Znaczna część tych relacji jest trudna do werbalizacji, gdyż reakcje mózgu są zbyt złożone, by je opisać za pomocą słów. W szczególności działanie prawej półkuli mózgu oraz interpretacje stanów emocjonalnych, zmieniających się w ciągły sposób trudno jest uchwycić w słowach. W efekcie nie zawsze potrafimy sformułować, o co „nam” chodzi. Mój mózg jest mądrzejszy ode mnie, czyli od jednego ze swoich licznych procesów.

Czy można w pełni zintegrować swój model „ja”, poznając „siebie”? Co by to oznaczało? Opis tego, co dzieje się w mózgu, odróżniając przyczyny od skutków, nie jest możliwy przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, żaden z obszarów mózgu nie jest niezależny od pozostałych, ich aktywność jest na tyle silnie sprzężona, iż każdy z obszarów bierze w różnym stopniu udział w podejmowaniu decyzji czy przetwarzaniu informacji. Prosta przyczynowość liniowa typu „najpierw bodziec, potem reakcja” w takiej sytuacji nie ma zastosowania. Nawet w przypadku rozpoznawania przedmiotów obraz z siatkówki oka wędruje nie tylko przez pierwotną korę wzrokową mieszczącą się z tyłu głowy (w płacie potylicznym kory) w stronę dolnej części kory skroniowej, w której następuje rozpoznawanie obiektów. Informacja płynie też w przeciwnym kierunku oraz w inne strony, uzgadniając z czym mamy do czynienia dzięki współpracy pomiędzy korą wzrokową (dostarczającą dokładnych informacji), dolną korą skroniową (dostarczająca wstępnych hipotez) i korą potyliczną (pozwalającą skupić wzrok na miejscu, w którym jest obserwowany przedmiot).

Próby komputerowej analizy obrazu, które pomijały ten skomplikowany scenariusz, pomimo wielu lat wysiłków nie zaprowadziły zbyt daleko. Jeśli do rozwiązania problemu potrzebna jest grupa specjalistów, których kompetencje częściowo się nakładają, choroba lub eliminacja jednego z nich zmieni sposób działania całego zespołu, ale funkcje brakującego eksperta częściowo przejmą jego koledzy, chociaż kompetencja całego zespołu może się zmniejszyć.

Drugim powodem trudności opisu werbalnego działania mózgu są słabe, stopniowe zmiany aktywności w przypadku większość procesów, a więc działania nieświadome, konkurujące ze sobą równoległe scenariusze, pozwalające na szukanie optymalnych, konkurencyjnych interpretacji czy odpowiedzi. Dopiero po wstępnej ocenie emocjonalnej pobudzenia mózgu związane z najlepszymi rozwiązaniami osiągają taki poziom, przy którym inne części mózgu, np. te odpowiedzialne za mowę, mogą je jednoznacznie zidentyfikować.

Narastanie neuronalnej aktywności interpretowane jest jako przeczucie, że odpowiedź jest już blisko i za chwilę uda się nam ją rozpoznać, a wtedy możemy sobie z tego „zdać sprawę”, wypowiedzieć się lub podjąć jakieś inne działanie. Dlatego próba pełnego zrozumienia sposobu działania mózgu, w sensie jego werbalnego opisu (np. w stylu psychoanalizy), nie może nigdy się w pełni udać. Możemy jedynie podpierając się wynikami eksperymentów tworzyć coraz doskonalsze modele komputerowe zachodzących w mózgu procesów. Głębsze poznawanie „siebie” było dotychczas domeną psychoterapii i ścieżek duchowego rozwoju, wywodzących się z różnych tradycji religijnych. Umysł, stawiający sobie cele duchowe, pokazuje swoją autonomię, porównując się do jakiegoś ideału może wpłynąć na swoje działanie, przez trening mentalny zmienić powstające w mózgu odczucia tak, by je w pełni zintegrować ze swoimi wyobrażeniami i celami. Dalaj Lama często mówi o potrzebie kształcenia nie tylko intelektu, ale również „ciepłego serca”, współczucia i zdolności empatii. Znaczna część buddyjskich (w tym tybetańskich) praktyk religijnych była bezpośrednio nakierowana na taki trening umysłu. W nieco bardziej zawoalowany sposób podobne praktyki obecne są w innych tradycjach religijnych. Rozpoznanie centralnej roli emocji w procesach uczenia się i podejmowania decyzji, oraz potrzeba posiadania dobrych wzorców, pokazuje konieczność modyfikacji programów kształcenia. Na razie sprawdzanie reakcji emocjonalnych na różne produkty czy wypowiedzi polityków próbuje się stosować w neuromarketingu. Miejmy nadzieję, że najnowsze odkrycia badaczy mózgu pozwolą nie tylko na manipulację wyborcami czy klientami, ale zaprowadzą nas znacznie dalej na drodze do odkrycia naszych prawdziwych potrzeb, w poszukiwaniu „duchowego siebie”.

Nie ma żadnych wiarygodnych dowodów na istnienie umysłu bez mózgu. Coraz więcej odkryć pokazuje za to, jak pobudzanie różnych obszarów mózgu wywołuje określone wrażenia, jak dziwne efekty spowodować może załamanie się sprawnego działania tych obszarów. Halucynacje wzrokowe, słuchowe czy dziwne odczucia nie zawsze musza być związane z wyraźnie widocznymi uszkodzeniami, wystarczą lokalne pobudzenia nieco słabsze niż te, które wywołują ataki padaczki. Do najdziwniejszych zjawisk należą bez wątpienia przeżycia autoskopowe, czyli halucynacje wzrokowe i wrażenie podwojenia jakiegoś organu, kończyny lub całego ciała, widzenia swojego sobowtóra lub wyjścia poza własne ciało i patrzenia na siebie z zewnątrz. Autoskopia spotykana jest najczęściej w schizofrenii, u osób cierpiących na padaczkę, migreny, guzy mózgu, może się też pojawić w stanach ekstremalnych (np. powrotu do normalnego działania mózgu po śmierci klinicznej), lub u osób normalnych w wyniku zaburzeń sposobu reprezentacji przestrzeni. W ostatnich latach porównano ponad sto takich przypadków, a u kilku pacjentów wywołano wrażenia przebywania poza ciałem pobudzając ich mózgi słabym prądem. Okazuje się, że system reprezentacji przestrzeni w mózgu jest dość skomplikowany: inaczej reprezentujemy przestrzeń personalną, bliską ciału, a więc obszar w zasięgu naszego bezpośredniego działania, a inaczej przestrzeń nieco bardziej odległą. Zjawiska autoskopowe związane są z zaburzeniami przestrzeni personalnej z powodu błędnej integracji informacji wzrokowej, kinestetycznej (ruch i równowaga ciała), prioprioceptywnej (dostarczanej przez mięśnie i ścięgna) oraz czuciowej. Różne zaburzenia tego układu prowadzą do specificznych zjawisk autoskopowych.

W przeszłości zjawiska autoskopowe były przedstawiane jako jedne z dowodów istnienia umysłu niezależnie od mózgu. Sny, w których spotykamy zmarłych czy lecimy w odległe strony, interpretowane były jako dowód na wędrówkę dusz, powszechną w religiach szamańskich i w hinduizmie. Mieszkańcy Sumatry wiązali chorego człowieka sznurami by nie uciekła jego dusza. Dusza była tym, co animuje, czyli ożywia martwe ciało. Proste rozwiązania mają na celu stworzenie złudzenia, że coś rozumiemy, ale rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana i znacznie ciekawsza. Dzisiaj wszystkie funkcje przypisywane duszy przez teologów znalazły swoje wyjaśnienie, pojęcie to dawno utraciło swoje znaczenie, nawet część teologów próbuje od niego odejść i traktować w sposób metaforyczny. Pojęcie duszy jest jednak głęboko zakodowane w naszych umysłach w postaci rozlicznych metafor, więc z pewnością nie zniknie, niemniej z naukowego punktu widzenia  nie ma tu nic do wyjaśnienia. Są niezliczone dowody na to, że mózgi tworzą umysły. Po pierwsze, związek specyficznych uszkodzeń mózgu z zaburzeniami poznawczymi, afektywnymi, zaburzeniami i chorobami osobowości (zwanymi dawniej chorobami duszy) nie pozostawia wątpliwości, że mózg nie jest żadnym odbiornikiem decyzji niematerialnego składnika, lecz te decyzje tworzy. Nie mogę przecież sądzić, że moja dusza podejmuje wolne decyzje, ale moje ‘ja’ nic o tym nie wie i zamiast przypadkowo wybierać raz lewy, raz prawy przycisk, wybieram ciągle ten sam, bo pole magnetyczne zniekształca odbiór „moich” decyzji. Taka dusza byłaby jakimś abstrakcyjnym bytem, nie mającym ze mną nic wspólnego.

