Psychoneurocybernauta inc!

Bieda materialna, to bogactwo duchowe, Tak iluzjoniści wyprali tobie głowę.

  • Principia Discordia

    Naprzód rycerze Chrystusa,
    Naprzód kapłani Buddy,
    Naprzód owoce Islamu,
    Walczcie do upadłego,
    Toczcie małe potyczki,
    Jednoczcie się
    pod ostrzałem
    Ku Wielkiej Chwale
    Dys-kor-dii.
    Je, je, je, Je, je, je, je, Buuuuuuuuum!
  • Ralph Waldo Emmerson

    Religia jednego wieku staje się literacką rozrywką następnych.
  • Aleister Crowley

    Czyn wole swą, niechaj będzie całym Prawem.

    Nie masz żadnego prawa prócz czynienia twej woli. Czyn ja i nikt inny nie powie nie.

    Każdy mężczyzna i każda kobieta jest gwiazdą.

    Nie ma boga prócz człowieka.

    Człowiek ma prawo żyć wedle swych własnych praw
    żyć tak jak tego chce
    pracować tak jak chce
    bawić się tak jak chce
    odpoczywać tak jak chce
    umrzeć kiedy i jak chce

    Człowiek ma prawo jeść to co chce: pić to co chce: mieszkać tam gdzie chce: podróżować po powierzchni Ziemi tam gdzie tylko chce.

    Człowiek ma prawo myśleć co chce
    mówić co chce: pisać co chce: rysować, malować, rzeźbić, ryć, odlewać, budować co chce: ubierać się jak chce

    Człowiek ma prawo kochać jak chce

    Człowiek ma prawo zabijać tych, którzy uniemożliwiają mu korzystanie z tych praw

    niewolnicy będą służyć

    Miłość jest prawem, miłość podług woli.
  • Terence McKenna

    Skoro już w XIX wieku zgodziliśmy się przyznać, że człowiek pochodzi od małpy, najwyższy czas pogodzić się z faktem, że były to naćpane małpy.
  • Anarchizm metodologiczny

    Anarchizm metodologiczny - jest programem (a właciwie antyprogramem), zgodnie z którym należy z wielką ostrożnością podchodzić do każdej dyrektywy metodologicznej, (w tym do samego anarchizmu) bowiem zaistnieć może sytuacja, w której lepiej jest z anarchizmu zrezygnować (aby nie hamować rozwoju wiedzy) niż go utrzymywać.
    Paul Feyerabend
  • Lustro Rady dotyczące obecności i świadomości

    Aby przejąć władzę nad królestwem, musi się obalić króla; nie wystarczy pokonać kilku dworzan ani podbić kilku wiosek.

    Jeśli więc nie wiemy, jak utrzymywać obecność bez rozproszenia, a zamiast tego pozwalamy sobie zatracić się w rozproszeniu i iluzji, nigdy nie uwolnimy się z niekończącej się transmigracji.

    Jeśli zaś nasz umysł nie rozprasza się i nie zapomina, lecz uzyskuje samokontrolę i utrzymuje obecność swojego prawdziwego Stanu, nie warunkując się iluzją, wtedy staje się esencją wszystkich nauk i korzeniem wszystkich ścieżek.

    Namkhai Norbu Rinpocze
  • Strony

Archiwum kategorii ‘ateizm’

Biblia to gówno prawda.

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu październik 28, 2009

Opublikowany w ateizm, teizm | Zostaw Komentarz »

Metafizyka zła i doświadczenie zła

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu lipiec 17, 2009

Przegląd ludzkich rozmyślań na temat zła byłby tym samym, co przegląd całych dziejów teologii, filozofii, religii i literatury ? od Rigwedy przez Platona, przez Dostojewskiego do Jana Pawła II. Przegląd zaś faktycznych działań zła w życiu ludzkim byłby tym samym, co przegląd całej historii ludzkości, od plemion paleolitycznych do tej właśnie chwili.

Znane są dwa sposoby – każdy z licznymi odmianami – w jakie filozofowie, teologowie, uczeni i zresztą zwyczajni ludzie usiłowali w ciągu stuleci uporać się z tak zwanym problemem zła. Nie inaczej niż w przypadku wszystkich wielkich spraw ludzkich możemy albo próbować rozwiązać “problem”, albo pozbyć się go, oświadczając, że jest on źle postawiony i że po prostu nie istnieje. Wśród tych, co starali się zagadkę zła zgłębić, znajdujemy wyznawców dwóch przeciwstawnych (przynajmniej tak się zdaje) opcji metafizycznych: manichejczyków i chrześcijan. Wśród tych, co unieważniali pytanie (z powodów rozmaitych), są niektórzy mistycy, niektórzy panteiści, wszyscy marksiści i komuniści, większość innych utopistów, większość głosicieli naturalistycznego poglądu na świat, jak wyznawcy Nietzschego, naziści i darwiniści filozofujący.

Jest prawdą trywialną, że pojęcie zła jako czystej negatywności jest zwyczajną dedukcją z wiary w jedynego Stwórcę, który poza tym, że jest jedyny, jest zarazem nieskończenie dobry. Jest to, powtarzam, dedukcja, nie zaś sprawa doświadczenia. Teodycea chrześcijańska podejmowała ogromny, heroiczny wysiłek, by dać odpowiedź na najpospolitsze doświadczenie zwykłych ludzi, doświadczenie zła. Kiedy święty Augustyn powiada, że sama obecność zła musi być dobra, inaczej bowiem Bóg nie pozwoliłby złu się pojawić, mówi coś, co w kategoriach chrześcijańskich jest oczywiste: cokolwiek jest, jest dobre, istnienie jako takie jest dobre. Jest to wydedukowane z idei Boga; zakłada, że Bóg mógł był zła nie dopuścić, ale z powodów, które On zna lepiej, wolał na nie zezwolić. Leibniz wyjaśnia te powody bliżej, także w drodze dedukcji. Dowiódłszy koniecznego istnienia Boga i osobno Jego najwyższej dobroci, wnosi stąd, że Bóg musiał był stworzyć najlepszy świat, jaki jest logicznie pojmowalny, i to jest świat, który zamieszkujemy; każdy inny byłby gorszy. Sławne szyderstwa Woltera w tej sprawie są zbyt łatwe. Leibniz był świadom okropności życia. Mimo to wiara w najwyższą dobroć stworzenia jest nieodparta przy założeniu takiej idei Boga. Bóg w swojej wszechogarniającej mądrości rozwiązał nieskończenie zawiłe równanie wariacyjne, za pomocą którego obliczył, jaki świat wytworzyłby maksimum dobra. Chrześcijańska tradycja podkreślała zawsze, za Platonem, odróżnienie między złem moralnym i cierpieniem. Zło moralne, malum culpae, jest nieuchronnym skutkiem obecności wolnej woli ludzkiej (albo i anielskiej) i stwórca wykalkulował, że świat zaludniony stworzeniami rozumnymi i obdarzonymi wolną wolą, a więc zdolnymi do czynienia zła, wyprodukuje więcej dobra aniżeli świat, którego mieszkańcy byliby faktycznie automatami, tak zaprogramowanymi, że nigdy by zła nie czynili (zapewne, chociaż Leibniz nie mówi tego explicite, nie mogliby też dobra czynić, bo dobrymi nazywamy na ogół uczynki z wyboru, nie zaś pod przymusem spełniane). Co do cierpień, które nie są przez ludzi sprawione (malum poenae, w chrześcijańskiej mowie), mamy dwie możliwe odpowiedzi. Jedna powiada, że jest to dzieło złośliwych duchów, które Bóg dopuszcza, by nas pokarać, poprawić, ostrzec itd. Inna, w duchu Leibnizjańskim, wyjaśnia, że cierpienia takie są wynikiem działań praw natury, Bóg zaś nie jest w tym sensie wszechmocny, by mógł wszystko ze wszystkim w dowolnych układach połączyć i nałożyć na świat fizyczny porządek, gdzie rzeczy nie poruszałyby się wedle regularności ścisłych i nie zderzały ze sobą. Ci myśliciele chrześcijańscy, którzy, jak późni nominaliści, a wśród naszych współczesnych Szestow, wierzyli, że Bóg jest wszechmocny w sensie absolutnym, że może, na przykład, zmieniać przeszłość albo ustanawiać dekretem prawa matematyki i przykazania moralne, byli bardziej wystawieni na tradycyjne oskarżenie epikurejskie: skoro jest zło, to Bóg albo jest zły, albo bezsilny, albo zły i bezsilny zarazem. Krytyka ta jednak nie godzi w teodyceę Leibnizjańską, wedle której Bóg nie może zmieniać reguł logiki i matematyki, co nie jest bynajmniej ograniczeniem Jego wszechmocy; reguły te są prawomocne same w sobie, nie są Bogu narzucone jak obce jakieś prawodawstwo, ale są z nim identyczne. Nie powinniśmy przeto się uskarżać i Boga pytać, czemu to nie wyprodukował rajskiego świata bez cierpień. Bóg zresztą nie obiecał nam nigdy, że będzie nieustannie zawieszał prawa natury dla naszej przyjemności i czynił cuda, aby nie dopuścić do tego, by ludzie sobie wzajem szkodzili, tak że nie byłoby wojen, tortur, nie byłoby Oświęcimia ani Gułagu.

//

Wszystko to są sprawy wiadome i trywialne. Trudno jednakowoż dziwić się temu, że wielu ludzi nie umiało znaleźć w tym schemacie teologicznym zadowalającej odpowiedzi na pytanie o zło, którego doświadczają, z którym zmierzyć się muszą i które czynią. Nie brzmi to przekonująco dla zwykłego zdrowego rozsądku, że zło jest czystą nieobecnością, zjawiskiem negatywnym, że i diabeł jest dobry w akcie istnienia swojego i że ludzkie cierpienia i ból są cząstkami najdoskonalszego urządzenia, jakie Bóg mógł dla świata wymyślić. Umysł zwyczajny byłby raczej skłonny powtórzyć sławne pytanie, jakie Wolter zadawał po trzęsieniu ziemi w Lizbonie: a więc świat byłby gorszy, gdyby tej katastrofy nie było? My też możemy, jak się zdaje, zapytać: a więc świat byłby gorszy, niż jest gdyby nie było Oświęcimia ani Gułagu, a także gdybym ja się nie skaleczył w palec, krojąc pomidory?

Znowu: źle postawione pytanie wedle mądrości Leibniza i zresztą każdego teologa chrześcijańskiego. Nikt z nich nie powiada przecież, że potrafi owym algorytmem boskim się posłużyć i okazać, że taki czy inny poszczególny fakt zła i cierpienia, jakkolwiek byłby straszliwy, jest przy bliższym wejrzeniu dobry w nieskończonym globalnym bilansie, bo każdy taki fakt albo większe zło uniemożliwia, albo umożliwia większe dobro. Bilans tylko Bogu jest znany, my nie możemy starać się – beznadziejnie – o jego odtworzenie. Nie mamy zresztą pojęcia, jak można by mierzyć i ilościowo porównywać poszczególne rodzaje zła i dobra w ich rozmaitości nieskończonej. Właściwa nasza postawa polegać ma na tym, by planom boskim ufać z góry, bez kalkulacji i skarg, przyjąć te plany z całą ludzką masą nieszczęścia i obojętnym niszczycielstwem natury. Co do pomysłu, jaki zarówno od św. Augustyna, jak od Hegla jest nam znany, wedle którego zło jest potrzebne z racji estetycznych, jako że przyozdabia świat kontrastami i rozmaitością, jaką tworzy, brzmi on chyba jeszcze bardziej odpychająco.Zrozumiałe jest, że w obliczu tylu męczących zagadek umysł ludzki pokusił się o inne rozwiązanie, które zwykle zwiemy, słusznie czy nie, manichejskim. Rozwiązanie to odsyła nas do starej mitologii irańskiej; jest przekonujące i wydaje się zgodne z doświadczeniem codziennym. Powiada ono, że są dwie moce albo dwaj bliźniacy-bogowie, walczący ze sobą, i że zło, jakie z doświadczenia znamy, tj. cierpienie, jest zwyczajnie dziełem złego władcy. Teologia manichejska, w odróżnieniu od swoich zoroastriańskich źródeł, a w zgodzie ze swymi krewnymi gnostykami (niektórymi przynajmniej) i w niezgodzie z doktryną chrześcijańską, widziała w materii dzieło złej mocy. Manichejski obraz świata jest nieustającą pokusą chrześcijańskiego, w ogólności europejskiego umysłu. Że moce szatańskie, jakiekolwiek ich pochodzenie, próbują niestrudzenie, i nieraz skutecznie, zrujnować dobroczynne plany Boga, jest to myśl, która może się nam wydawać zgodna ze zdrowym rozsądkiem. Manicheizm daje się zaabsorbować przez umysł nasz z niewielkim oporem. Nawet judaizm, który ma reputację religii jednego Boga par excellence, modelu myślenia monoteistycznego, nie jest wolny od tej pokusy. Gershom Scholem, niezrównany znawca Kabały i mistyki żydowskiej, powiada nam, że księga Zohar często ukazuje zło jako coś realnego i pozytywnego, nie po prostu negację. Moce Boga stanowią całość harmonijną, sądy jego są dobre, o ile jednak jego prawa ręka rozdziela miłość i miłosierdzie, to lewa ręka jest organem jego gniewu, a kiedy działa niezależnie od prawej, ukazuje się zło radykalne, królestwo Szatana. Nie wiemy, czy Jakub Boehme znał pisma kabalistyczne, ale jego teozofia wyraża podobną intuicję: zło jest negatywną zasadą boskiego gniewu; jest od woli ludzkiej niezawisłe i niejako założone w budowie świata.

Niektórzy platonicy starożytni (np. Plutarch z Cheronei, Numenius) również poddali się wierze w dwie moce niezależne, złą i dobrą. Dla Plotyna jednakże zło jest po prostu nieuchronnym najniższym szczeblem drabiny Bytu; absolutna dobroć Jednego nie mogła zapobiec naturalnemu spadkowi rzeczywistości w materię, chociaż ohydna jest doktryna gnostyków, wedle której sam Stwórca świata jest zły.Nawet w dogmatach Kościoła rzymskiego odnajdujemy pozostałości tej “dualistycznej” teologii. Materia, oczywiście, nie może być zła. Kościół jednak potępił w 1347 r. teorię Mikołaja Autrecourt, który twierdził, że świat jest absolutnie doskonały zarówno w całości, jak we wszystkich swoich częściach (universum est perfectissimum secundum se et secundum omnes partes suas), zapewne dlatego, że twierdzenie tak śmiałe może sugerować, że zła po prostu nie ma, nie ma grzesznej woli skażonych stworzeń, ludzkich czy diabelskich. Ale katolicka wiara w wieczność piekła i w nieodwracalny upadek złych aniołów zakładać się zdaje, że pewne – w rzeczy samej ogromne – połacie zła są niezniszczalne, nieuleczalne, nie do odkupienia, że świat na zawsze będzie podzielony na dwa obszary, moralnie sobie przeciwstawne. Jakoż niektórzy ojcowie wschodni i niektórzy późniejsi teologowie nie mogli tych dogmatów strawić ani ich pogodzić z obrazem absolutnie dobrego, miłującego Stwórcy.

Dogmatyczne orzeczenia Kościoła uczyły nas nieraz, że zło moralne, choć Bóg je dopuszcza, nigdy nie jest przez Niego sprawione. Nieszczęścia i boleści ludzkie, jeśli nie można ich przypisywać złej woli innych, służą jednak dobrym celom. Kapłani i teologowie zwykli nieraz wyjaśniać różne cierpienia ludzi, poszczególne katastrofy i nieszczęścia jako cząstki przemyślnego planu boskiego, Kościół wszakże unikał oficjalnych komentarzy tego rodzaju; radził nam raczej poprzestawać na globalnym, bezwarunkowym zaufaniu.

Każdy wie, rzecz jasna, że cierpienia i katastrofy, wedle zwykłej miary oceniane, rozdzielane są przypadkowo i niepodobna ich tłumaczyć w kategoriach ludzkich nagród i przewinień, nagród i kar. Hiob to wiedział. Nie próbował konstruować teodycei. Całe swe życie był zacnym człowiekiem, a Bóg wiedział o tym. Jego nieszczęścia nie są odpłatą za jakieś jego występki. Hiob cierpi strasznie bez racji żadnej, ale potrafi powiedzieć “choćby mnie zabił wszechmocny ? ufam” (Hi, 13:15); godzi się z tym, iż Bóg tylko jest źródłem mądrości i że drogi Jego są niepojęte. Bóg sam zagniewany jest na doradców Hioba, teologów, zapewne dlatego, że ich zdaniem cierpienia Hioba są należytą odpłatą za jego grzechy. Cała księga Hioba wydaje się obalać teorię cierpienia jako sprawiedliwej kary.

Oto co mówi Bóg Hiobowi i żonie jego po wielu wiekach w sztuce Roberta Frosta A Masque of Reason:

Przez lat tysiące miałem cię w pamięci
Chciałem za pomoc twą ci podziękować;
Tyś mi pozwolił zbudować zasadę
Iż nie ma związku, który człowiek mógłby
Pojąć pomiędzy tym, na co zasłużył
A tym, co za to dostaje. Zło nieraz
Odnosi tryumf, a cnota jest na nic.
Zbyt długo-m zwlekał, by ci wytłumaczyć
Boleści twoje – bez sensu na pozór -
Które cię kiedyś tak srodze gnębiły.
Ale też było to w naturze samej
Tej próby, byś tych rzeczy nie rozumiał;

Bez sensu wydać się musiałem po to,
By sens utrwalić… Dziękuję ci przeto,

//

Żeś mnie uwolnił z tych moralnych pętów
Co mnie z rodzajem ludzkim powiązały…
Z początku tylko człowiek z wolnej woli
Mógł dobro albo zło wybierać sobie.
Ja zaś wyboru nie miałem. Musiałem
Za nim podążać, nagrody mu dawać
Lub kary tak, by to potrafił pojąć…
Musiałem rządzić tak, by dobro kwitło
A to, co złe, doznało pokarania.
A tyś to zmienił, tyś mi dał swobodę.
Wybawicielem jesteś twego Boga.

(tłum. L. Kołakowski)

Widzimy zgrozę tej historii: najwyższa dobroć nie daje się pogodzić z wolną wolą, jak ją pojmujemy; w każdej sytuacji ta dobroć nie ma innej opcji, jak dobro maksymalizować. Historia Hioba to zmieniła: Bóg jest wolny, może wspierać nikczemnych i zamęczać zacnych, wedle swego życzenia czy kaprysu. Jeśli tak, to teodycea jest niewykonalna i zbędna. Być może konsekwentna teodycea nigdy nie została napisana?

W różnych mitologiach zło daje się wyjaśnić; bogowie często dzielą dwuznacznie złe i dobre jakości. Nie odważam się tu zapuszczać w nadzwyczaj zawiłe losy hinduistycznych i buddyjskich teorii zła. Nietzsche powiada, że buddyzm jest poza dobrem i złem. Może tak być w niektórych odmianach buddyzmu, oczyszczonych z później narosłych mitów. Dla mędrców buddyjskich i zapewne dla samego Gautamy świat, jaki z doświadczenia znamy, jest tylko nieszczęściem i bólem, wyzwolenie czy zbawienie na tym jeno polega, by go porzucić. Myśl ta nie jest obca różnym myślicielom europejskim. Pamiętamy wszyscy nieśmiertelne słowa umierającego Sokratesa: Krytonie, winien jestem koguta Asklepiosowi. Znaczy to chyba tyle: tu oto kończy się choroba zwana życiem.

Nie jest to jednak wierzenie powszechne. Niektórzy panteiści i niektórzy mistycy tak byli zanurzeni w boskiej przestrzeni, że zło stało się niezauważalne. Boskie światło przenika wszystko, nie ma powodu się skarżyć, świat jest pełen radości, a “co z Boga jest, jest Bogiem”, jak Eckhart powiada. Albo też, słowami XVII-wiecznego mistyka francuskiego, Louisa Chardon: “Bóg na niebie bardziej jest niebem moim niż niebo samo; w słońcu bardziej jest moim światłem niż słońce, w powietrzu bardziej jest powietrzem niż to powietrze, którym oddycham”.Może się w rzeczy samej wydawać niezrozumiałe, dlaczego to samo słowo ma być używane dla nazwania cierpienia i zła moralnego. Niektórzy myśliciele, zarówno chrześcijańscy, jak pogańscy, utożsamiali zło ze złem moralnym. Powiada Epiktet, że nie ma zła ani dobra w rzeczach, które od woli naszej nie zależą, że ciosy losu, których uniknąć nie sposób, nie mogą być złem i że w samych sobie tylko szukać mamy dobra i zła; mędrzec może wszystko w dobro przemienić ? chorobę, śmierć, nieszczęścia. Jedyną rzeczą w świecie, która jest Bogu przeciwna, jest grzech, powiada platonik z Cambridge, Benjamin Cudworts, a grzech jest nie-bytem, niczym. A i Bóg sam powiedział Katarzynie ze Sieny, że żadne cierpienie nie może odkupić winy naszej, tylko pokuta może to uczynić; dodał także, że najgorszy grzech to odmowa lub brak ufności w boskie miłosierdzie; rozpacz Judasza była większym grzechem i gorszą zniewagą Boga, aniżeli zdradzenie Jezusa.

Wyjaśnienia takie podpowiadają, że cierpienie samo jest moralnie obojętne; nasza wola, nasze intencje, nasze czyny mogą być osądzane moralnie; innym ludziom ze złości ból zadawać jest złem, znosić ból złem nie jest.

Jeśli jednak postanawiam, że słowa “zło” używać mam, by opisać własne intencje, ale nie własne cierpienie, sugeruję jakby, że to, co inni czynią, mnie nie obchodzi. Gdy mi cierpieć każą, nie jest to, rzecz jasna, moje zło, ale zło przez nich sprawione. Czy mam powiedzieć, że moja sprawa to tylko moja własna świętość, nie zaś zło w świecie, nie pytanie, jak świat uczynić lepszym? Może to być w zgodzie z doktryną moralną stoików, lecz nie ze zdrowym rozsądkiem, który pouczać się zdaje, że powinienem nie tylko własne moje zło potępiać, ale całe zło w świecie ludzkim.