Po drugie, nawet proste neuropodobne modele komputerowe wytwarzają pewne funkcje umysło-podobne, np. charakterystyczne dla naszego myślenia procesy skojarzeniowe, a badanie ich uszkodzeń daje interesujące modele syndromów neuropsychologicznych. Od połowy lat 90. rozwija się dziedzina zwana psychiatrią komputerową, tworząca neuronowe modele wyjaśniające na czym polegają choroby psychiczne i w jaki sposób przejawiają się różne zaburzenia przepływu informacji w mózgu. Im bardziej dokładne symulacje tym więcej funkcji umysłu udaje się w ten sposób stworzyć.

Jak więc należy rozumieć relację umysł – mózg? Na mózg możemy patrzeć jak na substrat, który stwarza przestrzeń dla zdarzeń psychicznych, tak jak konfiguracje atomów są substratem do tego, by tworzyć fizyczne obiekty i zdarzenia z ich udziałem. Na ekranie telewizora mogą pojawiać się różne obrazy dzięki pobudzeniom elementów wysyłających światło. Obrazy na ekranie są tylko konfiguracjami pobudzeń świecących elementów, tak jak obrazy wewnątrz mózgu są konfiguracją pobudzeń mikroobwodów neuronowych. Zasadnicza różnica polega na tym, że neurony ucząc się nabierają skłonności do powtarzania tych samych wzorców pobudzeń, podobnie jak woda spływająca po miękkim zboczu ma tendencję do spływania tymi samymi rowkami i taka erozja tworzy specyficzne struktury w glebie. Takie porównanie pojawia się w indyjskim tekście „Pytania króla Milindy” napisanym około 2100 lat temu. Na pytanie skąd się biorą skłonności u ludzi, buddyjski mędrzec Nagasena odpowiada pytaniem: „Kiedy pada deszcz, którędy płynie woda?” „Będzie płynąć po pochyłościach gruntu.” „A gdyby deszcz spadł ponownie, dokąd by płynęła woda?” „Płynęłaby w tym samym kierunku, co pierwsza woda”. Tak właśnie powstają skłonności a przedstawiony tu opis stanowi podstawę neurologicznej teorii uczenia się, opisanej przez kanadyjskiego psychologa Donalda Hebba w 1949 roku. Jego reguła zwykle przedstawiana jest w lapidarnej formie: „neurony, które są często jednocześnie aktywne, silniej się ze sobą łączą”.

W powtarzalnych wzorcach aktywacji sieci neuronowych zawarte są ślady pamięci. Wspomnienia lub wyobrażenia przywołują konfiguracje pobudzeń neuronów zbliżone do tych, które powstały w momencie przeżywania danej sytuacji. Pamięć jest „zamrożoną przeszłością” mózgu. Wynikające z przezywanych, przypominanych lub wyobrażanych stanów emocje są z jednej strony układem pobudzeń neuronów, lecz z drugiej strony tworzą realne zdarzenia w przestrzeni naszych umysłów; mózg jest tylko substratem pozwalającym im zaistnieć. Fizyka i chemia powie nam jakie siły utrzymują razem atomy, składające się na materiał, z którego zrobiony jest pomnik, jednak nie będzie mogła odpowiedzieć na pytanie po co go postawiono i dlaczego akurat w tym miejscu. Podobnie neurofizjologia może opisać stany mózgu w terminach pobudzeń neuronów, natomiast to, dlaczego pojawiają się konkretne stany a nie inne wynika z całej osobistej historii, a nawet prehistorii naszego gatunku. Życie wewnętrzne każdego z nas jest niepowtarzalne. Powodów, dla których stara melodia wywołuje we mnie liczne wspomnienia i stany emocjonalne nie można w pełni zrozumieć na poziomie opisu pobudliwości neuronów, potrzebna jest do tego znajomość mojej indywidualnej historii. Sprawny mózg tylko umożliwia powstanie wspomnień i odtworzenie związanych z nim przeżyć, ale informacje o połączeniach neuronów i ich wzajemnej pobudliwości nie wystarczą do nadania sensu powstającym pobudzeniom. Umysł jest strumieniem zdarzeń mentalnych (wewnętrznych interpretacji konfiguracji pobudzeń neuronów) i relacji pomiędzy tymi zdarzeniami. Relacje zakodowane są w mózgu jako tendencje do skojarzeń pomiędzy mentalnymi zdarzeniami. Pomimo materialnego podłoża z wewnętrznej perspektywy umysł nie jest materialny. Jest to jednak całkiem inny rodzaj niematerialności niż wyobrażali sobie średniowieczni czy antyczni filozofowie, dla których niematerialny duch był rodzajem prostej, niezniszczalnej substancji. Złożone życie wewnętrzne wymaga złożonego, dobrze chronionego substratu, jaki znajdujemy wewnątrz czaszki.

Mózg obserwuje sam siebie, zdając sobie sprawę zarówno ze stanu, w jaki otoczenie się w nim „odbija” (metafora umysłu jako lustra pojawiała się w różnych tradycjach filozoficznych), jak i z własnych stanów wewnętrznych. To, co nazywam swoim ‘ja’, ‘moja osobowość’ a także ‘moja świadomość’ to tylko kilka z wielu procesów, które realizuje. Czy świadomość naprawdę jest takim problemem dla nauki jak się to zwykle przedstawia? Każdy sztuczny system o wysokim stopniu złożoności (nazwijmy go artilektem, czyli sztucznym intelektem), zdolny, podobnie jak nasz mózg, do komentowania własnych stanów, musi być też zdolny do „zdawania sobie sprawy” z tego, co się w nim dzieje, a więc do opisu swoich wrażeń, odczuć i reakcji w sposób, który można będzie określić jako świadomy. Artilekt mógłby na przykład powiedzieć: „Cóż to za odcień czerwieni, dawno nie widziałem takiego zachodu Słońca, przypomina mi przyjemne chwile spędzone na dyskusji z moim przyjacielem”. W sztucznym mózgu artilektu nie będzie zaprogramowanych wypowiedzi, będą tworzone na podstawie oceny własnego stanu wewnętrznego opartego na wcześniej zapamiętanych stanach oraz ocenie emocji wywołanych przez informację wzrokową.

Świadomość powinna być naturalną własnością systemu zorganizowanego w mózgopodobny sposób, wynikiem procesu komentowania własnych stanów wewnętrznych. Jeśli tak jest w istocie to świadomość może pojawić się w sztucznych systemach. Świadomość nie jest czynnikiem sprawczym naszego działania czy myślenia. Nie wiem przecież jak „świadomie” wywołać określone myśli, wpaść na pomysł, mogę jedynie skupić się nad problemem i oczekiwać, że coś mi przyjdzie do głowy. Tak będzie pod warunkiem, że mój mózg został odpowiednio wytrenowany i potrafi skojarzyć ze sobą już znane fakty. Podglądanie mózgu w czasie rozwiązywania problemów, w których pojawia się gwałtownie rozwiązanie (nazywane w psychologii procesem wglądu, lub określane jako proces Eureka!) pokazuje silne zaangażowanie prawej półkuli mózgu, która potrafi analizować problem w sposób intuicyjny, na niewerbalnym, abstrakcyjnym poziomie. Trudności w zdefiniowaniu pojęcia ‘świadomość’ nie przeszkadzają wcale w badaniach, szuka się bowiem takich sytuacji, w których stajemy się nagle świadomi, np. patrząc i niespodziewanie dostrzegając ukryty element obrazu lub alternatywną interpretację w przypadku obrazów niejednoznacznych. Potrafimy obserwować tego typu korelaty świadomości, jak też ocenić z grubsza stan emocjonalny na podstawie rejestrowanej aktywności mózgu. Nie wiemy jeszcze jak odczytać myśli czy też subtelne informacje na temat wrażeń doświadczanych przez daną osobę, ani nawet czy takie informacje zawarte są w sygnałach mierzonych za pomocą obecnie używanych metod. Badania w tej dziedzinie są obecnie prowadzone na szeroką skalę, może to więc być kwestią niezbyt odległej przyszłości.