Tu jednak jest miejsce na inną restrykcję. Jeśli ograniczamy słowo “zło” do tego, co wola ludzka sprawia, nie możemy jego sensu tak rozciągać, by obejmowało cierpienie sprawione przez siły natury albo nawet przez ludzkie działania, jeśli ich bolesne czy szkodliwe skutki nie były zamierzone, lecz z przypadku wynikły. Skoro słowo “zło” ma najoczywiściej skojarzenia moralne, to stosowanie go do trzęsienia ziemi, zarazy czy śmierci od pioruna zdaje się zakładać, że i takie wydarzenia pochodzą z zamiaru, że nic się nie dzieje skutkiem ślepych operacji praw przyrody, lecz wszystko z intencji. Jest to, rzecz jasna, sposób religijnego odczytywania świata i nie musi być ono sprzeczne z uznaniem praw przyrody. Wedle wielu teologów Bóg we wszechwiedzy swojej włączył wydarzenia naturalne w moralny porządek kosmosu; zachodzą one mocą konieczności przyrody, ale mają zarazem cel moralny; nie postrzegamy ich jako cudów, które przerywają porządek przyczyn i skutków. Takie czytanie jest bliższe Leibnizjańskiego świata. A nawet przy założeniu, że wszystkie wydarzenia naturalne są bezpośrednio przez Boga sprawione, tak iż świat jest nieskończonym szeregiem cudów, regularność w porządku natury może działać bez zakłóceń, jak nam Malebranche tłumaczy.

Ci, którzy z racji religijnych unieważniają – explicite czy implicite – “pytanie o zło”, wierzą, rzecz jasna, w dobro, a dobro przenika cały materialny i duchowy wszechświat. Na przeciwnym krańcu teologicznego czy antyteologicznego widma znajdujemy tych, którzy twierdzą, że zarówno “dobro”, jak “zło” są to figmenty mitologiczne. Istnieje, oczywiście, przyjemność i ból, można je wytłumaczyć w granicach porządku przyrodzonego; doświadczenia te same w sobie nie niosą żadnych jakości moralnych. Nic nie jest złe czy dobre samo w sobie, coś może być przyjemne lub przykre, korzystne lub szkodliwe ? z dodatkiem “dla mnie, dla ciebie, dla niego”, a bez tego dodatku nawet słowa “przyjemny” i “nieprzyjemny”, nie mówiąc już o “dobrym” czy “złym”, są beztreściwe. Tak w przybliżeniu wierzyli Hobbes, Hume, a nawet Spinoza (choć ten ostatni przypadek jest bardziej zawiły). Nie potrzebujemy słowa “zło” (das Böse), sądzi Nietzsche, słowo “niedobre” (das Schlechte) wystarcza. Ale cóż jest “niedobre”? Chyba to, co przynosi niepożądane skutki albo mija się z celem, jaki mamy na uwadze. Tę samą doktrynę sugeruje sam tytuł sławnego dzieła Konrada Lorenza o agresji: Das sogenannte Böse.W granicach naturalistycznego czy materialistycznego obrazu rzeczywistości tradycyjne jakości “zły” i “dobry” są już to nie do przyjęcia, już to bezużyteczne i mylące, podpowiadają bowiem, że coś może unosić te jakości bezwarunkowo, nie zaś zależnie od okoliczności, a taki sens może być łatwo podejrzany o pochodzenie religijne.

Widzimy to, między innymi, w poglądzie na świat marksistowskim i komunistycznym. Oto przykład z literatury.

Bohater powieści Sołżenicyna Oddział chorych na raka odwiedza zoo i widzi tam pustą klatkę z przyczepioną do niej kartką; czyta tam, że małpka, która w tej klatce mieszkała, została oślepiona przez czyjeś bezmyślne okrucieństwo. Jakiś zły człowiek cisnął jej tytoń w oczy.Turysta doznaje prawdziwego szoku, gdy czyta tę notatkę. Jakże to? Zły człowiek? Nie agent amerykańskiego imperializmu, ale po prostu zły człowiek? Cóż to za określenie?

Zdumienie i szok turysty są prawdziwe i zrozumiałe. Przymiotnik “zły” (podobnie i rzeczownik) jako nazwa jakości moralnej był nieobecny w ideologicznym żargonie totalitarnego świata sowieckiego. Bywali, oczywiście, zbrodniarze, potwory, zdrajcy, obcy agenci, ale nie po prostu źli ludzie. Nie tylko o to chodziło, że słowo mogło sugerować tradycję religijną. Sugerowało nadto jakąś trwałą, inherentną własność pewnej osoby, niezależną od kontekstu politycznego. Dla tego, kto dialektycznie myśli, jasne jest tymczasem, że pewne pozornie takie same czyny mogą być słuszne lub niesłuszne zależnie od okoliczności, a ściślej – zależnie od tego, w czyim imieniu są dokonane, komu służą. Trocki i Lenin mieli w tej sprawie wyraźne zdanie. Czy, na przykład, jest coś inherentnie niesłusznego w mordowaniu dzieci? Nie. Było wszak słuszne, Trocki powiada, zabić dzieci rosyjskiego cara, bo było to politycznie potrzebne (zapewne nie było słuszne – choć Trocki, o ile mogę powiedzieć, nie mówił o tym wprost – zabicie synów Trockiego, bo Stalin nie reprezentował historycznych interesów proletariatu, inaczej niż Lenin). Jeśli odrzucamy zasadę, iż cel uświęca środki, musimy odwołać się do jakichś wyższych, politycznie nieokreślonych kryteriów moralnych, a to uznać to tyle, co w Boga uwierzyć, powiada Trocki.

Nie jest to, ściśle mówiąc, doktryna relatywistyczna, zwykle bowiem zastrzegamy to nazwanie dla wierzenia, że ten sam czyn może być zły lub dobry zależnie od okoliczności. Ale myślący dialektycznie właściwie co innego twierdzi. Chodzi o to, że nie jest to ten sam czy taki sam czyn, podobieństwo jest pozorne i powierzchowne. W jednym wypadku podejmujemy czyn politycznie słuszny, eliminując potencjalnych wrogów proletariatu, w innym zaś popełniamy zbrodnię przeciwko historycznej misji proletariatu. Tak samo nie wolno nam nazywać “inwazją” wyzwolenia innego kraju od kapitalistycznego ucisku, choćby “powierzchownie” działanie było podobne. Tak samo nie wolno porównywać hitlerowskich obozów koncentracyjnych z systemem wychowawczym państwa socjalistycznego itp. Myślący dialektycznie ma naukową znajomość ruchu dziejów i wie, że gdy wszystko (włączając ludzi) stanie się własnością państwa, drzwi są otwarte dla powszechnego wesela. Wie też, co jest słuszne lub niesłuszne, politycznie poprawne czy niepoprawne i żadne zabobonne określenia jak “zły” i “dobry” nie są mu potrzebne. Nie warto zresztą rozwodzić się nad tą prymitywną “dialektyką” i jej kłamliwym językiem, sprawy są dobrze znane.

I gdzież jesteśmy z naszym pytaniem? Czy nie trzeba się odwoływać do idei Zła? Czy nie możemy poprzestać na odróżnieniu tego, co przyjemne i przykre (zawsze z odniesieniem do osoby, miejsca i czasu)? Ale któż jest tak śmiały i tak dogmatycznie usztywniony, by twierdzić, że “zły” i “dobry” nie są to jakości empiryczne, że nie ma czegoś takiego, jak percepcja jakości moralnych, w tym także intuicji zła, że wielowiekowe doświadczenia ludzkości, od nieopisanych okrucieństw starożytnego Rzymu do potworności XX stulecia, nie mają odniesienia do “pytania o zło”, a są zwyczajnie mnóstwem nieprzyjemnych wrażeń, a nikt przecież nie przeczy temu, że różne nieprzyjemne rzeczy zdarzają się ludziom? Kończę, przywołując uwagę francuskiego teologa, którego nazwisko wypadło mi z pamięci (możliwe, że już to kiedyś gdzieś cytowałem); powiada on, że potrafi zrozumieć ludzi, którzy nie wierzą w Boga, ale że są ludzie, którzy w diabła nie wierzą, to przechodzi jego pojętność.

* Wykład na uniwersytecie w Tilburgu, w czerwcu 2002 r., na sympozjum zorganizowanym przez Nexus Institute na temat “Zło”. Przekład autora.

Opublikowany w ateizm, teizm | Zostaw Komentarz »

Dlaczego nie jestem chrześcijaninem

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu marzec 27, 2009

Najlepiej może będzie, jeśli przede wszystkim spróbujemy zrozumieć, co oznacza słowo “chrześcijanin”. Wiele osób używa go obecnie w bardzo szerokim znaczeniu. Niektórzy nadają tę nazwę każdemu, kto stara się prowadzić przykładny żywot. Przypuszczam, że przyjmując taką interpretację, znaleźlibyśmy chrześcijan we wszystkich sektach i wyznaniach; ale nie uznaję jej za właściwą choćby z powodu zawartego w niej domniemania, że wszyscy ci, którzy nie są chrześcijanami – a więc buddyści, wyznawcy Konfucjusza, mahometanie itd. – nie starają się żyć przykładnie.

Nie uważam za chrześcijanina każdego człowieka, który stara się żyć przyzwoicie, stosownie do stopnia swojej mądrości. Sądzę, że należy posiadać pewną sumę określonych wierzeń, jeśli się chce mieć prawo do miana chrześcijanina. Słowo to nie ma teraz tak wyraźnego znaczenia jak za czasów św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu. Jeśli kto mówił wtedy, że jest chrześcijaninem, wiadomo było, co przez to rozumie. Chrześcijanin uznawał całą serię wierzeń sformułowanych z wielką ścisłością i wierzył niezłomnie w każde ich słowo.

Dziś to się zmieniło. Nasze pojęcie chrześcijaństwa musi być trochę bardziej mgliste. Sądzę jednak, że istnieją dwa artykuły wiary niezbędne dla każdego, kto mieni się chrześcijaninem. Pierwszy jest natury dogmatycznej, a mianowicie: powinno się wierzyć w Boga i nieśmiertelność. Jeśli ktoś nie posiada tej wiary, to nie sądzę, aby nazwa chrześcijanina była dla niego właściwa. Dalej, jak na to sam termin wskazuje, należy mieć pewne wierzenia dotyczące Chrystusa. Mahometanie, na przykład, wierzą również w Boga i nieśmiertelność, a jednak nie uznaliby się za chrześcijan. Wydaje mi się, że co najmniej trzeba wierzyć, iż Chrystus był, jeśli nie Bogiem, to w każdym razie najlepszym i najmędrszym z ludzi. Kto odmawia Chrystusowi tego minimum, ten nie ma, moim zdaniem, żadnego prawa mienić się chrześcijaninem. Naturalnie jest jeszcze inny sposób pojmowania tego słowa, uwidoczniony w kalendarzach i podręcznikach geografii, gdzie powiadają, że ludność Ziemi dzieli się na chrześcijan, mahometan, buddystów, bałwochwalców itd. W tym sensie jesteśmy tutaj wszyscy chrześcijanami. Podręczniki geografii zaliczają nas hurtem do tej kategorii, ale w znaczeniu czysto geograficznym, które możemy śmiało pominąć. Sądzę więc, że w trakcie wyłuszczania wam, dlaczego nie jestem chrześcijaninem, muszę wyjaśnić dwie rzeczy: po pierwsze – dlaczego nie wierzę w Boga i nieśmiertelność; a po drugie – dlaczego nie uważam Chrystusa za najlepszego i najmędrszego z ludzi, chociaż przyznaję mu bardzo wysoki stopień doskonałości moralnej.

Gdyby nie uwieńczone powodzeniem wysiłki niedowiarków w przeszłości, nie mógłbym dzisiaj przyjąć tak elastycznego określenia chrześcijaństwa. Jak już mówiłem, wyraz ten w dawnych czasach miał bardziej sprecyzowane znaczenie.

Obejmował on, na przykład wiarę w piekło. Wiara w wieczny ogień piekielny była zasadniczym artykułem chrześcijańskiego wyznania wiary aż do najnowszych czasów. W Anglii, jak wiecie, przestała ona być ważnym artykułem wiary na mocy decyzji Rady Koronnej. Arcybiskupi Canterbury i Yorku byli przeciwni temu postanowieniu, ale ponieważ w tym kraju sprawy religijne rozstrzyga się za pomocą uchwał parlamentarnych, Rada Koronna mogła przejść do porządku dziennego nad opinią Ich Eminencyj i wiara w piekło przestała być dla chrześcijanina konieczna. Nie będę więc obstawał przy tym, że chrześcijanin musi wierzyć w piekło.

Istnienie Boga

Kwestia istnienia Boga jest obszernym i poważnym zagadnieniem i gdybym miał pokusić się o jego wyczerpujące przedstawienie, byłbym zmuszony trzymać was tutaj aż do końca świata. Musicie mi więc wybaczyć, że potraktuję je w cokolwiek sumaryczny sposób.

Kościół katolicki podał jako dogmat, że można udowodnić istnienie Boga posiłkując się tylko rozumem. Dogmat ten jest dość osobliwy, niemniej jednak zalicza się do dogmatów katolickich. Kościół musiał go ustanowić, ponieważ w pewnym okresie wolnomyśliciele nabrali zwyczaju mówienia, że naturalnie przyjmują istnienie Boga jako prawdę objawioną, ale istnieją takie a takie argumenty, które sam rozum może wysunąć przeciw tej idei.

Argumenty te zostały wyłożone bardzo szczegółowo i Kościół katolicki uczuł się zniewolony położyć temu kres. Ustanowił więc zasadę, że można dowieść istnienia Boga za pomocą czystego rozumu, i znalazł się w konieczności przedstawienia tego, co uważał za materiał dowodowy. Argumentów była pokaźna liczba, ale rozpatrzę tylko kilka spośród nich.

Argument pierwszej przyczyny

Argument pierwszej przyczyny jest może najprostszy i najłatwiejszy do zrozumienia. Kościół utrzymuje, że wszystko, co widzimy na tym świecie, ma jakąś przyczynę, i że posuwając się coraz dalej wzdłuż tego łańcucha przyczyn musimy dojść do pierwszej przyczyny, która otrzymuje nazwę “Boga”.

Skłonny jestem przypuszczeć, że ten argument nie ma dzisiaj wielkiej wagi, przede wszystkim dlatego, że pojęcie przyczyny nie jest już tym, czym było dawniej. Filozofowie i uczeni pogłębili to pojęcie, które w następstwie zatraciło dawną żywotność; ale niezależnie od tego łatwo zauważyć, że argument głoszący konieczność pierwszej przyczyny nie może posiadać wartości.

W młodych latach, gdy rozmyślałem bardzo poważnie nad tymi zagadnieniami, godziłem się przez długi czas na argument pierwszej przyczyny; ale pewnego dnia, mając osiemnaście lat przeczytałem “Autobiografię” Johna Stuarta Milla i znalazłem tam następujące zdania:

“Ojciec mój pouczył mnie, że na pytanie: Kto mnie stworzył ? – nie można dać odpowiedzi, gdyż bezpośrednio potem wyłania się nowe pytanie: Kto stworzył Boga ? To proste zdanie wykazało mi zwodniczość argumentu pierwszej przyczyny. Jeśli wszystko musi mieć przyczynę, to Bóg musi ją mieć również. Jeśli może być coś bez przyczyny, może to być równie dobrze świat, jak i Bóg, tak że argument ten jest zupełnie bezwartościowy. Jest on równoznaczny z poglądem indyjskim, według którego świat spoczywa na słoniu, a słoń na żółwiu; gdy zaś pytano: A żółw ? – Hindus odpowiadał: Może byśmy tak zmienili temat rozmowy ?”

Argument pierwszej przyczyny nie jest w gruncie rzeczy niczym lepszym. Nie ma powodu, dla którego świat nie mógłby zacząć istnieć bez przyczyny; ani też, z drugiej strony – nie ma żadnej racji, dlaczego by nie miał istnieć zawsze. Nie ma powodu do przypuszczenia, że świat w ogóle miał początek. Myśl, że rzeczy muszą mieć początek, zawdzięczamy w rzeczywistości ubóstwu naszej wyobraźni. Dlatego wydaje mi się, że nie potrzebuję tracić więcej czasu na zbijanie argumentu pierwszej przyczyny.

Argument prawa natury

Następnie mamy bardzo rozpowszechniony argument wychodzący z założenia prawa natury. Był to jeden z ulubionych argumentów XVIII wieku, do czego szczególnie przyczynił się wpływ Izaaka Newtona i jego kosmogonii.

Obserwując planety, które krążyły dookoła Słońca zgodnie z prawem ciążenia, ludzie doszli do wniosku, że Bóg wydał tym planetom rozkaz poruszania się właśnie w ten sposób i że to było przyczyną ich ruchu. Było to oczywiście wygodne i proste wyjaśnienie, które oszczędzało im trudu dalszego poszukiwania zasady prawa ciążenia.

W naszych czasach tłumaczymy to prawo w dość skomplikowany sposób, podany przez Einsteina. Nie mam zamiaru wygłaszać prelekcji o prawie ciążenia w interpretacji Einsteina, ponieważ to również zabrałoby trochę czasu; w każdym razie nie ma już mowy o tym rodzaju “praw natury”, jaki mieliśmy w systemie Newtona, gdzie dla jakiegoś niezrozumiałego powodu natura zachowywała się wszędzie jednakowo. Odkrywamy teraz, że wiele rzeczy, które uważaliśmy za prawa natury, to rzeczywistość umowy między ludźmi. Wiadomo, że nawet w najdalszych przestrzeniach międzyplanetarnych metr ma ciągle dziesięć decymetrów. Bez wątpienia fakt ten jest bardzo ciekawy, ale trudno by go nazwać prawem natury. Wiele rzeczy, które uchodziły za “prawa natury”, jest tego samego pochodzenia.

Z drugiej strony, w wypadkach, gdy udaje nam się czegoś dowiedzieć o sposobie zachowania się atomów, spostrzegamy, że podlegają prawu w znacznie mniejszym stopniu, niż sądzono, i że prawa, do których się dochodzi, są to przeciętne statystyczne, ściśle tego rodzaju, jakie mógłby dać prosty przypadek.

Wszyscy wiemy, że istnieje prawo, według którego podczas gry w kości otrzymuje się podwójną szóstkę tylko raz mniej więcej na trzydzieści sześć rzutów, a jednak nie uważamy tego za dowód, że rzuty kości są regulowane z góry powziętym zamiarem. Przeciwnie, gdyby podwójna szóstka wychodziła raz po raz, sądzilibyśmy, że to było zrobione umyślnie. Wiele praw natury zalicza się do tej kategorii. Są to przeciętne statystyczne, podobne do tych, jakie zjawiłyby się na podstawie prawa przypadku; i dzięki temu cała historia z prawem natury wywiera obecnie znacznie mniejsze wrażenie niż dawniej.

Zupełnie niezależnie od tego, co powiedziałem, a co odnosi się do chwilowego stanu nauki, który jutro może się zmienić, samo wyobrażenie, że istnienie praw natury pociąga za sobą istnienie prawodawcy, wynika z pomieszania praw natury z prawami ludzkimi.

Ludzkie prawa są to nakazy polecające osobnikowi żyjącemu w społeczeństwie zachowywać się w pewien określony sposób, przy czym może on zgodzić się na to lub też postąpić inaczej. Natomiast prawa natury są opisem faktycznego zachowania się rzeczy, a ponieważ po prostu opisują, co rzeczy istotnie czynią, więc nie można dowodzić, że musi być ktoś, kto kazał im to zrobić.

A przypuściwszy nawet, że tak było, stajemy przed pytaniem: Dlaczego Bóg wydał właśnie te, a nie inne prawa natury ? Jeśli się odpowiada, że uczynił to wedle swego upodobania i bez żadnego powodu, to zakłada się, że jest coś nie podlegającego prawu, i w ten sposób działanie prawa natury zostaje przerwane. Gdyby zaś odpowiedziano wam za przykładem bardziej ortodoksyjnych teologów, że ogłaszając wszystkie swoje prawa Bóg miał zawsze powód, aby dać raczej prawa te, a nie inne – i że powodem tym była oczywiście chęć stworzenia możliwie najlepszego wszechświata, choć przyglądając się temu ostatniemu, nigdy byście nie wpadli na to przypuszczenie – jeśli zatem był powód do praw, ktore Bóg nadał, to i sam Bóg podlegał prawu. I dlatego wprowadzenie Boga jako pośrednika w tej sprawie nie przynosi żadnej korzyści.

Znajdujecie się wobec prawa poprzedzającego boskie etykiety i stojącego poza nimi, a Bóg nie doprowadza was do celu, gdyż nie jest najwyższym prawodawcą. Krótko mówiąc, argument prawa natury nie ma już tej siły, którą posiadał.

Rozpatrując te wywody odbywam podróż w czasie, ponieważ argumenty, za pomocą których dowodzono istnienie Boga, zmieniają swój charakter z biegiem czasu. Z początku były to ścisłe, intelektualne argumenty, ucieleśniające pewne określone sofizmaty. W miarę zbliżania się do czasów nowożytnych poziom intelektualny tych argumentów spada i nabierają one coraz więcej moralizującej mglistości.

Argument celowości

Następnym argumentem jest argument celowości. Jest on dobrze znany: wszystko na świecie jest urządzone tak, żebyśmy mogli żyć na nim; gdyby świat był choć trochę odmienny, nie potrafilibyśmy tego czynić. Tak brzmi ten argument.