Modele komputerowe są na razie dość prymitywne, daleko jest do tego by stworzyć sztuczną strukturę, która przypominałaby to, co mamy w mózgu. Trudno nam sobie wyobrazić świadomość w sztucznych urządzeniach, tak jak kiedyś trudno było sobie wyobrazić przesyłanie dźwięków lub obrazów przez druty a potem bez przewodów. Malutkie wgłębienia na płycie DVD niosą informację o dźwięku i obrazie, ale dopiero odtwarzacz i
telewizor potrafi je zamienić na rzeczywisty obraz i dźwięk. Sieci neuronowe w mózgu mogą pamiętać wiele wrażeń i faktów ale potrzebny jest cały organizm by „odtworzyć” zawarte w tych sieciach informacje. Artilekty będą miały inne zmysły i inaczej będą oceniać swoje stany wewnętrzne, dlatego ich świat wewnętrzny, a więc i ich świadomość, nie będzie identyczna z naszą (ludzie różnią się tu pod wieloma względami, zwłaszcza w przypadku świadomości refleksyjnej). Ogólne poczucie istnienia może jednak być podobne.

W tej chwili na świecie realizowanych jest kilka dużych projektów zmierzających do stworzenia złożonych, sztucznych systemów, które wykażą jakieś ślady świadomości. W niezbyt odległej perspektywie możliwe staną się symulacje mózgu na poziomie miliardów neuronów i stu trylionów połączeń. Przymiarki do takich symulacji zrobiono już kilka lat temu, ale jedna sekunda symulacji na 27 komputerach trwała 50 dni. W ciągu 10 lat dzięki postępowi w konstrukcji komputerów symulacje o złożoności potrzebnej do opisania w szczegółach całego mózgu będą dość rutynowe. W listopadzie 2007 roku zakończono pierwszy etap bardzo ambitnego projektu „Blue Brain”, prowadzonego od 2005 roku przez Politechnikę w Lozannie (EPFL) przy pomocy firmy IBM. Stworzono bardzo dokładny program, który na podstawie obserwacji kolumny kory mózgu symuluje liczącą kilkadziesiąt tysięcy neuronów strukturę ustanawiając pomiędzy neuronami w trzech wymiarach 30 milionów połączeń synaptycznych. Dzięki takim symulacjom możemy się upewnić, czy modele teoretyczne naprawdę wiernie opisują biologiczną rzeczywistość. Tak szczegółowy model kolumny korowej pozwala na robienie doświadczeń w komputerze (in silico), integrując w sobie gromadzoną od stu lat wiedzę na temat komórkowej budowy kory mózgu. Następny krok to z jednej strony symulacje neuronów na poziomie molekularnym i genetycznym, potrzebne dla zrozumienia wpływu leków na działanie kory mózgu, a z drugiej strony uproszczenia symulacji indywidualnych kolumn w celu stworzenie modelu całego mózgu.

Zajmie to jeszcze kilka lat, ale na razie wszystko wskazuje na to, że jesteśmy na dobrej drodze.

Włodzisław Duch zajmuje się neuroinformatyką kognitywną, jest kierownikiem Katedry Informatyki Stosowanej UMK oraz Prezydentem European Neural Network Society. Jego strona dostępna jest po napisaniu „W Duch” w dowolnej wyszukiwarce WWW.

http://www.fizyka.umk.pl/publications/kmk/07-Mozg-Newsweek.pdf

Opublikowany w biologia | Otagowane: , , | Zostaw Komentarz »

Przeznaczenie DNA?

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu styczeń 29, 2009

Naukowa opowieść o działaniu naszego DNA.

Dan Winter odkrył że fale harmoniczne pokrywają się z mechanicznymi falami naszego DNA które niejako “piszą” książkę z naszego DNA. Nasi genetycy znają litery i potrafią nawet czytać słowa, ale jest im bardzo daleko do czytania całego zdania i poznania kontekstu. Przez co nie wiedzą jak to się dzieje że jedno DNA się degeneruje a drugie ewoluuje.

- Odkrył też że kiedy wszystko jest ok, kiedy następuje harmoniczne sprzężenie fal, następuje wewnętrzna implozja w DNA naszej energii, dzięki to której możemy niejako osiągnąć wiele naszych celów. Następuje to poprzez samo osadzanie się torsyjnych pól magnetycznych które przez to że są samo-podobne jak fraktal zaczynają implodować.

- Konkretnie pole torsyjne zaczyna wewnętrznie się jednoczyć w jedno spójne centrum

Wtedy dzieje się coś cudownego dzięki geometrii fraktalnej, pole zaczyna zapadać się samo w siebie i niejako “wystrzeliwuje” szybciej od światła – poza czas. jest to mechanizm czysto biologiczny i nie potrzebujemy ciężkiego sprzętu aby … osiągnąć to co chcemy. Nawet podróżować w czasie.
Ten mechanizm jest odwzorowany w tej geometrii dwunastościanu (“stelażu” wszechświata)

- Pole magnetyczne ziemi jest ścisłe połączone z polem magnetycznym człowieka z energia która tworzymy żyjąc.

- Serce zaczyna proces samoosadzania się:

O dziwo to takie samo magnetyczne serce ma słońce i ziemia.

- Cały proces odbywa się dzięki temu że nasze DNA jest zbudowane ścisłe według matematycznych reguł Złotego Podziału, co dotyczy także fal magnetycznych i wirowych pól torsyjnych.

http://goldenmean.info/

http://prawda2.info/viewtopic.php?t=5054

Lista odtwarzania:
http://www.youtube.com/view_play_list?p=192600B522EA25FD

Opublikowany w biologia, psychologia | Zostaw Komentarz »

Ewolucja, bóg, paleobiologia

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu grudzień 31, 2008

Rozmowa z Profesor Zofią Kielan-Jaworowską — paleobiologiem, laureatką polskiego Nobla – Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej 2005.

Rzeczpospolita: „Chrześcijanin może wierzyć w bożą opatrzność i równocześnie, że życie może rozwijać się w procesach przypadkowych mutacji i naturalnej selekcji” – stwierdził dyrektor Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego. Czy naukowiec również może?

prof. Zofia Kielan-Jaworowska: Mam kilku kolegów, którzy to potrafią, choć ja nie wiem, w jaki sposób. Najwyraźniej jest im to potrzebne. Kiedyś jeden z przyjaciół powiedział mi z pewną wyższością, że nie każdy ma zdolność odczuwania pojęcia Boga. Odpowiedziałam mu, że mam zdolność odczuwania tego, co on nazywa Bogiem, a ja nazywam wszechświatem, ale nie mogę zaakceptować tego pojęcia według wyobrażeń pasterzy z Mezopotamii sprzed pięciu tysięcy lat. Uważam, że ludzie, nie potrafiąc zrozumieć nieskończonego wszechświata, stwarzają sobie jego symbol w postaci Boga. Wielu twierdzi, że człowiek został przez niego stworzony, gdy tymczasem sytuacja jest dokładnie odwrotna. To człowiek stwarza bogów — substytuty rzeczywistości, gdyż ułatwia mu to zaakceptowanie tego, czego nie rozumie.

W sporze o początek powstania świata, jaki trwa między ewolucjonistami a zwolennikami teorii inteligentnego projektu, stoi pani po stronie tych pierwszych.

Oczywiście, tak jak wszyscy paleontolodzy. Teoria inteligentnego projektu powstała na południu Stanów Zjednoczonych, bardziej zacofanym niż północ. W kilku amerykańskich miastach zbudowano ostatnio muzea ewolucji odtworzonej w sposób, w jaki opisuje ją Biblia. Ja mam wielu przyjaciół wśród tamtejszych paleontologów i żaden z nich nie przyjmuje teorii inteligentnego projektu. Jest ona bowiem sprzeczna z naszym doświadczeniem i wiedzą. Jak wykształcony człowiek może wierzyć, że magicznym zaklęciem Bóg stworzył człowieka, a następnie wyjął z niego żebro i stworzył kobietę? Zadziwia mnie to, że miliard ludzi na świecie bezkrytycznie przyjmuje te adoptowane na potrzeby Starego Testamentu i błędnie przetłumaczone sumeryjskie teksty. Wiedza o wszechświecie tych, którzy kilka tysięcy lat temu pisali Stary Testament, była o niebo mniejsza niż uczniów współczesnych szkół podstawowych. Pełen jest on naiwnych sprzeczności, na przykład takich, że pierwszego dnia Bóg stworzył światło, a Słońce stworzył dnia czwartego. Skoro nie było Słońca, to skąd przez pierwsze trzy dni brało się światło na Ziemi?