Przybiera on czasem osobliwe formy; utrzymuje się na przykład, że króliki mają białe ogony, aby łatwiej było do nich strzelać. Nie wiem co o tym myślą króliki. Argument celowości łatwo jest sparodiować. Wszyscy znamy uwagę Woltera, że najwidoczniej nos został ukształtowany tak, aby pasował do okularów. Ten rodzaj parodii okazał się bardziej uzasadniony, niż to się mogło wydawać w XVIII wieku, ponieważ od czasów Darwina rozumiemy znacznie lepiej, dlaczego żyjące istoty są przystosowane do swego otoczenia.

Nie środowisko zostało stworzone dla ich rozwoju, ale one same rozwinęły się odpowiednio do warunków, i to jest podstawą przystosowania się. Nie ma w tym żadnego dowodu celowości. Gdy przyjrzymy się bliżej argumentowi celowości, to wyda się nam rzeczą zdumiewającą, że ludzie mogą wierzyć, iż ten świat ze wszystkim, co zawiera, ze wszystkimi swoimi brakami jest najlepszy, na jaki wszechpotęga i wszechwiedza w ciągu milionów lat mogły się zdobyć. Doprawdy nie mogę w to uwierzyć. Czy sądzicie, że gdybyście byli wszechpotężni i wszechwiedzący, a nadto mieli miliony lat do udoskonalenia waszego świata, to nie moglibyście wytworzyć nic lepszego od Ku-Klux-Klanu, faszystów i pana Churchilla ?

Doprawdy, nie imponują mi zbytnio ludzie, którzy oświadczają: “Spójrzcie na mnie ! Jestem tak wspaniałym tworem, że wszechświat musiał mieć jakiś cel”. Nie, wspaniałość tych ludzi wcale mnie nie olśniewa. Dlatego uważam, że argument celowości jest bardzo marny.

Prócz tego, jeśli uznajemy zwykłe prawa naukowe, musimy przypuścić, że życie w ogóle, a życie ludzkie w szczególności, wygaśnie w pewnej chwili na naszej planecie; jest ono tylko nieudaną próbą; jest to jedna z faz rozpadu systemu słonecznego. W pewnym stadium tego rozpadu temperatura oraz inne warunki sprzyjają powstawaniu protoplazmy i na krótki okres w istnieniu całego systemu słonecznego pojawia się życie. Patrząc na księżyc widzimy stan, do którego zdąża Ziemia – coś martwego, zimnego, bez życia.

Mówią mi, że ta perspektywa jest przygnębiająca i ludzie nieraz wam powiedzą, że gdyby temu wierzyli, nie mogliby żyć dłużej. Nie wierzcie im na słowo; wszystko to jest blaga.

Nikt nie przejmuje się na serio tym, co nastąpi po milionach lat. Nawet jeśli ludzie ci myślą że są bardzo strapieni, w rzeczywistości oszukują samych siebie. Dręczą ich bardziej światowe rzeczy lub może po prostu chorują na żołądek, ale nikogo naprawdę nie unieszczęśliwi myśl o tym co się ma przydażyć światu za miliony milionów lat.

Dlatego chociaż przypuszczenie, że życie wygaśnie pewnego dnia, nie usposabia, rzecz prosta, do wesołości – przynajmniej wydaje mi się, że można tak powiedzieć, jakkolwiek czasem, gdy przyglądam się użytkowi, jaki ludzie robią ze swych istnień, myślę że jest ono niemal pociechą – jednak proroctwo tego rodzaju nie może nikomu obrzydzić życia. Jedynym jego skutkiem jest zwrócenie naszej uwagi ku innym rzeczom.

Moralne argumenty na korzyść bóstwa

Teraz przechodzimy do dalszego stadium tego, co nazwę obniżeniem się intelektualnej wartości dowodzeń teistów, i docieramy do tak zwanych moralnych argumentów przemawiających za istnieniem Boga. Wiadomo, że w dawnych czasach wysuwano na korzyść istnienia Boga trzy intelektualne argumenty, które zostały obalone przez Emmanuela Kanta w jego “Krytyce czystego rozumu”; lecz zaledwie Kant rozprawił się z tymi argumentami, a już wynalazł nowy argument, tym razem moralny, i to go przekonało w zupełności.

Podobnie jak wiele innych ludzi był on sceptykiem w dziedzinie intelektu, lecz gdy chodziło o moralność – wierzył ślepo w zasady, które mu wpojono w dzieciństwie. Jest to ilustracja do często podkreślanego przez psychoanalityków zjawiska, że nasze najwcześniejsze skojarzenia myślowe wywierają na nas daleko silniejszy wpływ niż wyobrażenia późniejsze. Jak mówiłem, Kant wynalazł nowy argument moralny na korzyść istnienia Boga.

Różne formy tego argumentu cieszyły się wielką popularnością w ciągu XIX wieku. Jedna z nich polegała na twierdzeniu, że gdyby Bóg nie istniał, nie byłoby pojęcia dobra i zła. Nie będę w tej chwili rozważał, czy dobro da się odróżnić od zła, jest to inna sprawa.

Obchodzi mnie tylko następujący punkt. Jeżeli jesteście zupełnie pewni, że istnieje różnica między dobrem a złem, to nasuwa się pytanie : czy ta różnica powstała z rozkazu Boga ? – Jeżeli zawdzięczamy ją Bogu, to dla samego Boga nie ma różnicy między dobrem a złem i twierdzenie, że Bóg jest dobry, traci wszelki sens.

Jeśli powiecie za przykładem teologów, że Bóg jest dobry, trzeba będzie uznać, że dobro i zło mają znaczenie niezależnie od woli Boga, gdyż postanowienia Boga są dobre, a nie złe, bez względu na sam fakt, że zostały przez niego wydane. Jeśli zaś to przyjmiecie, będziecie musieli wtedy powiedzieć, że dobro i zło nie istnieją li tylko dzięki Bogu, ale że z natury rzeczy logicznie poprzedzają Boga.

Rozumie się, że gdybyście mieli ochotę, moglibyście powiedzieć, że było wyższe bóstwo, które dawało rozkazy Stwórcy naszego świata; lub też wolno by wam było podzielić zapatrywanie niektórych gnostyków – zapatrywanie, które często uważałem za wysoce prawdopodobne – że w rzeczywistości świat został stworzony przez diabła, który skorzystał z nieuwagi Boga. Można dużo powiedzieć na korzyść tej hipotezy i pozwolicie, że nie będę się zajmował jej zbijaniem.

Argument wyrównania niesprawiedliwości

Istnieje jeszcze inna, bardzo ciekawa forma argumentu moralnego, według której istnienie Boga jest konieczne do zaprowadzenia sprawiedliwości na świecie. W znanej nam części wszechświata panuje wielka niesprawiedliwość, dobrzy często cierpią, a złym się powodzi, i trudno orzec, która z tych ewentualności sprawia nam większą przykrość, lecz jeśli chcecie mieć sprawiedliwość we wszechświecie jsko całości, musicie przypuścić, że jest przyszłe życie, które zrównoważyłoby szalę ziemskiego istnienia, a więc w konsekwencji należy przyjąć Boga, niebo i piekło, aby sprawiedliwość mogła w końcu zatriumfować.

Argument ten jest bardzo dziwny. Gdybyście rozpatrywali tę sprawę z naukowego punktu widzenia, powiedzielibyście: “Ostatecznie znam tylko ten świat. Nie wiem nic o reszcie wszechświata. Ale jeżeli w ogóle można rozprawiać o możliwościach, uważałbym za prawdopodobne, że ten świat jest próbką typową i że jeśli tutaj panuje niesprawiedliwość, to są szanse spotkania jej również gdzie indziej”.

Przypuśćmy, że dostaliście szkrzynkę pomarańczy i przekonaliście się po jej otwarciu, że wszystkie owoce z wierzchu są zepsute. W podobnym wypadku nie dowodzi się, że pomarańcze na spodzie muszą być dobre tytułem odszkodowania, lecz mówi się: zapewne cała partia towaru jest zepsuta. Człowiek obdarzony naukowym umysłem wyrobiłby sobie takie właśnie przekonanie o wszechświecie. Powiedziałby on: “Świat tej jest pełen niesprawiedliwości; pozwala to nam przypuszczać, że próżno byłoby szukać sprawiedliwości we wszechświecie, i dostarcza moralnego dowodu przeciw istnieniu bóstwa, a nie na jego korzyść”.

Oczywiście wiem, że intelektualne argumenty, o których była dotąd mowa, nie należą do czynników rzeczywiście oddziałujących na ludzi. To co skłania ludzi do wiary w Boga, jest to, że uczono ich tego od niemowlęctwa; jest to główny powód ich wiary.

Sądzę, że następnym co do siły motywem jest chęć zabezpieczenia się, wywołująca rodzaj poczucia, że jest gdzieś jakby starszy brat, który się wami zaopiekuje. Odgrywa to bardzo ważną rolę w budzeniu uczuć religijnych.

Charakter Chrystusa

Chcę teraz powiedzieć parę słów na temat, który moim zdaniem został zbyt pobieżnie potraktowany przez racjonalistów, a mianowicie chodzi mi o kwestię, czy Chrystus był najlepszym i najmądrzejszym z ludzi. Uważa się powszechnie, że powinniśmy wszyscy na to się zgodzić. Co do mnie, to jestem przeciwnego zdania. W wielu punktach zgadzam się z Chrystusem o wiele bardziej niż jego wyznawcy. Nie wiem, czy mógłbym iść z nim aż do końca drogi, ale w każdym razie mógłbym mu towarzyszyć znacznie dalej niż większość nominalnych chrześcijan.

Pamiętacie zapewne, że Chrystus mówił: “Nie sprzeciwiajcie się złu, ale kto by cię uderzył w prawy policzek twój, nadstaw mu i drugi”. Nie jest to nowe przykazanie ani nowa zasada. Lao Tse i Budda głosili to na jakieś 500 lub 600 lat przed Chrystusem, ale faktycznie chrześcijanie nie przyjęli tej zasady.

Nie mam zamiaru podawać w wątpliwość chrześcijańskich uczuć, na przykład, naszego premiera, ale nie radziłbym nikomu z was pójść do niego i uderzyć go w policzek. Myślę, że skonstatowalibyście wtedy, że według jego mniemania tekst ten powinno się brać w przenośnym znaczeniu.

Jedną jeszcze naukę uważam za doskonałą. Przypominacie sobie zapewne słowa Chrystusa: “Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Wydaje mi sę, że trudno by wam było znaleźć w chrześcijańskich krajach sądy, w których ta zasada byłaby mile widziana. Znałem bardzo wielu sędziów, którzy byli bardzo gorliwymi chrześcijanami, a jednak żaden z nich nie odczuwał sprzeczności między zasadami chrześcijańskimi a swoją działalnością.

Dalej Chrystus mówi: “Temu, co cię prosi, daj, a od tego, co chce u ciebie pożyczyć, nie odwracaj się”. Jest to bardzo dobra zasada. Wasz przewodniczący przypomniał wam, że nie zebraliśmy się tutaj, aby mówić o polityce, ale nie mogę się powstrzymać od uwagi, że ostatnie wybory rozgrywały się na platformie zagadnienia, w jakim stopniu byłoby pożądane odwrócić się od tego, kto chce coś pożyczyć, tak że musimy przypuścić, iż angielskie stronnictwa, zarówno liberalne jak i konserwatywne, składają się z ludzi nie uznających nauki Chrystusa, ponieważ niewątpliwie odwrócili się oni z całą stanowczością od chcących pożyczać.

Następnie jest jeszcze jedna maksyma, która moim zdaniem zasługuje na uwagę, chociaż nie widzę, aby się cieszyła wielką popularnością u niektórych naszych chrześcijańskich przyjaciół. Brzmi ona jak następuje: “Jeśli chcesz być doskonałym, idź sprzedaj majętności twoje i rozdaj ubogim”. Jest to znakomita maksyma, ale, powtarzam to, rzadko stosowana w praktyce.

Wszystkie te nauki uważam za dobre, choć trochę trudno jest żyć z nimi. Nie mógłbym twierdzić, że stosuję się do nich w swoim życiu, ale ostatecznie nie zobowiązywałem się do tego. Dla chrześcijanina jednak sprawa ta przedstawia się inaczej.

Usterki nauki Chrystusa

Po uznaniu doskonałości tych maksymów przechodzę teraz do pewnych punktów, które jak sądzę, nie dają nam powodu do przypisywania Chrystusowi odmalowanemu w Ewangeliach najwyższej mądrości lub dobroci. Zaznaczam, że pomijam kwestię historyczności Chrystusa.

Historycznie jest rzeczą bardzo wątpliwą, czy Chrystus w ogóle kiedyś żył; a jeżeli żył, to i tak brakuje nam o nim wszelkich wiadomości; nie będę się więc zajmował tą bardzo trudną kwestią historyczną. Chodzi mi o Chrystusa przedstawionego w Ewangeliach, których opowiadania przyjmuję tak jak są podane; otóż znajdują się tam pewne rzeczy, które nie wydają się bardzo mądre.

Na przykład Chrystus był przekonany, że jego drugie przyjście nastąpi w wielkiej chwale jeszcze przed śmiercią żyjących wówczas ludzi. Dowodzi tego wiele tekstów. Między innymi mówi on:

“Nie obejdziecie miast izraelskich, aż przyjdzie Syn człowieczy”. Potem zaś: “Są niektórzy z tych, co tu stoją, którzy nie zakosztują śmierci, aż Syn człowieczy przyjdzie do królestwa swego”. I jest sporo miejsc, z których jasno wynika, że jego drugie przyjście nastąpi za życia wielu jego współczesnych. Wierzyli w to także jego pierwsi wyznawcy i wiara ta była podstawą wielu nauk moralnych.

Gdy mówił: “Przetoż nie troszczcie się o jutrzejszy dzień” i inne podobne rzeczy, było to w znacznej mierze dlatego, że uważał swoje drugie przyjście za bardzo bliskie, a wszystkie światowe sprawy nie miały już dla niego znaczenia.

Znałem osobiście chrześcijan, którzy wierzyli w rychłe nadejście Chrystusa. Znałem również proboszcza, który napędził wielkiego strachu swoim owieczkom oznajmiając im, że drugie przyjście Chrystusa nastąpi lada dzień; co prawda pocieszyli się spostrzeżeniem, że ich pasterz sadzi drzewka w swoim ogrodzie. Pierwsi chrzścijanie wierzyli w to rzeczywiście i powstrzymywali się od czynów podobnych do sadzenia drzewek w ogrodach, ponieważ podzielali wiarę Chrystusa w bliskość drugiego przyjścia. Pod tym względem Chrystus, jak widać nie dorównywał mądrością niektórym innym ludziom, a już z pewnością nie posiadał najwyższej mądrości.

Zagadnienia moralne

Zwróćmy się do kwestii moralnych. Według mnie istnieje jedna poważna skaza w charakterze Chrystusa, a mianowicie jego wiara w piekło. Nie mogę uwierzyć, aby człowiek rzeczywiście humanitarny mógł wierzyć w kary wieczne. Chrystus przedstawiony w Ewangeliach niewątpliwie wierzył w wieczne męki i w księgach tych znajdujemy wielokrotnie słowa mściwego gniewu skierowane przeciw ludziom, którzy nie chcieli słuchać jego kazań – postawa dość zwykła u kaznodziejów, ale nie dająca się pogodzić z najwyższą doskonałością.

Nie spotykamy tej postawy u Sokratesa, łagodnego i uprzejmego wobec ludzi, którzy nie chcieli go słuchać. I moim zdaniem takie zachowanie się bardziej przystoi mędrcowi niż oburzenie. Przypominacie sobie zapewne wszyscy, co mówił Sokrates w swoich ostatnich chwilach i jak się zazwyczaj zwracał do ludzi, którzy się z nim nie zgadzali.

Według Ewangelii Chrystus mówił: “Wężowie, rodzaju jaszczurczy, i jakoż będziecie mogli ujść przed sądem dnia piekielnego?” – Był to zwrot pod adresem ludzi, którym się nie podobały jego nauki. Naprawdę nie wydaje mi się to w najlepszym tonie.

W Ewangelii znajduje się dużo takich wzmianek o piekle. Najpierw, naturalnie, dobrze nam znany tekst odnoszący się do grzechu “przeciwko Duchowi Świętemu”: “Ale kto by mówił przeciwko Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku ani w przyszłym”. Tekst ten stał się przyczyną niezliczonych cierpień, gdyż wszelkiego rodzaju ludzie wyobrażali sobie iż popełnili grzech przeciw Duchowi Świętemu, i żyli w przekonaniu, że nie otrzymają przebaczenia ani w tym, ani w tamtym świecie. Jestem pewny, że człowiek prawdziwie dobry nie szerzyłby na świecie podobnych trwóg i obaw.

Chrystus powiada jeszcze: “Pośle Syn człowieczy anioły swoje, a oni zbiorą z królestwa jego wszystkie zgorszenia i tych, którzy nieprawość czynią; i wrzucą ich w piec ognisty, tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” – po czym rozwodzi się w dalszym ciągu nad płaczem i zgrzytaniem zębów. Wzmianki o tym następują jedna po drugiej i dla czytelnika jest zupełnie widoczne, że Chrystus musiał znajdować pewną przyjemność w przewidywaniu płaczu i zgrzytania zębów, bo inaczej nie powtarzałoby się to tak często.

Nie zapomnieliście pewnie przypowieści o owcach i kozłach, gdzie mówi się, jak to podczas drugiego przyjścia Syn człowieczy odłączy owce od kozłów i powie kozłom: “Idźcie ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny”. I Chrystus ciągnie dalej: “I pójdą ci na męki wieczne”. Następnie powiada znowu: “A jeśliby cię gorszyła ręka twoja, odetnij ją; bo lepiej jest tobie ułomnym wnijść do żywota, niżeli dwie ręce mając iść do piekła w ogień nieugaszony, gdzie robak ich nie umiera, a ogień nie gaśnie”. Powtarza się to parokrotnie.

Muszę stwierdzić, że ta nauka, według której ogień piekielny jest karą za grzechy, jest okrutna. Doktryna ta upowszechniła okrucieństwo i dała światu całe pokolenia okrutnie torturowanych ludzi, a Chrystus Ewangelii, jeśli się go bierze takim, jakim go przedstawiają jego dziejopisarze, musi niewątpliwie ponosić za to częściową odpowiedzialność.

Są jeszcze inne, chociaż mniej ważne niedociągnięcia w nauce Chrystusa. Na przykład historia świń garazeńskich, o których opowiadają Marek i Mateusz. Nie było to z pewnością przejawem dobroci dla świń pozwolić w nie wejść demonom, skutkiem czego biedne zwierzęta wpadły do morza i utonęły. Musicie pamiętać że Chrystus był wszechmocny i mógł po prostu kazać demonom się wynieść, ale on zamiast tego umieścił je w świniach.

Dzieje drzewa figowego również przedstawiają się dość zagadkowo. Wiecie zapewne, co się z nim stało. “A drugiego dnia (Jezus) łaknął; i ujrzawszy z daleka figowe drzewo, mające liście, przyszedł, jeśliby snadź co na nim znalazł; a gdy do niego przyszedł, nic nie znalazł, tylko liście, bo nie był czas figom. A odpowiadając Jezus rzekł mu: Niechajże więcej na wieki nikt z ciebie owocu nie je…, a Piotr (następnego ranka) rzekł mu: Mistrzu, oto figowe drzewo, któreś przeklął, uschło”. Jest to bardzo dziwna opowieść, ponieważ pora owocowania fig jeszcze wtedy nie nadeszła i doprawdy trudno było brać to drzewu za złe. Nie, stanowczo nie zdaje mi się, żeby Chrystus czy to pod względem mądrości czy też dobroci stał tak wysoko, jak niektóre postacie historyczne. Z tego punktu widzenia postawiłbym Buddę i Sokratesa wyżej od niego.

Czynnik uczuciowy

Jak to już powiedziałem, nie sądzę, aby prawdziwy powód dla którego ludzie przyjmują religię, miał coś wspólnego z rozumowaniem. Ludzie stają się religijni z pobudek uczuciowych. Często słyszy się, że to bardzo źle napadać na religię, ponieważ jest ona źródłem cnoty. Tak mi przynajmniej mówiono; sam tego jakoś nie zauważyłem.

Samuel Butler sparodiował ten argument w swojej książce “Powrót do Erewhonu”. Bohater tego utworu, niejaki Higgs, przybywa do nieznanego kraju, bawi tam jakiś czas, po czym ucieka balonem. W dwadzieścia lat później udaje się znowu do tego kraju i zastaje tam nową religię, która nakazuje go czcić pod nazwą Syna Słońca i mówi o jego wniebowstąpieniu. Higgs zjawia się w wilię dnia, w którym Erewhończycy obchodzą Święto Wniebowstąpienia, i słyszy, jak profesorowie Hanky i Panky mówią do siebie, że nigdy nie widzieli słynnego Higgsa i wcale nie mają na to ochoty. Są to arcykapłani religii Syna Słońca.

Oburzony podróżnik zbliża się do nich i oznajmia: “Zdemaskuję tę całą szarlatanerię i powiem ludziom, że jestem tylko zwykłym człowiekiem i że wzbiłem się w powietrze balonem”. Ale oni mu odpowiadają: “Nie powinien pan tego czynić, ponieważ moralność naszego kraju jest ściśle związana z tym mitem i gdyby pewnego dnia Erewhończycy dowiedzieli się , że nie wstąpił pan do nieba, staliby się wszyscy źli”. Higgs daje się przekonać i odchodzi bez słowa.

Myśl przewodnia jest więc taka: bylibyśmy wszyscy występni, gdybyśmy nie trzymali się wiary chrześcijańskiej. Wydaje mi się jednak, że jej wyznawcy byli w większości bardzo złymi ludźmi. Można skonstatować ciekawy fakt, że im intensywniejsza była religijność danego okresu, im głębsza wiara w dogmat, tym większe było okrucieństwo i tym gorszy ogólny stan rzeczy.

W tak zwanych wiekach wiary, gdy ludzie rzeczywiście wierzyli we wszystkie twierdzenia religii chrześcijańskiej, mieliśmy tortury inkwizycji, miliony nieszczęśliwych kobiet spalono jako czarownice i nie było okrucieństwa, którego by się nie dopuszczono w imię religii.

Rozglądając się po świecie, wprędce spostrzegamy, że każdy, choćby najmniejszy wzrost uczuć humanitarnych, każda reforma kodeksu karnego, każdy krok w kierunku zmniejszenia niebezpieczeństwa wojny, każda próba poprawy położenia ras kolorowych lub złagodzenia niewolnictwa, każdy postęp moralny, który się udało osiągnąć, był stale zwalczany przez zorganizowane Kościoły całego świata.

Oświadczam po dojrzałym namyśle, że religia chrześcijańska w postaci, jaką jej nadały Kościoły, była i jest jeszcze głównym nieprzyjacielem moralnego postępu świata.

Jak Kościoły opóźniły rozwój postępu

Będziecie może uważali, że posuwam się za daleko, utrzymując, że te stosunki trwają nadal. Jestem innego zdania. Weźmy rzecz następującą. Musicie mi wybaczyć, że o niej wspomnę. Jest to nieprzyjemny fakt, ale Kościoły zmuszają nas czasem do przytaczania niemiłych rzeczy.

Przypuśćmy, że w naszym dzisiejszym świecie niedoświadczona dziewczyna poślubi syfilityka. W tym przypadku Kościół katolicki powiada: “Sakrament małżeństwa jest nierozerwalny. Jesteście złączeni na całe życie” – i kobiecie tej nie wolno używać żadnych środków, aby uniknąć wydania na świat syfilitycznych dzieci.

Takie jest stanowisko Kościoła katolickiego. Twierdzę, że jest to szatańskie okrucieństwo. Żaden człowiek, którego przyrodzone uczucia nie zostały stępione przez dogmat lub który nie jest całkowicie pozbawiony zdolności odczuwania cudzego cierpienia, nie byłby zdolny utrzymywać, że jest słuszne i właściwe, aby podobny stan rzeczy istniał w dalszym ciągu.

Podałem tylko jeden przykład. Ale jest dużo innych sposobów, za pomocą których w obecnej chwili Kościół przez obstawanie przy tym, co nazywa moralnością, skazuje najrozmaitszych ludzi na niezasłużone i zbyteczne cierpienia. I naturalnie jest on w swej przeważającej części przeciwnikiem postępu i wszelkich ulepszeń dążących do zmniejszenia ilości cierpienia na świecie, ponieważ opatrzył etykietą moralności zbiór małostkowych przepisów postępowania, które nie mają nic wspólnego ze szczęściem ludzi.

Gdy się mówi o konieczności zrobienia tej lub owej rzeczy, która przyczyniłaby się do szczęścia ludzkości, Kościół odpowiada, że ten cel jest mu obcy. “Cóż wspólnego może mieć szczęście ludzi z moralnością ? Zadaniem moralności nie jest uszczęśliwianie ludzi, lecz przygotowanie ich do życia wiecznego”. To pewne, że ludzie przygotowani w ten sposób nie wydają się zdolni do życia ziemskiego.
Strach jako podstawa religii

Religia jest oparta przede wszystkim i głównie na strachu. Jest to częściowo lęk przed nieznanym, a częściowo, jak już mówiłem, pragnienie posiadania jak gdyby starszego brata, który stanie po naszej stronie we wszystkich kłopotach i sporach. Lęk jest fundamentem tego – lęk przed tajemnicą, obawa porażki, lęk przed śmiercią. Strach rodzi okrucieństwo, nic więc dziwnego, że okrucieństwo i religia szły zawsze ręka w rękę. Lęk jest podstawą ich obu.

Zaczynamy teraz trochę rozumieć rzeczy otaczające nas na tym świecie i opanowywać je po trochu za pomocą nauki, która utorowała sobie drogę krok za krokiem, wbrew chrześcijańskiej religii, wbrew Kościołowi, pomimo opozycji wszystkich starych przepisów.

Nauka może nam pomóc przezwyciężyć ten dominujący strach, w którym ludzkość żyła przez tyle pokoleń. Nauka i nasze serca mogą nas nauczyć rezygnacji z poszukiwania urojonej podpory, z wynajdywania sobie sprzymierzeńców w niebie i używania naszych sił raczej do tego, żeby uczynić z tego świata miejsce w którym żyć warto, a nie piekło, które zrobiły z niego Kościoły w ciągu minionych wieków.
Co powinniśmy robić ?

Chcemy stać o własnych siłach i patrzeć na świat bez zmrużenia powiek – na jego dobre i złe strony, jego piękno i brzydotę; chcemy widzieć świat takim, jakim jest i nie odczuwać przed nim lęku.

Należy podbić świat inteligencją, a nie odnosić się doń z niewolniczą uległością wypływającą z przerażenia, jakie w nas budzi. Pojęcie Boga bierze swój początek w starodawnym wschodnim despotyzmie. Jest to pojęcie bezwarunkowo niegodne wolnych ludzi. Gdy słyszy się w kościele ludzi, którzy poniżają się mówiąc, że są nędznymi grzesznikami itd., wydaje się to czymś godnym wzgardy, czymś, co nie przystoi szanującym się istotom ludzkim.

Powinniśmy nie upadać na duchu i patrzeć światu prosto w twarz. Powinniśmy uczynić nasz świat możliwie jak najlepszym. I chociażby rezultat nie odpowiadał naszym życzeniom, to jednak będzie lepszy od tego, co zrobili ze świata chrześcijanie w ciągu minionych stuleci.

Dobrze urządzony świat potrzebuje wiedzy, dobroci i odwagi. Nie potrzeba mu żalu i westchnień za przeszłością ani zakuwania w kajdany swobodnej inteligencji za pomocą słów wyrzeczonych niegdyś przez ignorantów. Potrzebuje on śmiałych poglądów i swobodnej inteligencji. Potrzebna mu jest nadzieja na przyszłość, a nie oglądanie się wstecz. Ufamy, że przyszłość, którą nasza inteligencja może stworzyć, pozostawi daleko za sobą wszystko to, cośmy zdziałali w przeszłości.

Bertrand Russel

Opublikowany w ateizm, teizm | Otagowane: | Zostaw Komentarz »

Ateizm, wybór najodpowiedniejszy

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu marzec 26, 2009

Co to jest ateizm? Mówiąc najogólniej jest to zaprzeczenie istnieniu Boga, siły najwyższej, niezależnej od niczego i od nikogo. Istnienie takiej mocy wydaje się absurdalne, co później wyjaśnię. Ateizm wynika z prostej i zrozumiałej obserwacji, iż wszelakie religie wraz z rozwojem kultury zmieniają się i niejako “ulepszają”. Nie są one w chwili powstania tworem ostatecznym i dlatego nie można ich uważać ze dzieło najmądrzejszego z mądrych, za dzieło Boga. Najlepszym przykładem jest choćby judaizm, czyli – jak wierzy znaczna część społeczeństwa – religia natchniona przez samego Stwórcę. Zajmijmy się zatem historią tej dość ciekawej wiary. Powszechnie przyjmuje się, że początki historii judaizmu sięgają drugiego tysiąclecia przed naszą erą. Wywodzą się one z wierzeń dawnych plemion hebrajskich, które podobnie jak inne plemiona semickie prowadziły początkowo, przez dość długi okres czasu, koczowniczy tryb życia. Wiele faktów wskazuje na to, iż plemiona hebrajskie zetknęły się z kultem Jahwe podczas swej wędrówki po pustyni. Natomiast wiara w tego boga stała się głównym motorem zjednoczenia i powstania związku plemion izraelskich. Celowo użyłem tutaj słowa “zetknęły się”, gdyż Jahwe nie był tworem, czy też wymysłem hebrajczyków, ale kult tego boga został zapożyczony z wierzeń innych, znacznie starszych ludów. Dla przykładu podam, iż pewne dane wskazują, że boga Jahwe znano na terenie Mezopotamii. Był on także powszechnie znany na terenie Kanaanu, gdzie w mieście Byblos czczono go pod imieniem Jao. Natomiast w tekstach z Ugarit jeden z bogów nosi imię Jaw (Jaw-Elath). Pamiętając o spółgłoskowym zapisie, imiona te można łączyć z imieniem Jahwe. Ponadto warto zauważyć także, iż przechowywane w Biblii dwie tradycje o objawieniu się Jahwe i zawarciu przymierza u stóp góry umieszczają te fakty właśnie na południu Kanaanu, w okolicach zatoki Akaba, czyli dokładnie w miejscu kultu boga Jaw-Elath. Z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że judaizm to kontynuacja mitologii. Mitologia natomiast, w świetle tego co sądzi większość ludzi, to bajki, wymysł pozbawionych elementarnej wiedzy ludzi żyjących gdzieś w zamierzchłych czasach. Ludzi, którzy nie wiedząc jak to się dzieje, że wieje wiatr, czy świeci słońce, tworzyli sobie setki bogów, którym oddawali cześć w jakichś prymitywnych obrzędach. Czymże jest zatem chrześcijaństwo, judaizm, czy islam – jest tylko kolejną bajką, zbudowaną na fundamencie niewiedzy i przeinaczeń. Tak właściwie należałoby sądzić. Bóg Jahwe nie zawsze utożsamiany był z miłością i dobrocią. Początkowo czczono go jako wielkiego, potężnego wojownika, zdolnego zsyłać wichry i burze, rażącego zarówno swych przeciwników jak i swych wyznawców. Nie można go tu określić mianem “dobrego boga”. Tradycja ta łączy elementy bóstwa burzy i wulkanów z ideą wojownika i przewodnika przez pustynię. Za taką postacią boga przemawia także filologiczna interpretacja wyrazu Jahwe, wywodząca się od protosemickiego “hawa”, od którego to pochodzą słowa “wiać” i “burza”. Istnieją jednak poszlaki, które obalają teorię, iż chodziło tu o czczenie wulkanów i wiatrów, paleoastronautyka dopatruje się tutaj czegoś innego, ale artykuł ten nie jest temu poświęcony. Kościół wyjaśnia imię Jahwe słowami “jestem, który jestem”. Mało prawdopodobne jest jednak by tak dalece metafizyczna koncepcja bóstwa była osiągalna dla hebrajczyków tamtego okresu. Jest to późniejsza interpretacja, mająca niewiele wspólnego z pierwotną istotą i znaczeniem tego imienia. Kler nie odważy się przecież napomknąć choćby o fakcie, iż nie zawsze uznawano Jahwe za wspaniałego, miłego i dobrotliwego staruszka, który za dobre wynagradza, a za złe karze. Nie zawsze mówiono o nim używając tych jakże pięknych i głębokich słów “bóg jest miłością”. Jahwe nie był dla semitów “metafizycznym czymś”, ale istotą z krwi i kości, w pełni namacalną, potrafiącą jednak działać rzeczy dla ich umysłów niepojęte. Pomówmy chwilkę o politeizmie. Aramejskie teksty żydowskiej kolonii w Elefantynie w Górnym Egipcie pochodzące z VI-V wieku p.n.e. i ukazujące typ ludowej religii izraelskiej sprzed reformy monoteistycznej, świadczą, że małżonką Jahwe była bogini Anat, która to w mitologii ugaryckiej przedstawiana jest jako towarzyszka, siostra-małżonka Baala. Biblia poświadcza, że jej kult w Izraelu istniał do VI wieku p.n.e. Papirusy z Elefantyny wymieniają jeszcze trzeciego boga, syna Jahwe i Anat, imieniem Aszima lub Aszam. Kościół natomiast usilnie stara się nam wmówić, iż innowierstwo było zjawiskiem, a nie najzwyklejszym i bardzo popularnym wśród izraelitów politeizmem. Czytając pierwsze kilka ksiąg Starego Testamentu można z łatwością dostrzec, iż Jahwe jest tam nazywany bogiem najwyższym, a nie jak uczy nas Kościół jedynym. Już pierwszy werset Biblii mówi o bogach. Tłumaczenie brzmi wprawdzie “Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1,1), wiadomo jednak, że na określenie Boga jest tu użyte słowo Elohim, które jest niczym innym jak liczbą mnogą od wyrazu El. Mógłbym właściwie dalej pisać o zmieniającej się religii Żydów, starać się ukazać wszelkie przemiany, przeinaczenia i zakłamania jakie wprowadzali kapłani by podtrzymać kult Jahwe. Najlepiej jednak zastanowić się jak wiele rożni chrześcijaństwo od opisywanego przeze mnie judaizmu. Zastanowić się jak odbierali Boga protoplasci, a co sądzi o nim dziś przeciętny katolik. Nie trzeba długo szukać, by znaleźć bardzo istotne różnice. Aby ukryć prawdziwą treść Biblii powstała nauka zwana teologią. Kościół ogłosił, że wszystko co można znaleźć w Starym i Nowym Testamencie jest tylko i wyłącznie przenośnią, a interpretacja jest dobrą, gdy jest taką interpretacją jak interpretacja Kościoła. Biblię napisali ludzie, a nie bogowie, ludzie tacy jak my. Dlatego są tam pewne niedomówienia, nieścisłości i błędy rzeczowe. Jeśli to Bóg natchnął ich do napisania tych ksiąg, to trzeba przyznać, iż nie jest on zbyt dobry w dawaniu ludziom “mocy pisarskiej”. Ale czy to ma jakieś znacznie? Skoro to ludzie napisali Biblię to raczej nie bawili się w teologów, pisali to co widzieli, to co rozumieli i co chcieli przekazać potomnym. Nie musieli uciekać się do przenośni i głębokich aforyzmów. Dla nich Bóg był tyranem i takiego go przedstawili. Kiedy czytamy Biblię widzimy jak wiele fragmentów Kościół pomija, a ile uwypukla. Jeśli traktować Biblię jak świętą to chyba należycie, czyli w całości, a nie fragmentarycznie. Nawet jeśli zawiera ona słowa typu: “Jeżeli kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma zostać przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga” Rdz(9,6). To są tzw. święte słowa, słowa, których powinien przestrzegać każdy chrześcijanin. Niegdyś odpowiadały one moralności ludzi, teraz już tak nie jest (choć jak zwykle zdarzają się wyjątki). Religia ewoluuje, o jej świętości zatem mowy być nie może. I tak doszliśmy do logicznego wniosku, że jakakolwiek wiara (tu w szczególności judaizm) to mrzonka. Nie ma sensu dopatrywanie się w niej świętości i ponadczasowości. Każda religia kiedyś umiera, staje się mitologią. Warto także pamiętać, że religii jest niezliczona ilość i twierdzenie, że to właśnie ta moja jest najlepsza zakrawa o głupotę. Religia to jedno, a Bóg to drugie. Tu nie jest już tak łatwo dojść do jakiegoś konkretnego wniosku. Nie łatwo obalić tezę o prawdziwości istnienia Boga. Można wprawdzie dowieść, że Jahwe bogiem nie był, że nie byli nimi Siwa, Baal, El, Anu, Enki, Marduk czy Isztar, ale udowodnienie, że właściwy Stwórca Wszechrzeczy nie istnieje jest po prostu niemożliwe. A stwórca ten wcale bogiem być nie musi. Kler chce nas uczyć, że brak dowodów na istnienie nie jest dowodem na nieistnienie Boga. Rzeczywiście dowód to nie jest, ale biorąc pod uwagę fakt, że ludzie od zawsze tworzyli sobie bogów i jak na razie nic im z tego dobrego nie wyszło to możemy z całą pewnością uznać, że Boga nie ma. Ateizm jest więc wyborem pomiędzy wiarą w stworzonego przez siebie Boga, a niewiarą w nic. Uznałem, że swoistym bezsensem byłoby powielanie błędu poprzednich pokoleń i usilne wierzenie w kogoś, na kogo to istnienie nie ma żadnych dowodów. Uważam, że byłby to błąd nie godny racjonalnie myślącego człowieka. Koncepcja Boga, który jest absolutnie niezależny od niczego jest irracjonalna. Zawsze istnieje możliwość udowodnienia niemocy. Niech Wszechmogący Bóg stworzy dla przykładu kamień, którego to nie będzie w stanie podnieść. I tu popadamy w swoisty paradoks wiary, którego nie da się sensownie wytłumaczyć. Koncepcja wszechmocy po prostu upada. Nie ma istot wszechmogących, doskonałych, perfekcyjnych, niezależnych od czegokolwiek i kogokolwiek. Bóg jest wyrazem naszego pragnienia widzenia w życiu sensu, niczym więcej. Chcemy wierzyć, że po ciężkiej pracy na ziemi czeka na nas nowe, lepsze życie. Chcemy ufać, że istnieje ktoś kto od zawsze się nami opiekuje, dba o nas i troszczy się o losy świata. Ktoś, na kogo możemy liczyć i kto nigdy nas nie zawiedzie, wcielona dobroć, miłość i pokój – po prostu ideał. Nie ma jednak rzeczy idealnych, nasze pragnienia są jedynie pragnieniami, dążeniem do odszukania celu życia, sami siebie oszukujemy chcąc domniemywać istnienia Boga. Niektórzy ludzie potrzebują Stwórcy by w nim widzieć sens, potrzebują wierzyć, że gdzieś jest ten ktoś, ten kto pomoże przetrwać. Do niego kierują swe prośby i błagania. Ja jednak nie potrzebuję Boga by odnaleźć cel mej egzystencji. Nie jest mi potrzebna wiara i wymyśleni bogowie. Mym celem jest życie i to powinno być celem każdego z nas. Nie chodzi jednak tylko o to by żyć, ale o to by żyć na miarę swoich możliwości. A co do życia po życiu to tylko idiota zagłębia się w tym przypadku w wiarę, o wiele lepiej odwołać się do nauki.

Michał Kędzierski

Opublikowany w ateizm | Zostaw Komentarz »

Mit wolnej woli

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu luty 13, 2009

Autor tekstu: Lucjan Ferus

Drugi z mitów religijnych to wolna wola człowieka. Nasza religia ujmuje to tak:
-”Bóg tylko dopuszcza grzech, ale nie chce go wprost. Dlaczego jednak Bóg dopuszcza grzech ? Ponieważ szanuje wolną wolę ludzką”. W tym miejscu przytaczany jest fragment z Eklezjastyka: -”On na początku stworzył człowieka i zostawił go wolnej mocy rozstrzygania”. No i człowiek rozstrzygnął w swej mocy: -”Chcę wiedzieć, czym jest dobro i zło”. I co Bóg na to ? Uszanował tę jego wolę ? Jeśli te wszystkie kary, które spadły na rodzaj ludzki /a przy okazji na resztę stworzenia/, były skutkiem tego rozstrzygnięcia, to zaiste jest to dość dziwna oznaka szanowania wolnej woli człowieka /szanowanie wolnej woli, zawsze kojarzyło mi się z to1erancją, a nie z karaniem, ale widocznie się myliłem; to musi dotyczyć tylko ludzi/. Pomijając fakt, iż ten ówczesny człowiek nie potrafił rozróżniać dobra od zła, wiec jak mógł rozstrzygać i jakimi kryteriami kierować się przy podejmowaniu decyzji ?! Nie! To Bóg rozstrzygnął za człowieka /i to zaraz na samym początku/: -„Masz robić tylko to, na co ja ci zezwolę ! Ja jestem dla ciebie jedynym autorytetem !”. Gdzie tu jest to „uszanowanie” wolnej woli człowieka? Przecież sens grzechu pierworodnego to właśnie zanegowanie wolnej woli człowieka /ergo: nieuszanowanie jej/, zanegowanie jego prawa do samostanowienia, do dokonywania samodzielnych wolnych wyborów. Człowiek stał się grzeszny i niemiły Bogu od momentu, kiedy sam chciał decydować o swym losie; o tym co dla niego dobre, a co złe. Jednym słowem chciał być wolny od zewnętrznego autorytetu (czytaj: religijnego autorytetu).

Zresztą każdy kto przeczyta Pismo Św. zauważy z łatwością, iż nie ma tam w ogóle mowy o wolnej woli człowieka względem swego Boga, natomiast jest bardzo dużo opisów przerażających kar i prze­kleństw, mających spaść na tych, którzy śmieliby nie posłuchać swego Boga w czymkolwiek, lub nie wypełnić jego przykazań /np. w Księdze Powt. Prawa, błogosławieństwa za wierność zajmują 14 wersetów, natomiast przekleństwa dla odstępców aż 54 wersety/. A w Księdze Kapłańskiej są takie oto słowa:

-”Jeżeli zaś nie będziecie mnie słuchać i nie będziecie wykonywać tych wszystkich nakazów /…/ ześlę na was przerażenie, wycieńczenie i gorączkę, które prowadzą do ślepoty i rujnują zdrowie /…/ jeżeli i wtedy nie będziecie mnie słuchać, będę w dalszym ciągu karał was siedem razy więcej za wasze grzechy /…/ jeżeli nadal będziecie postępować mnie na przekór i nie zechcecie mnie słuchać, ześlę na was siedmiokrotne kary za wasze grzechy: ześlę na was dzikie zwierzęta, które pożrą wasze dzieci, zniszczą bydło itd. /…/ jeżeli i wtedy nie poprawicie się i będziecie postępować mnie na przekór, to i ja postąpię wam na przekór i będę was karał siedmiokrotnie za wasze grzechy/…/ jeżeli i wtedy nie będziecie mi posłuszni i będziecie mi postępować na przekór /…/ będziecie jedli ciało synów i córek waszych/…/ rzucę wasze trupy na trupy waszych bożków, będę się brzydzić wami !”.