Czy w procesie ewolucji, który pani badała, wszystko jest wytłumaczalne, poznany jest cały łańcuch przyczynowo-skutkowy? A może istnieje jednak coś, co można właśnie wytłumaczyć jako dzieło boskie?

Niczego takiego nie ma. Nasza wiedza o ewolucji nie jest pełna, istnieją brakujące ogniwa, gdyż to, co odnajdujemy w ziemi, jest zapewne ledwie jedną milionową tego, co dawniej żyło.

Skoro wiedza jest niepełna, jest więc niedoskonała.

Oczywiście, że jest niedoskonała i nigdy doskonała nie będzie, bo nieskończony wszechświat jest nieogarniony. Nauki przyrodnicze rozwinęły się w ciągu zaledwie ostatnich 200 lat. Przez ten czas małym zespołem ludzi badamy historię Ziemi, która liczy cztery i pół miliarda lat. Mimo to, proces ewolucji jest bardzo dobrze udokumentowany. Luki nie podważają teorii ewolucji i są stale wypełniane.

Jakie luki?

Do niedawna na przykład zagadką było, w jaki sposób powstały wielkie ssaki morskie — wieloryby. Wreszcie w roku 2001 odkryto w Pakistanie szczątki ich przodków, którzy byli już przystosowani do pływania, ale jeszcze mogli chodzić po lądzie. Udowodniono, że wieloryby wyodrębniły się ze ssaków parzystokopytnych. Ale są to tylko niektóre ogniwa długiego szeregu ewolucyjnego i oczekujemy na dalsze odkrycia.

Głosi pani kontrowersyjną tezę, że człowiek pojawił się na Ziemi przez przypadek, mało tego, nawet w ogóle mogło się to nie wydarzyć.

Jestem o tym przekonana. Doszłam do tego wniosku w wyniku badań, jakie prowadziłam przez większą część życia. Zajmowałam się ssakami ery mezozoicznej, które pojawiły się na Ziemi 225 mln lat temu. Od tego czasu należy datować historię powstawania człowieka. Gdyby nie pewne zdarzenia, które zaszły w ciągu pierwszych 160 mln lat historii ssaków, człowiek mógłby rzeczywiście nigdy nie zaistnieć.

Co zadecydowało o tym, że istniejemy?

Ssaki powstały z gadów ssakokształtnych, które pojawiły się na Ziemi mniej więcej 320 mln lat temu. W ich ewolucji wystąpiło rzadkie w historii kręgowców lądowych zjawisko zmniejszania się rozmiarów. Działo się to w karbonie, permie i w triasie, czyli jeszcze do około 230 mln lat temu.

W tym czasie gady ssakokształtne przechodziły ze zmiennocieplności na stałocieplność. W zimnym klimacie, jaki panował w permie, zdolność utrzymania stałej temperatury ciała była korzystna przy dużych rozmiarach, bo zwalniała one proces stygnięcia. Sądzimy, że zwierzęta te nie posiadały jeszcze mechanizmów szybkiego oziębiania ciała. Kiedy klimat zaczął się ocieplać, a pod koniec triasu, 230 mln lat temu robił się już gorący, jedyną możliwością przetrwania powstających wówczas ssaków było drastyczne zmniejszanie rozmiarów i przejście na nocny tryb życia.

Dalsza historia ssaków, a więc powstania człowieka, związana jest z historią dinozaurów…

To prawda. Około 70 proc. współczesnych ssaków jest zwierzętami prowadzącymi nocny tryb życia. To pamiątka z pierwszych 160 mln lat naszej historii, kiedy dzienne nisze ekologiczne zajęte były przez dinozaury. W ich cieniu ssaki żyły przez ponad 2/3 swojej historii. Nie zmarnowały jednak tego czasu. Wykorzystały go do rozwoju mózgu. Nocne zwierzęta musiały mieć wyostrzone zmysły, zwłaszcza węch i słuch. Kiedy 65 mln lat temu, pod koniec okresu kredowego dinozaury wymarły, część ssaków zaczęła stopniowo zajmować ich dzienne nisze ekologiczne i powiększać swoje rozmiary. W rezultacie, gdy w erze mezozoicznej masę większości ówczesnych ssaków mierzymy w gramach, to już po sześciu milionach lat od wymarcia dinozaurów w tonach — różnica miliona razy!

Co po przejściu na stałocieplność i rozwoju mózgu było kolejnym etapem w tym procesie?

Ssaki naczelne, do których i my należymy, zaczęły prowadzić nadrzewny tryb życia. To, że wspinały się pionowo po pniach drzew, wpłynęło na powstanie postawy wyprostowanej. W kończynach górnych rozwinął się przeciwstawny palec, co później umożliwiło wytwarzanie narzędzi. W tym okresie rozwinął się także zmysł równowagi.

Około pięciu i pół miliona lat temu w rejonie Morza Śródziemnego nastąpił okres silnej suszy i zmniejszyła się powierzchnia lasów. Ssaki naczelne mogły już wtedy chodzić na dwóch kończynach i przeszły do życia na sawannach. W ten sposób drogą kolejnych zmian powstał człowiek.

To, o czym pani mówi, w dużej mierze wiadome jest dzięki badaniom skamieniałości. Jak to się dzieje, że na podstawie budowy żuchwy czy miednicy można się tak wiele dowiedzieć?

Anatomia człowieka i innych kręgowców odzwierciedla się w systemie kostnym. U ssaków puszka mózgowa jest całkowicie wypełniona przez mózg. W związku z tym jej wewnętrzny odlew zachowany w stanie kopalnym wygląda niczym ten organ. Widać na nim, jaki kształt miały płaty węchowe, półkule mózgowe, móżdżek, a z tego można wyciągnąć wnioski o rozwoju zmysłów i trybie życia.

Do zbadania budowy mózgu wieloguzkowców — wygasłej grupy pierwotnych ssaków roślinożernych żyjących w erze mezozoicznej — użyłam specjalnego mikrotomu, przyrządu do skrawania metali z nożem zbudowanym z niezwykle twardej stali z dodatkiem tytanu. Zatapiałam czaszki w żywicy epoksydowej i cięłam je na skrawki grubości 25 mikronów (mikron — tysięczna część milimetra). W ten sposób udało mi się właśnie odtworzyć przebieg nerwów, naczyń krwionośnych głowy i budowę mózgu.

Czy podobnie jak przypadkiem pojawiliśmy się na Ziemi, tak przez przypadek możemy z niej zniknąć?

Aby tak się stało, musiałby nastąpić kataklizm tak wielki, że zniszczyłby całe życie na Ziemi. Nie wyobrażam sobie, by to się stało zanim nasze Słońce po dalszych siedmiu miliardach lat istnienia zacznie wchodzić w postać czerwonego olbrzyma, by w efekcie zgasnąć. Jest więc dość czasu, by znaleźć sposób na kontynuację trwania nas samych i innych gatunków tam, gdzie nie dotrze zabójczy żar podstarzałego Słońca. Może tego dokonać tylko ludzki mózg, owoc ewolucji.

Rozmawiała Izabela Redlińska.

Tekst opublikowany pierwotnie w dzienniku „Rzeczpospolita”, 7.4.2006.

Opublikowany w biologia, ewolucja | Otagowane: , , , | Zostaw Komentarz »

ONE STEP BEYOND (1961)

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu grudzień 27, 2008

The Sacred Mushroom

PART 1

The origin of religion, according to Terrence McKenna, involves psilocybin, the toxin found in the genera of mushrooms that we will discuss today. This in itself is interesting, but did not originate with Mckenna. In 1986, shortly before his passing, Gordon Wasson put forth his own theory on the origin of religion from hallucinogenic mushrooms, specifically Amanita muscaria, with examples from several cultures that hehad previously described, in details. In addition, Wasson also believed that Soma was responsible for

“A prodigious expansion in Man’s memory must have been the gift that differentiated mankind from his predecessors, and I surmise that this expansion in memory led to a simultaneous growth in the gift of language, these two powers generating in man that self-consciousness which is the third of the triune traits that alone make man unique. Those three gifts – memory, language and self-consciousness – so interlock that they seem inseparable, the aspects of a quality that permitted us to achieve all the wonders we now know.”