Czy z tego skróconego tekstu /połowę przekleństw opuściłem/, wynika choćby cień przypuszczenia, iż Bóg Jahwe szanuje wolna wolę człowieka ? Nie szanuje jej u swojego ludu wybranego, a co dopiero u innych ? Nowy Testament /czyli nowy lud wybrany/ ma taki sam stosunek do tego problemu: -„Któż bowiem jego woli może się sprzeciwić ?! Człowiecze ! Kimże ty jesteś, byś mógł się spierać z Bogiem ?! Czy może naczynie gliniane zapytać tego, kto je ulepił — dlaczego mnie takim uczyniłeś ?!”. Albo te znamienne słowa Jezusa z Ewangelii św. Marka: -”Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony. A kto nie uwierzy, będzie potępiony”. Taką ma właśnie człowiek alternatywę /czyli „wolny wybór”/: albo posłuszeństwo i zbawienie, albo nieposłuszeństwo i potępienie. Innej możliwości „szanowania wolnej woli” człowieka, nie przewiduje się. A w liście do Rzymian, czytamy: -”Bóg komu chce okazuje miłosierdzie, a kogo chce czyni zatwardziałym”. I gdzie tu jest miejsce na respektowanie wolnej woli człowieka ? /Nawiasem mówiąc, dlaczego tym argumentem nie broniono heretyków przed stosem ? Dlaczego wszelkie odstępstwa od wiary — ową zatwardziałość właśnie – przypisywano Diabłu, a nie Bogu ? Dziwne to jest dla mnie i niepojęte, zaiste…/

A sam Kościół kat., który uważa się za spadkobiercę Słowa Bożego, oraz wykonawcę jego woli, może chociaż on szanuję tę wolną wolę człowieka ? Ano zobaczmy: oto fragment edyktu z Tessaloniki z 380 r.: -”Nakazujemy, aby ci, którzy wyznają tę wiarę przyjęli nazwę Chrześcijan katolickich. Wszystkich zaś innych uznajemy za głupców i szaleńców, trzymających się haniebnych zasad heretyckich”. Następnie edykt mówi, iż wszyscy ci głupcy i szaleńcy „poniosą wpierw karę boską, a potem karę z rozkazu naszej władzy, którą otrzymaliśmy z wyroku niebieskiego.”

Oto fragment encykliki „Mirari Vos” papieża Grzegorza XVI z 1832 r.: -”Z tego to najbrudniejszego źródła indyferentyzmu wypłynęło owo błędne i niedorzeczne mniemanie, albo raczej szalone głupstwo, jakoby każdemu należało zapewnić i zaręczyć wolność sumienia”. Oto fragment kazania biskupa Bossueta: -”Heretykiem jest ten, kto ma własne zdanie i kieruje się własną myślą i własnym uczuciem”.

Oto fragment encykliki papieża Piusa IX z 1864 r.: -”Niedorzeczne i błędne nauki lub inne brednie broniące wolności sumienia są największym błędem, zarazą najbardziej dla państwa niebezpieczną” /państwa Watykan ?/.

Oto słowa papieża Piusa X z początku naszego stulecia: -„Co do tłumu, nie ma on innych obowiązków, jak dać się prowadzić i jak trzoda posłuszna, iść za swymi pasterzami”. Dobrze powiedziane, prawda ? I na koniec perełka kazuistyki, jeśli chodzi o wolną wolę kobiet. Oto wypowiedź kard. J. Ratzingera: -”Kobieta, wiedząc kiedy ma dni płodne i powstrzymując się od stosunków płciowych w tym czasie — popełnia również grzech” /a mówią, że wstrzemięźliwość jest cnotą/.

W tak wielkim skrócie wygląda „szanowanie” wolnej woli człowieka przez jego Boga, jak i przez jego ziemskich urzędników. To jednak nie wszystko, bo największy fałsz mitu o wolnej woli człowieka, tkwi w samej doktrynie Kościoła.

Otóż są dwa wyjaśnienia tego samego teologicznego problemu: -„Bóg tylko dopuszcza grzech, ale nie chce go wprost. Dlaczego jednak dopuścił grzech ? Ponieważ szanuje wolną wolę człowieka”. I drugie wyjaśnienie: -”Bez dopuszczenia zła moralnego — czyli grzechu — na świecie, nie uzewnętrzniłby się ten przymiot boży, któremu na imię miłosierdzie /…/ dopiero na przykładzie grzesznej ludzkości, grzesznego człowieka, ujawniło się miłosierdzie Boga przebaczającego”.

Więc w pierwszej wersji, Bóg godzi się na istnienie zła przez wzgląd na człowieka /choć nie wiem jak można zrozumieć, iż „dopuszcza” znaczy, iż nie „chce” ? Jeśli Bóg czegoś nie chce, jest to dla nas prawem biologicznie nie do przeskoczenia, jak np. nasza śmiertelność, starzenie się itp. A jeśli dopuszcza, tzn., że chce; inaczej tego nie można zrozumieć !/.

Zaś w tej drugiej wersji Bóg robi to już dla siebie, a konkretnie dla swojej chwały; aby ujawniła się ta jego piękna cecha, którą jest miłosierdzie, okazywane przez przebaczenie win /czy pisałem już, że nasz Bóg zachowuje się jak ów chirurg, który aby mieć pacjentów, wpierw ludzi rani i okalecza by potem ich leczyć ? Pisałem ! No to jeszcze raz napiszę, abyśmy sobie uprzytomnili, jakiego mamy Boga/.

No dobrze, a jak wygląda ten sam problem od strony Boga ­- Absolutu ? Z bożych cech wynika, iż jest on Istotą, która swym umysłem /albo jestestwem/ ogarnia całą wieczność, albo inaczej: jest obecna w każdej chwili wieczności jednocześnie /dlatego właśnie dla Boga jest zawsze teraz. Wygląda na to, iż tylko dla nas czas płynie i wszystko przemija, podczas gdy dla Boga czas stoi, a wszystko trwa nieruchome… Trudno to pojąć człowiekowi !/. Jest on także jedynym stworzycielem całej rzeczywistości, jaka kiedykolwiek istniała, istnieje i istnieć będzie. A „ponieważ wszystko co jest stworzone, zaistniało zgodnie z myślą bożą, przeto idea podporządkowania wszystkiego jednemu celowi, powinna istnieć od całej wieczności w umyśle bożym” /św. Tomasz/. Ten plan nazywa się Opatrznością Bożą. Kościół wyjaśnia to tak:
-”Opatrzność Boża to odwieczny plan Boga obejmujący wszystko co istnieje”. Bóg jest pierwszą przyczyną wszystkiego, ale nie należy tego rozumieć w ten sposób, iż stworzył on Wszechświat i teraz przygląda się z nieba jak on działa. Jak już pisałem „Bóg współdziała nie tylko w utrzymaniu świata w istnieniu, ale także w każdej czynności stworzeń”. W kontekście powyższego, jak można pogodzić wolną wolę Boga z wolną wolą człowieka, tak by ta druga nie była zależna od tej pierwszej ? Obojętnie co człowiek zrobi w swoim życiu, Bóg i tak będzie o tym wiedział nieskończenie wcześniej, gdyż to on nieskończenie wcześniej zadecydował o tym, że tak właśnie się, stanie. To on sam stwarza przez cały czas tę rzeczywistość, której cząstką jesteśmy my — ludzie. I na dodatek wie o niej wszystko nieskończenie wcześniej. Gdyby choć na chwilę przestał podtrzymywać ją w istnieniu, momentalnie zapadła by się w nicość /Katechizm Rzymski/.

Owszem, człowiekowi może się wydawać, że to on decyduje o swym losie, może się także wydawać, że dokonuje wolnych wyborów. Ale obojętnie jakie by one nie były, muszą być one zgodne z wolą Boga. A nie sądzę, aby Bóg chciał utrzymywać coś w istnieniu, czego by nie akceptował; po co miałby to robić ? Sobie samemu na złość ?! Ba! Człowiekowi może się nawet wydawać, iż przeciwstawia się Bogu, lecz biorąc pod uwagę jego cechy, należy pogodzić się z faktem, iż to „przeciwstawianie” się Bogu, musi być także zgodne z jego wolą, inaczej nie miałoby prawa zaistnieć.

Innej możliwości nie dopuszcza logika rozumowania, biorąc pod uwagę konsekwencje wynikające z bożych atrybutów. Powyższa zależność wynika z relacji istoty ograniczonej czasem i przestrzenią — człowieka; do istoty nieskończonej i niczym nie ograniczonej — Boga, jego Stwórcy. Aby lepiej to zrozumieć powinienem posłużyć się w tym miejscu jakąś czytelną analogią. Wydaje mi się, iż tę relację — Stwórcy o nieskończonych możliwościach do swego ograniczonego tworu, który jest całkowicie od niego zależny — oddaje analogia pisarza w relacji do swego dzieła /nie jest ona doskonała, ale chyba najlepiej spełnia wszelkie zależności, jakie występują w tym problemie/. I tak:
1. Pisarz stwarza świat swej powieści wyobraźnią, ale przy pomocy słowa. A co mówi Ewangelia św. Jana ?: -”Na początku było słowo, a słowo było u Boga i Bogiem było słowo. Ono było na początku u Boga. Przez nie wszystko się stało /…/ Na świecie było słowo, a świat stał się przez nie…”.

2. Pisarz jest poza światem kreowanej przez siebie powieści, a jednocześnie całkowicie wypełnia ją sobą. Jego duch przenika jej stronice i nie ma w niej ani jednego słowa, które by nie wynikało z jego zamysłu /woli/. A co mówią postanowienia Soboru Wat. I ?: -”Ponieważ jest on /Bóg/ jedną, pojedynczą, prostą całkowicie i niezmienną substancją duchową, przeto należy wyznawać, że co do rzeczy i istoty jest on od świata oddzie1ony“. Jednocześnie wielu wielkich teologów uznaje bożą wszechobecność w naszym świecie. Bóg w swoim słowie pyta: -”Czy nie wypełniam nieba i ziemi ?”.

Zatem jak można być poza światem, oddzielonym od niego, a jednocześnie wypełniać go całkowicie ? Czy nie tak jak pisarz, który jest obecny w swym dziele, jednocześnie będąc całkowicie poza nim ?

3. Pisarz jest wszechmocny w stosunku do swego dzieła; tzn. że może dosłownie wszystko uczynić w kreowanej przez siebie rzeczywistości, co tylko mu podpowie wyobraźnia. A co mówi religia na ten temat, odnośnie Boga ? Bóg także jest wszechmocny /wszechmogący/. W swym słowie skierowanym do ludzi, mówi on: -”Czy może ktoś uciec przed tym, co ja zamierzam zdziałać ? Czy może ktoś sprzeciwić się mej woli ? /…/ Oto ja jestem Pan, Bóg wszelkiego ciała: czy jest może dla mnie coś niemożliwego ?” Albo: -”U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe /../ Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”.

4. Pisarz jest wszechwiedzący odnośnie swego dzieła. To znaczy, że jest mu znany cały jego plan, włącznie z zakończeniem /a już na pewno po napisaniu/. W tym przypadku Bóg na głowę bije pisarza, gdyż jego wszechwiedza jest totalna: obejmująca całą wieczność naraz, uwzględniająca wszelkie możliwe kombinacje rzeczywistości jakie są przez niego kreowane /nie będę tu powtarzał słów św. Tomasza z Akwinu/.

5. Pisarz jest początkiem i końcem wszystkiego, co istnieje w jego dziele. Bóg także: początkiem i końcem, Alfą i Omegą naszego świata, naszej rzeczywistości. Od niego się wszystko zaczyna, istnieje w nim /czy też dzięki niemu/ i dzięki niemu wszystko się kończy.

6. Pisarz jest jedynym autorem swego całego dzieła /pomijając przypadki prac zbiorowych/. Pisze je strona po stronie, rozdział po rozdziale… aż do samego końca. A jak jest z Bogiem ? Sobór Wat. I tak orzekł: -”Bóg działa w świecie nieustannie. Jest przyjętą tezą przez wszystkich teologów kat., że Bóg współdziała nie tylko w utrzymaniu w istnieniu, ale także w każdej czynności stworzeń”. Zaś Katechizm Rzymski uczy: -„Jeśli Opatrzność boża nie zachowywałaby rzeczy z taką samą siłą, z którą je stworzyła na początku, wszystkie zapadłyby się natychmiast w nicość”. Tak więc i jeden i drugi są autorami /twórcami/ całej rzeczywistości, którą kreują.

7. Pisarz jest całkowicie odpowiedzia1ny za wszystko to, co zawarte jest w jest dziele. On ponosi za nie całkowitą odpowiedzialność jako jego jedyny autor, więc i krytyka jego dzieła, winna dotyczyć wyłącznie jego osoby. A jak to się ma do naszego Boga?

W tym punkcie wyraźnie rozmija się analogia pisarza do Boga. Otóż wszystko wskazuje na to, iż nasz Bóg stara się uchylać od odpowiedzialności za swoje dzieło i narzucić nam przyjęcie następującej zasady: -”Nic złego co się dzieje tu na ziemi, nie może obciążać tego, który jest tam ponad nami, który to wszystko stworzył, i który tym wszystkim rządzi /ma władzę absolutną/”. Hołdy, uwielbienie i adoracja — jak najbardziej ! Ale krytyka i niezadowolenie — w żadnym wypadku ! I tu jest zadawane owo słynne pytanie: -”A kimże ty jesteś człowiecze, aby krytykować swego Boga ? Czy naczynie… itd.”.

Na koniec tej analogii pisarza do Boga, zostawiłem istotną różnicę jaka ich dzieli.

8. Otóż polega ona na tym, iż pisarzowi zazwyczaj wystarcza możliwość absolutnego panowania nad światem swojej powieści i istotami tam wykreowanymi, toteż nie przejawia on potrzeby „objawiania” im się w ich rzeczywistości; wydawania osobistych poleceń, nawoływania do konieczności spełniania jego woli /na stronach powieści oczywiście/, a także przestrzegania wszystkich tych, którzy chcieliby mu się sprzeciwić. Co ważniejsze, iż pisarz nie odczuwa także potrzeby dowartościowywania się poprzez postaci przez siebie stworzone. Nie zależy mu, aby schlebiały mu one, chwaliły go, adorowały i „służyły” mu w ten dość dziwaczny sposób. Nie zauważa się też, aby jakiemuś pisarzowi specjalnie zależało na karaniu swych bohaterów, ani poddawaniu ich bezustannym próbom lojalności sobie, oraz takim, które by mogły zaświadczyć jak bardzo owe postaci boją się swego twórcy /trochę trudno było to sprecyzować, ale chodziło mi o odpo­wiednik „’bogobojności” — co zdaje się być u człowieka najbardziej cenioną cechą przez jego Boga/.

Tego wszystkiego jest brak u pisarzy i nie zauważa się także tego stylu w ich książkach /prócz Biblii, oczywiście/. Dlaczego tak się dzieje? Może pisarze nie są tak chorobliwie wrażliwi na punkcie swej wielkości, że nawet własnym tworom każą się chwalić i służyć sobie, podnosząc swą wartość poprzez nie – we własnych oczach? Może mają świadomość, iż byłoby to dość dziwne z ich strony, aby w ten sposób przydawać sobie chluby i chwały ? /no chyba, że jest się pisarzem apologetycznym, a wtedy przypisywanie swych poglądów wyższej istocie i wkładanie jej w usta swych wypowiedzi — nikogo nie razi, ani nie dziwi. Czyż cel nie uświęca środków ?/.

Dlaczego zatem Bóg, który również ma absolutną władzę nad człowiekiem, sięga jednak do tych dodatkowych środków panowania nad nim ? Czyżby nie dowierzał samemu sobie ? Powiecie zapewne, iż ta analogia jest pozbawiona sensu, gdyż pisarz stwarza rzeczywistość pozornie żywą, że postaci w powieści nie mają możliwości samodzielnego działania, ani wolnej woli jak ludzie, którzy sami decydują o tym, co uczynią ze swym życiem. Pozornie będziecie mieli rację, ale tylko pozornie; bo gdy czytamy powieść, nie ożywiamy jej swoją wyobraźnią ? Czy jej akcja nie dzieje się w naszym umyśle, a bohaterowie jej nie przeżywają swojej rzeczywistości? Nie doznają takich samych odczuć i stanów ducha jak my ? A my sami ?

Czy naprawdę to my decydujemy o naszej przyszłości ? Czy naprawdę mamy tę osławioną wolną wolę ? Otóż mamy ją w niewiele większym stopniu, niż bohaterowie powieści; odnosimy tylko wrażenie, iż jesteśmy panami swego życia i że tylko od nas zależy co z nim uczynimy.

To są tylko złudzenia ! Rozejrzyjmy się tylko po świecie: czy ludzie z własnej woli chcą być nieszczęśliwi, albo by dotykały ich przeróżne nieszczęścia ? Chyba nie ! A jednak jest ich mnóstwo ! Czy ludzie z własnej woli chcą być biedni, chorzy i głupi ? Nie sądzę ! A jednak są takich krocie ! Czy ludzie z własnej woli chcą czynić zło ? Nikt się do tego nie przyzna, ale jednak je czynią ! I to bardzo często ! Czy z własnej woli chcą przeżywać piekło na ziemi i stwarzać je innym ? Mam duże wątpliwości ! A jednak dzieje się tak często, na tym „najlepszym ze światów” ! Więc jak to właściwie jest ? Jeśli mamy tę wolną wolę, jesteśmy panami swego życia — dlaczego świat nie jest rajem szczęśliwości, a życie ludzkie jednym pasmem błogostanu ? Dlaczego, pytam ? Czy nie dlatego to wszystko się dzieje, iż jesteśmy tylko bezwolnymi marionetkami w rękach bóstwa, Losu, czy praw Natury, które, nami rządzą? /wybór zależy od światopoglądu/. Tak więc biorąc pod uwagę te nieskończone boże możliwości w stosunku do naszych — bardzo ograniczonych, sądzę, iż ta analogia nie jest pozbawiona sensu i uzasadnienia /do mnie ona przemawia, ale czy może być inaczej ?/.

Kiedy wyobrażam sobie Boga wszechmocnego i wszechwiedzącego, o nieskończonych i niczym nie ograniczonych możliwościach, który postanowił aktywnie uczestniczyć w swym dziele, narzuca mi się nieodparcie wizja pisarza wkraczającego „osobiście” /bezpośrednio/ w świat kreowanej przez siebie rzeczywistości. I zadaję sobie zawsze to samo pytanie: -”Po co miałby to robić?”. Ten, kto może uczynić wszystko w kreowanej przez siebie rzeczywistości /świecie/, nie musi zadawać sobie trudu osobistego angażowania się w tę rzeczywistość. Ten, kto może uczynić wszystko nie musi niczego domagać się /ani żądać ani nakazywać/ od swego stworzenia, bo i tak mając nad nim absolutną władzę, wszystko czego będzie chciał, jest w stanie od niego wyegzekwować, bez jego wiedzy i woli. Więc po co to wszystko ?

Co Bóg zyskał objawiając się ludziom, a czego by nie zyskał poprzez i tak absolutną władzę nad nimi ? /Ten sam problem dotyczy także Jego Syna: co Bóg zyskał dodatkowego od swego stworzenia, poprzez swego Syna – Zbawiciela, czego nie mógłby sam uzyskać od ludzi mając i tak nad nimi absolutną władzę ? Zresztą w Ewangelii Św. Jana jest to napisane wyraźnie: -„Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni”. No właśnie! Odpowiedź jest tylko jedna:
Nie mógł zyskać nic dodatkowego, ponieważ władza absolutna gwarantuje wszystko co jest możliwe do uzyskania od tego, kto jej podlega — przez tego kto ją posiada. Więc pytanie: -”Po co wszechmocny Bóg się objawił człowiekowi ?” — pozostaje bez odpowiedzi właściwie.

Chyba, że chodziło Bogu o uzyskanie od swego stworzenia uczucia miłości, wdzięczności, pochlebstwa, strachu /czyli tak cenionej przez Boga ­bogobojności/; wtedy stworzenie musi znać adresata tych uczuć, nie może ich kierować ku ślepemu losowi. Ale czy to nie świadczyłoby o megalomanii i kabotynizmie naszego Boga? A zatem wykluczałoby jego absolutną doskonałość i nasz Bóg byłby wtedy nie mniej godzien litości i współczucia, niż jego marne i ograniczone stworzenie.

Czy trzeba aż umysłu na miarę mistrza Lema, aby zrozumieć, iż ten kto może uczynić wszystko, nie czyni nic, bo i po co ? /chyba, że dla zabawy, albo rozrywki/. A już chyba nie trzeba być geniuszem, aby pojąć, iż Stwórca, który ma nieskończone i niczym nie ograniczone możliwości w stosunku do swego dzieła /ma nad nim absolutną władzę/ nie musi mieć z nim osobistego kontaktu, aby i tak wszystko się w nim działo według jego zamysłu i woli. Bez narzucania mu norm moralnych, straszenia karami i przekupywania nagrodami. Bez jakiegokolwiek bezpośredniego przymusu. Więc dlaczego wierzymy w Stwórcę, który z założenia winien być Ideałem /doskonałością pod każdym względem/, a jednocześnie jest on tak samo prymitywny i ograniczony jak jego stworzenie ? Dlaczego, pytam ?! /sądzę, iż na to pytanie najlepiej każdy sam sobie odpowie/.

Biorąc powyższą analogię pod uwagę i wszystkie konsekwencje jakie z niej wynikają, sądzę, iż tej osławionej wolnej woli mamy w niewiele większym stopniu niż postaci z powieści, prowadzeni przez autorów z żelazną konsekwencją ku przeznaczeniu.

Jak np. bohater „Nędzników” W. Hugo — Jean Valiean, który jechał na „swoją” sprawę, kiedy to jego sumienie kazało mu się stawić za wszelką cenę, aby nie został skazany niewinny człowiek, a jego instynkt samozachowawczy mówił mu cos wręcz odwrotnego. Jeszcze na dodatek tej duchowej rozterki, zastanawiał się on, co go tak pcha do tego irracjonalnego działania, wbrew swej naturze i zdrowemu rozsądkowi. My wiemy, kto go popychał do tego; Jego „Bóg”: W. Hugo !