A modified version of this theory was later developed by McKenna, in the late 1980’s. His theory differed from Wasson in that Mckenna believed that mushrooms containing the entheogen psilocybin, and he specifically says Stropharia cubensis, was responsible for the origin of religion and development of memory, language and self-consciousness. According to Mckenna, both events occurred in Africa, and began during the prehistoric, nomadic, hunting/gathering period of man’s existence. The conclusion that Stropharia cubensis was “The Tree of Knowledge” was based on the elimination of plants containing entheogens that are available in Africa. Mckenna further restricted the plants considered to those having entheogens with indole compounds, which are characteristically strong visionary entheogens. With these prerequisites, the list of hallucinogenic plants was short: Tabernanthe iboga and Peganum harmala (Syrian Rue). Although both are known to be used by religious cults, these species were eliminated from consideration. The roots of Tabernanthe iboga contain the the alkaloid ibogaine, the entheogen, is required in far greater amounts than would normally be consumed in a meal by early man. In addition, its usage is only traced as far back as the 19th. While Peganum harmala may be found through the arid part of Mediterranean North Africa, there is no history of its usage here and it, again, must be too highly concentrated or must at least be combined with dimethyltryptamine (DMT) before it will produce an hallucinogenic effect. With the elimination of these two species, McKenna was left only with psilocybin mushrooms. These mushrooms could be found abundantly growing on the dung of the hoovedA modified version of this theory was later developed by McKenna, in the late 1980’s. His theory differed from Wasson in that Mckenna believed that mushrooms containing the entheogen psilocybin, and he specifically says Stropharia cubensis, was responsible for the origin of religion and development of memory, language and self-consciousness. According to Mckenna, both events occurred in Africa, and began during the prehistoric, nomadic, hunting/gathering period of man’s existence. The conclusion that Stropharia cubensis was “The Tree of Knowledge” was based on the elimination of plants containing entheogens that are available in Africa. Mckenna further restricted the plants considered to those having entheogens with indole compounds, which are characteristically strong visionary entheogens. With these prerequisites, the list of animals that grazed in the grassland areas where they were being hunted. Stropharia cubensis was singled out because it was the only species thought to produce psilocybin in concentrated amounts and to be free of other compounds that may produce side-affects. It was the addition of the Stropharia to the diet of early man that led to better eyesight (an advantage for hunters), sex, language, and ritual activity (religion among them), when eaten. One qualification that should be added here. These are not characteristics that were endowed to the mushroom eaters and then transferred to later generations, genetically. This cannot happen because of the mechanism by which evolution operates! However, that’s another story that we don’t have time to get into. Instead, the mushroom augmented the above traits by changing the behavior of individuals. These changes in behaviors favored increased usage of language, leading to an increase in vocabulary to communicate when hunting and gathering. Although evolution was occurring on the genetic level, due to increase in mutations from the change in diet that had occurred, according to McKenna, social evolution, due to the mushroom consumption was responsible for the above changes.

PART 2


At the same time that language was developing, religion also began. When taken at levels that cause intoxication, a feeling of ecstasy occurs, with hallucination and access to what the user would perceive as the realm of the supernatural. This led to the origin of the shaman whose duty is to communicate with the unseen mind of nature (the gods?) (…)

In the case of Soma, the entheogen was even considered to be a god. In the psilocybin containing mushroom, this is not the case. Although the mushrooms are still considered to be sacred, their role differs from that of Soma. Teonánacatl is looked upon as the mediator of god. Also, unlike the A. muscaria, Teonánacatl represents a number of genera and species of mushrooms. However, the use of various species of mushrooms, containing psilocybin and psilocin toxins, in religious ceremonies are still known to occur. These toxins were identified as psilocybin and psilocin and belong to the same family of compounds as LSD. They were first isolated from Psilocybe mexicana, by Albert Hofmann. Hofmann tested the psychoactive properties of cultivated specimens of this mushroom and described his experience, in detail.

In North and South America, it is believed that the religious ceremonies originated from Asia, where it was traditionally believed that the first settlers of the Americas migrated, by crossing the Bering Strait, which connected Russia and America, during the last ice age. These people would eventually settle throughout North and South America, to form the many diverse cultures in the Western Hemisphere (…)

The earliest literature, concerning these sacred mushrooms that the Aztecs called Teonánacatl, flesh of the gods, was in the 16th. Century, by a Spanish Priest, Bernardino de Sahagún, in his Florentine Codex. In 1651, Francisco Hernandez, was able to distinguish between three different kinds of psychoactive mushrooms that were revered by the Indians of Central Mexico at the time of the conquest by the Conquistadors (…)

PART 3


Although de Sahagún specifically stated Teonánacatl to be a mushroom, in 1916, William Safford, an American botanist concluded that the stories of hallucinogenic mushrooms among American indians were actually Lophophora diffusa and L. williamsii, entheogenic cacti, locally referred to as Peyote and that the Indians were telling authorities that it was a mushroom in order to protect it. This story was disputed by Dr. Blas Pablo Reko, an amateur botanist, who was certain that Teonánacatl not only existed, but was was still being used in Mexico. News of this dispute would eventually reach Roberto Weitlaner, an Australian, amateur anthropologist. Weitlaner had witnessed a mushroom ceremony, in the early 1930’s and contacted Reko concerning the ceremony and sent voucher specimens of the mushrooms. Reko forwarded the specimens to the Harvard herbarium where they were received by a young Richard Schultes, at that time still a graduate student. In 1938, Schultes traveled to Mexico to verify that Teonánacatl was indeed a mushroom. It was his meeting with Eunice Pike, a missionary-linguist, who confirmed the identity of Teonánacatl . Collections of the mushrooms were made and in 1939 Schultes published Plantae Mexicanae II: The Identification of Teonanacatl, a Narcotic Basidiomycete of the Aztecs, in the Harvard Botanical Museum Leaflets (…)

“There is a world beyond ours, a world that is far away, nearby, and invisible. And there is where God lives, where the dead lives, the spirits and the saints, a world where everything has already happened and everything is known. That world talks. It has a language of its own. I report what it says. The sacred mushroom takes me by the hand and brings me to the world where everything is known. It is they, the sacred mushrooms, that speak in a way I can understand. I ask them and they answer me. When I return from the trip that I have taken with them, I tell what they have told me and what they have shown me.” (…)

The knowledge of magic mushrooms even spread to Hawai‘i, during the early 1960s. According to Dr. Mark Merlin, Professor of Biology, during the early 1960s, when the Peace Corp first began, some training was done in Hawai‘i. Apparently, some Peace Corp members were aware of magic mushrooms and knew that some species could be found on cow and horse dung. Although the mushrooms were probably present, in Hawai‘i, for as long as horses and cows have been here, prior to the arrival of the Peace Corp, knowledge of the mushroom’s psychoactive properties was not known. While there are few species that occur in Hawai‘i, they are apparently the same ones that occur in various parts of the world.

Dr. Merlin, and Mr. John Allen, a very enthusiastic collector of mushrooms, published an article in the Journal of Psychoactive Drugs, during the 1990s on the magic mushrooms that occur in Hawai‘i. Sadly, while María Sabina became famous, as the Shaman, that introduced the Wassons to participate in the religious ceremonies, in the town where she lived, she was ostracized for this same act. Her home was burned and she was banished from the town where she resided for revealing the secrets of the mushroom religious rituals to outsiders. However, she never regretted her act, and felt that it was her destiny. Maria Sabina passed away on November 22nd 1985 and is now a legend in Mexico.

The Aztecs of Mexico hold these mushrooms in great reverence and used them only in their most holy of ceremonies. Also, the mushrooms were not the only source of hallucinogens, mescaline, peyote and morning glory was also important in their religious ceremonies. Click here for further reading concerning the use of entheogens among the Mazatecs (…)

It was here that the new branch of ethnobotany began, and was named ethnomycology. Wasson would go on to publish numerous publications and books on the role of hallucinogenic mushrooms, not only in still-extant cultures in Mexico, but also in preconquest Mexico and eventually exploring ethnomycological studies in Europe and Asia. It was through his work that mycologists took an interest in the mushrooms involved in the ritual. It was with the above mentioned mycologists as well as Gaston Guzman, the Mexican mycologists, that the species used in these religious ceremonies became identified, and later the psychoactive principles identified through the efforts of Albert Hofmann. Hoffman also synthesized these compounds, in the lab, and made it into a pill that was generically called Indocybin. One of these bottles was presented to Maria Sabina who after trying it told Hofmann that its effects were indistinguishable from the mushrooms.

The use of psychoactive mushrooms was not restricted to Mexico. Later studies by various researchers would demonstrate that they were used by various Indians in Meso – and South America, dating as far back as 2200 years, as well as in other parts of the world (…)

Opublikowany w biologia, magia | Otagowane: | Zostaw Komentarz »

Niebezpieczeństwa biokolonizacji

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu listopad 23, 2008

Przeciętny komunikat, jaki otrzymuje przeciętny odbiorca czytający informacje związane ze stykiem biotechnologii i gospodarki, jest mniej więcej taki: nowe technologie związane z poznawaniem struktury genetycznej roślin, zwierząt i ludzi są kolejnym etapem postępu – tak, jak inżynierowie wieku XIX dzielili, zbierali i przetwarzali przeróżne części nieożywione, minerały czy paliwa kopalne, tworząc maszyny i produkty ery przemysłowej, tak dzisiejsi bioinżynierowie manipulują materią żywą tworząc nowe możliwości zysku oraz – w automatyczny sposób – nową erę prosperity dla ludzkości nowego wieku. Obietnica zysku dla wszystkich przesłoniła pytania, które pojawiają się wyjątkowo rzadko: Czy powinniśmy zmieniać strukturę genetyczną żywej części przyrody w imię zysku lub użyteczności? Czy jest jakaś granica dla liczby lub rodzaju ludzkich genów aplikowanych zwierzętom bądź odwrotnie? Czy nasz zespół genów jest wspólną własnością, czy też może stać się własnością korporacji lub rządów?

Choć większość badań opinii społecznej w krajach, w których biotechnologia rozwija się najszybciej, pokazuje, że ludzie chcą brać udział w poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania, że są dla nich ważne, a brak odpowiedzi rodzi spiskowe teorie, to jednak melanż polityki i ekonomii prowadzi do sprawnego spłycania i dostarczania dawki public relations w miejsce odpowiedzi. Biorąc pod uwagę, jak wielkie pieniądze i władza są do wygrania, nie powinniśmy się dziwić, że obecny sekretarz ds. obrony USA, Donald Rumsfeld, był głównym dyrektorem Searle Pharmaceuticals (obecnie część wielkiej korporacji Monsanto Pharmacia). Wpływy i interesy związane z najnowszą biotechnologią dawno już przekroczyły granice laboratoriów.

W całej Azji ryż jest podstawą różnorodności biologicznej i kulturowej, ludzie postrzegają go jako część swej historii, krajobrazu, religii. W Indiach jest często określany słowem prana – oddech życia. W niektórych częściach Indii w pierwszy dzień nowego zasiewu rolnicy wymieniają się ziarnami i składają ich część w ofierze lokalnemu bóstwu. Słowo dhana oznacza ryż, ale także dar i bogactwo.

Przed rozpoczęciem „Zielonej Rewolucji” w Indiach było 200 tys. odmian ryżu (1). Jej końcowym efektem było wydatne zmniejszenie tej ilości odmian oraz zwiększenie liczby chorób i szkodników, z którymi musieli się borykać drobni rolnicy. Panaceum na ów problem miały stanowić genetyczne modyfikacje roślin, wykonywane w lwiej części przez korporacje z siedzibami w USA. Przykładem może być odmiana ryżu nazwana „złotym”, która miała przeciwdziałać ślepocie – dodajemy trochę genów z żonkila i bakterii i otrzymujemy ryż z dużo większą zawartością beta-karotenu, który w naszych organizmach zamienia się w witaminę A. Jednak ryż odpowiedzialny jest tylko za bardzo niewielką część spożycia witaminy A, cała reszta pochodzi z zielonolistnych ziół i warzyw. Brak tej witaminy występuje w Indiach tam, gdzie zniszczona została wcześniejsza bioróżnorodność będąca filarem rolnictwa. „Cudowna” technologia jest oparta na krótkowzrocznym myśleniu – to przemysłowe rolnictwo staje się przyczyną braku witaminy A u Hindusów i tylko przez powrót do zasad bioróżnorodności będzie można rozwiązać problem.

Ale na zastępowaniu darmowej różnorodności przez drogą monokulturę się nie kończy. Kilka lat temu pewnej korporacji biotechnologicznej udało się opatentować jedną z najbardziej znanych odmian ryżu – „basmati” (patent numer 566484) (2). Celera Genomics, jedna z bardziej znanych bio-firm, zaoferowała niedawno dostęp do danych genomu ryżu za 30 mln dolarów na 5 lat.

W poszukiwaniach przyczyn naszych „globalnych” problemów jesteśmy przyzwyczajeni do patrzenia tam, gdzie – jak nam się wydaje – są one widoczne gołym okiem: koncentrujemy się na decyzjach głów państw, gremiów międzynarodowych czy też przysłowiowej „ilości dywizji”. Ci, którzy zajmują się badaniem systemów (naturalnych, ludzkich) znają natomiast mnóstwo przykładów ilustrujących sytuację, w której bardzo mała, pozornie nieznacząca zmiana, może prowadzić do nieprzewidywalnych skutków. W przypadku biokolonizacji stało się właśnie tak, że w praktycznie niezauważalny sposób, bez żadnych fanfar wojennych i manifestów, znaleźliśmy się w świecie, w którym prawnikom występującym w imieniu brytyjskiej placówki naukowej i teksańskiej firmy nie wydawało się absurdem wystąpienie do Europejskiego Biura Patentowego o zezwolenie na opatentowanie… kobiet, które byłyby genetycznie zmodyfikowane w celu produkcji ulepszonych ludzkich protein w gruczołach mlecznych. Podanie było tak przygotowane, żeby do grupy mogącej podlegać opatentowaniu włączyć wszystkie samice ssaków, wespół z ludzkimi. Prawnik argumentował, że aplikacja była przygotowana w sposób umożliwiający włączenie kobiet do tej populacji, ponieważ „ktoś, gdzieś może zdecydować kiedyś, że ludzie mogą podlegać opatentowaniu” (3).

Za ów mały kamyk uruchamiający cały proces biokolonizacji ludzie zajmujący się nią na co dzień uważają decyzję amerykańskiego Sądu Najwyższego, który w 1980 r. ogłosił zaskakujący werdykt oznaczający rozpoczęcie procesu patentowania życia. Kilka lat wcześniej firma General Electric wystąpiła do Biura Patentowego o patent na konsumujące ropę bakterie stworzone przez jednego z pracowników, niejakiego Chakrabartiego. Urząd Patentowy odrzucił prośbę argumentując, że na podstawie tradycyjnej doktryny prawnej organizmy żywe („twory natury”) nie podlegają opatentowaniu. Jednakże GE, jako korporacja odpowiednio silna i zdeterminowana, złożyła apelację, która opierała się na założeniu, że formy życia są jedynie produktami chemicznymi, więc mogą być patentowane w takim samym stopniu, co inne „towary”. Sąd Najwyższy przyznając patent GE stwierdził, że sednem sprawy nie jest „odpowiednie rozróżnienie pomiędzy organizmem żywym a materią nieożywioną”, lecz to, czy istoty żywe mogą być postrzegane jako „wynalazki człowieka” (4). W tym momencie zbiegły się sprawy biotechnologii, prawa oraz ekonomii, ponieważ wynalazek człowieka jest traktowany w teorii ekonomii jako towar. Co więcej, cechy jakościowe „towaru”, które są konstytutywne w naukach naturalnych, są niedostrzegane przez ekonomię, która patrzy na wynalazek (towar) wyłącznie od kątem jego wartości wymiennej.

W 1988 r. Biuro Patentowe USA rozszerzyło decyzję w sprawie Chakrabartiego na genetycznie modyfikowane rośliny i nasiona – nastała era gorączki patentowej. Rozpoczęcie w latach 90. procesu patentowania ludzkich genów pociągnęło za sobą strumień funduszy i inwestycji płynących do sektora genetyki i biotechnologii. Z punktu widzenia historii ekonomii można wyraźnie rozpoznać proces, którego patentowanie życia jest częścią – w naszym języku nosi on nazwę „ogradzania” i sprowadza się po prostu do prywatyzacji i monopolizacji tego, co zwykliśmy nazywać dobrem wspólnym. Różnica polega na tym, że tym razem ogradzaniu nie jest poddawana ziemia, ani nawet woda pitna (jak to ma miejsce w coraz większej liczbie krajów); tym razem ogradzaniu podlega nasza spuścizna genetyczna.

Pytanie, które zadają sobie firmy „ogradzające” pulę genetyczną, jest zawsze takie samo: „Jaki zysk, poza sprzedażą patentu czy licencji, może przynieść dana modyfikacja?”.