Czy nie w takiej samej /albo bardzo zbliżonej/ sytuacji jesteśmy my — ludzie, względem naszego Boga ? Tak to przynajmniej wynika z relacji jego atrybutów do naszej ograniczoności. No dobrze! Ale może wcale Bóg nie chce wpływać na człowieka, w wyżej opisany sposób, pozostawiając mu jednak wolną wolę i wolny wybór ? Chętnie zgodziłbym się z tym poglądem /jako, że bardzo cenię sobie wolność, choć nie tak rozumianą jak to rozumie Kościół kat./, iż Bóg – mimo absolutnej władzy nad ludźmi — nie chce wpływać w bezpośredni sposób na człowieka /tzn. działając na niego “od wewnątrz”/ — szanując jego wolną wolę, gdyby…

Gdyby nie istniały religie, kościoły, ustroje teokratyczne, papiestwo, państwa wyznaniowe, organizacje narzucające siłą swój światopogląd religijny, św. Inkwizycja, krzyżowcy, wojny o podłożu religijnym, przeróżne Pisma św., w imię których palono ludzi na stosach jako heretyków, indeksy ksiąg zakazanych, encykliki i syllabusy; tzw. religijne wartości /słynne WC, do dzisiaj nie zdefiniowane/, narzucane siłą nawet tym, którzy ich nie uznają, nietolerancja dla odmiennie myślących i wierzących, oraz psychiczny terror względem tych wszystkich, którzy nie chcą, aby ich światopogląd był krępowany religijną doktryną i dość dziwnie pojmowaną hierarchią wartości /tzw. filozofia Kalego, albo uczenie mówiąc – relatywizm moralny — oficjalnie potępiany, a nieoficjalnie stosowany w Kościele od zawsze i to przy każdej nadarzającej się okazji/.

Gdyby tego wszystkiego nie było, mógłbym zgodzić się z poglądem, iż być może Bóg choć może wszystko — nie chce ingerować zbyt mocno w życie ludzi i zniewalać ich do dobroci. Ale zastanówmy się:

Czy można uwierzyć, iż Bóg nie chce spowodować aby człowiek był dobry /kierując nim „od wewnątrz”/, natomiast chce — bo dopuszcza do tego — aby były krucjaty, pogromy religijne, torturowanie i palenie ludzi na stosach, eksterminacje i aneksje terenów pod pozorem “świętej wojny”, lub „ewangelizacji”, rzezie innowierców i ciągła nietolerancja dla odmiennie myślących ?

Czy można w to uwierzyć, jeśli się czyta w Piśmie Św. te wszystkie przekleństwa i groźby, te opisy strasznych chorób jakie mają dotknąć tych wszystkich, którzy chcieliby sprzeciwić się woli bożej ?

Czy można w to uwierzyć jeśli się zna historię Kościoła kat. i jego ponad 1700-letnią walkę z każdym przejawem wolnej myśli człowieka, zawsze za pomocą środków bogatych, choć ewangeliczna nauka nakazuje stosować środki ubogie ?! /tzn. przekonywanie jedynie słowem/.

Czy można w to uwierzyć, jeśli się zna historię dworów papieskich, która jest pasmem bezwzględnej walki o władzę nad całym światem! Walki nie tylko o prawo Kościoła do narzucania swych poglądów siłą /ówcześni papieże przeklinali wszystkich, którzy się temu sprzeciwiali!/, ale i do wyłącznego panowania nad sumieniami wierzących, walki o przywileje i bogactwa, jak najbardziej z tego świata? Pytam raz jeszcze: czy można uwierzyć, iż Bóg nie chce zbyt nachalnie narzucać człowiekowi swej woli, pomimo istnienia powyższego ?!

Wydaje mi się, że nie można /przynajmniej ja nie potrafię/. A więc uważam, że gdyby Bóg nie chciał narzucać człowiekowi swej woli w taki sposób, iżby nie mógł się on temu sprzeciwić — nie pozwoliłby również, aby robili to ludzie ludziom, w Jego imieniu. Inaczej ta jego milcząca zgoda na wszelkie zło jakie czyni człowiek człowiekowi z pobudek religijnych, świadczy o Jego nieprawdopodobnej wprost hipokryzji; bo on niby szanuje tę wolną wolę człowieka, i nie narzuca mu się — ale za to Jego kapłani, nie mając już tych skrupułów, od zawsze starali się decydować, co dla człowieka dobre, a co złe; a on im zawsze na to pozwalał /i pozwala nadal/. Albo świadczy ona o nieprawdopodobnej wprost hipokryzji i pysze kapłanów, którzy reprezentują jakoby Jego interesy na ziemi ­ co jest o wiele bardziej prawdopodobne i wiarygodne.

Jak śmieszny jest ten pogląd, iż Bóg szanuje wolną wolę człowieka, najlepiej oddaje wizja Królestwa Bożego: otóż ludzie żyć tam będą wiecznie, bez starzenia się /czyli w jakim będą wieku ?/ i chorób, bez trosk i kłótni, bez wojen, głodu i nędzy, w nieustającym zadowoleniu, dobroci i miłości do bliźnich — jednym słowem w nieustającym szczęściu i ekstazie /nie mylić z orgazmem/. Tylko nie będzie tam — pośród tych wszystkich wspaniałości — respektowana wolna wola człowieka. Dlaczego tak sądzę ? Otóż sam Kościół naucza, że wszelkie zło jakie istnieje na ziemi, bierze się z tego, iż Bóg szanuje wolną wolę człowieka i nie może nic zrobić bez jego woli. A człowiek uwielbia zło, bo ciągnie Go w tym kierunku jego własna natura, skażona złymi i grzesznymi skłon­nościami /”Dążymy do gwiazd, ale zdradza nas własna natura” — jak to ktoś, kiedyś trafnie określił/.

W Królestwie Bożym nie będzie zła, więc należy wnioskować, iż Bóg przestanie respektować zasadę szanowania. wolnej woli człowieka. Chyba, że tam będą już wszyscy dobrzy z natury /więc de facto nie byliby ludźmi/, co na jedno wychodzi: nie będą mieli wyboru. I jakoś to nikomu nie będzie przeszkadzało i jakoś nikt się nie dziwi, że skoro tam Bóg może urządzić raj szczęśliwości dla człowieka — obojętnie w jaki sposób — dlaczego nie może tego samego uczynić dla człowieka tu i teraz na ziemi, dysponując tymi samymi możliwościami ?

Uważam, iż jakby na ten problem nie patrzeć, nie da się pogodzić wolnej woli Boga z wolną wolą człowieka, jeśli miały by być od siebie niezależne. Zresztą, czy sam człowiek, modląc się do swego Boga: -„Bądź wola Twoja, Panie…” — nie oddaje trafnie prawdziwego stanu rzeczy? Może jednak i w tym aspekcie tych swoich rozważań się mylę, proszę więc wykazać w którym miejscu i dlaczego.

http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,297

Opublikowany w ateizm | Otagowane: | 1 komentarz »

Odrzucić Wielkiego Boga i małego boga: następny krok ateistów

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu luty 12, 2009

List otwarty do społeczności ateistów

Odrzucając istnienie Boga ateizm trafnie ujmuje pół prawdy o tym, co nadprzyrodzone. Druga połowa dotyczy nas, a nie Boga i żeby dopełnić poznania tej prawdy musimy przyjąć spójny i konsekwentny naturalizm, czyli światopogląd oparty na przywiązaniu do racjonalnych wyjaśnień i dowodów. Naturalizm głosi, że istnieje jeden świat przyrody, ten, który odkrywa przed nami nauka, nie zaś świat podzielony na dwie kategorie: tego, co naturalne i tego, co nadprzyrodzone. Większość ateistów uważa się za naturalistów w tym sensie i rzeczywiście ateizm może być uważany za wyraz czy za pochodną naturalizmu.

W ateistycznych kręgach do zasobów konwencjonalnej mądrości należy wątpienie w istnienie Boga ze względów empirycznych: nie ma przekonujących świadectw, że taki byt istnieje, szkoda nam więc czasu na to, aby w Niego wierzyć. Często jednak inny jeszcze, równie wątpliwy byt nadprzyrodzony kryje się wśród kluczowych, zdroworozsądkowych wyobrażeń na temat natury ludzkiej: obdarzona wolną wolą jaźń.

Powszechnie uważa się, że posiadamy zdolność do myślenia, dokonywania wyborów i działania w sposób zasadniczo niezależny od tych przyczynowych oddziaływań, które stworzyły nas jako osoby i które stanowią nasze otoczenie w każdej chwili naszego życia. W odróżnieniu od wszystkich innych obiektów w przyrodzie, istoty ludzkie dysponują szczególną, przeciwstawiającą się kauzalnym uwarunkowaniom wolnością, która pozwala im powodować rzeczy i zdarzenia, jednocześnie nie w pełni podlegając oddziaływaniom z ich strony.

Brzmi to znajomo? Powinno, gdyż taka przyczynowo uprzywilejowana wolność stanowi cechę charakterystyczną Boga — przyczyny bez przyczyny, pierwszego poruszyciela, który działa, nie będąc efektem działania czegokolwiek poza samym sobą. Założenie o istnieniu wolnej woli, tak bardzo rozpowszechnione w naszej kulturze, czyni więc z nas nadprzyrodzonych małych bogów i to właśnie założenie konsekwentny naturalizm odrzuca. Powinniśmy wątpić w małego boga wolnej woli z tych samych względów, dla których ateiści wątpią w Wielkiego Boga tradycyjnych religii: nie ma żadnych świadectw empirycznych dowodzących jego istnienia.

Podobnie jak nauka radykalnie zmieniła nasz obraz kosmicznej rzeczywistości, zastępując statyczne niebiosa z Ziemią pośrodku Wielkim Wybuchem oraz nadprzyrodzone pochodzenie człowieka darwinowską ewolucją, tak i zastępuje ona duszę na wskroś fizyczną osobą, w całości ukształtowaną przez złożone wzajemne oddziaływania genów i środowiska. Dane gromadzone w coraz większej ilości przez takie dyscypliny, jak biologia, psychologia ewolucyjna czy neuronauka poznawcza sugerują, że nie jesteśmy wymykającymi się przyczynowości wyjątkami w przyrodzie. Nie istnieje jakiś podmiot należący do odmiennej — mentalnej – kategorii ontologicznej czy jakaś duchowa istota unosząca się ponad mózgiem, która mogłaby wywierać wpływ na proces podejmowania decyzji zupełnie niezależnie od zdarzeń zachodzących na poziomie neuronalnym. Nie ma nic nadprzyrodzonego czy przyczynowo uprzywilejowanego wewnątrz naszych głów, tak jak i nie ma nic nadprzyrodzonego na zewnątrz nich.

Oczywiście odrzucenie naszej przeciwstawiającej się kauzalnym uwarunkowaniom wolności jest psychologicznie trudne, podobnie jak dla osób religijnych trudne jest odrzucenie Boga. Większość ludzi, w tym także niektórzy ateiści, uważa, że ludzka godność i zdolność do skutecznego działania zależą od posiadania przez człowieka przeciwstawiającej się kauzalnym uwarunkowaniom wolnej woli oraz że bez takiej wolności moralność i prawo załamują się u samych swoich podstaw. Jak możemy przypisać sobie czy innym jakąkolwiek zasługę i winę? Jak możemy uzasadnić stosowanie kar i nagród? Czy bez wolnej woli nie jesteśmy jedynie marionetkami, maszynami odgrywającymi swój los, wyznaczony przez jakieś bezosobowe siły?

Jakkolwiek mocno nie narzucałyby się nam takie pytania, nie powinny one mieć wpływu na nasz obraz rzeczywistości, który, o ile jesteśmy naturalistami, powinniśmy formować w oparciu o świadectwa empiryczne, a nie w oparciu o to, co wydaje nam się, że być powinno. I faktycznie, jeśli spojrzymy na świat i na siebie samych beznamiętnym i naukowym okiem, wówczas nie znajdziemy żadnych empirycznych podstaw by sądzić, że posiadamy jakieś nadprzyrodzone dusze czy też należące do jakiejś odrębnej kategorii ontologicznej mentalne, niematerialne jaźnie, które czyniłyby z nas obdarzonych wolną wolą małych bogów stąpających po ziemi.

Nie ma jednak czym się przejmować. Po starannym rozważeniu okazuje się, że jakiekolwiek obawy, które wywoływałby w nas fakt nieposiadania przez nas wolnej woli są bezpodstawne. Nadprzyrodzona, przeciwstawiająca się kauzalnym uwarunkowaniom wolność tak naprawdę nie jest nam wcale potrzebna, abyśmy mogli zachować wszystko to, co uważamy za ważne i wartościowe, czy będzie to osobowość, moralność, godność, kreatywność, indywidualność, czy mocne poczucie ludzkiej podmiotowości. Możemy być w pełni podlegli przyczynowym oddziaływaniom w naszych wyborach i działaniach, lecz nie znaczy to, że jesteśmy bezradni w dążeniu do naszych celów, ani nie zakłóca to funkcjonowania naszych kompasów moralnych: wciąż możemy odróżniać dobro od zła i wciąż równie mocno pragniemy stworzyć świat, w którym moglibyśmy rozwijać się i kwitnąć, a nie marnieć. Jak przekonująco pokazał nam to w swojej przełomowej książce pt. The Problem of the Soul Owen Flanagan (filozof pracujący w Duke University), nie posiadając wolnej woli, ciągle jednak posiadamy samokontrolę, możliwość wyrażania siebie, indywidualność, racjonalność, odpowiedzialność moralną i wolność polityczną (zob. zwł. rozdz. 4: „Free Will”).

Co więcej i być może ku naszemu zaskoczeniu, uświadomienie sobie, że nie jesteśmy małymi bogami przynosi nam znaczące korzyści, tak w wymiarze osobistym, jak i społecznym. Po pierwsze, uznając i podkreślając nasze całkowite kauzalne powiązanie ze światem, konsekwentny i spójny naturalizm prowadzi do przepełnionego współczuciem zrozumienia ludzkich występków i cnót. Dostrzegłszy, że nie jesteśmy ostatecznymi przyczynami siebie samych ani swojego postępowania, nie możemy przypisać sobie absolutnej zasługi ani winy za to, co czynimy. W ten sposób zostają zredukowane w nas faryzejskie samozadowolenie, przesadna duma, nadmierny wstyd czy poczucie winy. A ponieważ innych ludzi — na przykład osoby uzależnione, łamiące prawo, żyjące w nędzy czy bezdomne — również postrzegamy jako w pełni podlegające przyczynowym oddziaływaniom, więc stajemy się wobec nich mniej oskarżający i karzący, bardziej zaś empatyczni i rozumiejący.

Po drugie, pokazując nam, w jaki sposób jesteśmy uwarunkowani przez nasze uposażenie genetyczne, wychowanie i środowisko społeczne, takie naturalistyczne samorozumienie radykalnie wzmaga naszą zdolność do przewidywania i kontrolowania tego, co dzieje się zarówno w naszym życiu osobistym, jak i na szerszej arenie społecznej. Odrzucając nadprzyrodzoną wolną wolę, naturalizm skupia naszą uwagę na tym, co rzeczywiście determinuje ludzkie zachowanie. Zwiększa to naszą władzę samokontroli oraz wspiera poszukiwanie opartych na nauce, skutecznych i postępowych rozwiązań w takich obszarach problemowych, jak prawo karne, nierówności społeczne, promocja zdrowia czy ochrona środowiska.

I w końcu, uświadamiając nam, że jesteśmy bez reszty włączeni w przyrodę, naturalizm stanowi podstawę dla satysfakcjonującego podejścia do kwestii ostatecznego sensu i znaczenia. Nie będąc małymi bogami, czujemy się jak u siebie w domu tu, na Ziemi, jako część wywołującego nasz podziw wszechświata, jako pełnoprawni uczestnicy w rozwijającym się naturalnym porządku. Jak donosi Discover Magazine, Richard Dawkins opowiedział się za tego rodzaju naturalistyczną duchowością, nazywając ją „Einsteinowską religią”, zaś arcysceptyk Michael Shermer poprowadził w Esalen seminarium pt. „Nauka, duchowość i poszukiwanie sensu”.

Wszystko to sugeruje, że jeśli jeszcze tego nie uczynili, ateiści z powodzeniem mogą rozciągnąć swoje odrzucenie tego, co nadprzyrodzone tak, aby dotyczyło ono również małego boga wolnej woli. Postępując w ten sposób, staną się bardziej konsekwentni w swym naturalizmie, a zarazem będą mogli korzystać ze wszystkich jego owoców. Jednak z wielu doświadczeń związanych z promowaniem naturalizmu wiem, że kwestionowanie wolnej woli napotyka wiele trudności i oporów. Nawet wśród najbardziej zagorzałych ateistów niektórzy będą wzdragać się na myśl o tym, że nie posiadamy wolnej woli zdolnej przeciwstawić się przyczynowym oddziaływaniom. Na tym jednak — na przyjęciu tej idei — polega następny krok, który musimy uczynić, jeśli chcemy uwolnić się od wiary w to, co nadprzyrodzone.

Nie ograniczając się do odrzucania tego, co nadprzyrodzone naturalizm stanowi atrakcyjną ofertę jako pozytywny, całościowy światopogląd, który z powodzeniem może konkurować z dualistycznymi wizjami człowieka, niezależnie od tego, czy wizje te są zakorzenione w tradycyjnych religiach, czy w filozofiach New Age. Naturalizm potrzebuje jednak starannego opracowania, aby mógł rozwiać narosłe wokół niego obawy i nieporozumienia oraz ukazać pełnię swych psychologicznych i praktycznych zalet. Misją Center for Naturalism (CFN), niekomercyjnej organizacji z główną siedzibą w Somerville, Massachusetts, USA, jest upowszechnianie naturalizmu i jego pozytywnych implikacji oraz rozwijanie rozwiązań politycznych i praktycznych zastosowań, które w pełni uwzględniałyby naturalizm. Serdecznie zapraszamy Was do odwiedzenia naszej strony domowej Naturalism. Org oraz do zapoznania się z naszymi celami i z programami realizowanymi przez CFN. Ateiści, będąc zasadniczo naturalistami, odkryją zapewne, że najogólniejsze założenia, na których opiera się nasza działalność są im bliskie, nawet jeśli nie zaakceptują wszystkiego, co proponuje CFN. Z zainteresowaniem oczekujemy na Wasze pomysły, szczerze cieszymy się z każdej konstruktywnej informacji zwrotnej, jaką od Was otrzymamy.

Autor tekstu: Tom Clark
Tłumaczenie: Łukasz Nysler

Tekst ukazał się na łamach Ateista.pl 1.4.2006.

Tom Clark
Założyciel i dyrektor The Center for Naturalism, amerykańskiej organizacji edukacyjnej zajmującej się propagowaniem w społeczeństwie filozofii naturalistycznej. Jest również twórcą strony www.naturalism.org

Tom Clark Presents Naturalism

Opublikowany w ateizm | Zostaw Komentarz »

Odrzucić Wielkiego Boga i małego boga: następny krok ateistów

Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu luty 9, 2009

Autor tekstu: Tom Clark


Tłumaczenie: Łukasz Nysler

  • List otwarty do społeczności ateistów
  • Odrzucając istnienie Boga ateizm trafnie ujmuje pół prawdy o tym, co nadprzyrodzone. Druga połowa dotyczy nas, a nie Boga i żeby dopełnić poznania tej prawdy musimy przyjąć spójny i konsekwentny naturalizm, czyli światopogląd oparty na przywiązaniu do racjonalnych wyjaśnień i dowodów. Naturalizm głosi, że istnieje jeden świat przyrody, ten, który odkrywa przed nami nauka, nie zaś świat podzielony na dwie kategorie: tego, co naturalne i tego, co nadprzyrodzone. Większość ateistów uważa się za naturalistów w tym sensie i rzeczywiście ateizm może być uważany za wyraz czy za pochodną naturalizmu.

    W ateistycznych kręgach do zasobów konwencjonalnej mądrości należy wątpienie w istnienie Boga ze względów empirycznych: nie ma przekonujących świadectw, że taki byt istnieje, szkoda nam więc czasu na to, aby w Niego wierzyć. Często jednak inny jeszcze, równie wątpliwy byt nadprzyrodzony kryje się wśród kluczowych, zdroworozsądkowych wyobrażeń na temat natury ludzkiej: obdarzona wolną wolą jaźń.

    Powszechnie uważa się, że posiadamy zdolność do myślenia, dokonywania wyborów i działania w sposób zasadniczo niezależny od tych przyczynowych oddziaływań, które stworzyły nas jako osoby i które stanowią nasze otoczenie w każdej chwili naszego życia. W odróżnieniu od wszystkich innych obiektów w przyrodzie, istoty ludzkie dysponują szczególną, przeciwstawiającą się kauzalnym uwarunkowaniom wolnością, która pozwala im powodować rzeczy i zdarzenia, jednocześnie nie w pełni podlegając oddziaływaniom z ich strony.

    Brzmi to znajomo? Powinno, gdyż taka przyczynowo uprzywilejowana wolność stanowi cechę charakterystyczną Boga — przyczyny bez przyczyny, pierwszego poruszyciela, który działa, nie będąc efektem działania czegokolwiek poza samym sobą. Założenie o istnieniu wolnej woli, tak bardzo rozpowszechnione w naszej kulturze, czyni więc z nas nadprzyrodzonych małych bogów i to właśnie założenie konsekwentny naturalizm odrzuca. Powinniśmy wątpić w małego boga wolnej woli z tych samych względów, dla których ateiści wątpią w Wielkiego Boga tradycyjnych religii: nie ma żadnych świadectw empirycznych dowodzących jego istnienia.