Patrząc np. na „doskonalenie” świata roślin widać, że większość modyfikacji genetycznych zmierza do tego, aby warzywa i owoce mogły przynosić większe plony, przetrwać daleki transport, długo leżeć na półce nie psując się lub też żeby poprawić ich wygląd. Natomiast ilość zmian zmierzających do poprawienia wartości odżywczych jest znikoma.

Założenie o panowaniu paradygmatu finansowego w przypadku tego, co jemy lub czym się leczymy prowadzi nieodmiennie do ustanawiania w tych sferach dominacji tylko jednego celu działania: wzrostu zysków. Najbardziej znanym przykładem tego imperatywu jest hormon BGH wyprodukowany przez Monsanto w celu zwiększania produkcji mleka u krów. Skutki BGH dla samych krów oraz spożywających mleko ludzi były tragiczne i przez długi czas ukrywane przez zainteresowaną firmę, starająca się nie dopuścić do publikacji materiałów materiałów prasie i telewizji. (5)

Zwracam uwagę na centralną rolę wzrostu również dlatego, żeby pokazać, iż w świecie, w którym okres podejmowanych decyzji inwestycyjnych jest bardzo często krótszy niż pół roku (perspektywa akcjonariusza) koncerny biotechnologiczne muszą rosnąć równie szybko jak inne firmy, jeśli chcą konkurować o kapitał. Zgodnie z opinią jednego z szefów firmy dokonującej wstępnych testów dla wielkich korporacji farmaceutycznych, minimalny, tolerowany wzrost (10-20% rocznie) oznacza dla typowego giganta zidentyfikowanie od 3 do 5 pewnych kandydatów na nowy przebój farmaceutyczny w ciągu roku. (6) Niezależnie od tego, czy nauka jest w danym momencie w stanie dostarczyć ich, czy też nie, muszą się one znaleźć na rynku.

Podobnie jest oczywiście w przypadku mnóstwa innych sektorów gospodarki – myślę jednak, że nie trzeba zajmować się nauką, żeby widzieć różnicę między nowym programem Microsoft’u, a nowym lekiem czy zmodyfikowaną bakterią bądź rośliną.

Zapewne niewielu z nas myśli o tym, że sposób zaprojektowania systemu gospodarczego wpływa na selekcję ludzi, którzy będą nim kierować. Ale przykład biznesu biotechnologicznego pokazuje, w jakim stopniu schemat, w którym się znajdują, wpływa na ich widzenie relacji występujących w przyrodzie (oraz na materiały edukacyjne, które firmy tego typu sponsorują na całym świecie). W 1992 r., podczas debaty na temat wejścia jednego z kilku głównych koncernów agro-produkcyjno-dystrybucyjno-promocyjnych – firmy Cargill, do Indii, szef tej firmy stwierdził: „Przynosimy hinduskim farmerom nowe technologie, które uniemożliwiają pszczołom uzurpację procesu zapylania”. Podczas spotkań mających prowadzić do stworzenia zasad tzw. BioBezpieczeństwa w ramach ONZ, firma Monsanto rozprowadzała literaturę, według której „chwasty kradną światło słoneczne”. Korporacje tego typu widzą sieć zależności i odnawiających się cykli życia jako „kradzież” ich własności. (7) Warto przy tym pamiętać, że kiedy słyszymy słowo „produktywność”, to oznacza, że bierzemy pod uwagę przychód pieniężny wygenerowany przez możliwie homogeniczny proces. Jak mówi o tym w swej książce „Stolen Harvest” (Skradzione zbiory) Vandana Shiva, pogląd opisujący zapylanie jako „kradzież pszczół” i twierdzenie, że zróżnicowane rośliny (wszystko, co nie jest uprawą, na którą akurat jest popyt na rynku globalnym, staje się chwastem) „kradną” światło, automatycznie prowadzą do zastępowania zróżnicowanych, naturalnie zapylanych odmian przez hybrydy i niszczenia bioróżnorodności flory poprzez środki i rośliny „chwastobójcze”.

Jedna z najbardziej znanych spraw związanych z patentowaniem życia wiąże się z osobą Johna Moore’a, mieszkańca Kalifornii, który trafił do szpitala z powodu pewnego rodzaju białaczki. Część jego śledziony została usunięta, ale lekarze nie powiedzieli mu, że przekazują ją firmie biotechnologicznej, która następnie hodowała ją w laboratorium, uzyskując kolonie komórek stosowanych do celów terapeutycznych. Patent na ten rodzaj komórek okazał się być wart bardzo dużo pieniędzy. Kiedy Moore kilka lat później dowiedział się o tym, pozwał firmę do sądu. Uważał, że pobrana część należała do niego i w związku z tym DNA też jest jego własnością. Ale sędzia orzekł, że ponieważ śledziona była już poza jego organizmem, nie należała do niego, komórki z niej pobrane mogły być opatentowane, czyli „wynalezione”(8). Sędzia nie potrafił udzielić odpowiedzi na pytanie, czy część pozostająca nadal wewnątrz Johna Moore’a (zawierająca to samo DNA) jest również wynaleziona. Ten wyrok był również kluczowym dla dalszego rozwoju sytuacji, ponieważ pokazał, że możliwa jest sytuacja, w której każdy może zdobyć prawa do naszego DNA.

System patentowania został wymyślony dla świata maszyn i stosowanie go do organizmów żywych rodzi problemy, które nie wydają się mieć żadnego sensownego rozwiązania. Organizmy żywe, od mikrobów przez rośliny do zwierząt, nie są wynalazkami. Identyfikacja lub izolacja genu przypomina zaś odkrycie, nie wynalazek. Niektóre przepisy, jak słynny już artykuł 27(3) układu TRIPS (układ regulujący handlowe aspekty własności intelektualnej, będący częścią reguł WTO) zezwala na zwolnienie z wymogu podporządkowania się wymogom prawa patentowego roślin i zwierząt, ale „mikroorganizmów i procesów mikrobiologicznych” to już nie dotyczy. Tymczasem biolodzy uważają, że nie ma wyraźniej granicy pomiędzy mikrobami, roślinami i zwierzętami, ponieważ wszystkie te formy życia korzystają z tych samych procesów. Jeden z biologów uzmysłowił mi to pytaniem: Porosty są symbiotycznym związkiem jednokomórkowych alg (lub mikrobów) i grzyba (ani roślina, ani zwierzę). Jaki jest ich status w świetle prawa patentowego? (9)

Pomimo nacisku wywieranego przez firmy biotechnologiczne, które przecież w coraz większym stopniu są dysponentami funduszy badawczych potrzebnych naukowcom, wielu z nich uważa, że patentowanie organizmów genetycznie modyfikowanych lub ich wytworów (np. nasion) nie powinno mieć miejsca, ponieważ proces reprodukcji jest procesem naturalnym, nie wynalazkiem. Zezwolenie na patentowanie produktów procesów naturalnych równa się sytuacji, w której firma posiadającą patent na projekt lasera używanego do operacji rogówki opatentuje osobę, która została „zmodyfikowana” przez użycie tego lasera.

Podobnie jest z funkcjami genów. Geny mogą funkcjonować wewnątrz komórki lub organizmu – nadanie patentu równałoby się znowu opatentowaniu całego organizmu. Funkcje genów są ponadto nieprzewidywalne: będą zależeć od komórki, do której zostaną wstawione, w które miejsce chromosomu, w jakim środowisku itd.

Ci sami naukowcy często zwracają uwagę, że twierdzenie firm biotechnologicznych, iż patentowanie – leków, zwierząt czy roślin – jest konieczne w celu rozwoju nauki, nie znajduje potwierdzenia w praktyce. Genset, jedna z francuskich firm biotechnologicznych, dwa lata temu miała 28 otwartych aplikacji patentowych na geny lub ich sekwencje i ani jednego leku stworzonego dzięki tym „wynalazkom”. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, jak duże pieniądze może przynieść samo posiadanie patentu, pytanie o zastosowanie staje się nieważne. Zgodnie z danymi Gene Watch UK sprzed roku, władze patentowe najbogatszych krajów świata zarejestrowały żądania wydania patentu pochodzące od instytucji prywatnych i publicznych na więcej niż 127 tys. genów ludzkich lub częściowych sekwencji genów. 40 dotyczy serca, ryżu – 152. „Ogradzanie” samo w sobie może przynieść trudno wyobrażalne dochody.