    Podobnie jak nauka radykalnie zmieniła nasz obraz kosmicznej rzeczywistości, zastępując statyczne niebiosa z Ziemią pośrodku Wielkim Wybuchem oraz nadprzyrodzone pochodzenie człowieka darwinowską ewolucją, tak i zastępuje ona duszę na wskroś fizyczną osobą, w całości ukształtowaną przez złożone wzajemne oddziaływania genów i środowiska. Dane gromadzone w coraz większej ilości przez takie dyscypliny, jak biologia, psychologia ewolucyjna czy neuronauka poznawcza sugerują, że nie jesteśmy wymykającymi się przyczynowości wyjątkami w przyrodzie. Nie istnieje jakiś podmiot należący do odmiennej — mentalnej – kategorii ontologicznej czy jakaś duchowa istota unosząca się ponad mózgiem, która mogłaby wywierać wpływ na proces podejmowania decyzji zupełnie niezależnie od zdarzeń zachodzących na poziomie neuronalnym. Nie ma nic nadprzyrodzonego czy przyczynowo uprzywilejowanego wewnątrz naszych głów, tak jak i nie ma nic nadprzyrodzonego na zewnątrz nich.

    Oczywiście odrzucenie naszej przeciwstawiającej się kauzalnym uwarunkowaniom wolności jest psychologicznie trudne, podobnie jak dla osób religijnych trudne jest odrzucenie Boga. Większość ludzi, w tym także niektórzy ateiści, uważa, że ludzka godność i zdolność do skutecznego działania zależą od posiadania przez człowieka przeciwstawiającej się kauzalnym uwarunkowaniom wolnej woli oraz że bez takiej wolności moralność i prawo załamują się u samych swoich podstaw. Jak możemy przypisać sobie czy innym jakąkolwiek zasługę i winę? Jak możemy uzasadnić stosowanie kar i nagród? Czy bez wolnej woli nie jesteśmy jedynie marionetkami, maszynami odgrywającymi swój los, wyznaczony przez jakieś bezosobowe siły?

    Jakkolwiek mocno nie narzucałyby się nam takie pytania, nie powinny one mieć wpływu na nasz obraz rzeczywistości, który, o ile jesteśmy naturalistami, powinniśmy formować w oparciu o świadectwa empiryczne, a nie w oparciu o to, co wydaje nam się, że być powinno. I faktycznie, jeśli spojrzymy na świat i na siebie samych beznamiętnym i naukowym okiem, wówczas nie znajdziemy żadnych empirycznych podstaw by sądzić, że posiadamy jakieś nadprzyrodzone dusze czy też należące do jakiejś odrębnej kategorii ontologicznej mentalne, niematerialne jaźnie, które czyniłyby z nas obdarzonych wolną wolą małych bogów stąpających po ziemi.

    Nie ma jednak czym się przejmować. Po starannym rozważeniu okazuje się, że jakiekolwiek obawy, które wywoływałby w nas fakt nieposiadania przez nas wolnej woli są bezpodstawne. Nadprzyrodzona, przeciwstawiająca się kauzalnym uwarunkowaniom wolność tak naprawdę nie jest nam wcale potrzebna, abyśmy mogli zachować wszystko to, co uważamy za ważne i wartościowe, czy będzie to osobowość, moralność, godność, kreatywność, indywidualność, czy mocne poczucie ludzkiej podmiotowości. Możemy być w pełni podlegli przyczynowym oddziaływaniom w naszych wyborach i działaniach, lecz nie znaczy to, że jesteśmy bezradni w dążeniu do naszych celów, ani nie zakłóca to funkcjonowania naszych kompasów moralnych: wciąż możemy odróżniać dobro od zła i wciąż równie mocno pragniemy stworzyć świat, w którym moglibyśmy rozwijać się i kwitnąć, a nie marnieć. Jak przekonująco pokazał nam to w swojej przełomowej książce pt. The Problem of the Soul Owen Flanagan (filozof pracujący w Duke University), nie posiadając wolnej woli, ciągle jednak posiadamy samokontrolę, możliwość wyrażania siebie, indywidualność, racjonalność, odpowiedzialność moralną i wolność polityczną (zob. zwł. rozdz. 4: „Free Will”).

    Co więcej i być może ku naszemu zaskoczeniu, uświadomienie sobie, że nie jesteśmy małymi bogami przynosi nam znaczące korzyści, tak w wymiarze osobistym, jak i społecznym. Po pierwsze, uznając i podkreślając nasze całkowite kauzalne powiązanie ze światem, konsekwentny i spójny naturalizm prowadzi do przepełnionego współczuciem zrozumienia ludzkich występków i cnót. Dostrzegłszy, że nie jesteśmy ostatecznymi przyczynami siebie samych ani swojego postępowania, nie możemy przypisać sobie absolutnej zasługi ani winy za to, co czynimy. W ten sposób zostają zredukowane w nas faryzejskie samozadowolenie, przesadna duma, nadmierny wstyd czy poczucie winy. A ponieważ innych ludzi — na przykład osoby uzależnione, łamiące prawo, żyjące w nędzy czy bezdomne — również postrzegamy jako w pełni podlegające przyczynowym oddziaływaniom, więc stajemy się wobec nich mniej oskarżający i karzący, bardziej zaś empatyczni i rozumiejący.

    Po drugie, pokazując nam, w jaki sposób jesteśmy uwarunkowani przez nasze uposażenie genetyczne, wychowanie i środowisko społeczne, takie naturalistyczne samorozumienie radykalnie wzmaga naszą zdolność do przewidywania i kontrolowania tego, co dzieje się zarówno w naszym życiu osobistym, jak i na szerszej arenie społecznej. Odrzucając nadprzyrodzoną wolną wolę, naturalizm skupia naszą uwagę na tym, co rzeczywiście determinuje ludzkie zachowanie. Zwiększa to naszą władzę samokontroli oraz wspiera poszukiwanie opartych na nauce, skutecznych i postępowych rozwiązań w takich obszarach problemowych, jak prawo karne, nierówności społeczne, promocja zdrowia czy ochrona środowiska.

    I w końcu, uświadamiając nam, że jesteśmy bez reszty włączeni w przyrodę, naturalizm stanowi podstawę dla satysfakcjonującego podejścia do kwestii ostatecznego sensu i znaczenia. Nie będąc małymi bogami, czujemy się jak u siebie w domu tu, na Ziemi, jako część wywołującego nasz podziw wszechświata, jako pełnoprawni uczestnicy w rozwijającym się naturalnym porządku. Jak donosi Discover Magazine, Richard Dawkins opowiedział się za tego rodzaju naturalistyczną duchowością, nazywając ją „Einsteinowską religią”, zaś arcysceptyk Michael Shermer poprowadził w Esalen seminarium pt. „Nauka, duchowość i poszukiwanie sensu”.

    Wszystko to sugeruje, że jeśli jeszcze tego nie uczynili, ateiści z powodzeniem mogą rozciągnąć swoje odrzucenie tego, co nadprzyrodzone tak, aby dotyczyło ono również małego boga wolnej woli. Postępując w ten sposób, staną się bardziej konsekwentni w swym naturalizmie, a zarazem będą mogli korzystać ze wszystkich jego owoców. Jednak z wielu doświadczeń związanych z promowaniem naturalizmu wiem, że kwestionowanie wolnej woli napotyka wiele trudności i oporów. Nawet wśród najbardziej zagorzałych ateistów niektórzy będą wzdragać się na myśl o tym, że nie posiadamy wolnej woli zdolnej przeciwstawić się przyczynowym oddziaływaniom. Na tym jednak — na przyjęciu tej idei — polega następny krok, który musimy uczynić, jeśli chcemy uwolnić się od wiary w to, co nadprzyrodzone.

    Nie ograniczając się do odrzucania tego, co nadprzyrodzone naturalizm stanowi atrakcyjną ofertę jako pozytywny, całościowy światopogląd, który z powodzeniem może konkurować z dualistycznymi wizjami człowieka, niezależnie od tego, czy wizje te są zakorzenione w tradycyjnych religiach, czy w filozofiach New Age. Naturalizm potrzebuje jednak starannego opracowania, aby mógł rozwiać narosłe wokół niego obawy i nieporozumienia oraz ukazać pełnię swych psychologicznych i praktycznych zalet. Misją Center for Naturalism (CFN), niekomercyjnej organizacji z główną siedzibą w Somerville, Massachusetts, USA, jest upowszechnianie naturalizmu i jego pozytywnych implikacji oraz rozwijanie rozwiązań politycznych i praktycznych zastosowań, które w pełni uwzględniałyby naturalizm. Serdecznie zapraszamy Was do odwiedzenia naszej strony domowej Naturalism.Org oraz do zapoznania się z naszymi celami i z programami realizowanymi przez CFN. Ateiści, będąc zasadniczo naturalistami, odkryją zapewne, że najogólniejsze założenia, na których opiera się nasza działalność są im bliskie, nawet jeśli nie zaakceptują wszystkiego, co proponuje CFN. Z zainteresowaniem oczekujemy na Wasze pomysły, szczerze cieszymy się z każdej konstruktywnej informacji zwrotnej, jaką od Was otrzymamy.

    Tekst ukazał się na łamach Ateista.pl 1.4.2006.

    http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5838


    Opublikowany w ateizm | Otagowane: | Zostaw Komentarz »

    O pochodzeniu bałamuctwa.

    Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu luty 6, 2009

    Autor tekstu: Anthony C. Grayling
    Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

    Czasami trudno ocenić, czy głupia i nieodpowiedzialna książka, taka jak Dissent over Descent [ 2 ] Steve’a Fullera, jest rezultatem przyjęcia pozy i chęci wywołania skandalu (syndrom Johna Graya), czy też rzeczywiście reprezentuje postmodernizm, tego raka współczesnego intelektu. Przypuszczam, że uczciwe wytłoczyny postmodernistycznej wrażliwości będą odtąd znane jako „syndrom Steve’a Fullera”, bowiem propozycja tego urodzonego w Ameryce socjologa jest klasycznym przykładem absurdu, do jakiego taka wrażliwość prowadzi.

    Jest tam coś jeszcze. Fuller twierdzi, że jest „świeckim humanistą”. Jednak, jak osobliwie nas o tym informuje, jako człowiek wychowany przez jezuitów, „wie jak pogodzić to, co nie do pogodzenia”. Faktycznie! Pod koniec tych niemal 300 zadrukowanych stron, na które zmarnowano las, mówi nam, co potrzebne jest nauce, by usprawiedliwić jej trwanie (o jejku, biedna nauka, nieprawdaż?). Informuje również, co potrzebne jest Inteligentnemu Projektowi, teorii, której bronił przed sądem federalnym w procesie Dover w 2005 roku, żeby „zrealizować swój pełen potencjał w debacie publicznej”. Innymi słowy autor wyjaśnia, jak teoria próbująca naginać fakty, żeby dowieść swojego wcześniejszego przekonania, że Fred (czy jakikolwiek arbitralny i niewyjaśniony byt świadomy) zaprojektował i stworzył świat oraz wszystko na świecie, może osiągnąć swój pełen potencjał w debacie publicznej. A to wszystko wychodzi spod pióra profesora z porządnego brytyjskiego uniwersytetu. No cóż, jeśli to nie jest dowód skuteczności jezuickich metod kształcenia, to nic nim nie jest.

    Nie będę was zanudzał (ani marnował własnego czasu) szczegółowym obalaniem argumentów w rozdziałach zatytułowanych: „Czy istnieje płaszczyzna porozumienia między stworzeniem a ewolucją?” i „Czy Inteligentny Projekt jest mniej naukowy niż ewolucja?”, ponieważ kiedy obali się przesłanki, na których opiera się cały ten nonsens, nie jest to już potrzebne.

    Fuller opisuje teorię Inteligentnego Projektu (ID) jako projekt ustalenia „przy pomocy zwykłych naukowych odniesień do rozumu i dowodów”, że świat i życie na nim zostały celowo zaprojektowane przez inteligentny byt, wystarczająco kompetentny, by podjąć się zadania stworzenia wszechświata. Nazwijmy to Tezą 1.

    Stwierdza, że ID „leży u podstaw rewolucji naukowej, która dzieje się na Zachodzie od XVII wieku”, ponieważ przekonaniem motywującym dociekania naukowe było, że „natura jest tak zbudowana”, by mogła być zrozumiana – jak uczył nas św. Augustyn – bo człowiek jest stworzony na podobieństwo Boga i jest dlatego zdolny do zrozumienia wszechświata. Nazwijmy to Tezą 2.

    Przekonuje, że i tak nie ma niczego takiego jak „konsensus naukowy” i że nie jest prawdą, iż teoria ewolucji jest skumulowanym wynikiem postępów badań naukowych. Nazwijmy to Tezą 3.

    Konkluduje, że nauka jest rezultatem religii, że „jak dotąd nie przedstawiono żadnej przekonującej alternatywy do uzasadnienia nauki jako poszukiwania ostatecznego zrozumienia rzeczywistości” poza wiarą w boskiego, osobowego stwórcę, oraz że „ateizm zrobił bardzo niewiele dla nauki”. Nazwijmy to Tezą 4.

    No dobrze: trzeba nałożyć kalosze i wejść w to g. Odnośnie tezy 1 odpowiadam: nie, teoria ID nie jest projektem, który działa poprzez „zwykłe naukowe odniesienia do rozumu i dowodów.” Zaczyna się ona od sztywnych wniosków i szuka dowodów na ich poparcie. Czy określa co mogłoby obalić sztywną wiarę w projektującą inteligencję, która jest jej punktem wyjścia? Czy mówi nam, co liczyłoby się jako test tego, co już z góry zaakceptowano, zanim zacznie się szukać rzekomo popierających dowodów? W odróżnieniu od tego nauka stawia hipotezy, testuje i rezygnuje z hipotez, kiedy dowody pokazują, że są one niepoprawne. Jest cały wszechświat różnic między prawdziwą nauką a wysiłkami teoretyków ID oraz kreacjonistów, żeby znaleźć pożyteczną propagandę wśród faktów i rzekomych faktów, która wsparłaby ich z góry przyjęte przekonania.

    Fuller pisze o Popperze; wydaje się, że zapomniał o zabójczej uwadze Poppera, a mianowicie, że teoria, która wyjaśnia wszystko, nie wyjaśnia niczego. ID jest taką teorią: wszystko się z nią zgadza, nic jej nie obala. Pomysł, że istnieje coś takiego jak bóstwo, jest z logicznego punktu widzenia pełen sprzeczności (co nie jest zaskoczeniem, ponieważ sama idea jest produktem sprzeczności) — wszystko można z niego wywieść. (Ale to przypuszczalnie nie przeszkadza Fullerowi, bo uczyli go jezuici).

    Odnośnie Tezy 2 odpowiadam: na tysiąc lat przed św. Augustynem Tales i inni presokratycy oraz Platon, Arystoteles, stoicy i epikurejczycy w wyraźnie naukowy i proto-naukowy sposób myśleli o przyrodzie i działaniu wszechświata zakładając, że ludzka inteligencja jest zdolna zrozumieć działanie natury. Obserwacje aż nadto obficie sugerują, że natura jest regularna i uporządkowana – nie potrzeba bogów, żeby wskazać jak wiosna powraca po każdej zimie i jak plony wschodzą tak, jak to robiły poprzednio. Ludzkość nie tylko nie musiała czekać na św. Augustyna, by odkryć, że może badać świat w ten sposób, bez przywoływania żadnych nadnaturalnych sił, ale co charakterystyczne dla myśli Talesa i jego następców, nie zaczynali oni od takich wierzeń, lecz ich myśli wychodziły z obserwacji i rozumu. To właśnie odrodzenie ich niezależności myśli w Renesansie i później – ponowne odkrycie nieteistycznej tradycji myślenia o świecie – reprezentowało wznowienie przedsięwzięć naukowych, przez tysiąclecie dławionych przez dogmat religijny. Nauka w XVI i XVII wieku musiała walczyć o wyzwolenie się od żelaznego ucisku religii – o czym świadczy zaprzeczenie przez kościół kopernikańskiego heliocentryzmu i proces Galileusza. A pobożni nadal przeczą nauce – teoretycy ID, kiedy odmawiają zaakceptowania odkryć nauki, jak też kiedy Watykan sprzeciwia się badaniom nad komórkami macierzystymi, są spadkobiercami kardynała Bellarmine. Przykładów jest mnóstwo. Jedyne, co może wyjaśnić wysiłek Fullera — ponownego przywoływania wyświechtanego argumentu, że nauka współczesna jest dobrotliwym darem XVI wiecznej religii (może inkwizycji, w przerwach między zabijaniem ludzi, którzy nie wierzyli na przykład, że słońce stało nieruchomo nad Jerycho?) — to ignorancja.

    Teraz odnośnie tezy 3, o braku „naukowego konsensusu” i rzekomym „błędzie” w myśleniu, że teoria ewolucji jest historią sukcesu kumulatywnych badań. Z tym ostatnim możemy rozprawić się krótko. Pozwólmy, by kumulatywne potwierdzenie teorii ewolucji mówiło samo za siebie, przedstawiając geologię Lyella, obserwacje Darwina zięb na Galapagos, groch Mendla, kombinację teorii genetycznej i zrozumienie doboru naturalnego i sztucznego, dane kopalne, komparatywną anatomię i fizjologię oraz masę obserwacji, eksperymentów i odkryć (nic w tym kumulatywnego i postępowego, co?) i po prostu zauważyć, że Fuller – jak z wszystkim innym, co próbuje omawiać w tej książce – musi rzeczywiście odrobić lekcje, które zaniedbał.

    Sprawa „konsensusu” wymaga nieco więcej uwagi. Twierdzenie Fullera należy do techniki „robimy dziurę w całym”; jeśli naukowcy nie zgadzają się w jakimś punkcie, jeśli nie ma między nimi konsensusu, to może da się w tę dziurę wepchnąć alternatywę w postaci jednego albo dwóch bogów, albo choćby odrobinę domniemanego inteligentnego projektu? Ale tutaj Fuller wpada rzeczywiście w pułapkę. Twierdzi, że nie istnieje naukowy konsensus (w ogóle? czy tylko w pojedynczych przypadkach dotyczących jakiegoś nowatorskiego, obecnie badanego problemu?), niemniej istnieje „naukowa ortodoksja”, która, jeśli się pod nią nie podpiszesz, zakazuje ci dostępu do swoich struktur – przypuszczalnie do pracy i finansowania badań. No cóż, naukowcy są na ogół mądrymi ludźmi, przypuszczam więc, że są w stanie posiadać ortodoksję bez konsensusu, chociaż dla mnie brzmi to jak sprzeczność. Ale zaakceptujmy to na moment. Czy powszechna zgoda wśród naukowców na temat tablicy Mendelejewa, siły przewidywania teorii kwantowej, metod testowania skuteczności składników farmaceutycznych i tak dalej przez milion takich rzeczy, jest oznaką „ortodoksji”, ale nie fundamentalnego „konsensusu” w sprawie podstaw, metod nauki? A może to jest po prostu kwestia tego, że fundamenty nauki są bardzo pewne, powszechnie zaakceptowane i są podstawą, na której opierają się pytania, badania i debaty, mające sens w świetle tych fundamentów? Niewątpliwie różne typy od ID lubią określać istnienie jeszcze nierozwiązanych problemów i sposób, w jaki badania otwierają drogę do nowych pytań, jako „dowody”, że nauka jest w jakiś sposób w chaosie i potrzebuje zwrócenia się do bóstwa, żeby to uporządkował (naukowcy debatują, badają, czasami się nie zgadzają – no to musi istnieć bóg!). Ale tutaj Fullerowi znowu grozi wpadnięcie w dołek, który wykopał. Jeśli naukę można kwestionować w sposób, w jaki czyni to Fuller, to jego opis „nauki ID” jako prawdziwej nauki – bez konsensusu! z ograniczającą ortodoksją! – jest równie wątpliwy. Czy może mieć jedno i drugie? No cóż, pamiętajmy, że wykształcili go jezuici.

    Odnośnie tezy 4 odpowiadam: nie zapomnijmy, że przyznanie kiedykolwiek przed XIX wiekiem w Europie lub Ameryce, iż nie jest się religijnym, oznaczało co najmniej społeczne odrzucenie, a czasem również narażenie się na karę śmierci. Tak więc wszyscy „byli religijni”. Edukacja, taka jaka ona wówczas była, dla większości ludzi, oznaczała edukację religijną; dzieci uczyły się czytać recytując na pamięć Biblię, tak jak dzieci dzisiaj uczą się na pamięć sur Koranu w pakistańskich madrasach. Także my, ateiści, mówimy „na litość boską!” i „do diabła!”. Kiedy więc jakąkolwiek wypływającą z historii myśl określa się jako myśl „religijną”, równie dobrze można ją określić jako „myśl ludzką” lub „myśl społeczną”. Jeden z podrozdziałów Fuller tytułuje: „Konsensus: rozciągnięcie myśli religijnej na naukę”. Widać tu zabieg techniczny: jak łatwo jest przypisać wszystko źródłom w religii, ponieważ religia była historycznie elementem społecznym, tak jak woda jest elementem, w którym żyją ryby. Dlatego też przypisywanie „religii” czegokolwiek innego niż specyficznej doktryny jest bezsensowne.

    Tu jednak jest kolejna oznaka ignorancji i historycznej krótkowzroczności Fullera. Chrześcijaństwo jako dominująca religia Europy i podbitego przez nią świata importowało wielkie połacie filozofii greckiej, żeby uzupełnić braki własnej etyki i metafizyki, poczynając od importowania neoplatonizmu w kilka wieków po Jezusie, kiedy stało się jasne, że koniec świata został odroczony, do szczytu tego importu w okresie późnego Średniowiecza wraz z wklejaniem Arystotelesa do teologii przez Tomasza z Akwinu i niektórych scholastyków. Wiele idei, które często przypisuje się źródłom religijnym, to świeckie, nieteistyczne zapożyczenia od Greków, naklejone na niespójności wiary i uratowane z tego towarzystwa przez ponowne podjęcie racjonalnych badań w rewolucji naukowej.