Ci, którzy uważają, że patentowanie życia oznacza najnowszy etap kolonizacji, nie koncentrują się jednak wyłącznie na szczegółach prawa patentowego. Byłoby to równoznaczne ze zgodą na zaplątanie się w meandrach prawniczo-naukowej dyskusji, w której dodatkową rolę odgrywają gry interesów na szczeblu lokalnym i globalnym. Argumenty przeciwko biokolonizacji wydają się być możliwe do przedstawienia w kilku punktach:

  • „posiadanie” życia i kontrolowanie go dla prywatnego zysku jest nieetyczne. Uczucie „tak nie wolno” jest obecne we wszystkich społeczeństwach – z badań antropologicznych wynika, że wyewoluowało ono w nas prawdopodobnie na długo przed stworzeniem jakichkolwiek religii czy cywilizacji i wciąż jest obecne;
  • rośliny, zwierzęta, geny, mikroorganizmy itd. są częścią przyrody i nie mogą być uważane za wynalazek;
  • patentowanie życia skoncentruje kontrolę nad medycyną i rolnictwem w rękach kilku korporacji, których przyszłe badania nie będą kierowane przez zasadę ostrożności i ludzkich potrzeb, ale przez kryterium zysku;
    praktyka pokazuje, że patentowaniu podlega wiedza rolnicza i medyczna tych społeczności, na których terenach wciąż istnieją duże zasoby żywej przyrody, a nowoczesny styl życia nie jest dominującym. Gros takich społeczności znajduje się w krajach Południa. Ich znane od wieków sposoby medyczne są opatentowywane niezależnie od tego, że patent należał się tradycyjne jedynie nowemu wynalazkowi. Zasady związane z reżimem własności intelektualnej, wprowadzane m.in. przez WTO, mają taki skutek, że pierwotni autorzy są zmuszani do kupowania opatentowanego produktu od nowego właściciela;
  • ilość miejsc pracy tworzonych przez sektor biotechnologii/biokolonizacji jest ułamkiem tego, co jest tracone w procesie przejmowania kontroli nad medycyną i rolnictwem.

Bio-biznes odpowiada na to, że nie możemy się zatrzymać, że obecna droga jest „jedyną”, która pozwala na zaradzenie zagrożeniom i wyzwaniom stojącym przed „ludzkością” (retoryka jest niestety zadziwiająco podobna do wypowiedzi związanych z „zagrożeniem terroryzmem”). Ci, którzy protestują, nie pozwalają na wynalezienie nowych leków i upraw, a nawet „nadużywają demokracji”.

Dominującym rodzajem dyskursu jest ten, który niemiecka biolog Christine von Veizsacker nazwała „pułapką tragicznych decyzji”, sprowadzającą się do pytania: „jak przygotować się na to, co nadchodzi?”. Jesteśmy kompletnie nieświadomi tego, jak często owa „pułapka” jest stosowana; zazwyczaj przyjmuje ona formę prezentowania naszej sytuacji jako następującego dylematu: co wybieramy – pszenicę zmodyfikowaną w celu odporności na środek chwastobójczy czy głód na świecie; miejsca pracy czy degradację środowiska; energię nuklearną czy globalne ocieplenie.(10) Tak – fałszywie – przedstawiane alternatywy prowadzą do powstawania rozmaitych komitetów etycznych, których zadaniem ma być dostarczenie rad, które pomogą w tworzeniu „poprawnych” hierarchii wartości zmniejszając w ten sposób ból głowy potencjalnych decydentów politycznych.

Wszelkie pytanie naśladujące „pułapkę tragicznych decyzji” można przedstawić jako analogię do sytuacji, gdy specjalista od etyki próbuje przygotować matkę dwójki dzieci na tragiczną decyzję związaną z pytaniem, które z nich powinna ratować, jeśli znajdzie się z nimi za burtą promu, na środku głębokiego jeziora. Jednakże matki rzadko wzywają profesorów etyki w celu przygotowania ich na taką ewentualność. Niektórzy ze specjalistów mogliby uznać zapytanie matek jak sobie radzą z wychowaniem więcej niż jednego dziecka za niezbyt naukowe i nazywać to etyką indukcyjną, ale w istocie odpowiedź na to pytanie daje wskazówkę, gdzie szukać rozwiązania problemów, o których mówi ten tekst.

Jak więc odpowiedzialne matki unikają „pułapki tragicznych decyzji”? Pytają tubylców, czy sternik łodzi nie pije zbyt dużo; patrzą na niebo starając się odgadnąć pogodę; dobrze przyglądają się łodzi, sprawdzają, czy jest wystarczający zapas kamizelek ratunkowych; uczą dzieci pływać; jeśli nie są pewne, decydują się na autobus, który jedzie wokół jeziora; a czasami w ogóle rezygnują z pomysłu podróży na drugi kraniec jeziora. A więc zużywają mnóstwo swojej energii i inteligencji na uniknięcie konieczności podejmowania „tragicznych decyzji”, a nie na przygotowania do niej. Christine von Veizsacker nazywa te wszystkie rozsądne i w gruncie rzeczy niezbyt trudne sposoby unikania tragedii po prostu „kulturą”, dzięki której ludzie mogą godzić różne cele i wartości. (11)

Poruszone wyżej, poważne problemy wynikające z prób modyfikowanie organizmów żywych, nie znajdują i nie znajdą rozwiązania jedynie na gruncie nauki, zwłaszcza w momencie, gdy zaufanie do niej wydaje się słabnąć. Erozję tego zaufania przypisuje się zazwyczaj negatywnym skutkom postępu technicznego, wynikłym z redukcjonistycznego paradygmatu naukowego. Osobiście wydaje mi się, że poważniejszym problemem jest wzrastające uzależnienie naukowców od finansowania przez podmioty uznające za główną zasadę maksymalizację zysku, a także rosnąca specjalizacja dziedzin nauki (oczywiście powiązana z redukcjonizmem), która w coraz większym stopniu uniemożliwia wzajemną dyskusję zarówno pomiędzy przedstawicielami różnych nauk jak i pomiędzy naukowcami a społeczeństwem. Niebezpieczeństwa związane z biokolonizacją uwidaczniają wyraźniej niż w wielu innych przypadkach wyzwanie związane z pytaniem o status, kształt i rolę przyszłej nauki.

Maciej Muskat

Post Scriptum: 24 grudnia 2002 brytyjski Departament ds. Środowiska, Żywności i Spraw Wsi opublikował wyniki 8-letnich badań na tzw. farmach testowych, których celem była odpowiedź na pytanie czy genetycznie modyfikowane odmiany roślin mogą „zanieczyszczać” normalne gatunki, czyli krzyżować się z innymi uprawami i chwastami, tworząc w sposób niezamierzony np. nowe odmiany roślin odpornych na środki chwastobójcze. Odpowiedź brzmi wyraźnie: TAK. Badania brytyjskie były jak dotąd najszerzej zakrojonymi pod względem czasu ich trwania. (12)

Przypisy:

1) Shiva V. „World in a grain of rice”, The Ecologist, Vol. 30, No 9, 2000/2001
2) Ibidem s.51
3) Kimbrell A. “Biocolonization. The patenting of Life and the Global Market in Body Parts”, w: The Case Against the Global Economy, Sierra Club Books, New York 1996, s. 136
4) Ibidem, s. 134
5) Więcej na ten temat: „Walka z prawdą”, Magazyn Obywatel nr 3/2001
6) Kimbrell A. “Biocolonization. The patenting of Life and the Global Market in Body Parts”, w: The Case Against the Global Economy, Sierra Club Books, New York 1996, s. 135
7) Shiva V., „Stolen Harvest” South End Press, Cambridge, MA, 2000
8) więcej na ten temat: wywiad z Prof. Markiem Comptonem, “Genetic Turf Wars: Whose DNA Is It Anyway?,” DNA Dispatch, November, 2000.
9) Rozmowa osobista z Brianem Goodwinem, biologiem z Open University, UK oraz Schumacher College, UK
10) Von Veizsacker Ch. „Competing notions of biodiversity”, w: Global Ecology. A New Arena of Political Conflict”, Zed Books, London, 1993
11) Ibidem, s. 130
12) Department for Environment Food and Rural AffairsDepartment for Environment Food and Rural Affairs

http://www.greenpeace.org/poland/kampanie/stop-gmo/przemysl-inzynierii-genetycznej/biokolonizacja

Opublikowany w biologia | Otagowane: | Zostaw Komentarz »