    A co ateizm zrobił dla nauki? No cóż, popatrzmy: usunął ryzyko palenia naukowców na stosie za kwestionowanie prawdy objawionej przez boga, że „założyłeś ziemię na podwalinach jej i nie zachwieje się na wieki wieków” [ 3 ] (Psalm 104 ukochany przez Bellarmine’a, kiedy próbował zamknąć usta filozofom epoki Kartezjusza). Usuwało to konieczność fałszowania obserwacji, faktów, wyników eksperymentów, żeby pasowały do przyjętej doktryny, odległej tak daleko jak to możliwe od wszystkiego, co ujawniały obserwacje i eksperymenty. (Wyobraź sobie, że przez teleskop widzisz księżyce Jupitera w czasach, w których ziemia  – na rozkaz! – była w centrum wszechświata, a człowiek i stworzona przez niego religia była na niej czymś najważniejszym, i wiesz, że papież i Święta Inkwizycja tylko czekają, byś zaprzeczył strzeżonej przez nich wierze.) Krótko mówiąc, ateizm wyzwolił umysł i dociekliwość ludzkości. Zmniejszająca się hegemonia religii i gwałtownie wzrastająca wiedza naukowa i techniczna przez ostatnie cztery stulecia szły pari passu we wzajemnie wzmacniającym się tandemie: im mniej religii tym więcej nauki; im więcej nauki tym mniej religii. I jest to zjawisko powszechne (patrz sondaże Pew o podupadaniu religii, nawet w USA).

    Skomentowałem tutaj tylko niektóre przesłanki książki Fullera. Sama teoria ID (której wady są tak żałosne, że aż śmieszne: twierdzenie o istnieniu i działalności nadnaturalnego projektanta w tym naszym świecie z tak wieloma nieudanymi eksperymentami życia, tak wielkimi powtórkami i chaotyczną różnorodnością wysiłków, by sprostać wyzwaniu przekazania dalej genów) byłaby bluźnierstwem wobec projektanta, gdyby tylko istniał. Te argumenty są wystarczająco dobrze znane, by nie marnować wysiłku na ich powtarzanie; ani też przytłaczająca pewność teorii ewolucji w biologii nie wymaga obrony. W interesie naszych lasów zatrzymuję się więc tutaj, dodam tylko lament nad faktem, że Fuller napisał nie tylko nieodpowiedzialną, ale i złą książkę, której jedyną zaletą jest to, że niechcący wbija kolejny gwóźdź do trumny ID. [ 4 ]


    Przypisy:
    [ 2 ] Steve Fuller, Dissent Over Descent: Intelligent Design’s Challenge to Darwinism, Icon Books, UK, 2008.
    [ 3 ] Przekład Czesława Miłosza – przyp. tłum.
    [ 4 ] W oryginale w tytule tekstu nieprzetłumaczalna gra słów. Praca Darwina O pochodzeniu gatunków po angielsku nosi tytuł Origin of Species. Angielski tytuł artykułu prof. Graylinga brzmi: Origin of Specious – przyp. tłum.
    http://psr.racjonalista.pl/kk.php/s,6071

    Opublikowany w ateizm, teizm | Otagowane: | Zostaw Komentarz »

    Religion 101: Final Exam

    Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu styczeń 30, 2009

    1) Która z poniższych rzeczy jest najlepszym dowodem na istnienie inteligentnego i kochającego Stworzyciela?
    a) Karaibski zachód słońca,
    b) Wrzaski młodej foki, rozrywanej na strzępy przez rekina,
    c) Pierwszy raz, gdy twoje idealne, nowonarodzone dziecko uśmiecha się do ciebie,
    d) Prędkość z jaką wirus Ebola zmienia organy afrykańskiego dziecka w płyn.

    2) Głęboko wierząca para Katolików właśnie wróciła z ich piętnastej rocznicy małżeństwa. Nagle mąż pada na ziemie, chwytając się za klatkę piersiową. Jaka jest najlepsza rzecz, jaką może zrobić jego żona?
    a) Zadzwonić na 112
    b) Umieścić go w swoim samochodzie i pognać do szpitala.
    c) Przeprowadzić resuscytację krążeniowo-oddechową
    d) Paść na kolana i zacząć modlić się do Boga, by oszczędził życie jej męża.

    3) Jesteś osobą testującą różne produkty i często przynosisz pracę do domu. Wczoraj, będąc ubrany w kombinezon ogniodporny (do 3000 stopni), a w rękach masz najnowszy model gaśnicy, zauważasz, że dom twoich sąsiadów stoi w płomieniach. W czasie gdy płomienie szybko się rozprzestrzeniają, ty stoisz i patrzysz, jak noworodek – dziecko sąsiadów – ginie w ogniu. Które z poniższych słów najlepiej oddaje twoje zachowanie?
    a) Wszechmocny
    b) Wszechwiedzący
    c) Nieskończenie miłosierny
    d) Tajemniczy

    4) Pewnego dnia, gdy biegałeś/łaś po parku, zauważasz szaleńca z rzeźniczym nożem w ręku, który właśnie ma zamiar zaatakować sześcioletnią dziewczynkę. Co powinieneś/powinnaś zrobić?
    a) Złapać najbliższy kamień i zaatakować szaleńca
    b) Zadzwonić po policję z komórki
    c) Krzyknąć “Policja!” i pobiec w stronę szaleńca
    d) Spokojnie iść dalej, poniewać nieznane są ścieżki Pana, i to co wydaje się “złe” naszym ograniczonym ludzkim umysłom, może tak naprawdę być częścią większego boskiego planu, który ten stworzył w swej nieskończonej mądrości, więc lepiej nie ingerować.

    5) Jesteś wcielonym synem wszechmocnego i nieskończenie miłosiernego Boga, Stwórcy Wszechświata. Jaki byłby dobry sposób, by zaprezentować ludzkości twoją moc i twoje współczucie?
    a) Wyleczyć raka, na zawsze.
    b) Sprawić, by wszystkie pustynie na Ziemi zaczęły rodzić dostatne plony
    c) Zjednoczyć świat wspólnym językiem i położyć kres biedzie
    d) Przyzwać garniec wina, a następnie przespacerować się po wodzie

    6) Poniewać nie możemy nigdy być pewnymi, czy Bóg istnieje, czy też nie – jest to sprawa “wiary” – lepiej wierzyć, niż nie, ponieważ nie masz nic do stracenia, ale możesz stracić wszystko, jeśli twój brak wiary okaże się błędny. Mając na uwadze fakt, że los twojej nieśmiertelnej duszy zależy od twojego właściwego wyboru, w którego Boga powinieneś/powinnaś wierzyć? (Jeśli chcesz uzyskać dodatkowe punkty, załącz krótki esej, w którym uzasadnisz swój wybór, oraz odpowiesz, czemu odrzuciłeś pozostałe możliwości.)
    a) Zeus,
    b) Quetzalcoatl,
    c) Vishnu,
    d) Trójca Święta.

    (Uwaga: odpowiedź D zakłada, że urodziłeś/łaś się w 400 roku n.e. lub później, czyli po wynalezieniu Trójcy Świętej.)

    7) Jesteś stworzycielem Wszechświata. Twój lud wybrany to plemię wędrowniczych pasterzy, obecnie w niewoli. Ich władca jest raczej uparty. Mając na uwadze fakt, że posiadasz nie tylko nieskończoną moc, ale i nieskończoną miłość, najlepszym sposobem działania byłby:
    a) Sprawić, iż władca umarłby na zawał serca,
    b) Sprawić, by władcza spadł ze skarpy,
    c) Odwiedzić władcę we śnie i przekonać go, by uwolnił twój lud,
    d) Zarżnąć wielką liczbę niewinnych dzieci, które nie mają nic wspólnego z polityką władcy.

    8) Jesteś odkrywcą wysłanym przez Federację Kosmiczną. Właśnie katalogujesz dwie nowoodkryte planety. WIększość mieszkańców każdej z planet wierzy w pewne bóstwo, jednakże istnieją dwa różne bóstwa. O bóstwie “X” mówie się, że jest nie tylko wszechmocny, wszechwiedzący, nieskończenie miłosierny, ale też, że jest stwórcą wspaniale złożonego i uporządkowanego świat. O bóstwie “Y” mówi się, że jest obojętny, nieobecny, niezainteresowany sprawami planety, a niektórzy mówią nawet, że jest “zły”. Który bóg rządzi którą planetą?

    Planeta A: Planeta A osiągnęła stan zaawansowanej, łagodnej równowagi. Nie ma wirusów i chorób, jest bardzo mało kataklizmów, które – gdy już uderzą – zawsze zabijają tylko złych i grzesznych. Mieszkańcy – i rośliny i zwierzęta – nauczyli się żyć z fotosyntezy, więc nie muszą się zabijać w celu przeżycia. Nie ma chorób genetycznych, wszyscy rodzą się idealni, przygotowani do długiego i produktywnego życia.

    Bóstwo X ___
    Bóstwo Y ___

    Planeta B:
    Na planecie B jest wiele przykładów na piękno i porządek, ale jest również często nawiedzana przez kataklizmy: huragany, trzęsienia ziemi, fale tsunami, powodzie, wulkany, burze, wirusy, mordercze choroby, pasożyty, pijawki, szkodliwe insekty, niszczące plony szkodniki oraz wiele innych. Wszystko to doktyka zarówno tych złych, jak i niewinnych. Każde życie na planecie może kontynuować swoją egzystencję tylko poprzez sianie zniszczenia i pożeranie innych form życia. Niektórzy mieszkańcy planety rodzą się ze straszliwymi uszkodzeniami, które często skazują ich na życie w sposób niezwykle ograniczony, krótki czy też bolesny.

    Bóstwo X ___
    Bóstwo Y ___

    9) Jaka jest liczba dzieci, któe urodziły się bez rąk lub nóg, a które zostały cudownie uzdrowione (czyt. ich kończyny zregenerowały się), po wizycie w kaplicy w Lourdes, we Francji?
    a) Zbyt wiele, by liczyć,
    b) Ponad tysiąc,
    c) Kilkanaście tuzinów,
    d) Zero, ale tylko dlatego, że ich wiara nie była wystarczająco mocna.

    10) Jak wszyscy dobrze wiemy, jest tylko jedna prawdziwa religia. Która z religi jest tą jedyną i prawdziwą, w każdej z poniższych sytuacji:
    a) Urodziłeś się w Karnak, 3000 lat p.n.e.,
    b) Urodziłeś się w Bombaju, 300 lat p.n.e.,
    c) Urodziłeś się w Bagdadzie, w 900 roku n.e.,
    d) Urodziłeś się w Meksyku w 1956 roku n.e.

    11) Chociaż dopiero zaczynasz grę w golfa, właśnie wykonałeś piękne uderzenie. Piłka poleciała 200 jardów i upadła na trawę tuż koło dołka nr 3. Fragment pola zawiera dziesięć milionów źdźbeł trawy. Szansa, że twoja piłka upadnie akurat na tym źdźble wynosi 1:10 000 000 (jeden do dziesięciu milionów) – zbyt nieprawdopodobne, by stało się to przez przypadek. Jakie jest wyjaśnienie?
    a) Wiatr poprowadził piłkę,
    b) Twoje mięśnie posłały tam piłkę,
    c) Nie ma potrzeby, by to wyjaśniać,
    d) Świadomie zaplanowałeś, by twoja piłka wylądowała na właśnie tym źdźble.

    12) Które z poniższych wydarzeń jest najbardziej prawdopodobne, I DLACZEGO?
    a) Romulus był synem Boga, urodzonym przez ludzką dziewicę,
    b) Dionizos zmieniał wodę w wino,
    c) Apoloniusz z Tiany wskrześił dziewczynkę ze zmarłych,
    d) Jezus Chrystus był synem boga, urodzonym przez ludzką dziewicę, zmieniał wodę w wino i wskrzesił mężczyznę ze zmarłych.

    13) Uznając, że tortury są dopuszczalne ze względu na pewne okoliczności, to która sytuacja byłaby najlepszym uzasadnieniem?
    a) Twój więzień jest jedyną osobą, która wie gdzie i kiedy nastąpi zamach na papieża,
    b) Twój więzień jest jedyną osobą, która wie w którym dokładnie miejscu w Waszyngtonie podłożono bombę atomową,
    c) Twój więzień jest jedyną osobą, która wie, gdzie w systemie wodociągów w Londynie podłożono pojemnik z gazem nerwowym,
    d) Twój więzień ogłosił, że Ziemia krąży wokół słońca.

    14) Wiemy, że Chrześcijaństwo jest prawdziwe, gdyż Ewangeliści, natchnieni przez Boga – który nie moze popełnić błędu – opisali dzieje Chrystusa. Na przykład w pierwszy poranek po Wielkiej Nocy, ci, którzy poszli odwiedzić grób Jezusa, zostali powitani przez:
    a) Młodego mężczyznę (Mk, 16:5),
    b) Nie, nie, to nie był człowiek, to był ANIOŁ (Mt, 28:2-5),
    c) Obaj się mylicie, to było DWÓCH MĘŻCZYZN (Łk, 24:4),
    d) Nieprawda! Tam nie było NIKOGO! (J, 20:1-2).

    15) Zgodnie z nieomylnym Pismem, Zbawiciel modlił się samotnie w Ogrójcu, podczas gdy trzej uczniowie, którzy mu towarzyszyli, zasnęli. Skąd Ewangeliści wiedzieli, jakimi słowami Jezus się modlił?
    a) Jezus zostawił słowa zapisane, pod kamieniem,
    b) Słowa zostały nagrane przez starożytny dyktafon,
    c) Ewangeliści mieli moce parapsychiczne,
    d) Ewangeliści zostali potem zahipnotyzowani, aby przypomnieli sobie słowa modlitwy.

    16) Zgodnie ze słowami co najmniej jednego z Ojców Kościoła, jedną z przyjemności zarezerwowanych dla tych, co dostąpią zbawienia, będzie oglądanie agonii tych, którzy zostaną potępieni. Która pora dnia (w Królestwie Niebieskim) byłaby najlepsza dla matki, by mogła ujrzeć agonię jej jedynego syna?
    a) Wcześnie rano, żeby uniknąć tłumów,
    b) W południe, żeby mogła porównywać wrażenia i dzielić radość z innymi matkami,
    c) Późno wieczorem, aby mogła cieszyć się pięknym kontrastem sypiących się iskier.

    17) W tradycji Judeo-Chrześcijańskiej, zawsze zwracamy się do Bibli jako do przewodnika. W tym pytaniu twój NASTOLETNI syn wrócił ze studniówki pod wpływem alkoholu. Biblia zaleca abyś:
    a) Usiadł/a z nim i porozmawiała “od serca”,
    b) Zapisał/a go do AA,
    c) Zabrał/a mu internet/samochód/kieszonkowe na miesiąc,
    d) Rozbił/a mu głowę kamieniami

    18) W tym pytaniu, twój zięć wrócił ze swojego miesiąca miodowego, i informuje cię, że podejrzewa, iż twoja córka nie byłą dziewicą w czasie ich nocy poślubnej. Chcąc podporządkować się świętym zasadom Boga, jak jest to opisane w Biblii, powinieneś/powinnaś:
    a) Zapytać, czy on był prawiczkiem, zanim zrobisz cokolwiek innego,
    b) Zasugerować, by jej przebaczył,
    c) Porozmawiać o tym z córką,
    d) Iść poszukać wreszcie tych kamieni.

    19) Jesz właśnie lunch w zatłoczonej restauracji typu fast-food. Większość osób to dzieci. Nagle do restauracji wbiega uzbrojony mężczyzna, wrzeszcząc “Nie poddawajcie w wątpliwość mych słów i czynów!”, po czym zasypuje pomieszczenie gradem kul. Dziesięć osób ginie na miejscu, wiele kolejnych jest poważnie ranne, jednak jakimś cudem udało ci się przeżyć. Zużywszy swą amunicję, uzbrojony mężczyzna upada na ziemie. Co powinieneś/powinnaś zrobić?
    a) Zadzwonić na policję i czekać na ich przyjazd,
    b) Zadzwonić na policję i opuścić restaurację,
    c) Zaryzykować śmierć, pytając mężczyznę, czemu to zrobił (choć wyraźnie nakazał, by nikt go o nic nie pytał),
    d) Paść na kolana i oddawać cześć i chwałę uzbrojonemu mężczyźnie, dziękując za oszczędzenie twojego życia.

    20) Czemu Bóg pokazał swój tył Mojżeszowi, jak jest to opisane w Piśmie (Wj, 33:23)?
    a) Bóg wymyślił wszystko, i to było po prostu pierwsze “wypięcie się” na kogoś,
    b) Był naprawdę wkurzony, że Mojżesz upuścił tablice,
    c) Był podirytowany, gdyż właśnie odkrył, iż jego “wszechmoc” jest bezużyteczna przeciwko wspaniałym rydwanom z żelaza (Sdz 1:19),
    d) Mojżesz był zbyt poważny i potrzebował czegoś takiego by się odprężyć.

    21) Jezus był Bogiem, a Bóg wie wszystko, włączywszy w to także wszelką medyczną wiedzę, jaką kiedykolwiek człowiek może odkryć. Czemu Jezus obwiniał demony za przypadki epilepsji, które wyleczył?
    a) Cierpiał na pomroczność jasną,
    b) Aramejskie słowo na “demona” brzmi tak samo jak słowo na “dysfunkcja mózgu”,
    c) Nie był specjalistą od neurologii,
    d) W Palestynie, w pierwszym wieku n.e., to demony powodowały epilepsję. Przypadłość ta zaczęła być powodowana przez elektrochemiczną aktywność mózgu dopiero od 1850 roku n.e.

    22) Dzisiejsza gazeta opisuje ojca, mieszkającego w domu pod miastem, który był tak zezłoszczony nieposłuszeństwem swoich dzieci, że zatargał je do basenu za domem i utopił je, razem z ich pieskiem, kotkiem i chomikiem. Co powinno się zrobić z tym ojcem?
    a) Powinien zostać skazany z całą surowością prawa,
    b) Powinien zostać wygnany z miasta,
    c) Powinien zostać przeprowadzony lincz, żeby oszczędzić pieniądze podatników,
    d) Wszyscy okoliczni mieszkańcy powinni zebrać się razem i śpiewać hymny na jego cześć.

    23) Dzisiejszy dzień zacząłem od znieważenia mojej matki, publicznie, następnie uderzyłem ojca i brata, a potem siostrę. Następnie zebrałem swoje ubrania i sprzedałem je do second-handu. Za pieniądze kupiłem sobie pistolet maszynowy UZI i 50 sztuk amunicji. Następnie poszedłem do schroniska dla zwierząt i wszczepiłem wszystkie psy substancją, która spowodowała szaleństwo, tak że psy rzuciły się do kanału i utonęły. Byłem już głodny, więc poszedłem do sadu jabłkowego mojego sąsiada i spaliłem wszystkie drzewa, gdyż miałem ochotę na pomarańczę, a tam nie było żadnej. Po drodze do domu wstąpiłem do pobliskiej huty i porozmawiałem swoją filozofię zycia z kilkoma osobami. Wyśmiali mnie, więc wrzuciłem ich do kotła hutniczego. Tej samej nocy odkryłem, że mój syn czyta Playboy’a. Zaniepokojony jego przyszłością, odciąłem mu rękę. Którą z historycznych postaci przypominałem swoim zachowaniem?
    a) Czyngis Chan,
    b) Charles Mason,
    c) Adolf Hitler,
    d) Jezus Chrystus.

    24) Na przestrzeni wieków, kto był odpowiedzialny za większość medycznych odkryć, które uwolniły ludzi od niezmierzonej ilości cierpienia i bólu, a także przedłużyły istnienie najbardziej świętej rzeczy: ludzkiego życia?
    a) Lekarze,
    b) Biolodzy,
    c) Chemicy,
    d) Kościół Katolicki.

    25) Wielki smutek wkroczył w twoje życie, i czujesz że nie jesteś w stanie mu podołać. Przyjaciel informuje cię o poradni, której usługi jeszcze nigdy nie zawiodły i pomogły wielu innym osobom. Dzwonisz do poradni, telefon dzwoni i dzwoni, ale nikt nie odpowiada. W końcu odkładasz słuchawkę. Jakie jest najbardziej prawdopodobne wyjasnienie?
    a) Psycholog siedzi przy telefonie, ale nie odpowiada, żeby sprawdzić, czy w niego wierzysz,
    b) Psycholog zawsze jest gotów, i słyszy twoje prośby o pomoc – po prostu czasem odpowiedź brzmi “nie”,
    c) Psycholog nie podniesie słuchawki, żeby twoja duchowość na tym zyskała, a prawdziwa duchowa siła przychodzi tylko poprzez cierpienie,
    d) Psychologa nie ma w domu.

    Pytanie opisowe
    Prawdą jest, że było – i jest – wielu różnych bogów i wiele różnych religii, ale tak naprawdę to są po prostu różne nazwy tego samego boga, nadane mu przez różne kultury. WYjaśnił jak i dlaczego ten sam bóg:
    a) Quetzalcoatl, chce abyś oskórował młodą dziewicę żywcem, następnie założył jej skórę i tańczył,
    b) Shiva, który chce, byś modlił do jego penisa,
    c) Allah, który chce, byś rozbił się odrzutowcem o wieżowiec,
    d) Bóg Katolików, który mówi poprzez papieża,
    e) Bóg Baptystów, który zdecydowanie tego nie robi,
    f) Jezus, który chce byś się wykastrował, w celu zapewnienia sobie miejsca w niebie,
    g) Jehowa, który – być może już za chwilę! – zabije wszystkich, poza jego świadkami.

    źródło: http://www.ebonmusings.org/atheism/guestessays/religion101.html

    Opublikowany w ateizm | Zostaw Komentarz »

    Dlaczego ludzie wierzą w dziwne rzeczy?

    Opublikował/a psychoneurocybernauta w dniu styczeń 18, 2009

    Założyciel Stowarzyszenia Sceptyków Michael Shermer poświecił swoje życie na demaskowanie wszelkiego rodzaju mitów, guseł, zabobonów i przesądów. Dlaczego ludzie widza Maryję Dziewice na kanapce z serem albo słyszą diabelskie przesłania w utworach muzycznych? Używając muzyki i nagrań video Michael Shermer pokazuje jak przekonujemy samych siebie aby wierzyć w coś pomimo naukowych faktów.

    Opublikowany w ateizm, teizm | Otagowane: , , | Zostaw Komentarz »